na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 18 kwietnia 2018

Pracowa nuda, panie dziejku, nuuuda...
Zrobiłam porządki w zakładkach bloga, przeczytałam swoją własną relację z wycieczki do Paryża i powspominałam z przyjemnością, bo to fajny wyjazd był.

Wczoraj załatwiłam sobie cały tydzień wolnego majowego. Trzy dni urlopu i calutki tydzień laby. Coś jednak trzeba zaplanowac.

Miłego dnia Wam zyczę! U nas pogoda cudna.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Dzisiaj jak widac bedzie bez polskich liter, bo zamist nich sie krzaczki pojawiaja. Z czytaniem moze byc problem, bo sie trzeba nieco natrudzic zeby domyslic sie co autor mial na mysli... Nie moja to wina, jeno Bloxa.

"...zeby Wam sie zgodnie i przyjemnie zylo, ciezka to praca" napisala Dorota. Oj, swiete to slowa. Ciezko jest. Jeszcze w ciagu tygodnia kiedy gonimy miedzy praca a domem to jeszcze jak Cie moge, ale weekendy... masssakra.

Ruszylismy dupkensy na rowery. Dwie wycieczki zaliczone, pierwsza chyba 35 km, druga 45 km. Cieszy mnie to, bo znaczy to ze wakacje beda prawdziwie rowerowe. Oby.

A nasze relacje... Coz z perspektywy czasu widze, ze nudzimy sie ze soba. Nie bojmy sie slow. Ogladamy kompletnie rozne filmy, ja czytam, SZM tylko mowi ze czyta, ale nie czyta. A towarzysko zrobila sie nam pustynnie. Zorganizowalismy impreze sylwestrowa. Troche traktowalam to jak nawiazanie naszych relacji towarzyskich na nowo. Nie ukrywam, ze liczylam na jakies spotkania towarzyskie, zaproszenie na kawe i takie tam inne jak to kiedys bywalo. Tylko jedni staneli na wysokosci zadania i spelnili moje oczekiwania. To moze z nami jest cos nie tak. moze nie czekac tylko dzwonic i sie wpraszac. Moze to ja jestem taka dziwna... Smutne to. Deprecha mnie jakas w tym temacie ogarnia. Strasznie sie boje, ze skonczymy jak moi rodzice.

A nasze relacje... coz, mnie nie zachwycaja. Jeszcze jak w domu sa dzieci to da sie wytrzymac, ale jak pusto to masakra. Nie zgadzaja sie nam pomysly, checi, oczekiwania. Syndrom pustego gniazda po prostu.

Z bardziej przyjemnych rzeczy - skonczylam ogladac Czarne lustro. Fajny serial, godny polecenia, ale trzeba go sobie dawkowac, bo wiele na raz sie nie da. Z rozpedu jeszcze obejrzalam polskie dwa odcinki Czarne lusterko. Tez wymiata. Polecam.

A z kronikarskiego obowi?zku dodam, ?e rocznica slubu zaliczona czyli rodzinne wyjscie do fajnej knajpki, ze smacznym jedzeniem. Od dzieci butelka wina, a dla mnie od SZM niespodziewajka jubilerska czyli pierscionek :-)

Po tygodniu pauzy wrocilam do biegania, zresetowalam sie, zregenerowalam i powinno byc juz dobrze. Jestem zapisana na kilka biegow, a one same sie przeciez nie przebiegna. :-)

Fajnego tygodnia Wam zycze, u mnie wlasnie wyszlo slonko.

środa, 11 kwietnia 2018

Sto lat mnie tu nie było... I nawet nie wiem dlaczego tu znowu przylazłam. Tak mam chyba skonstruowaną psyche, żeby nie zostawiać zaleglości, że wszystko powinno być skończone, a nie rozbabrane.

Zaległości dla porządku powinny być najpierw, ale kurcze nic mi do głowy nie przychodzi... No to se popisałam.

