na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
O autorze
poniedziałek, 12 czerwca 2017

Czasem mam dość tego szarpania się, iskrzenia, tego czekania o co tym razem nam pójdzie i co się komu nie spodoba. z żalem przyznaję, że moje małżeństwo zaczyna przypominać mi małżeństwo moich rodziców, przesadzam wiem, ale tak to widzę. Brak mi po prostu oparcia w SZM.
W towarzystwie kiedy zaczynają się żarty tylko czekam na komentarz, żartobliwy a jakże, ale wymierzony we mnie. Obiecałam sobie, że przed następnym wyjściem towarzyskim zwrócę mu uwagę, że albo przestanie, albo zacznę się odgryzać i nikt nas do siebie nie będzie zapraszać, bo będą mieli nas serdecznie dosyć.
Bo ja bym miała.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Wczoraj minął mi 28 dzień postu.
Od dzisiaj zaczynam etap wychodzenia i powrotu do normalnego odżywiania się. Rano ta sama sałatka z dodatkiem odrobiny oleju smakowała zupełnie inaczej. Będę się chyba delektować po kolei każdym na nowo odkrywanym smakiem…
A tak w ogóle to musze to sobie tu zanotować, że dożyłam takiego momentu gdy śmiało mogę powiedzieć, stop, nie chcę więcej już chudnąć! Na chwilę obecną ważę 71 kg. Startowałam z wagą 80 kg. Mam wzrostu 170 cm i raczej jestem grubej kości, a już na pewno z tych co to mają na czym usiąść, stworzonych do rodzenia dzieci tzw. gruszek.
Od dzisiaj wychodzę z diety i bardzo się boję, że mi to wszystko wróci z powrotem. Na razie jest super, bo wszystkie ciuchy mi pasują (te, które leżały i czekały na lepsze czasy), albo są za duże (te noszone na bieżąco). I to jest bardzo fajne uczucie. Zobaczymy co będzie gdy zrobię badania...

Weekend minął bardzo sympatycznie.
W piątek po południu spacer z SZM i w towarzystwie naszego kolegi na lokalną imprezę miejską. Szału nie ma, ale ważne że SZM sam z siebie ruszył się z kanapy.
Sobota u znajomych na działce. Działka śliczna, wiem jak wyglądała w momencie kupna i jestem świadoma ile pracy włożyli w to, by wyglądała tak jak teraz. Nawet powiedziałam do SZM, że co prawda w ziemi grzebać nie lubię, ale taki kawałek własnej zieleni to by nam pasował. Fajna sprawa, naprawdę. Obawiam się tylko, że mój SZM nie jest niestety tak robotny i pracowity, bo preferuje styl życia kanapowca z pilotem w garści. Dlatego też jeden jest szczupły i smukły a drugi wygląda tak jak wygląda.
Ci nasi znajomi dawno nie widziani, a kiedyś bardzo często, kiedyś ta Ona to była bardzo mi bliska koleżanka, a potem jakoś tak się rozmyło. Nawet czasem z żalem myślę, że jakoś się to rozeszło po kościach. Oprócz nas i gospodarzy były jeszcze dwa inne małżeństwa, które też znamy prawie sto lat. Wszyscy prawie w jednym wieku, z dzieciakami w podobnym. Fajnie, naprawdę bardzo fajnie było się spotkać. I pomyślałam, że brak mi takich spotkań, wspólnych, podobnych…
A rozsypało się bo SZM jakoś niespecjalnie chciał do nich chodzić, zawsze miał jakieś anse, że tacy, owacy, a powinni tak czy inaczej. Czasem mam niejasne wrażenie, że przez niego rozsypuje się nam życie towarzyskie. Szukam też winy w sobie i głupia z tego jestem. A za nic w świecie nie chciałabym tak skończyć jak moi rodzice, którzy na dobrą sprawę nie mają żadnych znajomych . I też sami sobie na to zapracowali.
Niedziela była biegowa, w pełnym tego słowa znaczeniu. Wróciłam po południu umordowana i pogodą, i pracą przy wydarzeniu biegowym i pogodą. Wzięłam prysznic i myknęłam pod kołderkę. Spałam jak dziecko do wieczora.
A SZM w tym czasie mknął na drugi koniec Polski na delegację. Wraca jutro. Więc do jutra mam wolne. Hi, hi, hi!
Wczorajsza burza z piorunami najprawdopodobniej uszkodziła nam telewizor, a raczej gniazda HDMI. Chyba trzeba by zawołać speca od napraw, ale czekam na to co powie SZM jak wróci.

