na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 19 lutego 2018

Już miałam zamykać kompa ale przypomniało mi się o blogoświecie... Tak, tak, wiatr hula po blogach, wpisów nie widać, komentarzy mniej... a to kawał życia w tych moich literkach.

No to żeby nie było - czas uzupełnić zaległości.

Zdrowotnie się trochę posypałam. Tabletki na wyregulowanie, ustabilizowanie ciśnienia biorę, bo się trochę wystraszyłam /rozkurczowe w okolicach 100 - 115/. Szykuję się do wizyty prywatnej u kardiologa co by mnie dokładnie przebadała i zdiagnozowała. Nie wiem czy to może stres ze szpitalnymi przygodami tatencjusza ze mnie wychodzi, czy to po prostu sks czyli sprawa peselowa :-) Tabletki biorę od 3 tygodni, najmniejszą możliwą dawkę i efekt że tak powiem średni, zmienny, nie zachwyca.

A propos tatencjusza jak tylko poczuł się lepiej to już odpuścił wszelkie zalecone badania, no masakra z nim po prostu, ręce opadają. A matencja dzwoni do mnie i za każdym razem wylicza mi czego on nie zrobił, a przecież powinien. I jak ja mam mieć niskie ciśnienie? :-)

Młody już jest stażystą. Póki co zadowolony. Pożyjemy zobaczymy, w banku też mu się na początku podobało. On sam powiedział, że najważniejsze, że nie pracuje w sprzedaży i nie ma bezpośredniego kontaktu z klientem. Teraz wszystko zależy od niego, bo staż to dopiero początek, a na to jak potoczy się dalej to już tylko on sam ma wpływ. Trzymam kciuki za powodzenie. Oby mu się...! Staż na pół roku, kokosów nie zarobi, jak to na stażach, ale zawsze jakieś doświadczenie w branży będzie miał. Może nauczy go to troszkę oszczędzania, szacunku do pieniądza i jeszcze paru rzeczy.
To aż niemożliwe jak różne są te moje dzieci. Starszy Młody, który powinien być odpowiedzialny, doroślejszy i dojrzalszy w ogóle nie poczuwa się do jakiegokolwiek partycypowania w czymkolwiek, dopóki nie usłyszy jasnego komunikatu. Tak ma i tyle. I nie wiem czy sęp, sknerus czy niedomyślne toto, a może po prostu egoista wyhodowany na własnej piersi. 7 lat bycia jedynakiem zrobiło swoje? A Mała, która dopiero co doczekała się stałego dochodu i to w kwocie raczej symbolicznej, sama z siebie wychodzi z inicjatywą zwrotu kosztów np. zakupu okularów i sama finansuje część swoich zakupów ciuchowych, kosmetycznych. Od zawsze tak miała, że chciała coś kupić, się dołożyć, albo np. sama z siebie zapraszała mnie na ciastko. W życiu się takiego czegoś nie doczekałam ze strony Młodego.
Związek Młodego z Jeszczeniesynową trwa. Tak coś czuję przez skórę, że to będzie TA dziewczyna. Chyba dlatego, że jakoś tak średnio do mnie przemawia, no nie wiem co w niej takiego jest. Bardzo się staram, żeby nie było widać tego, że mnie z lekka delikatnie mówiąc drażni. Wiem, najważniejsze, żeby jemu pasowało i żeby to on był szczęśliwy. Wiem.
Wiem też, że jak Młody wyjdzie z domu to raczej pożytku z niego mieć nie będziemy. Mam wrażenie, że tracimy kontakt. Wypracował sobie taki styl życia, że od poniedziałku do piątku, czwartku mieszka u nas, a w piątek po pracy (tak było już jak jeszcze pracował w banku) jedzie do Jeszczeniesynowej i zostaje u niej do niedzieli, a wraca wieczorem. Ona do nas też przyjeżdza i zostaje, kiedyś to się rozkladało jakby pół na pól, ale teraz mam wrażenie, że zdecydowanie częściej on jest u niej.
I tak, po pierwsze będąc tam prawie wcale się nie odzywa, nie dzwoni, nie pisze sms, nawet nie wiem, że żyje. No tak dorosły jest, ale tak się zawsze umawiamy z dziećmi, że dają znać, że żyją. Może przesadzam...?
Po drugie nie podoba mi się to pomieszkiwanie u Jeszcze nie synowej, bo im się nie przelewa, to wiem, a Jeszczeniesynowa też nie pracuje, a takie pomieszkiwanie to było nie było jeszcze jedna osoba na utrzymaniu. Uważam, i powiedziałam to ostatnio głośno i wyraźnie po raz chyba drugi, że to mi się nie podoba i że nie ma do niej aż tak daleko, a auto ma do dyspozycji i swobodnie może wracać do domu, no chyba, że są po imprezie i wracają późno a do niej akurat mają bliżej, bo ona mieszka w centrum miasta, a my w "sypialni". Teraz miał argument, bo w sobotę szli na urodziny. Zobaczę co będzie w tym tygodniu.