:-)

W tak zwanym międzyczasie minęły Święta Wielkanocne. Oczywiście zafundowaliśmy sobie maraton z gośćmi, czyli na śniadanie wielkanocne rodzice i teście, którzy zostają do obiadu. Przy obiedzie dołączają połówki naszych dzieci, a po południu na kawę i urodzinowego torta Małej dołącza rodzeństwo nas obojga. Ufff. W poniedziałek za to kompletnie nic, zero, nuda panie... nawet dzieci nie było :-)

Wcześniej, przed świętami - impreza party niespodzianka dla matencji z okazji 75 urodzin. Wymyśliłam niespodziankę żeby uwolnić ją od przygotowań. Było miło i sympatycznie.Aczkolwiek mam wrażenie, że matencja nie potrafi się ucieszyć, tak naprawdę pełną radością. Ale ona tak zawsze miała.

Usiłowałam po świętach wrócić do postu, który robiłam rok temu. Tym razem chciałam krócej, ale po czterech dniach poległam. Dobre i te cztery dni. Wagowo przybrałam dwa kilo, codziennie sobie obiecuję, że właśnie od dzisiaj zero słodyczy, ale na obiecankach się kończy, a słodycze wciągam jak jamochłon :-0

Przed nami wspólne wyjście do knajpy, wspólne z dziećmi znaczy się, z okazji naszej rocznicy ślubu. 27 lat strzeliło, wierzyć mi się nie chce.

środa, 28 lutego 2018

Dużo bym chciała, ale muszę po kolei, bo się pogubię...
Zmarł, nagle i niespodziewanie bliski nam sąsiad. Położył się spać i rano żona znalazła go już sinego. 65 lat. Aktywny, wysportowany, wulkan energii. Szok nr 1.
Nie mogłam się ogarnąć przez kilka dni, wciąż myśląc o nim, o niej...
Znajomi, z którymi odwiedzaliśmy się okazjonalnie. Kiedyś pracowałam z nią, nasi mężowie poznali się przez nas. Rówieśnicy nasi. Odwiedzamy się rzadko, ale podtrzymujemy kontakt. Okazało się, że od 2,5 roku źle się między nimi dzieje. Jeszcze nie miałam okazji pogadać z nią tak po babsku, na spokojnie, dała mi tylko cynk w odpowiedzi na nasze zaproszenie. Ma już dosyć i postanowiła przestać udawać. Szok nr 2.
Przychodzisz w odwiedziny, obserwujesz i wydaje ci się, że wszystko gra. Jak widać nigdy nie wiemy co się dzieje kiedy za gośćmi zamykają się drzwi...

Zaliczyłam wizytę u kardiologa: EKG, EKG, USG nerek, pomiar ciśnienia, wywiad i diagnoza - lekkie nadciśnienie tętnicze 1 stopnia. Zapisane tabletki na obniżenie ciśnienia, coś na literkę N, nie pamiętam. Mała dawka. W lipcu czeka mnie 24-godzinny holter i wizyta. Mam normalnie żyć, bo jak to ładnie powiedziała pani doktor po to biorę leki by móc normalnie żyć.

Znowu odezwały się fale gorąca. Klimakterium i już! Zapytałam pani doktor czy ten wzrost ciśnienia nie jest spowodowany klimakterium, Mireną itp. Zaprzeczyła. Wychodzi na to, że mam je, to nadciśnienie, zapisane w genach :-)

Wciągnęłam się w serial polski "Diagnoza". Generalnie fajny, ale kurczę, drażnią mnie takie niedopracowania tematu, takie pływanie na granicy rzeczywistości, bo skoro jest osadzony w naszych realiach to niech będzie. Ja pewnie jestem zboczona, ale nienawidzę kiedy życie sobie, a film sobie. Wrrr. No i to niepotrzebne przeciąganie scen, ujęć panoramicznych i zoomów.
A Mała poleciła mi i wciągnęła mnie (bo ona już widziała) inny serial, brytyjski - "Czarne lustro". Bardzo mi się podoba, ale w zbyt dużej dawce robi się mało strawne. Jednakże daje do myślenia. No i super jest to, że każdy film ma inną obsadę  jest kompletnie o czymś innym. O czym jest? O wyborach, o moralności, o wadach, zaletach, odpowiedzialności... 

Zimno, u nas lekko biało, ale bardzo zimno, bardzo czyli -11 i więcej, a raczej mniej :-) Z bieganiem nie odpuszczam. Wczoraj zrobiłam prawie 7 km w jak na mnie szybkim tempie, średnio 6:14. Co oznacza, że przebiegłam 1 km w czasie 6 minut i 14 sekund, średnio. W marcu, konkretnie 11, czeka mnie fajny bieg na 10 km, ciekawam czy do tego czasu mrozy znikną.