Nie mogę się wziąć jakoś tak na poważnie do pracy. Co chwilkę wynajduję sobie jakieś inne zajęcie. Po prostu lenia mam :- )

Miłego dnia życzę, zaglądającym do mojego kątka :-)

wtorek, 30 maja 2017

Post nadal trwa. Dzisiaj 23 dzień. Samopoczucie OK, wagowo jestem 7 kg do tyłu, kawy nie potrzebuję, do fajek nie ciągnie. Wszystko gra i bucy, wciąż czekam aż zniknie mi zmiana na tarczycy i zmniejszą się żylaki :-) Na razie zniknęły obrzęki. Ciągnę do niedzieli, czyli do 28 dnia, a potem zaczynam sukcesywne rzetelne powolne wychodzenie, które potrwa chyba kolejne 28 dni. Są dni kiedy chce mi się czegoś innego niż warzywa i owoce, bardziej brak mi chyba nabiału niż mięsa. O, jajeczniczki to bym chyba zjadła, ale nie tak na zabój, tak na 50%. Dumna i balada z siebie jestem, bo daje radę. Po Dniu Matki przywieźliśmy od jednej i od drugiej pełno ciasta, pączków. Normalnie wciągnęłabym to z kubkiem mleka, najdalej na drugi dzień. Wczoraj wyrzuciłam trzy kawałki sernika, którego nikt nie chciał zjeść. W barku też zdecydowanie więcej słodyczy :-) Wniosek z tego taki, że to ja jednak jestem ten jamochłon :-)

Mała
baluje w stolicy, świętuje napisanie matury. Pojechały w czwórkę i zwiedzają :-) Melduje się codziennie. Wkrótce wracają, i bardzo dobrze, bo wolę mieć ją w domu :-)

Młody

No cóż… Musimy zmienić zasady finansowe. Tak dalej być nie może.
Młody pracuje, zarabia ciutek więcej niż minimalna. Kupuje sobie miesięczny bilet, tankuje paliwo jak jeździ naszym autem, kupił sobie kilka ciuchów, z samego początku garnitur, kurtkę, buty, potem długo długo nic, ostatnio e-papierosa, jakieś spodnie, t-shirty, chyba buty. Do życia nam się nie dokłada, bo tak ustaliliśmy. Co miesiąc (od stycznia) wpłaca na konto oszczędnościowe 500 zl. Z własnej inicjatywy dorzucił jeszcze premię jak mu wpadła. I tyle. Tzw. reszta wypłaty jest do jego dyspozycji, z sugestią naszą, żeby sobie odkładał, a to „wymuszone” konto oszczędnościowe traktował jako żelazną rezerwę. Efekt jest taki, że żelazna rezerwa ma się dobrze, ale nic poza tym mu nie zostaje. Wydaje wszystko. Na co? Jedzenie do pracy, w pracy (zamiast kanapek które mógłby sobie zrobić w domu), wyjścia do kina (a w weekend to nie jest tania impreza), do klubów, pubów, spotkania z kolegami nie odbywają się w domu tylko zawsze trzeba gdzieś wyjść, żeby się spotkać. Wyjściowe piwo kosztuje minimum 7 zeta. Wychodzi prawie codziennie. Do domu nie kupuje nic, dosłownie nic. Cała wypłatę traktuje jak swoje kieszonkowe. I nie wiem czy to ja/my źle myślimy i za duże pretensje mamy, czy on faktycznie jest taki drewniany egoista. No sama nie wiem… Mała jest zdecydowanie młodsza, ma mniej kasy, ale z jej strony niejednokrotnie padają deklaracje i czyny, że dzisiaj ona stawia, że się dorzuca, że nie chce naciągać i sobie uzbierała, a za to czy tamto sama sobie zapłaci, bo uzbiera. Na tą Warszawę na przykład, to ja jej dałam 100 zł na tzw. życie, resztę sobie sama zorganizowała. Ręce mi opadają jak te dzieci mogą być tak odmienne, różne… Gdzie popełniliśmy błąd, sama nie wiem…
Planuję utrzymać wpłaty Młodego na konto oszczędnościowe, to nie ulega wątpliwości, ale do tego chcę dorzucić jakieś opłaty na życie, eksploatację samochodu, bo paliwo to się rozumie samo przez się. Sama nie wiem jak to rozegrać…