A propos postanowień noworocznych -
1. do wspomnianego zagranicznego wujka jeszcze nie zadzwoniłam, wpisuje sobie to jako zadanie do wykonania w tym tygodniu, ale...
2. ostatnio wprosiliśmy się do mojego rodzeństwa w odwiedziny. Uznałam, że przestaję się certolić i czekać na zaproszenie, w końcu to najbliższa rodzina i jak im nie będzie pasowało to sami powiedzą. Było średnio powiem szczerze. Ale postanowienie dotyczące nawiązania relacji z rodzeństwem mogę chyba uznać za zaliczone, bo najpierw siostra SZM była u nas na nasze zaproszenie, a teraz my u mojego rodzeństwa. Yes!
3. odnawianie kontaktów towarzyskich ciężko idzie, bo po imprezie sylwestrowej u nas spodziewałam się, że to nasi goście do nas zadzwonią z propozycją spotkania, ale niestety tak się nie stało. Trochę to smutne. Do jednych takich, których nie zapraszaliśmy na Sylwestra, zadzwoniłam z zaproszeniem na kawę, ale jak się potem okazało nasz termin im nie pasował, więc do niczego nie doszło.
4. Częstsze jeżdżenie do matencji też mi nie wyszło, bo przeziębiona byłam i obolała chyba grypowo, ale bez gorączki na szczęście, a poza tym to ciśnienie i te tabletki powodują, że ja prawie cały czas śpię. Dzisiaj to wyjątek jakiś, albo nasycenie snem na maxa.
5. Z powodu choróbska miałam przymusową pauzę w bieganiu przez dwa tygodnie, ale już wróciłam na ścieżki. Wczoraj zaliczyłam 12 km :-)
Reszta punktów czeka...

Ostatnio nadrabiam zaległości czytelnicze i staram się opróżnić półkę z pozycjami do przeczytania.
- Najlepszy - Ł. Grass - najpierw zobaczyłam film, potem przeczytałam książkę. Film lepszy. Książka była tylko podstawą do napisania scenariusza, szacun za wyobraźnię dla autora scenariusza.
- Zielone drzwi - K. Grochola - dzięki tej książce dowiedziałam się, że lubiana przeze mnie Dorota Sz. to córka autorki.
- Przeznaczeni - K. Grochola - nie zachwyciła mnie, trochę się z nią męczyłam.
- Magnolia - G. Jeromin-Gałuszka - połknęłam w jedną niedzielę, fajne.
- cały czas czeka z zakładką między stronami na dokończenie czytania, a raczej na porządne się wczytanie - To jest napad - M. Wałkuski - trochę za suche, encyklopedyczne, on tak ładnie opowiada w Trójce, a jego słowo pisane/czytane do mnie nie przemawia chyba, ale może się rozkręci...
- czeka też - Gringo wśród dzikich plemion - W. Cejrowski - pierwszą książką - Rio Anaconda byłam zachwycona, a tu nie potrafię się wciągnąć.
- a od wczoraj do dzisiaj połknęłam książkę, o której myślałam od Bożego Narodzenia, gdy wpadłam na nią w sklepie - Ania - M. Drzewicki, G. Kubicki - najpierw uznałam, że za dużo lukru, zbyt nachalnie, prosto, a potem się wciągnęłam i na końcu popłakałam.
Bo ja lubię biografie i filmy na faktach. Wtedy chyba bardziej uruchamia mi się wyobraźnia.

środa, 24 stycznia 2018

Podwieczorna drzemka skutkuje bezsennością :-)

Po pracy poszłam pobiegać, biegało mi się fajnie, ale coś mi tam strzyka, boli w pośladku. Takie fatum mam, jak tylko pomyślę, wspomnę o tym, że może mogłabym pobiec jakiś bieg cokolwiek dłuższy niż 10 km to zaraz coś mi się odzywa. Ostatnio chyba tu napisałam, że marzy mi się kiedyś po cichu jakiś półmaraton. Napisałam i niepotrzebnie, bo wilka z lasu wywołałam. Czułam, że coś pobolewa, ale zasada dam radę i wybiegam wzięła górę. W efekcie zrobiłam dzisiaj 11 i pół km takim średnim tempem, bez napinki. Ale jak dotarłam do domu to pośladek bolał i boli nadal. Porozciągałam się, porolowałam, niby ciut mniej, ale problem z obciążeniem tej nogi jest. Po prysznicu padłam i przysnęłam. Boli, mięsień jest spięty, skurczony, tak, że jak na boku się kładę to jakbym tam siniaka strasznego miała. No i na co mi to było, to myślenie o 21 km?