SZM pojechał na delegację, wraca dopiero w czwartek. Dooglądałam Diagnozę, zwalczyłam senność i teraz ani mi w głowie spanie. A do pracy rano trzeba będzie wstać...
No to póki co - dobranoc jednak. Macham łapką do tych co tu jeszcze zaglądają.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Już miałam zamykać kompa ale przypomniało mi się o blogoświecie... Tak, tak, wiatr hula po blogach, wpisów nie widać, komentarzy mniej... a to kawał życia w tych moich literkach.

No to żeby nie było - czas uzupełnić zaległości.

Zdrowotnie się trochę posypałam. Tabletki na wyregulowanie, ustabilizowanie ciśnienia biorę, bo się trochę wystraszyłam /rozkurczowe w okolicach 100 - 115/. Szykuję się do wizyty prywatnej u kardiologa co by mnie dokładnie przebadała i zdiagnozowała. Nie wiem czy to może stres ze szpitalnymi przygodami tatencjusza ze mnie wychodzi, czy to po prostu sks czyli sprawa peselowa :-) Tabletki biorę od 3 tygodni, najmniejszą możliwą dawkę i efekt że tak powiem średni, zmienny, nie zachwyca.

A propos tatencjusza jak tylko poczuł się lepiej to już odpuścił wszelkie zalecone badania, no masakra z nim po prostu, ręce opadają. A matencja dzwoni do mnie i za każdym razem wylicza mi czego on nie zrobił, a przecież powinien. I jak ja mam mieć niskie ciśnienie? :-)

Młody już jest stażystą. Póki co zadowolony. Pożyjemy zobaczymy, w banku też mu się na początku podobało. On sam powiedział, że najważniejsze, że nie pracuje w sprzedaży i nie ma bezpośredniego kontaktu z klientem. Teraz wszystko zależy od niego, bo staż to dopiero początek, a na to jak potoczy się dalej to już tylko on sam ma wpływ. Trzymam kciuki za powodzenie. Oby mu się...! Staż na pół roku, kokosów nie zarobi, jak to na stażach, ale zawsze jakieś doświadczenie w branży będzie miał. Może nauczy go to troszkę oszczędzania, szacunku do pieniądza i jeszcze paru rzeczy.
To aż niemożliwe jak różne są te moje dzieci. Starszy Młody, który powinien być odpowiedzialny, doroślejszy i dojrzalszy w ogóle nie poczuwa się do jakiegokolwiek partycypowania w czymkolwiek, dopóki nie usłyszy jasnego komunikatu. Tak ma i tyle. I nie wiem czy sęp, sknerus czy niedomyślne toto, a może po prostu egoista wyhodowany na własnej piersi. 7 lat bycia jedynakiem zrobiło swoje? A Mała, która dopiero co doczekała się stałego dochodu i to w kwocie raczej symbolicznej, sama z siebie wychodzi z inicjatywą zwrotu kosztów np. zakupu okularów i sama finansuje część swoich zakupów ciuchowych, kosmetycznych. Od zawsze tak miała, że chciała coś kupić, się dołożyć, albo np. sama z siebie zapraszała mnie na ciastko. W życiu się takiego czegoś nie doczekałam ze strony Młodego.
Związek Młodego z Jeszczeniesynową trwa. Tak coś czuję przez skórę, że to będzie TA dziewczyna. Chyba dlatego, że jakoś tak średnio do mnie przemawia, no nie wiem co w niej takiego jest. Bardzo się staram, żeby nie było widać tego, że mnie z lekka delikatnie mówiąc drażni. Wiem, najważniejsze, żeby jemu pasowało i żeby to on był szczęśliwy. Wiem.
Wiem też, że jak Młody wyjdzie z domu to raczej pożytku z niego mieć nie będziemy. Mam wrażenie, że tracimy kontakt. Wypracował sobie taki styl życia, że od poniedziałku do piątku, czwartku mieszka u nas, a w piątek po pracy (tak było już jak jeszcze pracował w banku) jedzie do Jeszczeniesynowej i zostaje u niej do niedzieli, a wraca wieczorem. Ona do nas też przyjeżdza i zostaje, kiedyś to się rozkladało jakby pół na pól, ale teraz mam wrażenie, że zdecydowanie częściej on jest u niej.
I tak, po pierwsze będąc tam prawie wcale się nie odzywa, nie dzwoni, nie pisze sms, nawet nie wiem, że żyje. No tak dorosły jest, ale tak się zawsze umawiamy z dziećmi, że dają znać, że żyją. Może przesadzam...?
Po drugie nie podoba mi się to pomieszkiwanie u Jeszcze nie synowej, bo im się nie przelewa, to wiem, a Jeszczeniesynowa też nie pracuje, a takie pomieszkiwanie to było nie było jeszcze jedna osoba na utrzymaniu. Uważam, i powiedziałam to ostatnio głośno i wyraźnie po raz chyba drugi, że to mi się nie podoba i że nie ma do niej aż tak daleko, a auto ma do dyspozycji i swobodnie może wracać do domu, no chyba, że są po imprezie i wracają późno a do niej akurat mają bliżej, bo ona mieszka w centrum miasta, a my w "sypialni". Teraz miał argument, bo w sobotę szli na urodziny. Zobaczę co będzie w tym tygodniu.

