na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
O autorze
niedziela, 27 listopada 2016

No więc tak...
Badanie biustu Małej/Młodej wykazało, że guzek jest. W tym tygodniu biopsja, potem zabieg usunięcia.
Moja tarczyca ma się dobrze, ale nie aż tak żebym miała spokój. Guzek jest. Póki co tabletki, za 3 miechy do kontroli i pewnie potem zabieg. Wymyśliłam sobie jeszcze wizytę u endokrynologa, może uda się coś podziałać i uciec od skalpela.
Egzamin na prawko Małej/Młodej w połowie do przodu. Czyli teoria tak, praktyka nie. Kolejny termin wyznaczony.
Wigilia jednak u rodzeństwa. Może to i dobrze. Czas pokaże.
Urodziny SZM za nami. Bez specjalnego zadęcia i przyjęcia. Byli rodzice jedni i drudzy i tyle. Za rok taki numer nie przejdzie, bo to będą okrąglutkie 50-te.
Po raz nie wiem który już prosiłam SZM, żeby wziął się w końcu za siebie. Nagadałam się trochę w tym temacie, z zaznaczeniem, że nie mówię złośliwie, tylko z troski; jeżeli mnie kocha to niech się postara, bo waga, wiek i w ogóle grupa ryzyka, otłuszczone serce, ciężkie życie grubasa, względy estetyczne i każde inne. Osobiście nie wierzę, że cokolwiek zmieni, ale kurcze...
A spotkanie studenckie całkiem fajne, jutro kolejne :-) Wychodzi na to, że nic innego nie robię tylko chadzam na spotkania z koleżankami :-)
A impreza biegowa była fajna, poprawiłam swój czas na 10km o dwie minuty :-) I też muszę się wziąć za siebie, bo tak się rozpuściłam ze słodyczami, że mimo biegania dupcia mi urosła. Zatem do roboty! I z daleka od słodyczy :-)

 

 

 

 

23:04, anonim002
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 listopada 2016

Nie idzie mi dzisiaj robota, oj nie idzie...
Weekend był aktywny.
Impreza pracowa, na którą wcale nie chciało mi się iść, należy do bardzo udanych.
Zakupy kiecki marzeń dla Małej - dokonane, udane.
I impreza biegowa, która była po prostu superzasta. SZM został jednak w domu, na własne życzenie, ale tak było zdecydowanie lepiej. Po moim powrocie sam powiedział, że dobrze, że nie pojechałem, byłabyś między młotem a kowadłem. Aż się zastanowiłam czy tu nie zajrzał ;-)
Dzisiaj spotkanie z koleżankami ze studiów, po roku nie widzenia się.
Jutro wizyta Małej/Mlodej u specjalisty.

piątek, 18 listopada 2016

Sinusoidy życiowe i zdrowotne to chyba norma. Zwłaszcza te zdrowotne. Młoda marudziła o wizytę u gina, bo pan doktor tak powiedział. Na osobności do mnie wtedy rzekł z uśmiechem: za pół roku do kontroli, może będę mógł zbadać normalnie :-) No i pół roku minęło chyba we wrześniu, jak zycie pokazało badać można :-) Umówiłam wizytę podczas której Młoda poprosiła o zbadanie piersi, usg. Badanie wykazało, że w jednej piersi blisko pod skórą, guzek, prawdopodobnie włókniak. Jesteśmy już umówione do chirurga. Najpierw badanie, potem usg, pewnie biopsja, czekanie na wynik i usunięcie. Trzymajcie kciuki, bo mam stresa oczywiście. A przy okazji skontroluję swoją tarczycę, bo przecież miałam się zjawić do kontroli we wrześniu...