środa, 24 maja 2017
Trwam w diecie. Minął mi już dzień 16. Na wadze jestem minus prawie 6. Wizualnie widać zmianę. Sporo osób mi to mówi :-) Tak, to prawda, że spędzam w kuchni więcej czasu, ale warto. Trzymam się wersji, że po 14 dniach zaczyna się działanie lecznicze, więc każdy dzień, tydzień to wygrana. Pilnie obserwuję siebie i swoje ciało, swój organizm. Kawy nie piję, fajeczek nie popalam, słodyczy nie podjadam. Jestem sama sobą mile zdziwiona... A biegało mi się dzisiaj po prostu rewelacyjnie. Tempowo spadłam nieco, ale i tak było super, bo poniżej 7.00. Wróciłam mokruteńka, zmordowana, ale przezadowolona. Mała zdała już wszystkie egzaminy, teraz zostało tylko czekać na wyniki pisemnych. Bo ustne poszly jej bardzo dobrze; polski na 90% i angielski na 96%. Czyli dzisiaj Mała zaliczyła pierwszy dzień swoich najdłuższych wakacji :-) Idę spać, bo cokolwiek późno jest. Kolorowych snów!
piątek, 19 maja 2017

Dzisiaj dzień 12, znudziło mi się spisywanie jadłospisów. Nawet na tamtym blogu naklikałam kilka słów ale złośliwy Blox mi je zeżarł.

Co jadłam pysznego zapytała Iksińska?
Najbardziej smakował mi jarski bigos, kalafior i sałatka buraczana (buraki z zakwasu, jabłko, ogórek kiszony, cebula czerwona, koperek, sok z cytryny, sól, pieprz), bardzo lubię wszelkie wariacje surówkowe z pomidorem i zieleniną w tle.
Pierwszy raz jadłam cykorię, z której robię kanapki, czyli na liściach układam co mi się tylko podoba i na co post pozwala.
Zrobiłam jarskie gołąbki, jadłam zupę krem z dyni, pora. Wypiłam całe mnóstwo soku z kapusty kiszonej, ogórków kiszonych i zakwasu buraczanego. Zjadłam sporo ogórków małosolnych własnej produkcji, kapusty kiszonej ze sklepu. No i soki czyli marchew, marchew z jabłkiem, marchew z jabłkiem plus burak. Woda z cytryną, albo bez i herbatki ziołowe, ja pijam rumianek.
Daję radę, da się żyć.
Waga - na minusie 4 kg.
I słówko wyjaśnienia, to nie jest dieta odchudzająca tylko lecznicza, oczyszczająca, uciekające kilogramy to miły skutek uboczny, a ja po prostu uciekam przed skalpelem który czai się na moją tarczycę.
Na początku zakładałam 14 dni czyli działanie profilaktyczne, oczyszczenie, ani się obejrzałam jest już dzień 12 i bez stresu mogę swobodnie powiedzieć, że wydłużam do 21, mając na uwadze 28 dni (a to już zaczyna się działanie lecznicze). No i jeszcze etap wychodzenia z diety/postu, który trwa tyle samo. Będę silna dam radę :-)
Minusy - spada mi siła biegowa, z treningu na trening widzę jak robię się słabsza.
Małe zwycięstwa?
Goście u nas. Upiekłam pyszne (tak mówili) muffiny, SZM przygotował danie mięsne, a ja swoje, które mi podjadali :-) A wieczorem oni orzeszki i inne, a ja rzodkiewki i inne :-)
Impreza plenerowa z ciastami w roli głównej. Popatrzyłam, powąchałam, napiłam się wody.
Najgorsze jest to, że spędzam w kuchni bardzo dużo czasu. To mnie trochę denerwuje, przyznam szczerze.
Czuję się ok, mam zapas energii, budzę się wypoczęta, nie mam parcia na kawę.
Tyle w temacie diety/postu.