A propos postanowień noworocznych -
1. do wspomnianego zagranicznego wujka jeszcze nie zadzwoniłam, wpisuje sobie to jako zadanie do wykonania w tym tygodniu, ale...
2. ostatnio wprosiliśmy się do mojego rodzeństwa w odwiedziny. Uznałam, że przestaję się certolić i czekać na zaproszenie, w końcu to najbliższa rodzina i jak im nie będzie pasowało to sami powiedzą. Było średnio powiem szczerze. Ale postanowienie dotyczące nawiązania relacji z rodzeństwem mogę chyba uznać za zaliczone, bo najpierw siostra SZM była u nas na nasze zaproszenie, a teraz my u mojego rodzeństwa. Yes!
3. odnawianie kontaktów towarzyskich ciężko idzie, bo po imprezie sylwestrowej u nas spodziewałam się, że to nasi goście do nas zadzwonią z propozycją spotkania, ale niestety tak się nie stało. Trochę to smutne. Do jednych takich, których nie zapraszaliśmy na Sylwestra, zadzwoniłam z zaproszeniem na kawę, ale jak się potem okazało nasz termin im nie pasował, więc do niczego nie doszło.
4. Częstsze jeżdżenie do matencji też mi nie wyszło, bo przeziębiona byłam i obolała chyba grypowo, ale bez gorączki na szczęście, a poza tym to ciśnienie i te tabletki powodują, że ja prawie cały czas śpię. Dzisiaj to wyjątek jakiś, albo nasycenie snem na maxa.
5. Z powodu choróbska miałam przymusową pauzę w bieganiu przez dwa tygodnie, ale już wróciłam na ścieżki. Wczoraj zaliczyłam 12 km :-)
Reszta punktów czeka...

Ostatnio nadrabiam zaległości czytelnicze i staram się opróżnić półkę z pozycjami do przeczytania.
- Najlepszy - Ł. Grass - najpierw zobaczyłam film, potem przeczytałam książkę. Film lepszy. Książka była tylko podstawą do napisania scenariusza, szacun za wyobraźnię dla autora scenariusza.
- Zielone drzwi - K. Grochola - dzięki tej książce dowiedziałam się, że lubiana przeze mnie Dorota Sz. to córka autorki.
- Przeznaczeni - K. Grochola - nie zachwyciła mnie, trochę się z nią męczyłam.
- Magnolia - G. Jeromin-Gałuszka - połknęłam w jedną niedzielę, fajne.
- cały czas czeka z zakładką między stronami na dokończenie czytania, a raczej na porządne się wczytanie - To jest napad - M. Wałkuski - trochę za suche, encyklopedyczne, on tak ładnie opowiada w Trójce, a jego słowo pisane/czytane do mnie nie przemawia chyba, ale może się rozkręci...
- czeka też - Gringo wśród dzikich plemion - W. Cejrowski - pierwszą książką - Rio Anaconda byłam zachwycona, a tu nie potrafię się wciągnąć.
- a od wczoraj do dzisiaj połknęłam książkę, o której myślałam od Bożego Narodzenia, gdy wpadłam na nią w sklepie - Ania - M. Drzewicki, G. Kubicki - najpierw uznałam, że za dużo lukru, zbyt nachalnie, prosto, a potem się wciągnęłam i na końcu popłakałam.
Bo ja lubię biografie i filmy na faktach. Wtedy chyba bardziej uruchamia mi się wyobraźnia.

