na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 06 lutego 2019

Przychodzi taki czas gdy trzeba zacząć mysleć o odświeżeniu mieszkania, żeby nie powiedzieć o remoncie ;-)
Przed Świętami Bożego Narodzenia mieliśmy awarię pradu. SZM na szybko zrobił taką tam prowizorkę tylko na tyle byśmy mieli wszystko jak trzeba, ale by nie trzeba było kuć ścian. Teraz czas na to, by zrobić z tym porządek, czyli od skrzynki, która jest nad drzwiami wejściowymi poprowadzić nowe kabelki wszędzie, no prawie wszędzie. To temat nr 1.

Kuchnia remontowana kilka lat temu prosi o odświeżenie ścian i sufitu. Sufit do pomalowania, bo wyłożony tapetą fliselinową do malowania, ale przybrudzony mocno. Musi w tym roku zobaczyć się z farbą. Kuchnia mała to i ściany mało, ale ta co jest wymaga zmiany tapety. No i przy jednym blacie roboczym marzy mi się płyta na ścianę, albo szklana, albo plexi, albo drewno w kolorze frontów. Nad tą płytą półka, a pod półką lampy led, bo przy tym konkretnym blacie to trochę ciemno jest. To temat nr 2.

Duży pokój wytapetowany tapetą fliselinowa na ścianach i suficie wymaga zmiany, bo na suficie tapeta przestała trzymać. nie widać tak od razu na wejściu, ale my wiemy że tam i owam są puste pęcherze, nie ma co malować, bo samo odpadnie :-) Czyli wytapetować i pomalować. Może na ściany zdecydujemy się na jakieś kolorowe tapety, to już bez malowania, ale sufit to mus fliselina, bo wówczas nie widać pęknięć. A gładzie do nas nie przemawiają. Przy okazji tego prądu z tematu nr 1 - dodatkowe gniazdko w jednym miejscu. To temat nr 3.

Skoro prąd trzeba ciągnąć przez caluteńki przedpokój to najwyższy już czas zrobić tam generalny porządek, czyli po pierwsze zlikwidować istniejącą starą zabudowę. Rozebrać wszystko. Ściągnąć stare panele z podłogi, wywalić to zielone gówno, które przy układaniu podłogi miało nas uchronić przed robieniem wylewki, które miało wypoziomować podłogę pod panele, a w chwili obecnej kruszy się tak, że spod listew przypodłogowych wyłazi zielony pył. Czyli teraz to chyba trzeba jednak zrobić wylewkę i dopiero potem układać panele. Ściany doprowadzić do porządku, połatać dziury, wyprostować, wytapetować ściany kolorem i sufit fliseliną no i pomalować go. I postawić nową szafę, zorganizować garderobę, takie tam. To temat nr 4.

Pokoje dzieci, nie tak znowu dawno odświeżaliśmy, więc póki co jest ok. Prąd pociągniemy do puszki i zostawimy tak, by przy kolejnym remoncie tychże pokoi pociągnąć go dalej. Tutaj spoko luz.

Taki ostatnim tematem są balkony, które wypadałoby odświeżyć, czyli malnąć na biało. A balkony mamy dwa :-) Tylko nie wiem czy będziemy mieć na to jeszcze siłę. :-)))

Prąd będzie robił SZM. Do reszty chciałam tym razem kogoś wynająć by fachową ręką zrobił szybko to, co trzeba i jak należy. A zdążyć z tym wszystkim chcemy do Wielkanocy. Z uwagi na to, że ekipy, które polecali nam znajomi mają wolne terminy dopiero na jesień, to chyba skończy się na tym, że będziemy to wszystko robić sami. Z jednej strony kasa zostaje w kieszeni, z drugiej strony obawiam się, że czasowo nie damy rady. Oboje pracujemy. Ja jestem w domu przed 16, SZM wraca ok. 17, więc wiele czasu na robotę nam nie zostaje oprócz weekendów. A nie chcieliśmy się pakować w remont w czasie gdy na dworze będzie już ładnie i można gdzieś kręcić już na rowerze. 

I szukam motywacji by cokolwiek zacząć, postanowić, przedsięwziąć, bo jak siedzę w posprzątanym czyściutkim mieszkaniu i myślę sobie, że jak zacznę remont to ten widok odejdzie w zapomnienie to już mi się odechciewa tego remontu...