Wakacje zarezerwowane, zadatek wysłany. To jeszcze trzeba by wymyślić jakiś tani atrakcyjny luksus na weekend z dziećmi. Na wczasy z nami nie pojadą to chociaż na weekend... Żeby było blisko, atrakcyjnie no i niedrogo. Tiaaa... Atrakcje dla rodziny z dziećmi typu stare dorosłe konie. I tu mam zagwozdkę. Fajnie by było - wycieczka typu góry i spacer po górach, ok, ale jak nie będzie pogody to dupa blada. Poza tym najpierw muszę ich sterroryzować, żeby chcieli, bo nie lubią chodzić po górach. Czyli raczej odpada. Myślę o Skalnym Mieście, ale zdaje się, że każdy z nas już tam był. Generalnie w ogóle tamte okolice Kłodzko, Wałbrzych, bardzo mnie kuszą, ale trochę chyba daleko, bo od nas to tam będzie  prawie 300 km. Trochę za daleko na weekendowy wypad.

Chyba jednak pójdę spać, bo jutro będę jak zombie. Dobranoc.

niedziela, 21 stycznia 2018

Kontynuując temat zdrowotności moich rodziców uleję sobie nieco żółci, która mi siedzi na wątrobie...

Po szpitalnych wizytach tatencjusz miał zlecony kontakt ze specjalistą. Normalnie na termin do specjalisty czeka się dłuuugo, teraz to zapisują chyba na czerwiec. Załatwiłam wizytę jeszcze w styczniu. Wizytę, na którą tatencjusz nie poszedł. I nawet nie potrafił mi się jakoś sensownie wytłumaczyć, bo argument o braku skierowania upadł w 5 sekund. Szlag jasny mnie trafił. Opierdzieliłam z góry na dół i zapowiedziałam, że w dalszym leczeniu ja udziału nie biorę. Bo jak mu sie tyłek ze strachu trzęsie to potrafi zadzwonić i jest posłuszny, a jak tylko jest trochę lepiej to ma wszystko w nosie i zgrywa bohatera. Tragedia. Jemu się pewnie wydaje, że jak się o problemie nie mówi to go nie ma. Ręce mi opadają. To pacjent z gatunku takich co to prosić go trzeba żeby zadbał o siebie. Masakra jakaś po prostu.

Dzisiaj dzieciaki zaliczyły wizytę u jednych i drugich dziadków. U moich oczywiście nie obyło się bez akcji matencji pod hasłem "kto nie jest ze mną ten przeciwko mnie".

A'propos noworocznych postanowień - wczoraj odwiedziła nas na nasze wyraźne zaproszenie siostra SZM ze swoim mężem. Mogę odhaczyć jeden punkt programu :-)

Dzisiaj spadł u nas śnieg i pięknie wyglądał świat. Wybraliśmy się nawet na spacer do lasu. Zaliczyliśmy 5 km spacerowego marszu w pięknych okolicznościach przyrody.

Skończyłam oglądać ten serial na literkę "B" z młodym Stuhrem. O ile pierwszy sezon oglądałam z zapartym tchem i podobał mi się bardzo, o tyle drugi sezon w zasadzie mogli sobie darować. A tam na końcu jeszcze jest zapowiedź trzeciego. Umordowałam się, żeby dooglądać do końca.

A w temacie wakacji - rezerwacja w trakcie. Polskie morze tym razem wybrzeże zachodnie. A nigdy tam nie byłam. I znowu wyjazd z rowerami. Już się na to cieszę! :-)

Młody czeka na staż w upatrzonej firmie, podobno ma to już zostać sfinalizowane w tym tygodniu. Oby.
Mała przeżywa swoją pierwszą sesję. Jak na razie bez strat, ale akcja dopiero się rozwija :-)

piątek, 12 stycznia 2018

Rok się zaczął super zabawą, ale niestety proza życia przyniosła kłopoty zdrowotne rodziców. Tatencjusza konkretnie. I oczywiście wieczorem. Zaliczona nocka, a właściwie to obiegowo mówiąc dniówka, bo od 18 do 2 w nocy, zaliczając po drodze trzy miejskie placówki. Tatencjusz jako pacjent, ja w charakterze kierowcy no i Matencja w charakterze nie wiem kogo, opiekuna, zatroskanej maużonki. Moim skromnym zdaniem nie musiała jechać, tylko niepotrzebnie się mordowała, ale chciała, niech ma. Rozumiem.
Za dwa dni kolejny wieczór z Tatencjuszem w placówce zdrowia, ale tym razem Matencja odpuściła, bo sama do tego doszła, że właściwie to nie jest potrzebna, a po co nam asysta. Poszło nawet szybciej niż myślałam. Na końcu opierniczyłam Tatencjusza z góry na dół za brak aparatu słuchowego, zapowiedziałam, że ma go nosić, wytłumaczyłam, że sam sobie utrudnia życie, doprowadza do konfliktów z matencją, odcina się od społeczeństwa i sam sobie pogarsza jakość życia. Kupił dwa, bo powinien nosić na obu uszach, a nie używa żadnego, ewentualnie sporadycznie jednego, bo jak twierdzi jest/są mu niepotrzebny/e. Udowodniłam na żywym przykladzie wizyty u lekarza, że jednak jest/był potrzebny :-)
Wczoraj odbyła się planowana Tatencjusza wizyta u specjalisty. Długo zapamiętamy tę wizytę. Wszyscy. Specjalista ośmielił się nie zgodzić się z tezą postawioną przez Matencję, mało tego, ucinał jej wywody i mówił coś czego nie oczekiwała, ośmielił się nawet zasugerować by ona, Matencja nie wchodziła do gabinetu z Tatencjuszem. Dramat. Już po wizycie wszyscy w rodzinie zostali wciągnięci w tak zwany kabaret. Kto nie jest z nią to jest przeciwko niej. Ręce mi opadają.
Jest uciążliwa, ja to wiem, rodzina to wie, wy to wiecie, ale nic z tego nie wynika, a ja nic na to na to nie poradzę. Każda dyskusja, która nie prowadzi do tezy, z którą ona sama się nie zgadza, bądź utożsamia, jest dyskusją jałową, bezsensowną i skazaną na ostrą wymianę zdań, anse, dąsy, płacze, żal, i wszystko inne w myśl zasady "ja Wam wszystko, a Wy przeciwko mnie". Masakra.