środa, 24 stycznia 2018

Podwieczorna drzemka skutkuje bezsennością :-)

Po pracy poszłam pobiegać, biegało mi się fajnie, ale coś mi tam strzyka, boli w pośladku. Takie fatum mam, jak tylko pomyślę, wspomnę o tym, że może mogłabym pobiec jakiś bieg cokolwiek dłuższy niż 10 km to zaraz coś mi się odzywa. Ostatnio chyba tu napisałam, że marzy mi się kiedyś po cichu jakiś półmaraton. Napisałam i niepotrzebnie, bo wilka z lasu wywołałam. Czułam, że coś pobolewa, ale zasada dam radę i wybiegam wzięła górę. W efekcie zrobiłam dzisiaj 11 i pół km takim średnim tempem, bez napinki. Ale jak dotarłam do domu to pośladek bolał i boli nadal. Porozciągałam się, porolowałam, niby ciut mniej, ale problem z obciążeniem tej nogi jest. Po prysznicu padłam i przysnęłam. Boli, mięsień jest spięty, skurczony, tak, że jak na boku się kładę to jakbym tam siniaka strasznego miała. No i na co mi to było, to myślenie o 21 km?

Wakacje zarezerwowane, zadatek wysłany. To jeszcze trzeba by wymyślić jakiś tani atrakcyjny luksus na weekend z dziećmi. Na wczasy z nami nie pojadą to chociaż na weekend... Żeby było blisko, atrakcyjnie no i niedrogo. Tiaaa... Atrakcje dla rodziny z dziećmi typu stare dorosłe konie. I tu mam zagwozdkę. Fajnie by było - wycieczka typu góry i spacer po górach, ok, ale jak nie będzie pogody to dupa blada. Poza tym najpierw muszę ich sterroryzować, żeby chcieli, bo nie lubią chodzić po górach. Czyli raczej odpada. Myślę o Skalnym Mieście, ale zdaje się, że każdy z nas już tam był. Generalnie w ogóle tamte okolice Kłodzko, Wałbrzych, bardzo mnie kuszą, ale trochę chyba daleko, bo od nas to tam będzie  prawie 300 km. Trochę za daleko na weekendowy wypad.

Chyba jednak pójdę spać, bo jutro będę jak zombie. Dobranoc.

niedziela, 21 stycznia 2018

Kontynuując temat zdrowotności moich rodziców uleję sobie nieco żółci, która mi siedzi na wątrobie...

Po szpitalnych wizytach tatencjusz miał zlecony kontakt ze specjalistą. Normalnie na termin do specjalisty czeka się dłuuugo, teraz to zapisują chyba na czerwiec. Załatwiłam wizytę jeszcze w styczniu. Wizytę, na którą tatencjusz nie poszedł. I nawet nie potrafił mi się jakoś sensownie wytłumaczyć, bo argument o braku skierowania upadł w 5 sekund. Szlag jasny mnie trafił. Opierdzieliłam z góry na dół i zapowiedziałam, że w dalszym leczeniu ja udziału nie biorę. Bo jak mu sie tyłek ze strachu trzęsie to potrafi zadzwonić i jest posłuszny, a jak tylko jest trochę lepiej to ma wszystko w nosie i zgrywa bohatera. Tragedia. Jemu się pewnie wydaje, że jak się o problemie nie mówi to go nie ma. Ręce mi opadają. To pacjent z gatunku takich co to prosić go trzeba żeby zadbał o siebie. Masakra jakaś po prostu.

Dzisiaj dzieciaki zaliczyły wizytę u jednych i drugich dziadków. U moich oczywiście nie obyło się bez akcji matencji pod hasłem "kto nie jest ze mną ten przeciwko mnie".

A'propos noworocznych postanowień - wczoraj odwiedziła nas na nasze wyraźne zaproszenie siostra SZM ze swoim mężem. Mogę odhaczyć jeden punkt programu :-)

Dzisiaj spadł u nas śnieg i pięknie wyglądał świat. Wybraliśmy się nawet na spacer do lasu. Zaliczyliśmy 5 km spacerowego marszu w pięknych okolicznościach przyrody.