Mała poszła na egzamin - dzisiaj język polski ustny. Zostanie jej jeszcze tylko angielski ustny i będzie miała finisz.
Z koleżusiami umówiła się na pomaturalny wyjazd do W-wy. Początkowo chciały w góry, potem miało być morze, skończyło się na stolycy. Czuję niepokój, bo cztery młode fajne dziewczyny przez trzy dni w W-wie to jedna wielka niewiadoma, ale trudno mi jej tego zabraniać, bo ja po maturze jechałam z trzema koleżankami na dwa dni nad morze, a do przejechania miałam całą Polskę. I wróciłam cała i zdrowa, a wspominam do dzisiaj. :-)

czwartek, 11 maja 2017

W dalszym ciągu na diecie/poście, po szczegóły mojego leczniczego dietowego postowania ewentualnych zainteresowanych zapraszam tam :)

Fajne jest to, że postujemy w pracy w trojkę i każda wnosi do tej diety coś innego. Poza tym jakoś tak raźniej jest w grupie, człowiek ma parcie na to, by wymyslić coś dobrego i poczęstować koleżanki. Na sobotę umawiamy się na karty, pytanie SZM - a co Ty będziesz jeść? :-) Dam radę :-D

Chciałam wyciągnąć rodzinę na rodzinny weekend, ale SZM jest sceptycznie nastawiony, mówi, że dzieci nie są zainteresowane. Może to i prawda, ale ja bym chciała. Wygląda to mniej więcej tak, że Mała chce, a Młody przyjął do wiadomości :-) Z uwagi na jego pracę wyjazd byłby z samiuśkiego rana w sobotę, powrót w niedzielę. Ostatecznie może to być wycieczka całodniowa, ale moim zdaniem to już nie to samo...

niedziela, 07 maja 2017

Matura - jutro angielski podstawa i rozszerzenie, a potem już tylko geografia i zostaje czekać na wyniki.

Od jutra zaczynam post, o którym pisałam, trzymajcie proszę kciuki. Mam szczerą nadzieję, że organizm mi się zrestartuje i zniknie to coś co znowu rośnie w tarczycy (opróżniany już raz krwiak), znikną obrzęki, zmniejszą się obrzęki nóg, znikną pajączki na nogach, poprawi się cera, pamięć i ogólna kondycja zdrowotna. Obawiam się o kondycję fizyczną, bo mam prawo być słabsza, ale tym będę się martwić później. W każdym razie planuję biegać, może tylko mniej intensywnie. Razem ze mną startuje kilka osób z pracowego grona. W grupie raźniej, podobno :-)

Bieganie - dzisiaj w Poznaniu był wyścig/bieg Wings for Life. Wspaniała impreza, niestety uznałam, że za słaby ze mnie biegacz by inwestować w taka imprezę. Wysokie wpisowe, koszty podróży, ewentualnego noclegu, pobytu. Ale na pocieszenie zorganizowałam się tu na miejscu i biegałam z aplikacją. Po przebiegnięciu niecałych 9 km dogonił mnie wirtualny Kapitan Wąs czyli Adam Małysz. Naoglądałam się relacji, naczytałam i powiem szczerze, chciałabym tam za rok przeżyć te emocje na własnej skórze :-)

Rachunek sumienia
Od dłuższego już czasu rozeszły się nam ścieżki z rodzeństwem. Kiedyś widywaliśmy się często, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje. Lubiłam sobie pogadać z jego połowicą. Nie wiem czy to różnica wieku, charakterów, czy też może nasze niesnaski babsko-towarzyskie spowodowały, że widujemy się sporadycznie. Powiem szczerze, z jednej strony mi żal, bo to jednak rodzeństwo, a z drugiej to mi lżej, bo oni jakoś tak na mnie wpływali deprymująco, tacy są idealni, wzorcowi, katalogowo-sklepowi, że jak się do nich przyrównałam (tak, wiem, że to głupota) to zawsze byłam na straconej pozycji. A jak się nie widujemy to nie mam ciągot do porównań :-)
Ale zdaję sobie też sprawę, że jako bratowa teraz ostatnio to chyba, a raczej na pewno się nie sprawdziłam. Mama bratowej zachorowała onkologicznie, a ja po prostu przyjęłam to do wiadomości. Nawet nie zadzwoniłam z pytaniem jak się czuje czy też ta mama, czy też bratowa. O ofercie jakiejkolwiek pomocy nie wspomnę. I z jednej strony to mi głupio, bo chyba powinnam była, takie mam wrażenie. Ale z drugiej to tak sobie myślę, że skoro normalnie nie mamy kontaktu, nie jesteśmy sobie bliskie, to z jakiego niby powodu powinnam była wystąpić z inicjatywą pomocy. No i mam dylemat, ale tak na wszelki wypadek w głowie już od kilku dni dokonuję aktu samobiczowania. To chyba syndrom grzecznej, porządnej, układnej szwagierki, się we mnie odzywa.