Temat świąt się uspokoił, SZM powiedział mi, że jak bardzo chcę to możemy iść do rodzeństwa, tylko że ja nie bardzo chcę. Matencja nic nie wspomina to może nie ingerowała w to zapraszanie... ale i tak nie mam ochoty na święta w krainie lodu. Brakuje mi tam ciepłej, serdecznej atmosfery. Wszystko jest piękne, jak z obrazka, dopieszczone, ale nie widzę w tym serdeczności, tylko obrazek malowany na szkle. Tyle w temacie.

Dzisiaj imprezuję pracowo, branżowo. Powiem szczerze - nie mam specjalnej ochoty na imprezowanie, ale wyjścia też jakby nie mam. Trzeba to wziąć na klatę i robić dobrą minę do tej gry.
Jutro z rana wyprawa w poszukiwaniu kiecki marzeń na studniówkę. A w niedzielę świetna impreza biegowa. Początkowo SZM miał jechać ze mną z grupą, ale jak zwykle gdzieś po drodze się wykruszył i jeżeli już to pojedzie sam, niezależnie autem. Obiecuję sobie jak widać za każdym takim razem, że już go nie będę ciągnąć do grupy, do integracji, bo on jest niezainteresowany, a ja potem będę w niefajnej sytuacji bo chciałabym z grupą, a głupio zostawić go samego.

Termin egzaminu na prawo jazdy Młodej już wyznaczony. Wewnętrzny zdała na 100%, oby tak jej szlo dalej, no i te jazdy... Uprasza się o trzymanie kciuków za tydzień w piątek :-)

Młody pracuje, mówi, że mu się podoba. Umowę ma do końca miesiąca, próbną. Miejmy nadzieję, że nie po to go szkolili, żeby teraz pożegnać. Cały dzień go nie ma. Wychodzi rano, wraca ok. 19.00, bo dojeżdża komunikacją miejską do MiastaWojewódzkiego, a to trochę trwa. Auto co prawda stoi, ale dojazd autem mu się za bardzo finansowo nie opłaca i do tego dochodzi problem z parkingiem. Wieczorem wraca, przebierze się w luźne ciuchy, zje, jedzie do dziewczyny, albo gdzieś z kolegami wyjdzie i mamy noc. Tak się ostatnio cwaniak ustawiał, że weekendami był nieobecny i mijała go pomoc przy ogarnianiu mieszkania, zwłaszcza łazienek, bo to była jego działka. W ten weekend będzie miał okazję się wykazać :-)
Kwestie finansowe Młodego zostały wstępnie ustalone. Przelewa mi ustaloną kwotę, a ja mu to pakuję w oszczędności. Mógłby to robić sam na swoim koncie, ale powiedzialam mu wprost, że chcę mieć sto procent pewności, że tej kasy nie roztrwoni. Z bólem serca się zgodził. Wydaje mi się że to dobre wyjście. Ubodło mnie trochę, że nie przyszło mu do głowy zapytać czy ma się dokładać do życia. Nie chodzi o to, że musi, bo ja nie potrzebuję tych jego pieniędzy, ale sam fakt braku potrzeby mnie zabolał. Widzę, że sama osobiście wychowałam egoistę. Ja sama, bo jak mawia SZM to ja wychowuję dzieci, a on się nie wtrąca :-) Widzę to w drobnych gestach, wypowiedziach, zachowaniu. Siedem lat był jedynakiem, potem starałam się, żeby nie czuł się odrzucony z tego powodu że mu przybyło rodzeństwo, no to mam. Łapię się na tym, że mnie Młody drażni i zła jestem za to na siebie bo przecież to moje dziecko. Zawsze mawiałam do siebie i nawet pisałam tu pewnie nie raz, że dobrze byłoby go potłuc i posklejać, ulepić na nowo. Ostatnio od Małej usłyszałam, że powinnam go sobie jeszcze raz urodzić i wychować na nowo. Coś w tym chyba jest :-)