Skończyłam oglądać ten serial na literkę "B" z młodym Stuhrem. O ile pierwszy sezon oglądałam z zapartym tchem i podobał mi się bardzo, o tyle drugi sezon w zasadzie mogli sobie darować. A tam na końcu jeszcze jest zapowiedź trzeciego. Umordowałam się, żeby dooglądać do końca.

A w temacie wakacji - rezerwacja w trakcie. Polskie morze tym razem wybrzeże zachodnie. A nigdy tam nie byłam. I znowu wyjazd z rowerami. Już się na to cieszę! :-)

Młody czeka na staż w upatrzonej firmie, podobno ma to już zostać sfinalizowane w tym tygodniu. Oby.
Mała przeżywa swoją pierwszą sesję. Jak na razie bez strat, ale akcja dopiero się rozwija :-)

piątek, 12 stycznia 2018

Rok się zaczął super zabawą, ale niestety proza życia przyniosła kłopoty zdrowotne rodziców. Tatencjusza konkretnie. I oczywiście wieczorem. Zaliczona nocka, a właściwie to obiegowo mówiąc dniówka, bo od 18 do 2 w nocy, zaliczając po drodze trzy miejskie placówki. Tatencjusz jako pacjent, ja w charakterze kierowcy no i Matencja w charakterze nie wiem kogo, opiekuna, zatroskanej maużonki. Moim skromnym zdaniem nie musiała jechać, tylko niepotrzebnie się mordowała, ale chciała, niech ma. Rozumiem.
Za dwa dni kolejny wieczór z Tatencjuszem w placówce zdrowia, ale tym razem Matencja odpuściła, bo sama do tego doszła, że właściwie to nie jest potrzebna, a po co nam asysta. Poszło nawet szybciej niż myślałam. Na końcu opierniczyłam Tatencjusza z góry na dół za brak aparatu słuchowego, zapowiedziałam, że ma go nosić, wytłumaczyłam, że sam sobie utrudnia życie, doprowadza do konfliktów z matencją, odcina się od społeczeństwa i sam sobie pogarsza jakość życia. Kupił dwa, bo powinien nosić na obu uszach, a nie używa żadnego, ewentualnie sporadycznie jednego, bo jak twierdzi jest/są mu niepotrzebny/e. Udowodniłam na żywym przykladzie wizyty u lekarza, że jednak jest/był potrzebny :-)
Wczoraj odbyła się planowana Tatencjusza wizyta u specjalisty. Długo zapamiętamy tę wizytę. Wszyscy. Specjalista ośmielił się nie zgodzić się z tezą postawioną przez Matencję, mało tego, ucinał jej wywody i mówił coś czego nie oczekiwała, ośmielił się nawet zasugerować by ona, Matencja nie wchodziła do gabinetu z Tatencjuszem. Dramat. Już po wizycie wszyscy w rodzinie zostali wciągnięci w tak zwany kabaret. Kto nie jest z nią to jest przeciwko niej. Ręce mi opadają.
Jest uciążliwa, ja to wiem, rodzina to wie, wy to wiecie, ale nic z tego nie wynika, a ja nic na to na to nie poradzę. Każda dyskusja, która nie prowadzi do tezy, z którą ona sama się nie zgadza, bądź utożsamia, jest dyskusją jałową, bezsensowną i skazaną na ostrą wymianę zdań, anse, dąsy, płacze, żal, i wszystko inne w myśl zasady "ja Wam wszystko, a Wy przeciwko mnie". Masakra.

Wiem, będzie jeszcze gorzej...

niedziela, 07 stycznia 2018

Święta, święta i po ...
Impreza Sylwestrowa mega udana. Bawili się wszyscy, zmieścili się wszyscy i zadowoleni byli wszyscy. I do dzisiaj nie żałowałam ani razu, że się zdecydowaliśmy na taką prywatko-domówkę. Było super! Bawiliśmy się wszyscy do prawie czwartej, potem jeszcze herbata dla tych co zostali i takie tam inne, ostatecznie kładłam się spać przed 6.

Maużon nadal gubi kilogramy, dzisiaj na wadze pokazała mu się ósemka, czyli 89 z hakiem, a zaczynał od 113. Brawo on. Po okresie świąteczno - noworocznym moja waga z 70-71 wzrosła do 72,5, ale mam nadzieję powalczyć troszkę i wrócić do tamtego czasu, gdy czasem nawet pokazywało mi się 69 z hakiem.