Wiem, będzie jeszcze gorzej...

niedziela, 07 stycznia 2018

Święta, święta i po ...
Impreza Sylwestrowa mega udana. Bawili się wszyscy, zmieścili się wszyscy i zadowoleni byli wszyscy. I do dzisiaj nie żałowałam ani razu, że się zdecydowaliśmy na taką prywatko-domówkę. Było super! Bawiliśmy się wszyscy do prawie czwartej, potem jeszcze herbata dla tych co zostali i takie tam inne, ostatecznie kładłam się spać przed 6.

Maużon nadal gubi kilogramy, dzisiaj na wadze pokazała mu się ósemka, czyli 89 z hakiem, a zaczynał od 113. Brawo on. Po okresie świąteczno - noworocznym moja waga z 70-71 wzrosła do 72,5, ale mam nadzieję powalczyć troszkę i wrócić do tamtego czasu, gdy czasem nawet pokazywało mi się 69 z hakiem.

Dzisiaj, a właściwie to wczoraj, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Wisły szlakiem wspomnień, poszliśmy zobaczyć jak wygląda okolica gdzie byliśmy na wczasach ponad dwadzieścia lat temu, a to były nasze pierwsze wczasy... I w drodze powrotnej podjęliśmy postanowienie, że od wiosny, gdy zrobi się nieco cieplej, będziemy sobie robić wypady w góry, ale takie wędrówki piesze na szczyty jakieś, żeby mieć cel. Zobaczymy ile nam z tego wyjdzie, ale fajnie by było.

Młody dostał się na staż do firmy, na której mu bardzo zależało. Czeka jeszcze na załatwienie formalności i informację kiedy dokładnie zaczyna i na jak długo, ale mam nadzieję, że wszystko będzie ok.

U mnie w pracy - roboty huk, stresa mam, bo na początku roku zawsze pracy mnóstwo, a mój stres się boi, że nie ogarnie, nie zdąży, zawali itp. U SZM znowu jakieś rewolucje i zmiany, jak co roku.

Mała szykuje się do pierwszej sesji. Miejmy nadzieję, że da radę. Oby!

Rodzice. Tatencjusz po szpitalnych "turnusach" powinien być w zdecydowanie lepszej kondycji niż jest. Szwankuje mu serce. Do matencji chyba w końcu dotarło, że on może czuć się gorzej, być chorym itp. Do tej pory wychodziła z założenia, że złego diabli nie biorą, a jego to pałą nie dobije. A tu zonk! Do tego dochodzi kwestia aparatu słuchowego, który tatencjusz ma i to nawet dwa, na obydwoje uszu, ale rzecz w tym, że nie wystarczy mieć, trzeba ich jeszcze używać. A on je chyba kupił, żeby nikt mu nie zarzucił, że ich nie ma, ale nie używa, bo się chyba wstydzi. No bo innego powodu tego nieużywania to nie widzę. I szlag jasny mnie trafia z tego powodu, nieużywania oczywiście.
Ona, matencja, zdrowotnie też nie najlepiej. Po udarach fizycznie nie jest najgorzej, bo wyraźnych ubytków fizycznych nie ma, ale kojarzenie ma już zdecydowanie ograniczone. Nigdy nie była zbyt lotna, nie łapała kawałów, ironii i takich tam innych, ale nie trzeba było jej powtarzać po sto razy różnych rzeczy by zapamiętała. Wiek robi swoje. No i jest uciążliwa z tą swoją serdecznością, częstowaniem i pytaniem co chwilę o jedzenie, picie. Będzie tak pytać co pół minuty aż człowiek dla świętego spokoju się zgodzi. A potem jeszcze Ci powie, że ona od początku wiedziała, że się zgodzisz.
Oj książkę by można o nich...