Wyklikałam się, no to do pracy rodacy! Pozdrawiam! :-)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Za nami długi weekend. Bezdzietny, bo młodzi zorganizowali się we własnym zakresie. Młody z dziewczyną i ekipą pojechali na weekend w góry, a Młoda do chłopaka, bo jego rodzice wyjechali i mama prosiła (podobno?), by Młoda o  niego zadbała. A my - w piątek zorganizowaliśmy sobie gości, -  sobotę spędziliśmy leniwie, - pół niedzieli również, a po południu bilans się wyrównał, nawet na plus, bo Młoda przyjechała z chłopakiem.
A propos piątkowych gości... Sama nie wiem czy to ja / my jesteśmy już starzy, czy może odwykliśmy od maluchów, czy też ci jedni konkretni znajomi tak mają, a może to się szerzy wśród społeczeństwa, no sama nie wiem. Na piątek zaprosiliśmy dwie znajome rodziny, znamy się wszysycy. Jedni z dużym synem studentem przyszli bez "dziecka", a druga zaprzyjaźniona z nami rodzina jest czteroosobowa; rodzice nasi rówieśnicy tak pi razy drzwi i dwoje dzieci gimnazjalista i czterolatek. Jesteśmy oboje z SZM typem rodzica, który owszem kocha swoje dziecko, ale dziecko ma znać swoje miejsce w hierarchii rodziny i na pewno nie jest przewodnikiem tego stada. Natomiast nasi znajomi uważają wręcz odwrotnie. To nic, że przy stole siedzi sześć dorosłych osób, cztery z nich rozmawiają, oglądają np. mecz, słuchają relacji itp. Tatuś na cały głos dyskutuje z czterolatkiem i zabawia go a jakże, ale tak, że my własnych myśli nie słyszymy. No ręce opadają. Wszyscy po kolei jesteśmy wciągani w zabawianie małego. To i tak dobrze, że nam nie przełączyli programu, bo normalnie to nikt nie ma szansy obejrzeć czegokolwiek innego, bo mały chce bajkę. No masakra jakaś. Wiedzą, że dziecko jest absorbujące i nie zabierają mu zabawek licząc, że coś przecież będziecie mieć. Miał być miły wieczór, a ja w duszy odliczałam...

Idą święta...
zaczynają się dylematy wigilijne. Dla przypomnienia:
Rok temu moje rodzeństwo nie spieszyło się z zapraszaniem rodziców na wigilię, więc uznaliśmy, że nie ma na co czekać (a niejako to była ich kolej jeśli tak można powiedzieć) - zapraszamy my. Skoro są już moi rodzice, to niech będą też teście. Wszyscy zaproszeni. Po czym obudziło się moje rodzeństwo z zimowego snu i zaprosiło ich. I tu numer odstawiła matencja, bo zrezygnowała z wigilii u nas (a wiem, że u nas lubi a wręcz woli, tak przynajmniej mówi) na ich rzecz, żeby rodzeństwu nie robić przykrości (bo jakże to tak, rodzeństwo zostanie na wigilii bez "naszej" rodziny!). Argument kiepski, bo ja też zostałam bez "swojej", ale logika ta jest zrozumiała tylko dla matencji. My za to na pocieszenie, bo zrobiło się miejsce przy stole, zaprosiliśmy sobie rodzeństwo SZM i było naprawdę fajnie. Serio!
W tym roku moje rodzeństwo zaprosiło rodziców już teraz. Powiedziało, że zaprasza już teraz, żeby nikt mu potem nie mówił, że za późno jest. Jak dla mnie problem mam z głowy i hura. Ale matencja już kombinuje... Ja to wiem. Czuję to w powietrzu. Już mi powiedziała, że wolałaby tak naprawdę iść do nas, a że rodzeństwo zrozumie, bo jak zapraszało to jej zapowiedziało, że gdyby się okazało, że my też ich zapraszamy i oni rodzice znaczy się wolą/chcą do nas, bo rok temu byli przecież u nich, to rodzeństwo się nie obrażą, bo rozumieją. Dobre, co? A ja na to do matencji, że my po prostu jeszcze nie planowaliśmy świąt, bo dla nas jeszcze jest wcześnie; jeszcze nie wiem co będziemy robić, bo do świąt daleko. Jak znam życie to już coś matencja czaruje i urobiła rodzeństwo (zaproś ich też, oni jeszcze nie mają planów), bo wczoraj już dzwonili do nas i zapraszali nas do siebie. Powiem szczerze - nie mam ochoty. Zaprosili sobie rodziców to niech sobie mają, ich teście też będą, więc będą mieli komplet. A my - zobaczymy co los przyniesie. Najwyżej posiedzimy sobie sami. Faktem jest, że teraz to już zapraszanie rodziców do nas nie wchodzi w grę raczej, bo to chyba byłoby z lekka chamskie zagranie; nie nie przyjdziemy do was, ale zabierzemy sobie rodziców do nas. :-)
Zdenerwował mnie tylko SZM tekstem, że nie idziemy do rodzeństwa, bo co będzie z jego mamą. Nie omieszkałam wspomnieć, że mama jego ma jeszcze dwie córki i one mogą się wykazać. A on mi na to, że mama ma lat ile ma i może on by chciał spędzić wigilię z nią. Nie chciałam się wykłócać, ale taki tekst działa w obie strony :-) A serio mówiąc to ja też nie chcę tam iść, ale nie z tego powodu, że trzeba zorganizować wigilię teściowej.
Masakra z tymi świętami... Zresztą jak nie na wigilię to na obiad trzeba obie strony rodziców zaprosić, więc tak czy inaczej u nas ci rodzice wylądują :-) Za to zarzekam się, że rodzeństwa SZM nie zapraszam, w tym roku oczekuję na zaproszenie. Obym się tylko nie przeliczyła :-)