środa, 03 maja 2017

Nauczona doświadczeniem zaczynam notkę w pliku tekstowym, bo jak kolejny raz się naklikam, a potem to wszystko poleci w kosmos to mnie chyba trafi. Coś się dzieje z tym bloxem i tak sobie myślę po raz chyba sto siedemdziesiąty piąty, że czas by pokopiować te moje wpisy z obu blogów i gdzieś je sobie zachomikować. Wpisy i komentarze, oczywiście. I tak od kilku już lat powtarzam, myślę, ale nic z tego nie wynika, a to przecież kawał mojego życia. Mojego, naszego...

Majówka właściwie kończy się. W tym roku nigdzie nie planowaliśmy wyjazdu, w zasadzie to chyba przez Młodego, bo o ile Mała powiedziała, że matura jej nie przeszkadza, o tyle Młody powiedział, że planuje gdzieś z dziewczyną wybyć, ale jak widać siedzą w domu, mało tego, dzisiaj jeszcze był w pracy, bo urlopu nie dostał, a pewnie kasiory na wypad też nie mają, bo dziewczyna wciąż szuka pracy, a wysokość stypendium doktoranckiego nie powala na kolana, zresztą z tych studiów już raczej zrezygnowała, ale jeszcze przelewy uczelnia jej śle, bo to z poślizgiem. Ale ja nie o tym miałam...

No więc nie pojechaliśmy nigdzie, żadnych planów nie robiliśmy. I to chyba jest błąd, bo jakoś tak się to nam wszystko w rękach rozlazło.
Długi weekend zaczął się w piąteczek, dla mnie babską imprezą, a SZM w domu grzecznie siedział, nie moja to wina, że nie ma kolegów, ale może to i akurat dobrze :-)
W sobotę do południa ogarnialiśmy chałupę, zakupy, pranie, takie tam domowe sprawy, a po południu umówieni byliśmy na odwiedziny u znajomych.
Niedziela minęła leniwie, podarowałam sobie i bieganie i wyjście do kościoła. Leniwiec na sto procent, tym bardziej, że pogoda była raczej średnia.
W poniedziałek ładnie świeciło słonko, ale wiatr był taki, że głowę chciało urwać. Wybraliśmy się koniec końców na przejażdżkę, króciutką wycieczkę. Bez dzieci, bo nie chciały, nie są zainteresowane już byciem w naszym towarzystwie, a sama w sobie wycieczka nie była dla nich interesująca, więc co się dziwić. A my, ja, pojechałam dla świętego spokoju, mając niejasne wrażenie, że jedziemy bo "trzeba".
Dzisiaj miał w planach jakiś wyjazd, ale pogoda to raz, a dwa, że jak się dowiedziałam znowu wszystko musi być tak jak ja chcę, a ja po prostu chciałam najpierw zjeść rano śniadanie i wypić kawę. No i przesiedzieliśmy caluteńki dzień w domu. Tzn. ja, bo on rano był w MieścieWojewódzkim i jak wracał to właśnie dzwonił i chciał jechać, ja powiedziałam, że najpierw śniadanie i kawa, no to on się już potem nie spieszył, tak mi powiedział. A do czego kurna miał się spieszyć? Kto go goni w wolnym dniu? Ręce mi opadli, bo powiedział mi to dopiero po południu. Tak więc siedzieliśmy w domu i oglądaliśmy filmy, bo wtedy nie trzeba rozmawiać, a liczy się wspólnie spędzony czas, ha ha! To był gorzki żart, ironia. Do tych różnic między nami należy dopisać kino, każde z nas lubi co inne. On strzelanki, wyżynanki, fantasy, krew, komedię i szybką akcję. Ja lubię kino do myślenia (ale nie za ciężkie), coś na faktach, sprawy sądowe, komedie romantyczne, babskie kino, fajne kino akcji, lubię wiedzieć jaki film dostał oskara i sprawdzić czy ta nagroda mu się należała :-)
Zaliczyliśmy dzisiaj:
- Dr Strange, którego polecam, bo szczerze powiem podobał mi się, takie pomieszanie z poplątaniem rzeczywistości z bajką, wspaniałe animacje.
- Jack Reacher. Nigdy nie wracaj, z Tomem Criusem i Cobie Smulders znaną z serialu Jak poznałem Waszą matkę; fabuła przewidywalna, ułożona poprawnie, film trochę przegadany, zwłaszcza w drugirj połowie, a gra aktorska tej kobiety nie powala na kolana, jakoś mi nie pasowała w tym filmie,