Powinnam zacząć ten wpis od przeprosin i podziękowań. Przepraszam za brak życzeń z mojej strony, a dziękuję za to, że pamiętaliście o mnie. Tak, przyznaję, zaglądam tu sporadycznie, do Was też zaglądam rzadziej niż kiedyś, ale pojęcia nie macie jak często o Was myślę...

Nie spisywałam postanowień noworocznych, ale może jednak trzeba?

1. Być bardziej otwartą na kontakty rodzinne. Do jednego wiadomego wujka zagranicznego z ciocią zadzwonić i nawiązać nić kontaktu, bo aż wstyd, że z mojej strony nic. Nie chce mi się tu tłumaczyć, ale wychodzi na to, że olałam ich sikiem prostym, a oni nie zasłużyli sobie na to.
2. Podtrzymywać kontakty rodzinne z rodzeństwem, raz w miesiącu zadzwonić, popytać co słychać, wprosić się na kawę. Bo jak tak dalej pójdzie to stracimy kontakt całkiem. To samo dotyczy rodzeństwa SZM.
3. Trochę bardziej rozwinąć się towarzysko i odnowić te kontakty, które z lekka wygasły. A ten Sylwester to był taki pierwszy kroczek ku temu.
4. Częściej jeździć do matencji, bo raz na dwa tygodnie to zdecydowanie za mało. Dzwonię częściej, bo staram się minimum co drugi dzień, ale jeżdżę rzadko, a przecież nie mam daleko.
5. Biegać 3 razy w tygodniu, systematycznie, no i stopniowo zwiększając dystans. Póki co do maks 15 kilometrów, bo moje życiowe maks to chyba 12 albo 13 km na jakimś treningu kiedyś, ale po cichutku szeptem na ucho Wam i tylko Wam powiem, że fajnie byłoby zaliczyć, mieć na koncie jakiś półmaraton skromny (tj. 21 km), ale nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda, chciałabym tak jeszcze przed swoją 5o, więc mam czas do czerwca 2019. :-)
6. Na wiosnę rozpocząć górskie wędrówki weekendowe z SZM. Relaksacyjne.
7. Zorganizować majowy albo nawet czerwcowy wyjazd rodzinny. Bo jak widać spodobał się taki wyjazd SZM, bo sam mi to podpowiedział. Rok temu nie wypalił, bo najpierw matura Małej, a potem to oni już mieli terminy zajęte, albo ochoty za mało, sama nie wiem. Jak wezmę się za to wcześniej, postawię przed faktem dokonanym to i ochota się znajdzie i dzieciaki upchną nas w swoich terminarzach - taką mam nadzieję.
8. Finansowo trochę się zdyscyplinować i dopiąć co niektóre cele. A jest ich kilka.
9. Na wiosnę odświeżyć tzw. duży pokój i może z rozpędu przedpokój i sufit w kuchni.
10. Nie zostawać w pracy po godzinach, zdyscyplinować się tak, by wszystko robić w czasie godzin pracy. Wyrzucać delikatnie te wszystkie towarzyskie dusze, które przychodzą i zawracają gitarę.
11. Zrobić 14 dni postu dr Dąbrowskiej. Na wiosnę.
12. Zdyscyplinować się w temacie życzeń urodzinowych wysyłanych tradycyjną pocztą do rodziny. Bo jak do tej pory to kiepsko mi to idzie, bo ja zapominalska jestem przez kilka ostatnich lat.
I to chyba koniec... Czy mam to wydrukować i powiesić na lodówce by zapamiętać?

 

 

01:16, anonim002
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 grudnia 2017

Co tam u mnie Panie Dziejku...? Maużon wciąz chudnie, Młody wciąż szuka pracy, ja utrzymuję wagę i wciąż biegam, a Młoda studiuje. :-) To taki generalny skrót. Zanim wywali mi ten wpis w kosmos to ja go może zapiszę...

W związku Małej/Młodej chyba zmęczenie materiału. Motyli w brzuchu nie ma i takie tam inne. Stare dobre maużeństwo :-)

Młody szuka i szuka, ale jakoś znaleźć nie potrafi. A bo to mu się nie podoba, tego nie chce, a tamto jest do bani. I nie żeby go tam kto chciał, a on odrzucał oferty. Nie, on na starcie mi już takie teksty rzuca. Dzisiaj zapytałam czy nie postawił sobie poprzeczki zbyt wysoko. Zobaczymy co dalej. Niby dramatu nie ma, bo bez roboty dopiero od 1 listopada, noża na gardle nie ma, ale presja psyche jest. Przynajmniej u mnie :-)

Co roku notuję sobie a'propos Świąt... W tym roku - wigilia - rodzice i teście u nas, po wigilii dojedzie rodzeństwo (moje). W Boże Narodzenie na obiedzie gościmy teściostwo i rodziców, może posiedzą do popołudnia, zostaną na kawie i ciastku. Ale zaraz potem mamy już wooolne. Bo nikogo więcej nie zapraszamy, a nas do siebie też nikt nie woła. I o ile z moim rodzeństwem w swięta się zobaczę o tyle siostrunie SZM nie czują takiej potrzeby. Łaski bzzz :-)

A impreza sylwestrowa się kroi niepowtarzalna. Zdecydowaliśmy się zrobić imprezę w domu. Ja przyszło co do czego to się okazało, że mamy party na prawie 20 osób. Impreza oczywiście składkowa. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej przeraża mnie ta ilość, a z trzeciej to potem pewnie sama siebie będę podziwiać, że mi się chciało... :-) Ale cóż - raz się żyje!