Jak wrażenia po wizycie? :-)

Jakby to powiedzieć... szału nie ma. Mieszkanko małe, pełne rzeczy, niekoniecznie ich, bo jak się okazuje pomieszkują u nich rodzice Panny. Nie będę tu opisywać ich sytuacji życiowej, powiem tylko że nie jest ciekawa i niejednokrotnie mówiliśmy Młodemu, że jest w takiej sytuacji, że bierze Pannę z dobrodziejstwem inwentarza. Ktoś z Was pięknie napisał mi w komentarzu że dorosłość polega na prawie do popełniania własnych błędów. Szczera to prawda. Nie ukrywam, że czekam co z tego wyniknie, kiedy Młody będzie miał dość. A może nie będzie miał. Jakby ktoś przypuszczał, że mieliśmy okazję więc do poznania rodziców to spieszę wyjaśnić, że jest w błędzie, albowiem rodzice skrzętnie nas unikają.
Posiedzieliśmy chyba 2 godzinki. Zjedliśmy ciastko, wypiliśmy kawę. Pannę zmogła choroba (autentycznie!), widzieliśmy, że ledwo siedzi więc nie było sensu przedłużać odwiedzin.
Chałupę mają zawaloną różnymi rzeczami, starałam się nie komentować do SZM, ale jak potem widzieliśmy się z Młodym to sam SZM zapytał czy oni kiedyś sprzątają :-)
Mieliśmy potem w następnych dniach okazję rozmawiać z Młodym w tak zwane cztery oczy i powiedzieliśmy mu, że gdyby kiedykolwiek zmienił zdanie, doszedł do wniosku, że to nie to, to zawsze może do nas wrócić. Żeby miał świadomość, że ma w nas oparcie. On dokładnie wie, że jesteśmy przeciwni tej sytuacji, która teraz tam trwa. Ale Panna podobno go zapytała czy rodzice mogą się na chwilę wprowadzić.
Szlag mnie trafia, bo wcale mi się to nie podoba. Powiem to - mam szczerą nadzieję, że ten związek się rozsypie. Bo widzę jak Młody wciąga się w bagno. Tak, wiem pieniądze szczęścia nie dają, ale warto je mieć. Warto mieć swój kąt, gdzie zawsze można się schronić i jest gdzie wracać. Nie musi to być mieszkanie własnościowe, duże, ale niech będzie jakiekolwiek, takie do ktorego ma prawo. Jak widać rodzice Panny go nie mają. I warto mieć pracę, a nawet chęci do pracy, by dzięki tej pracy mieć za co żyć i opłacać się na bieżąco. A z tym u nich różnie bywa. Nie mam jasnej sytuacji, bo wersje zmieniają się w zależności od sytuacji i nie wiem kto bardziej kłamie czy Młody czy Panna.
Chciałabym mieć świadomość, że pomagam Młodym, że polepszam ich los, a nie że wspieram rodziców Panny. Może to i dobrze, nawet na pewno dobrze, że Panna wspiera rodziców, niby dobrze to świadczy o niej, ale dla mnie ta sytuacja jest za trudna, nie potrafię sobie z nią poradzić.
Sytuacja jest tak dziwna, że nawet nikomu o tym nie mówię, bo sama niewiele wiem, wiem tyle ile powiedzą mi młodzi, a oni cedzą info jak mogą. Od Panny nawet usłyszałam, że nie chce na ten temat rozmawiać, bo ma dość świecenia oczami za rodziców. Ręce mi opadły.

No i tak to...