czwartek, 10 listopada 2016

Babskie spotkania
sto lat temu gdy spotkałyśmy się w szkole pomaturalnej (I., B., B.) pewnie nie przypuszczałyśmy, że nasze losy tak się splotą, że jako stateczne matki, żony i pracowniczki z dłuuugim stażem wciąż i wciąż będziemy blisko. Zaczęło się od tego, że wspólnie podjęłyśmy pracę więc kontakty były mega bliskie. Kolejne śluby, porody, chrzty, urlopy macierzyńskie, komunie, wyjazdy za granicę i powroty z niej, przeprowadzki, ot po prostu życie, a my wciąż blisko nie tylko w pracy, ale i po niej. Do grona szkolnego dołączyła tzw. satelitka ze środowiska pracowego (A.), albo rodzeństwo jednej z nas (M.). Zaliczyłyśmy też przygodę edukacyjną po drodze więc grono nam się poszerzyło o K.
W czasie kryzysu i reorganizacji (ależ to brzmi!) w firmie kiedy to wycięto nas w pień i każda z nas poszła w inną stronę postanowiłyśmy sobie, że utrzymamy się razem wbrew przeciwnościom pracowym. I zaczęłyśmy spotkania cykliczne, prawie co miesięczne, w licznym gronie (I., B., B., A., M., K.), do którego dołączyła nasza szkolna klasowa koleżanka tak jak my wycięta w pień J., z którą do tej pory nie spotykałyśmy się poza pracą. Jedna z nas w nowym miejscu pracy spotkała się z naszą szkolną koleżanką I., która też chciała dołączyć do "klubu". Więc grono się powiększyło, było nas już 8 (I., B., B., A., K., M., J., I.). Jako ostatnia do "klubu" dołączyła D., która z nami pracowała w starej firmie, a oprócz tego jest rodzeństwem naszej szkolnej koleżanki. Dzięki niej rozszerzyłyśmy zakres imprez - "opijałyśmy" pierwszy rozwód, jakkolwiek by to nie brzmiało :-) Chyba zaraz potem ciążę A. I po kolei każdą "40", a ponieważ nie wszystkie jesteśmy rówieśniczkami więc trochę to trwało :-) Było nas cały czas 9 sztuk i spotkania były co miesiąc; na koniec jednego od razu ustalałyśmy termin kolejnego. Z czasem, niejako na własne życzenie, wymiksowana z towarzystwa została K., która i tak nie za bardzo pasowała nam do ekipy i od tej pory liczba 8 "klubowiczek" jest liczbą stałą :-) Niestety ostatnio spotykamy się rzadziej i musimy się chyba bardziej postarać, żeby się nam nie rozlazło to, co jest takie fajne i tyle już trwa.
Qurczę, miała być relacja a wyszła historia... ;-)