Pozdrowionka dla czytających, jeśli jeszcze się tu uchowali takowi :-)

poniedziałek, 06 listopada 2017

Tatencjusz - kardiologicznie w coraz gorszym stanie. Skrzeplina powoduje niedomykalność zastawek i migotanie przedsionków. Wejście na 3 piętro stało się problemem, w nocy problem ze spaniem, bo brak tchu w pozycji leżącej, każdej. Termin do szpitala już wyznaczony, ale to raczej do pogłębionej diagnozy, bo wczoraj doktor-fachman rzekł, że wiele to się zrobić nie da.
Matencja - która przy prawie każdej okazji wieszała psy na swoim maużonku - jakby trochę zmieniła front. Czekam kiedy zacznie go chwalić ;-)
Młody wciąż bez pracy, raptem od 1.11 :-) Był na jednej rozmowie, czeka na info co dalej. No i dalej rozsyła... Mam wrażenie, że taki kopniak w cztery litery wyszedł mu na dobre, bo mówiąc kolokwialnie trochę zmiękła mu rura i zrobił lepszy we współżyciu. Czeka mnie jeszcze rozmowa z nim na temat stosunków międzyludzkich i pieniędzy. Straszny z niego sknerus McKwacz. Aż boli.
Mała przeniosła się na kilka dni do chłopaka, no i mieszkają sobie pod nieobecność jego rodziców, we dwójkę, z psem, kotem i babcią :-)
SZM chudnie w oczach. Waga startowa we wrześniu 113, dzisiaj 97. I jeszcze przebąkuje, że jak zejdzie do 90 to zacznie biegać. Helou!!! :-)
A ja żyję, mam się dobrze, wagowo trzymam się wciąż, zaczynam co prawda wchłaniać słodycze, ale daję radę :-) Nie mam osiągnięć biegowych, mega życiówek i celów maratońskich. Ale mam całe mnóstwo biegowej radochy i satysfakcji :-)

Dzisiejszy wpis zapisywany co chwilkę wywaliło w kosmos ze sto razy. !#@#%$^&&*!

Ponieważ wkurza mnie ten Blox rozważam opcję przenosin, ale dokąd? Ktoś coś poleca?

czwartek, 26 października 2017

Ostatnio sporo tu poklikałami jak się okazało wszystko poszło w kosmos... Spróbuję dzisiaj nie zapomnieć zapisywać :-)

Z ostatniej chwili - Młody jest bez pracy. Dziwna sytuacja, bo umowę na czas określony rozwiązano z nim miesiąc przed terminem, na zasadzie straszaka trochę czyli albo teraz porozumienie, albo potem przy najdrobniejszym potknięciu par. 52. Szkoda, bo raz że szykował się na przedłużenie, dwa, że nie załapie się na zasiłek, a trzy, że sama nie wiem co o tym myśleć. Coś tam zawalił i to podobno dlatego, ale waga przewinienia z tego co on mówi nie była aż tak wielka. Ale tak na dobrą sprawę to nie wiem jak tam wyglądało i o co tak naprawdę chodziło. Czy o miejsce dla kolejnej osoby, czy o fakt niedopasowania Bo najgorsze jest w tym wszystkim to, że  ja po prostu nie wiem ile w tym wszystkim jest prawdy, czy ona na pewno mówi nam wszystko, a nie tylko to, co jest mu wygodnie powiedzieć. Strasznie to brzmi, wiem, ale tak czuję, nic na to nie poradzę. Nie omieszkałam mu tego powiedzieć.

...znowu część się zapisała, a reszta się poszła paść... szlag mnie trafi, bo ja tu żale wewnętrzne wyklikuję, a Blox ma mnie w głębokim poważaniu.

Uderzyło mnie, że gdy Młody zadzwonił po radę to powiedział, że najgorsze w tym wszystkim jest to, że tata znowu będzie gderał, nawet chyba użył słowa krzyczał. SZM w zasadzie nie krzyczy, ale gdera i gdera. Okropny jest z tym dogadywaniem, a ja oczywiście jestem w jego oczach nienormalna i okropna, bo zamiast stanąć po jego stronie to się nie odzywam. a ja się nie odzywam, bo tak nie uważam, a nie chcę go otwarcie negować i kółko się zamyka. Ale straciłam wątek... Zadzwoniłam do SZM i powiedziałam mu o tym, dodając, że teraz nasza rolą jest pocieszyć i wzmocnić, a nie przybijać do dna. Inna sprawa, że Młody od dłuższego czasu mówił, że mu ta praca nie leży i może to dobrze, że tak się skończyło, bo gdyby mu przedłużyli to siłą rozpędu by tam został i się męczył. Nie wiadomo jeszcze co mu życie przyniesie, ale trzeba brać na klatę to, co niesie.