piątek, 25 stycznia 2019

Młody zaprosił nas na ciacho i kawę. Idziemy w niedzielę. Przypuszczam, że gdyby nie rozmowa jego z matencją to nie byłoby tego zaproszenia. Jeszcze, a może i w ogóle :-)
Generalnie rzecz biorąc u nas Młody bywa rzadko, na palcach mogę policzyć. Tak konkretnie w odwiedzinach w styczniu to oboje byli raz.
Narzekają, że zapracowani, że czasu nie mają, że zmęczeni. Najpierw sobie myślę, a co będzie gdy kiedyś na horyzoncie pojawi się dziecko? A potem pomyślałam, że ja też takie teksty zasuwam do matencji. Ale chyba az tak nie narzekam, a oni mam wrażenie tylko narzekają i narzekają.
Nie chcę się uprzedzać, ale chyba trochę za późno :-)
Panna generalnie jest z gatunku tych co to wiecznie zmęczona. Zwracaliśmy nawet Młodemu uwagę, że na pytanie jak leci nigdy, ale to nigdy nie odpowiada dziękuję, jest ok. Zawsze albo już dobrze, co sugeruje, że wcześniej było do bani, albo z miną cierpiętnicy mówi jakoś to leci. Mlody chyba przejął od niej tą manierę.
Narzekają na nawał roboty, że jutro trzeba iść do pracy a im się tak nie chce, itp. aż SZM nie wytrzymał i dowalił ostatnio, że chyba lepiej nie chcieć i musieć, niż chcieć i nie mieć gdzie iść. :-)
Bardzo zainteresowane ich wspólnym gospodarowaniem są obie babcie, i matencja i teściowa moja osobista. No i podpadła Panna, bo w tym związku jak się dowiedziałam od nich, to gotuje Młody. Bo Panna nie potrafi, nie umie. No i chyba nie wykazuje chęci ;-) Panna sprowadziła się z psem, którego chyba wyprowadza tylko Młody. Młody sprowadził się z autem, którym jeździ do pracy Panna, a Młody przesiadł się do autobusu.
Tak znam ten kawał gdy pewna matka opowiada koleżance o swoich dzieciach; że córka w małżeństwie świetnie trafiła, bo we wszystkim wyręcza ją świeżo poślubiony małżonek, a z kolei syn to ma pecha, bo jego żona nic nie robi i on musi wszystko za nią :-)
Jak to mawia SZM o Młodym, guuupi i tyle, jak se poukłada tak będzie miał. A ja z kolei mam zagwozdkę. czy podsunąć temat w rozmowie z nim, że może za bardzo go ta Panna wykorzystuje, bo oczywiście jestem troskliwą mamusią, która dba o syna, czy wyjaśnić, że jak na początku się ustawią to potem tak już pewnie będzie. No i żeby nie był głupi i nie dawał się wykorzystywać. bo jak na mój gust to Panna jest od tego by leżeć i pachnieć. :-) Z drugiej strony myślę, że to jego życie, jak zrobi tak będzie miał. Z trzeciej strony myślę, że te moje przemyślenia opierają się generalnie na opowieściach babć i strzępkach rozmowy z Młodym. Bo póki co nie było warunków by na spokojnie go podpytać jak to u nich wygląda na co dzień, bo niezręcznie mi było wypytywać w obecności Panny.
Matencja dała mi do myślenia pytając czy poznaliśmy rodziców Panny. No więc nie poznaliśmy, bo żadna ze stron nie wykazała inwencji w tym temacie. Ja uważam, że powinni rodzice Panny. a chyba najlepiej by było żeby Młody i Panna zaprosili do siebie obie strony. Bo rodzice Panny za bardzo nie maja teraz gdzie zapraszać, ale to osobna historia jest. A Młody powiedział do babci w tym temacie, że poznawać się mogą jak się planuje ślub, a on jeszcze nie wie czy się będzie żenił. Z tego co mówił wcześniej, mieszkając jeszcze z nami, to nie planują ślubu, bo im do szczęścia nie jest potrzebny. A babcia, matencja znaczy się, uczepiła się tego zdania, że może Młodemu Panna przestaje pasować :-)
A ja oczywiście mam wewnętrzne rozterki, że może niepotrzebnie tak go poganialiśmy z tą wyprowadzką, zabieraniem swoich rzeczy itd., no ale skoro zawarli już umowę najmu to na co było czekać... No i centralna moja rozterka pod tytułem karma wraca, czyli może ja do matencji za rzadko zaglądam, a teraz mam to samo. i śmiać mi się z tego chce i płakać jednocześnie.
I tak to...