Czuję jak gęstnieje między nami atmosfera, a powietrze robi się ciężkie. Źle się dzieje. W szarym normalnym zabieganym tygodniu jeszcze to ujdzie, zniknie, zgubi się. Natomiast w momencie gdy przychodzi nam spędzać wspólnie czas wolny to jest dramat. Musimy zacząć rozmawiać, bo oddalamy się od siebie coraz bardziej i coraz bardziej jesteśmy pełni pretensji do siebie wzajemnie. Inna sprawa, że tak bardzo się od siebie różnimy, tak bardzo się drażnimy, że taka rozmowa bywa niebezpieczna, bo grozi kolejną niekoniecznie sympatyczną wymianą zdań. Dlaczego?
Bo na ten przykład mnie osobiście szlag jasny trafia gdy SZM nie mając o temacie jakimś bladego pojęcia wygłasza opinie znawcy tonem nieznoszącym sprzeciwu i ja po prostu dla zasady już się zjeżam. Drażni mnie jego sposób wypowiadania opinii i zdań. Zamiast powiedzieć "to mi nie smakuje" to on powie "to jest niedobre, niesmaczne". Tak, wiem czepiam się, ale nic na to nie poradzę. Mnie to drażni. Sposób przekazu jest dla mnie bardzo ważny. Staram się dbać o ton, tembr głosu, żeby nie burczeć, ani do niego, ani do dzieci, no i oczekuję tego samego. On niekoniecznie, skwaszona mina i burczący głos to prawie norma, bardziej w stosunku do dzieci niż do mnie, ale jednak. A jak pytam o co się dąsa, czy jest obrażony to się ciężko dziwi. Czasem dochodzę do wniosku, że tak wiele nas dzieli, tak bardzo jesteśmy różni, że aż sama się dziwię, że jesteśmy razem i zastanawiam się jak długo jeszcze pociągniemy.
W temacie wolnego czasu, ja bym chciała gdzieś coś aktywnie, w kontakcie z naturą, jakieś górki, pagórki, spacer, rower, nawet tu blisko, ale żebym wiedziała, że ten czas spędziłam aktywnie. A on mi proponuje wyjazdy do miast; do Krakowa, do Częstochowy, do Wrocławia. Pojadę nie powiem ile po to, by podreptać po mieście i znowu wsadzić dupkensa w auto i wracać. Zawsze to samo.
No i oczywiście najważniejszy dla niego punkt wycieczki gdzie i co będziemy jeść. Jedzenie to jest jego życiowy cel. Cokolwiek byśmy nie mieli robić i gdzie iść, zawsze padnie pytanie a co będzie do jedzenia. Rany..., ja mogę kanapkę, drożdżówkę, byle było, a on nie, on musi coś na co ma ochotę, pełne danie. Masakra.