#$%#!!! Znowu się nie zapisało!!! Szlag! Trzecie raz uzupełniac nie będę!!!

A ten komunikat, że autozapis co 10 sekund to kpina w żywe oczy jest!!! Ale jestem zła!

czwartek, 28 września 2017

Życie toczy się dalej...

SZM pilnuje diety i ruchu, z wagi leci, ubyło mu już 7 kg, więc efekty są, mierzy cukier i tu też jest poprawa. Śmieszą mnie tylko sytuacje gdy dopytuje co dałam do przygotowywanych potraw, tudzież jak sprytnie zamienia np. jogurt na śmietanę. Śmieszy mnie to, ale śmieję się bezgłośnie, wewnętrznie, bo przypominają mi się jego wcześniejsze komentarze, że np. jogurt jest do bani, bo prawdziwy smak to ma śmietana :-) Ale cieszę się z tej zmiany. Sam pilnuje, żeby trochę się poruszać, idzie na rower. Wiele się nie najeździ, ale liczy się każdy km. Czasem idę z nim, ale ja generalnie wolę biegać, to raz, a dwa, to będzie miał problem, bo teraz szybciej się robi ciemno, a jazda po ciemku to średnia przyjemność, wczoraj mieliśmy okazję się przekonać. Póki co sporo teraz truchtamy, bo... jeździmy na grzyby. Cała chyba Polska podnieca się urodzajem, więc i my nie odstajemy od reszty. I jutro po raz kolejny wybieramy się do lasu. Bo jak grzyby są to ja lubię, a szlag mnie trafia gdy nic i nic... Jutro z rana skoro świt wyruszamy...

Mała jutro ma inaugurację roku akademickiego. Wierzyć mi się nie chce, że to moje małe dziewczątko właśnie zaczyna życie studenckie... Oby jej tam dobrze było :-) Szczerze powiem, że bardzo mi pasuje, że mam ją jeszcze tutaj w domu blisko, a nie na studiach wyjazdowych gdzieś w Polsce:-)

Młody pracuje, związek jego trwa, nikt nic nie mówi na temat ewentualnej przyszłości, ale to pewnie wynika też z tego, że dziewczyna wciąż szuka pracy, a widoków na swoje mieszkanie póki co nie mają. Widzą się często, nocują u siebie wzajemnie przynajmniej raz w tygodniu. On wraca późno z pracy, bo ściąga do domu zwykle między 18 a 19. Sporo czasu zabiera mu dojazd. I tak na dobrą sprawę nim wróci, odświeży się, zje to jest już 20. Najwięcej czasu spędzają ze sobą w weekendy, bo to już prawie standard, że albo on u niej, albo ona u nas od piątku do niedzieli. Trzymam kciuki za jej poszukiwania pracy. Chłopakowi łatwiej znaleźć, bo nie zajdzie w  ciążę i nie pójdzie na zwolnienie, to taka uwaga ze strony potencjalnego pracodawcy. Celna.

Matencja. Z jednej strony mam wyrzut sumienia, bo od powrotu z wczasów zdecydowanie rzadziej do niej jeżdżę, a z drugiej nie ukrywam lepiej mi tak. Ale wychodzi ze mnie oczywiście syndrom grzecznej córeczki, bo wyrzut sumienia z tego powodu niedługo mnie chyba przerośnie. Z tygodnia na tydzień obiecuję sobie poprawę, ale nic z tego nie wychodzi. Myślę, że wynika to też z tego, że póki co nie mam potrzeby, konieczności takie prawdziwej,  żeby tam jeździć często. Bo matencja cały czas twierdzi, że daje sobie radę ze wszystkim i nijak nie jestem w stanie dogadać się z nią np. w sprawie mycia okien, które mogę przeciez jej machnąć raz-dwa i z głowy, ale ona twierdzi, że nie ma takiej potrzeby, bo sama sobie radzi świetnie (rocznik 1943). No to póki co nie walczę z wiatrakami.

Tatencjusz (rocznik 1940) po pobycie w szpitalu (kamienie w woreczku, operacja odroczona z powodu kiepskiego serca), zaopatrzony w aparaty słuchowe, których prawie nie nosi uparcie twierdząc, że bez nich też dobrze słyszy (a to bujda na resorach), twardo trzyma się diety, leczy kardiologicznie i ostro szykuje do zabiegu. Trą się tam między sobą, raz jest lepiej, raz jest gorzej, matencja najchętniej nawija na jego temat ilekroć dzwonię, więc wyćwiczyłam w sobie mechanizm mhmmania, żeby nie było, że potwierdzam cokolwiek, ale daję znać, że słucham tych nawijek.