Dzisiaj, a właściwie to wczoraj, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Wisły szlakiem wspomnień, poszliśmy zobaczyć jak wygląda okolica gdzie byliśmy na wczasach ponad dwadzieścia lat temu, a to były nasze pierwsze wczasy... I w drodze powrotnej podjęliśmy postanowienie, że od wiosny, gdy zrobi się nieco cieplej, będziemy sobie robić wypady w góry, ale takie wędrówki piesze na szczyty jakieś, żeby mieć cel. Zobaczymy ile nam z tego wyjdzie, ale fajnie by było.

Młody dostał się na staż do firmy, na której mu bardzo zależało. Czeka jeszcze na załatwienie formalności i informację kiedy dokładnie zaczyna i na jak długo, ale mam nadzieję, że wszystko będzie ok.

U mnie w pracy - roboty huk, stresa mam, bo na początku roku zawsze pracy mnóstwo, a mój stres się boi, że nie ogarnie, nie zdąży, zawali itp. U SZM znowu jakieś rewolucje i zmiany, jak co roku.

Mała szykuje się do pierwszej sesji. Miejmy nadzieję, że da radę. Oby!

Rodzice. Tatencjusz po szpitalnych "turnusach" powinien być w zdecydowanie lepszej kondycji niż jest. Szwankuje mu serce. Do matencji chyba w końcu dotarło, że on może czuć się gorzej, być chorym itp. Do tej pory wychodziła z założenia, że złego diabli nie biorą, a jego to pałą nie dobije. A tu zonk! Do tego dochodzi kwestia aparatu słuchowego, który tatencjusz ma i to nawet dwa, na obydwoje uszu, ale rzecz w tym, że nie wystarczy mieć, trzeba ich jeszcze używać. A on je chyba kupił, żeby nikt mu nie zarzucił, że ich nie ma, ale nie używa, bo się chyba wstydzi. No bo innego powodu tego nieużywania to nie widzę. I szlag jasny mnie trafia z tego powodu, nieużywania oczywiście.
Ona, matencja, zdrowotnie też nie najlepiej. Po udarach fizycznie nie jest najgorzej, bo wyraźnych ubytków fizycznych nie ma, ale kojarzenie ma już zdecydowanie ograniczone. Nigdy nie była zbyt lotna, nie łapała kawałów, ironii i takich tam innych, ale nie trzeba było jej powtarzać po sto razy różnych rzeczy by zapamiętała. Wiek robi swoje. No i jest uciążliwa z tą swoją serdecznością, częstowaniem i pytaniem co chwilę o jedzenie, picie. Będzie tak pytać co pół minuty aż człowiek dla świętego spokoju się zgodzi. A potem jeszcze Ci powie, że ona od początku wiedziała, że się zgodzisz.
Oj książkę by można o nich...

Powinnam zacząć ten wpis od przeprosin i podziękowań. Przepraszam za brak życzeń z mojej strony, a dziękuję za to, że pamiętaliście o mnie. Tak, przyznaję, zaglądam tu sporadycznie, do Was też zaglądam rzadziej niż kiedyś, ale pojęcia nie macie jak często o Was myślę...

Nie spisywałam postanowień noworocznych, ale może jednak trzeba?