Zmiana tematu, koniec o SZM, teraz o mnie :-)
Mimo biegania moja ciężka praca w postaci pożerania całej masy czekolady, słodyczy i ciast różnej maści przyniosła spodziewany efekt czyli przytyłam, niestety. Waga pokazuje mi 5 kg więcej, lekko biorąc. Organizm przyzwyczaił się do biegania, a ja od Bożego Narodzenia żarłam słodycze argumentując, że przecież wybiegam, ale jak się okazało więcej żarłam jak biegałam no i na efekty nie trzeba było za długo czekać. Teraz czas zabrać się za siebie. Dojrzewam do przystąpienia do postu dr Dąbrowskiej. Słyszeliście o tym? Same warzywa i kilka dozwolonych owoców, bez mąki, nabiału, mięsa, tłuszczu, alkoholu i papierosów. Problem w tym, że muszę odrzucić kawę, bo nie wolno, więc muszę kupić Inkę 100% cykorii i na nią się przerzucić. No i te papierosy, bo ja oficjalnie nie palę, a nieoficjalnie to strzelam dymka w pracy w miłym towarzystwie, z szefostwem i nie tylko. Ale dojrzewam do tego postu, bo to i dla zdrowotności i dla wagi. Mnie akurat bardziej przekonuje drugi argument.
Usiłuję zachęcić SZM używając obu argumentów, bo w jego przypadku korzyść byłaby tu i tu. Oczywiście on jest niezainteresowany. Dowiedziałam się jeszcze, że chyba mam jakąś obsesję kultu ciała. Usiłowałam wytłumaczyć, że względy zdrowotne, bo otłuszczone serce i takie tam inne, że przecież ciężko mu się żyje, bo troszkę wysiłku i sapie jak lokomotywa i poci się jak smok. To mi powiedział, że zawsze się tak pocił i że przesadzam. No i jak mu powiedziałam, że przestał się po prostu starać, żeby dobrze wyglądać to już w ogóle się dowiedziałam, że przecież wygląd nie jest najważniejszy. Starałam się być delikatna, bo gdybym powiedziała to, co myślę to obraziłby się na bank. Że wygląda moim zdaniem jak Ferdek Kiepski (kiedyś już mu to mówiłam, raczej w formie złośliwego żartu), że na niczym oprócz jedzenia mu nie zależy, bo gdyby mu zależało to chciałby ładnie wyglądać, a on tylko patrzy co zjeść i wypić również, bo piwko i dobry drink to podstawa weekendu. I dodałabym jeszcze usłyszane ostatnio w serialu ładne zdanie, że fajniej jest mieć w domu faceta, który dba o swoją kondycję, tężyznę, niż ciapowatego grubasa. Wiem, że gdyby zaczął się ruszać i trochę zrzucił to i energii by mu przybyło i nastrój pewnie by się poprawił, bo teraz mam czasem wrażenie, że rozmawiam ze stuletnim zmęczonym życiem gościem. Zawsze jest na nie, wiecznie niezadowolony, zmęczony, czepiający się. Cały czas usprawiedliwiam to jego pracą, stresem, wiecznym zagrożeniem wycięcia w pień, ale ludzie, ileż można...
Wiem, ja też nie jestem idealna i gdyby on pisał bloga lub cokolwiek to też pewnie by mi wyliczył jeszcze więcej nawet niż ja jemu.

Ale mi trochę lżej, jak się tak wyklikałam. Blogoterapia działa.

A w czwartek i piątek uprasza się o trzymanie kciuków za moją Małą Maturzystkę :)

No to próba generalna - czyli publikuj.

edit - zapisało się owszem, ale po majstrowaniu przy ustawieniach edytora. Dałam radę :-)

wtorek, 02 maja 2017

próba mikrofonu. Wywali czy nie wywali?

/wpis został zapisany/

...ale pisać to mi się nie chce. Teraz, to ja idę spać. Dobranoc.

poniedziałek, 01 maja 2017

W codziennym kieracie jeszcze jest ok. Gorzej gdy mamy do zagospodarowania czas wolny, dużo wolnego czasu. A każde z nas inaczej chce go spędzać, co innego lubi, co innego robi. Żyjemy razem, ale każde sobie, dochodzę do takiego wniosku.
Co bym chciała ja? Wspólne obejrzenie filmu, o którym moglibyśmy później pogadać. Problem w tym, że ja nie lubię horrorów, strzelanek, fantasy itp.

 

!@#@$%$^!!! Znowu? A gdzie reszta tego klikania????????????????

 

(autozapis co 10 sekund).

Dupa zbita a nie zapis co 10 sekund.

01:09, anonim002
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 104