środa, 09 listopada 2016

Młoda (już nie Mała, hi hi!)
Niepotrzebny stres sobie zafundowałam. Ale od tego momentu gdy usłyszałam, że nie powinna być, zamiast na pewnie nie jestem, chyba podskórny stres będę już mieć zaprogramowany. Nic na to nie poradzę. Dziewczę jest zaopatrzone ze względów zdrowotnych w tabletki anty, ale jak to wiadomo - nigdy nic nie wiadomo :-)

W pracy remont trwa w najlepsze, od rana wiercą mi nad głową. Własnych myśli nie słyszę. Zwalniam się więc za chwilkę do domu. Tym bardziej że dzisiaj korzystając z nieobecności wyjazdowej SZM zaprosiłam sobie koleżusie na babskie spotkanie. i wiadomo ogarnąć, przygotować i jeszcze zdążyć na zebranie w szkole, bo jak się okazało jest akurat dzisiaj. Wpadnę do domu robiąc po drodze ostatnie zakupy i włączę bieg w tryb ekspres :-) ale sto lat już się nie widziałyśmy, a u mnie samej to ze dwa lata ich nie było. Niestety jutro do pracy, ale taki termin tylko wchodził w rachubę, bo stara zasada babskich spotkań nie dopuszcza obecności płci przeciwnej ;-)

Nie, nie da się pisac przy tych wiertach....

środa, 02 listopada 2016

Wildrose - Szukam kluczyka do Twojego bloga z Japonii. Pliiz!

wtorek, 01 listopada 2016

wczoraj:
w komentarzu napisalam, a właściwie naklikałam z pozycji telefonu:
Jeździliśmy dzis robić rekonesans sukienkowy w temacie studniówki. A ja z tyłu głowy mam zagwozdkę czy ta kiecka będzie na nią dobra, bo gdyby sie okazało ze jednak ciąża... Słowem na glos sie nie odzywam bo raz, ze SZM nic nie wie, a dwa nie chce drażnić Malej. Cały dzień w drodze na miejskim jedzeniu. To moze dlatego Mała wieczorem wymiotowała...
Oszaleje z tego stresu. Gdyby nie jutrzejsze święto to gotowa bym była kupić jej test, żeby siebie uspokoić. Wiem, szaleństwo przeze mnie mówi... 
dzisiaj:
Wyjazd rodzinny na cmentarze zaliczony. Potem zaliczyłam wyjazd z matencją, bo oczywiście na tatencjusza w tej materii ona liczyć nie może i jak stara tradycja nakazuje spacer po cmentarzach zalicza z nami, bo rodzeństwo moje ma to w głębokim poważaniu i nawet się nie zająknie w tym temacie. Żeby być sprawiedliwą w tej kwestii dodam, że rodzeństwo moje jedzie na groby rodzinne swojej połówki. Bo też naszych rodzinnych grobów tu w pobliżu nie ma, więc w zasadzie jest rodzeństwo usprawiedliwione, bo troska o matencję to jakby inny paragraf.
O ile nasze wspólne spacerowanie zajęło nam z dojazdem raptem 2 godziny, o tyle cmentarna przechadzka z matencją zajęła mi bite 3 godziny. Matencja chodzi już powoli, ma duże bóle kręgosłupa, często musi przystawać, prostować kręgosłup, dawać mu odpocząć. Z tego przystawania też mnie trochę zdrażniła, bo skoro się zatrzymuje to niech to robi z boku chodnika, żeby nie tarasować drogi, zwłaszcza w takim dniu jak dzisiaj. A ona beztrosko że ja się czepiam i źle ją traktuję, a ludzie sobie ją przecież ominą.
Zawsze zastanawiam się co w niej jest takiego, że działa na mnie jak płachta na byka. Cały spacer nawet był ok, pomijając wstawkę na temat omijania jej przez ludzi. Ale na sam koniec jak mi znowu zaczęła nadawać na tatencjusza, to już mi się ciśnienie dźwignęło na maxa. Nie wytrzymałam. Powiedziałam, że nie może tak robić, żeby tylko gadać o nim, co zrobił, a czego nie zrobił, a co powinien, a co ona jemu nagadała i jaka to jest poszkodowana, biedna i w ogóle. Ubrałam to w słowa, że sama niepotrzebnie się nakręca i po raz wtóry jeszcze się denerwuje, a to i tak niczego nie zmieni, więc po co ma się denerwować. No o się dowiedziałam, że jej jest przykro i musi się wyżalić, a ja jestem bez serca i oczywiście chlipnęła.
No i wyszło, że jestem nie córka tylko potwór zimny bez uczuć. I pewnie Bóg mnie pokaże, bo mnie moje dzieci też tak źle będą traktować.  Ale to już moje słowa, tzw. prywatny wyrzut sumienia.