1. Być bardziej otwartą na kontakty rodzinne. Do jednego wiadomego wujka zagranicznego z ciocią zadzwonić i nawiązać nić kontaktu, bo aż wstyd, że z mojej strony nic. Nie chce mi się tu tłumaczyć, ale wychodzi na to, że olałam ich sikiem prostym, a oni nie zasłużyli sobie na to.
2. Podtrzymywać kontakty rodzinne z rodzeństwem, raz w miesiącu zadzwonić, popytać co słychać, wprosić się na kawę. Bo jak tak dalej pójdzie to stracimy kontakt całkiem. To samo dotyczy rodzeństwa SZM.
3. Trochę bardziej rozwinąć się towarzysko i odnowić te kontakty, które z lekka wygasły. A ten Sylwester to był taki pierwszy kroczek ku temu.
4. Częściej jeździć do matencji, bo raz na dwa tygodnie to zdecydowanie za mało. Dzwonię częściej, bo staram się minimum co drugi dzień, ale jeżdżę rzadko, a przecież nie mam daleko.
5. Biegać 3 razy w tygodniu, systematycznie, no i stopniowo zwiększając dystans. Póki co do maks 15 kilometrów, bo moje życiowe maks to chyba 12 albo 13 km na jakimś treningu kiedyś, ale po cichutku szeptem na ucho Wam i tylko Wam powiem, że fajnie byłoby zaliczyć, mieć na koncie jakiś półmaraton skromny (tj. 21 km), ale nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda, chciałabym tak jeszcze przed swoją 5o, więc mam czas do czerwca 2019. :-)
6. Na wiosnę rozpocząć górskie wędrówki weekendowe z SZM. Relaksacyjne.
7. Zorganizować majowy albo nawet czerwcowy wyjazd rodzinny. Bo jak widać spodobał się taki wyjazd SZM, bo sam mi to podpowiedział. Rok temu nie wypalił, bo najpierw matura Małej, a potem to oni już mieli terminy zajęte, albo ochoty za mało, sama nie wiem. Jak wezmę się za to wcześniej, postawię przed faktem dokonanym to i ochota się znajdzie i dzieciaki upchną nas w swoich terminarzach - taką mam nadzieję.
8. Finansowo trochę się zdyscyplinować i dopiąć co niektóre cele. A jest ich kilka.
9. Na wiosnę odświeżyć tzw. duży pokój i może z rozpędu przedpokój i sufit w kuchni.
10. Nie zostawać w pracy po godzinach, zdyscyplinować się tak, by wszystko robić w czasie godzin pracy. Wyrzucać delikatnie te wszystkie towarzyskie dusze, które przychodzą i zawracają gitarę.
11. Zrobić 14 dni postu dr Dąbrowskiej. Na wiosnę.
12. Zdyscyplinować się w temacie życzeń urodzinowych wysyłanych tradycyjną pocztą do rodziny. Bo jak do tej pory to kiepsko mi to idzie, bo ja zapominalska jestem przez kilka ostatnich lat.
I to chyba koniec... Czy mam to wydrukować i powiesić na lodówce by zapamiętać?

 

 

01:16, anonim002
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 grudnia 2017

Co tam u mnie Panie Dziejku...? Maużon wciąz chudnie, Młody wciąż szuka pracy, ja utrzymuję wagę i wciąż biegam, a Młoda studiuje. :-) To taki generalny skrót. Zanim wywali mi ten wpis w kosmos to ja go może zapiszę...

W związku Małej/Młodej chyba zmęczenie materiału. Motyli w brzuchu nie ma i takie tam inne. Stare dobre maużeństwo :-)

Młody szuka i szuka, ale jakoś znaleźć nie potrafi. A bo to mu się nie podoba, tego nie chce, a tamto jest do bani. I nie żeby go tam kto chciał, a on odrzucał oferty. Nie, on na starcie mi już takie teksty rzuca. Dzisiaj zapytałam czy nie postawił sobie poprzeczki zbyt wysoko. Zobaczymy co dalej. Niby dramatu nie ma, bo bez roboty dopiero od 1 listopada, noża na gardle nie ma, ale presja psyche jest. Przynajmniej u mnie :-)

Co roku notuję sobie a'propos Świąt... W tym roku - wigilia - rodzice i teście u nas, po wigilii dojedzie rodzeństwo (moje). W Boże Narodzenie na obiedzie gościmy teściostwo i rodziców, może posiedzą do popołudnia, zostaną na kawie i ciastku. Ale zaraz potem mamy już wooolne. Bo nikogo więcej nie zapraszamy, a nas do siebie też nikt nie woła. I o ile z moim rodzeństwem w swięta się zobaczę o tyle siostrunie SZM nie czują takiej potrzeby. Łaski bzzz :-)

A impreza sylwestrowa się kroi niepowtarzalna. Zdecydowaliśmy się zrobić imprezę w domu. Ja przyszło co do czego to się okazało, że mamy party na prawie 20 osób. Impreza oczywiście składkowa. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej przeraża mnie ta ilość, a z trzeciej to potem pewnie sama siebie będę podziwiać, że mi się chciało... :-) Ale cóż - raz się żyje!

Pozdrowionka dla czytających, jeśli jeszcze się tu uchowali takowi :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106