piątek, 11 stycznia 2019

Młody wyprowadzony w grudniu, konkretnie to pierwszego. Deklarował, że jak się poukładają tak na maxa to nas zaproszą. Na zaproszenie czekamy do dzisiaj...
Trochę mnie to deprymuje, nie ukrywam. Nie chcę ich osaczać i być namona więc nie dzwonię, nie chodzę. Zresztą powiedzieliśmy mu przy jego bytności u nas dlaczego nie dzwonimy. Ale zastanawiam się czy taka polityka jest dobre. Bo jak tak dalej pójdzie to strace z nim kontakt zupełnie, bo z jego strony prawie żadnych ruchów nie ma. I odbieram to trochę jak policzek, porażkę wychowawczą. A zaraz potem zastanwiam się czy nie dramatyzuję. Ale z kolei raz na jakiś czas zadzwonić zapytać czy wszystko ok, to nie tak duże wymagania dla dorosłego syna, prawda? a on mam wrażenie że się po prostu odciął.
No i ta jego pseudosłowność... Pożyczył rzecz tylko na Sylwestra, do dzisiaj nie oddał. W międzyczasie pożyczył następną rzecz, ktorą już zaraz, jutro, pojutrze odda. W sobotę miną chyba dwa tygodnie. Nóż mi się w kieszeni otwiera...

poniedziałek, 07 stycznia 2019

Święta, święta... no i już po Sylwestrze :-)

Rodzinnie

Wigilia w licznym gronie, bo i teście, i moi rodzice, i siostra SZM z rodziną, no i Młody z Panną. Było miło i sympatycznie. Serio.
Pierwszy dzień Świąt - obiadek w domu, a po południu na kawę do rodzeństwa. Tam dołączył Młody z Panną, moi rodzice i rodzice drugiej połówki mojego rodzeństwa, a konkretnie to tata, bo mama źle się czuła.
Drugi dzień Świąt - na obiedzie u nas rodzice, teście, Młody z Panną i Mała z Kawalerem :-). Takie były plany, ale niestety teście nie dotarli. Ich strata. Po obiedzie kawa i świętowanie wspólne, nawet nie takie długie. Tak więc późne popołudnie, a już wieczór to na pewno, mieliśmy tylko dla siebie, bo Mała i Kawaler zajęli się potem sobą, a późno w nocy to już w ogóle wyjeżdżali w świat, razem z rodzicami Kawalera :-)
I tak minęły Święta...
Sylwester... nie zapowiadał się wyjściowo, bo o ile my rok temu zrobiliśmy prywatko-domówkę na prawie 20 luda, o tyle ze strony tych ludów jakoś nie płynęły żadne wieści, które mogłyby wskazywać na to, że ktoś z nich chciałby nas zaprosić. Nawet mnie to trochę wkurzyło. Konkretnie to od jednej takiej to było nawet słówko, a raczej pół, ale po pierwsze ona nigdy nie jest konkretna, po drugie nie wiem czy zależało nam na tym by tam iść, a po trzecie niechby się zdeklarowała, robi, zaprasza i sprawa jest jasna, a takie pitolenie że niby, że może, to mnie tylko wkurza. To na zasadzie, żeby potem mogła była powiedzieć, że przecież ja chciałam... No ale tuż przed Świętami posypały się propozycje. Z uwagi na naszego najnowszego członka rodziny (przypomnę, że mieszka u nas kot-ka), którego zachowania podczas strzelania w Sylwestra jeszcze nie znamy, wybraliśmy dogodną lokalizację. Było miło, sympatycznie, statycznie. Achów i ochów piać nie będę, bo nie ma nad czym.
Nowy domownik, a raczej domowniczka jest urocza, oswaja się coraz bardziej, rośnie, ale dalej jest cudna. Między Świętami a Sylwestrem kiedy to byliśmy w domu tylko we dwójkę plus kot(ka), doszłam do tego, że dobrze, że jest ten kot, bo tak siedzielibyśmy kompletnie sami :-)
Młody na swoim gospodarzy razem z Panną, chyba im tam dobrze, ale jeszcze nas nie zaprosili do siebie, a my/ja nie chcę się narzucać i niezaproszona nie pójdę. Dochodzę do wniosku, że mieszka się nam bez niego spokojniej. Nawet się zastanawiałam na czym to polega. Dzisiaj Mała zadała mi pytanie czy nie uważam, że odkąd Młodego z nami nie ma to tacie się więcej chce? Czyli to chyba nie tylko moje wrażenie. A całe clou chyba tkwi w tym, że SZM toczył jakąś chorą rywalizację, sama nie wiem jak to nazwać. On tego czegoś robić nie będzie, bo może to zrobić Młody. Ja podskórnie już się denerwowałam takim stanem rzeczy. Poza tym osobna bajka to czy Młody to zrobi, to raz. Dlaczego SZM zrobić tego nie chce, to dwa. Czy Młody zrobi to tak jak trzeba, to trzy. No i czy w terminie, to cztery. Bo Młody taki jest. Nigdy nie wiem czy jak powie że coś zrobi to zrobi, albo czy zrobi w terminie, czy nie trzeba będzie poprawiać, albo robć za niego :-)
A teraz żyje nam się spokojniej. Na pewno mnie. Nie drżę czy Młody zrobi, nie wkurzam się, że Młody nie zrobił, nie mam po kim poprawiać, kogo rozliczać, bo każdy z nas wie co do niego należy i to po prostu robi.