niedziela, 30 października 2016

W temacie mojego nicnierobienia w pokoju Młodego...
Hmmm, o czym ja to chciałam... :-)
W sobotę do południa SZM i Młody pojechali na cmentarz umyć groby, prosto z cmentarza Młody jechał do Panny i zapowiedział, że nocuje u Panny i wróci w niedzielę.
Mała poszła z rana na jazdę z tytułu kursu prawa jazdy, a potem umówiła się z Kawalerem i pojechali do centrum handlowego szukać kiecki na studniówkę (wstępnie miała jechać z SZM i ze mną, ale wycofaliśmy się z tego pomysłu), potem już mieli zaplanowaną caluteńką sobotę, włącznie z noclegiem Małej u Kawalera.
Więc zabrałam się do sprzątania, bo uznałam że ten ostatni raz zrobię to, ale potem powiem, że mają sobie tak planować weekendy, żeby mieć czas na ogarnięcie swojego poletka. I o ile u Młodego było zakurzone i poprzerastane, o tyle u Małej wszystko lub prawie zrobione, bo z niej to ranny i raczej obowiązkowy ptaszek jest. Ogarnęłam więc calutkie mieszkanie, SZM jak wrócił to odkurzył podłogi. Zrobiłam wszystko za wyjątkiem prasowania, bo już mi się nie chciało i cała sterta piętrzy się na krześle do wysokości oparcia :-)
Mieliśmy więc wczoraj luźną, swobodną niedzielę. TV, filmy, komputer, książka, luz blues. No i jeszcze zdążyliśmy się posprzeczać, ale to chyba norma ostatnio :-)

Dzisiaj dzieciarnia miała się zjechać do domu na obiad. Młody z Panną, Mała z Kawalerem. Kawaler nie dotarł. Z relacji Małej wynika, że zaoponowała mama kawalera. Z mojej i SZM analizy wynika, że przelało jej się nocowanie Małej i powiem to bezkrytycznie, bo też mi po głowie chodziło, to, że za daleko sięga ten ich związek. Tzn. że zaczyna stawać się normą nocowanie i niedzielne obiady. Powiem szczerze, też mi to nie pasowało, uwierało, ale jakoś nie byłam na tyle stanowcza by zaoponować. Potrzebny był mi taki prysznic, nawet mi trochę głupio, że tak późno. Generalnie sprawa nocowania wyszła z tego powodu, że Kawaler mieszka w odległości, dojeżdża co prawda autem, ale tak nas jakoś urobili, że zgodziliśmy się, żeby on nie musiał po nocach jej odwozić. A jak zgodziliśmy się raz to już poszłoooo. Teraz czas odbudować granicę i szlaban.