Rodzina, czyli reszta rodzeństwa mojego i SZM, rozłazi nam się w szwach, tzn. kontakty rodzinne mamy sporadyczne do bólu. I nie wiem z czego to wynika, trochę niby wiem, bo czasu brak i terminy ciężko zgrać, a jeszcze tak w ogóle ciężko mi było SZM wyciągać do nich na tak zwane odwiedziny. Do jednej jego siostry to wcale nie chce jeździć, a drugą strawi, lubi, ale jakoś tak to wychodzi. Moje rodzeństwo kiedyś zdecydowanie nam bliskie, teraz porównywalne w kontaktach towarzyskich do tej nielubianej siostruni SZM. Widujemy się tylko z tak zwanych okazji. Trochę mnie to boli, ale nic na siłę. Pokolenie naszych dzieci też już chodzi własnymi ścieżkami i nie ma w nich parcia na bliskie więzi.
Pomyślałam ostatnio że wkrótce wigilia i chyba gotowa jestem, pogodziłam się z myślą, że na wigilii znowu rodzice i teście u nas. Będziemy cieszyć się bliskością, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Natomiast rodzeństwo całe mam w głębokim poważaniu. Muszę jeszcze tylko powiedzieć o tym SZM. :-)

Przyjaciele i znajomi, też się jakoś przesiali, ale teraz kiedy już wieczory znowu będą dłuższe i ciemne to postaram się nawiązać te relacje na nowo, utrzymać te istniejące. Bo sami widzimy, że dzieci mają już swoje życie, a my musimy zadbać o swoje relacje ze światem zewnętrznym. Tylko ten czas tak szybko umyka... Obiecuję sobie nic nie odkładać na później.

Bieganie, nadal trwa. Jest nawet progres, biegam szybciej, lepiej, z większą radością, lekkością. Obiecuję sobie nie wpisywać się na zbyt wiele imprez biegowych, ale czasem to żal nie skorzystać, bo jak mawia star przysłowie pszczół bieganie to nie czas i dystans, ale emocje. I to jest święta prawda :-) Zaliczyłam wspaniałe imprezy biegowe w tym kultowy Festiwal Biegowy w Krynicy. Było fantastycznie! I bardzo dobrze, że SZM nie zdecydował się jechać ze mną, bo byłabym między młotem, a kowadłem, a tak to luzik i integracja z moją grupą. Za rok we wrześniu powtórka, a zapisy już w grudniu :-)

Dieta, waga. Podczas przeprowadzonego postu dr Dąbrowskiej zgubiłam 10 kg. Wytrwałam w poście 28 dni plus wychodzenie tyle samo, nawet chyba nieco więcej. Przerwałam post ze względu na wagę, bo nie chciałam już więcej chudnąć (nigdy nie myślałam, że dożyję takiej chwili :-)) Po wakacjach wróciło mi 1,5 - 2,0 kg i tak właściwie to jest OK. Obiecywałam sobie, że w październiku powtórzę post, bo czułam się na nim wyśmienicie. Taka pełna energii, wyspana, silna, lekka, bez żadnych dolegliwości typu obrzęk nóg, ból kręgosłupa, z rozświetloną cerą i błyszczącym okiem. Serio! Ale powiem szczerze na chwile obecną waga mi odpowiada, pilnuję się by nie wzrosła, a ciężko mi teraz zapostować, bo wiem, że będzie mi brakować chleba, to raz. A dwa, że na wiosnę chyba zdecydowanie łatwiej... i chyba poprzestanę na jednodniowej przypominajce raz na jakiś czas. A poza tym zdecydowanie zmieniłam nawyki żywieniowe na plus. No i SZM też się już nieco inaczej odżywia, więc generalnie nasza kuchnia i zawartość lodówki przeszła lekką modyfikację.

Pracowo, jest OK. Przeżyłam nawet jedną kontrolę, która wyszła dla mnie pozytywnie, do niczego sie nie przyczepili, bo też powiem szczerze i nieskromnie, nie za bardzo mieli do czego :-)

No i tak to... życie toczy się dalej... :-)

czwartek, 21 września 2017

Powinien to być wpis pod tytułem "A nie mówiłam!?"
Przy okazji dodatkowych badań pracowych u SZM wyszedł zdecydowanie za duży poziom cukru. Ekspresowa wizyta u diabetologa (ubezpieczenie pracowe w końcu na coś się przydało) i zalecenia pod tytułem dieta i ruch, a do tego tabletki na zbicie cukru. No i skończyło się piwkowanie, pochłanianie coca-coli, zażeranie tłustości i żartowanie z mojego/naszego zdrowego jedzenia. Teraz sam pilnuje co i ile je. I jeździ na rowerze! Sam z siebie, no prawie, bo przecież jednak doktor kazał :-)Cukier spada, waga też, co widać. A jego samopoczucie chyba idzie ku lepszemu, bo sam mi powiedział, że czuje się lepiej. A nie mówiłam?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 106