Biegowo

Z uwagi na to, że miałam zdrowotną pauzę w treningach, tak się rozpasałam, że dorwał mnie Leniwiec Gigantus. Wybiłam się z rytmu treningowego. Przytyłam. Coraz trudniej jest mi znaleźć na tyle silnej woli by pójść na trening. Postanowiłam zatem wyznaczyć sobie cel, nowy, ambitny... Zapisałam się na półmaraton. Od lutego/marca zaczynam ambitne treningi stricte pod ten dystans.

Pracowo

Przy okazji padły w moją stronę słowa sugerujące ewentualną możliwość awansu. Niestety znowu w kompletnie inną zawodową stronę. I teraz mam zagwozdkę, nawet nie jedną. Bo raz, że nie wiadomo czy się uda. Bo dwa, dopiero co poczułam się w miarę pewnie tu gdzie teraz jestem, uporządkowałam cały zastany burdel, przygotowałam sobie plan działania, ogarnęłam przestrzeń, a tu zonk, znowu zmiana? Bo trzy, na tym nowym poletku jest zdecydowanie wyższa motywacja finansowa, i to jest chyba najsilniejszy argument. Bo tak naprawdę to nic więcej mi tam nie pasuje. I mam taką maleńką cichą, szczerą nadzieję, że po prostu nic z tego nie wyjdzie :-)

Byliśmy w kinie na Bohemian Rhapsody. Polecam! :-)

niedziela, 23 grudnia 2018

Niech te Święta będą dla Was przyjemnością, chwilą zatrzymania, refleksji i zadumy w codziennym pośpiechu, pełną drobnych, ale jakże cennych emocji. Życzę Wam również byście za rok o tej porze, gdy nadejdzie czas podsumowań, mogli powiedzieć "to był dobry rok"! 

Anonimka :)

23:30, anonim002
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 grudnia 2018