Bieganie
Biegam cały czas. Co drugi dzień, nie codziennie. Tak przynajmniej się staram. Ostatnio jednak pochłaniam też słodycze. I mimo biegania waga rośnie :-) Wcale się zresztą nie dziwię, bo jem na kredyt w myśl zasady dzisiaj zjem, jutro wybiegam. Tyle że więcej zjadam :-) Ale nie mniej jednak biegam i jestem z siebie dumna :-)
Biegałam początkowo z telefonem i aplikacją Endomondo, a potem ze specjalnym zegarkiem do biegania, który rejestruje wszystkie treningi i przerzuca je też do Endomondo. Ponieważ nadarzyła się ku temu okazja poanalizowałam sobie te wszystkie swoje treningi; gdy zaczynałam to były króciutkie odcinki i masakrycznie wolne tempo.
Pierwszy mój zarejestrowany trening z 22.07.2014 roku to dystans 2,41 ze średnim tempem 8:09/km, kolejny trening na drugi dzień miał tempo 8:25/km :-) Biegałam z Małą, albo sama, ale nieregularnie. A marzyłam wówczas o biegu ciągłym na odcinku dłuższym niż 1-2, a potem 3-5 kilometrów. Pod koniec lutego 2015 zaczęłam biegać w grupie. Pierwszy trening marszobiegowy na dystansie 4,07 km zrobiłam w średnim tempie 10:27/km.
Im niższa cyfra tym lepsze tempo. Rok temu (2015) biegałam już dystanse 5 km i nieco więcej w tempie ok 7:30. W marcu tego roku oswoiłam dystans 10 km na biegowych zawodach w średnim tempie 6:36/km. Przedwczoraj po treningu zauważyłam, że już od dłuższego czasu moje tempo ma na początku cyferkę 6 i nie jest to 6.30 tylko mniej :-) A wszystkie te analizy wzięły się z tego, że moje dwie pracowe koleżusie postanowiły zacząć biegać i zaliczyłam z nimi dwa pierwsze marszobiegowe treningi w zawrotnym tempie 9.15 :-)))

piątek, 28 października 2016

Chciałam tu na chwilunię jeszcze wrócić. Problemy z logowaniem zmusiły mnie do odzyskania hasła, bo stres mnie jadł, że jak to nie pamiętam hasła? Ze sto albo i dwieście lat nie byłam na gazetowej poczcie. Wyobraźcie sobie, że musiałam konto aktywować i moja skrzynka jest kompletnie pusta, nie ma nic. Ani odebranych, ani wysłanych. Na szczęście hasło do blogolandii mi się przypomniało, więc nie ma problemu, ale poczta poszła się paść, jak widać. A żal mi, bo fajne maile tam były. Wzięło i zniknęło. Chyba zacznę poważnie myśleć o archiwizacji blogów, bo póki co ten jak widzę jeszcze istnieje, ale ten pierwszy anonimowy blog internautki, tak się chyba nazywał, zaraz lecę sprawdzić.
...a miałam iść spać.

Tamten blog istnieje. Nie było mnie tam 3 lata. Tak jak pisała Iksińska we wrześniu stuknęło 12 lat mojego blogowania. Dopero jak sama do tego doszłam to zrobiło na mnie wrażenie. Kawał życia.

A jak popatrzyłam sobie na szablony, które kiedyś robiłam to aż mi się łezka w oku zakręciła... Kliknęłam jakiś pierwszy lepszy i trafiłam akurat na ten, gdzie zamiast wzorcowego byle jakiego tekstu wrzuciłam powieść, którą pisał Młody. To znaczy to miała być powieść, bo skończyło sie tylko na tym  tekście.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101