Kot a właściwie kotka, bo to dziewczynka przecież jest :-)
Mała od dłuższego już czasu prowadziła lobbing na rzecz futrzastego zwierzątka. Poważnym problemem była, a może nadal jest, tego nie wie nikt, alergia. Młoda od pani doktor ma zapewnienie, że na kota uczulenia nie posiada. Drugim alergikiem domowym jest Młody, który był własnie uprzejmy się wyprowadzić na tak zwane swoje, wynajmowane bo wynajmowane, ale zawsze już swoje, lepsze takie jak żadne. Trzecim alergikiem domowym jest SZM, który co prawda wychował się w domowym zwierzyńcu, bo tam były i koty i psy, ale jako dziecko tak bardzo chorował, że oparło się o astmę i pobyt w sanatorium. Ale kto tam wówczas myślał, wiedział o alergiach. Jego alergia ma reakcję natychmiastową. Bierze i dusi, albo wysypuje i swędzi, albo łzawi oczy, albo nie wiem co tam jeszcze. Młoda wymysliła, że wyśle tatusia na testy alergiczne. Tatuś zwolennik futer utrzymuje do dziś, że o ile na psy uczulenie ma i to wiemy, bo widać :-) to na koty nie, bo nic się z nim nie dzieje w towarzystwie kotków. Ustalili, że pojadą do wybranego przez młodą schroniska pooglądać już wybrane przez nią kotki (do tej pory oglądane w necie) i rozważymy zabranie zwierza w okresie zimowych ferii, żeby w procesie adaptacji tak długo zwierzak nie był w domu sam. Wybrane były kocurki i jedna kotka. Pojechaliśmy, na miejscu okazało się, że owa kotka to jest namłodszy kotek i Młoda oglądanie zaczęła właśnie od niej, no i na niej skończyła, bo jak dostała na ręce ją to już mowy nie było o innych kotach:-) A że planowaliśmy dopiero w ferie to pani ze schroniska powiedziała, że ok, w takim razie nikomu jej nie będzie już polecać, ale kto by się tam przejmował wcześniejszymi planami. W drodze do domu ze schroniska pojechaliśmy od razu do sklepu Zoo po wyprawkę i z powrotem do schroniska :-) No i wróciliśmy z kotem, tzn. z kotką :-))) Młoda/Mała jest kocią mamą na sto procent, wpisana do dokumentów jako właściciel, sama sfinansowała całą wyprawkę (czy ja pisałam, że Młoda załapała się do pracy, a właściwie to praca załapała Młodą), jest obczytana, wyoglądana filmików z behawiorystami i innymi ekspertami, no szał ciał, mówię Wam :-)
SZM ma też mnóstwo uciechy, sama Młoda powiedziała, że tacie chyba brakowało zwierzątka w domu, bo gdyby mógł to siedziałby cały czas w pokoju Młodej, bo kot zgodnie z zaleceniami Młodej póki co siedzi tylko w jej pokoju. A ja też się cieszę ;-) Odpowiadając na pytanie - nie, nie mam doświadczeń z życia z wolno biegającym po domu zwierzątkiem, bo do tej pory zwierzątka mieszkające u nas były tak zwane klatkowe (chomiki, świnka morska, rybki, ptaszki, żółwie). Też się cieszę, ale obawiam się nieco psot i niespodziewajek :-) Nic jeszcze nie ma wycięte, bo jeszcze za malutka jest, ma chyba 3 miesiące.

Młody
jeszcze się wyprowadza. Obiecywałam sobie, że nie będę go wyprowadzać, żeby mi w przyszłości nie powiedział, że go wyrzucałam z domu, ale... Czas leci, święta coraz bliżej, a tempo jego przeprowadzki mnie po prostu rozwalało. Gdyby codziennie przychodził i zabierał po trochę to rozumiem, że drobnymi kroczkami posuwa się do przodu, ale kto by się przejmował tym, że rzeczy trzeba przenieść, no nie? Wieczorkiem w piątek pojawił się , spakował dwie torby i uznał, że wystarczy, że reszta później (!). No to na sobotę mu przygotowałam całą resztę. Zabrał z naszą (SZM i Młodej) pomocą, ale drobna część dobytku została i czeka do dzisiaj. Problem w tym, że gdyby poświęcił jeden wieczór na to by sobie to wszystko posegregować, przygotować to by było lżej. A tak dostał w pakiecie wszystko i u siebie na miejscu ogarnia temat. A jak wcześniej mówiłam, że to i owo raczej niepotrzebne, że może próbować sprzedać, to uznawał, że to skarby i że absolutnie nie da się, nie można, nie wolno się tego pozbywać. Jak się okazuje jednak można. To, co zostało to już przejrzy na miejscu, bo to skarby z najwyższej półki :-) Najbardziej mnie rozwaliło to, że nie załatwił sprawy swojej przeprowadzki, a wolną sobotę już sobie zorganizowali towarzysko zamiast dopiąć wszystko na tak wany ostatni guzik. Ja nie znoszę takiego zawieszenia. Dlatego musiałam go zmobilizować. Tak się usprawiedliwiam :-)
A ja korzystając z tego, że zwolnił miejsce poświęciłam cały weekend na porządki domowe, przenoszenie ciuchów (bo szafy wolne) i aranżację pokoju dla nas :-) I w ten weekend odwaliliśmy wszystko, łącznie z ustawieniem już choinki. Mamy już w domu Święta, no za wyjątkiem tej sterty co to wciąż czeka, ale to już drobiazg. Zresztą powiedziałam, że jak już przesegregował a coś mu się nie mieści w tych ich 40 metrach to może to przywieźć, zostawić u nas, bo przecież go nie wyganiam. Jeszcze musimy mu oficjalnie otwartym tekstem, żeby nie było niedomówień, powiedzieć, żeby miał świadomość, że zawsze może do nas wrócić.

Panna
nie, żebym była uprzedzona, ale jak już wcześniej pisałam, zachwytu z mojej strony nie ma. Tłumaczę sobie, że to on ma być zachwycony, a nie ja. Ja mam taką cichą nadzieję, że Panna go ogarnie i z tego co widzę chyba tak się dzieje, a jemu to z pewnością wyjdzie na dobre. Już go ćwiczy w trzymaniu porządku i dyscyplinie domowej, bo jak powiedział mi Młody "jest gorsza od ciebie" ;-)

Ja
...cóż jestem na etapie myślenia sentymentalnego, co chwile łapię się na tym, że zdaję sobie sprawę z upływu czasu. Że się zestarzałam, że dzieci duże już dorosłe, że zostajemy z SZM powoli sami, że taka kolej rzeczy, norma znaczy się, że mnóstwo rzeczy chciałam jeszcze wspólnie z dziećmi zrobić, planowałam, a tu już się chyba raczej nie da w tej formie, której planowałam. Pilnuję się bardzo by nie popełniać tych rzeczy, które mnie u matencji drażniły, drażnią, by nie zagłaskiwać otoczenia, dać im oddychać. To pewnie etap, który muszę przeżyć. No i przygotować się na drugi raz, gdy przyjdzie moment kiedy będzie szła na swoje Mloda/Mała, a ona już się odgraża, że to za jakieś dwa lata. I znowu mam uczucia mieszane, bo cały czas czekałam na to by mieć sypialnię, ale gaszę swoją radość z tego faktu, bo wewnętrzny chochlik mówi mi, że zamknął się właśnie jakiś etap. Sama sobie tłumaczę, że to raczej nowe otwarcie :-)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Mamy nowego domownika, a właściwie to domowniczkę :-)

Moja Mała jest od wczoraj kocią mamą i jest przeszczęśliwa. Aż się biedna rozpłakała gdy pani w schronisku ją nam wydawała. Kotek jest śliczny, dachowiec, tygrysek, mały, ale wychowany, korzysta z kuwety, zaczipowany, zaszczepiony. Cudny po prostu. :-)

czwartek, 13 grudnia 2018

Przeprowadzka, wyprowadzka ze strony technicznej jeszcze trwa i pewnie potrwa chwilę. Bo na ten przykład wczoraj nikt się nie pojawił po jakiekolwiek rzeczy. Ani widu ani słychu, ani sms-a. Nie chcę pakować i wyprowadzać go na siłę, ale skoro już się zdecydował to kule-bele niechby zrobili to tak jak z Panną, raz a konkretnie. A ja będę mogła zagospodarować pokój po swojemu :-) 

Temat wyfrunięcia z gniazdka nastawia mnie nieco nostalgicznie, sentymentalnie. Przerobiłam już w głowie etap, że mogłam być lepszą mamą w całym dotychczasowym jego życiu, że może bardziej powinnam dbać o więzi, a potem doszłam do wniosku, że to przecież normalny etap, wkraczanie w dorosłość i nauka na własnych błędach. Patrząc z boku na całą tę sytuację widzę jak staję po drugiej stronie lustra i widzę matencję w czasach gdy to ja wyfruwałam z domu.
I to są uczucia mieszane... Bo z jednej strony fajnie, że dorósł, że dojrzał, że chce, że ma z kim, że jest szczęśliwy. Z drugiej żal, że to wynajem. Z trzeciej lepszy wspólny wynajem niż wspólny kredyt, bo nigdy nic nie wiadomo, a kredyt do spłaty zostaje :-) Dla nas psychicznie i atmosferowo w domu chyba lepiej, bo te drobne, ale jednak uciążliwości z jego bywaniem-pomieszkiwaniem u Panny, jej u nas już się wyprostują. Zostaje obawa czy dadzą radę unieść to finansowo, czy będą w stanie myśleć i cokolwiek odkładać na przyszłe swoje.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Młody
...mieszka już na tak zwanym swoim, ale rzeczy z pokoju wynosi sukcesywnie po trochę. Nie wiem czy do świąt zdąży :-)
Uczucia mieszane mam z tą sytuacją. Z tą jego wyprowadzką, decyzją... To już drugie jego/ich podejście do wyprowadzki do wynajmowanego mieszkania. Za pierwszym razem wytłumaczyliśmy, że zamiast płacić komuś za wynajem to lepiej uzbierać by mieć na start na coś swojego. Ale tak, na swoje kupione nie ma widoków, bo kredytu póki co raz, że nie dostanie, bo umowa o pracę na czas określony, a dwa, że dochody za małe, zatem kupno odpada. Po drodze była propozycja przeprowadzki do Panny mieszkającej z rodzicami w wynajmowanym mieszkaniu, a mam wrażenie, że potrzebowali może nie sponsora, ale osoby która by się dokładała do budżetu i sprytnie wykombinowali sobie taki plan. Nie wypalił, bo młody dojrzał do tego, że lepiej zaczynać osobno, a nie z teściami na karku. W dodatku z teściami z niejasną sytuacją finansową.
Inna opcja to mieszkanie z miasta do remontu, do złożenia wniosku niejako przymusiłam oboje dzieciostwo, bo czas działa im na korzyść, ale po pierwsze trzeba tam zaglądać i szukać czy jest cokolwiek co się nadaje, a po drugie jak się już nada to trza mieć kasę na ten remont, co nie? Zatem oszczędzanie znowu się kłania. I tak się kółko zamknęło. w międzyczasie doszłam do wniosku, że skoro chce iść na swoje to ja go siłą trzymać nie będę, mieszkanie wspolne stawało się z lekka uciążliwe, bo to przecaś dorosły chłop, a my mamy inklinacje do tego by traktować go jak dzieciątko nasze. Bardziej ja mam takie instynkty, przyznaję. No i doszłam do tego, że jak zechce to oponować nie będę.
Osobny rozdział to sytuacja życiowa Panny Młodego, z lekka skomplikowana. Bez widoków na jakiekolwiek wsparcie ze strony rodziców, z wiszącą groźbą spłaty zadłużenia rodziców, tudzież utrzymywania ich na starość. Mam nieodparte wrażenie, że Panna uciekła spod ich skrzydeł, by w końcu zacząć życie na własny rachunek. I chyba stąd taka prawie nagła decyzja o wyprowadzce, poszukiwania na cito mieszkania do wynajęcia, szybka przeprowadzka itp. Panna przeprowadzona w ciągu jednego weekendu, zabrała z domu co mogła, tak przynajmniej to wygląda. Akcja przeprowadzki Panny odbyła się podczas naszego weekendowego wypadu andrzejkowego planowanego od ponad miesiąca, kiedy jeszcze ptaszki nie śpiewały o wyprowadzce Młodego, ale koledzy Młodego stanęli na wyskości zadania, i bardzo dobrze :-)
Mieszkanko mają fajne, jak na początek i ich potrzeby całkiem OK. 40 metrów kwadratowych, dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon, centralne ogrzewanie sieciowe, ciepła woda z piecyka. Umowa wynajmu na dwa lata. Mieszkanie odświeżone, częściowo umeblowane, tzn. konkretnie to jeden pokój ten sypialniany był bez mebli. No i fakt, że mieszkają blisko nas :-)
Widzieliśmy to mieszkanie na surowo przed przeprowadzką, mimo odświeżenia widziałam tam jeszcze kilka rzeczy do poprawki, ale to już ich sprawa. Generalnie fakt, że nie jest to standard typu apartament z górnej pólki to moim zdaniem na plus bo mają motywację by dążyć do swojego o wysokim standardzie, a może się mylę, nie wiem.
Układają się tam powoli, montują internet, telewizję, przenoszą ciuchy i wyposażenie.
Początkowo stałam na stanowisku, że niech się urządzą tylko własnymi siłami i zobaczą co to za miód, ile rzeczy będzie im brakować. Ale potem jak babcie (Matencja, Teściowa) zaczęły akcję pod tytułem "czego Wam potrzeba?" uznałam, że przecież nie mogę być taka złośliwa :-) Zatem daję co mogę, co potrzebują. A oni sami obawiali się braku akceptacji wspólnego zamieszkania bez ślubu ze strony babć, a tu niespodziewajka, bo babcia jedna wspomogła finansowo, a druga rzeczowo :-) I tak to.
A my... nie narzucamy się z pomocą, pytamy czy nie potrzebują, a oni uparcie twierdzą, że dają radę i widzę, że są zadowoleni i szczęśliwi, a to przecaś najważniejsze :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109