O autorze
Zakładki:
Chcesz napisać? anonim001@gazeta.pl anonim002@gazeta.pl
0.
0. *
1. Zaglądam tu...
2. często...
3. czasem...
4. rękodzieło
5. inne miejsca
6. nie chcę zgubić...
7. dzianinki - ku pamięci
Oglądam
Słucham
To też ja...
|
poniedziałek, 21 maja 2012
i znowu tydzień pracowy się zaczyna... Weekend minął szybko.
W piątek firmowa integracyjna imprezka na świeżym powietrzu, a potem w knajpie. Było miło, sympatycznie, aczkolwiek bez fajerwerków. Zestarzeliśmy się, już nie chce nam się tańcować przy byle okazji :-) Sobota to najpierw porządki, zakupy, pranie, potem pierwsza w tym roku WYPRAWA ROWEROWA. Wyprawa to nadużycie słowne, bo to tylko taka rozgrzeweczka maleńka była. SZM kondycji nie ma wcale. żal patrzeć jak się chłop męczy. Nie się co dziwić, bo kilosów mu przybyło całe mnóstwo. Ja tez mam ze sobą balast, ale mogłabym jechać razem z nim i jeszcze wokół niego kółka kręcić. Sam widzi, że nie ma żartów. Ostatnim razem też tak było. Ciężkie początki. W dodatku źle sobie ustawił siodełko i obtarł sobie co nie co, więc niedzielną przejażdżkę sobie darowaliśmy. A wieczorem w sobotę pojechałam z Małą (bo SZM nie chciał) na Noc Muzeów. Zabrałyśmy ze sobą Koleżusię. I to był mój błąd strategiczny. Mała zamiast interesować się tym co ogląda zainteresowana była paplaniem z Koleżusią. Szlag mnie jasny trafiał, ale dusiłam w sobie złość. W pewnym momencie nie zdzierżyłam i szepnęłam tylko Małej, że porozmawiamy sobie z domu. Dzisiaj wywaliłam jej wszystko, co mi leżało na wątrobie. Nie wiem czy z nerwów czy z nadmiaru wrażeń, emocji, czy też z tej wcześniejszej przejażdżki rowerowej, nabawiłam się wczoraj wieczorem takiej migreny, że miałam poważny problem żeby wrócić w nocy do domu, bo blask światła stopu samochodu przede mną wbijał mi się do środka oka, wwiercał do mózgu. To było okropne. Wróciłam, obłożyłam się żelową maseczką prosto z lodówki i padłam na kanapę bez czucia. Niedzielę od rana planowaliśmy spędzić aktywnie. Jakie to plany nie były. Rower, wycieczka samochodem, spacer, wypad na działkę do rodziny. Skończyło się (jak zwykle) na siedzeniu w domciu. SZM upichcił obiad na dzisiaj, ja przygotowałam sobie już na jutro, kolejny raz poprzekładałam rzeczy z szuflady na półkę, a potem z powrotem, bo pierwotna wersja była lepsza, zabrałam się za prasowanie, przeżyliśmy odwiedziny teściowej, odbył się tak zwany "odbiór" kuchni, padło kilka pytań, po których ciśnienie wzrosło mi na maxa, ale dałam radę, byłam ponad to. A po ich wyjściu dokończyłam prasowanie i tyle. Przy prasowaniu oglądałam po raz pierwszy program "Surowi rodzice". Nie zachwycił mnie. Taka telewizyjna papka. Tydzień zaczyna się ostro, bo już w poniedziałek ruszają zajęcia z drugiego szkolenia. Zazębiły mi się z zajęciami pierwszego szkolenia, ale mam szczerą nadzieję, że zostaną ustalone inne dni. Trzymam za to kciuki. Za to tydzień kończy się imprezką w babskim gronie. Na szczęście nadchodzący weekend spędzam w domu, a nie na studenckim wyjeździe. Ale sobota to pewnie wędrówka po mamach, a na niedzielę umówieni jesteśmy wstępnie na odwiedziny z cyklu "jak wygląda ta Wasza nowa kuchnia?". Pracowo W piątek kiedy Niefrasobliwa_Ciotka_Klotka wróciła po urlopie miałam w pewnym momencie ochotę rozpłakać się z bezsilności. Nie mogę, nie potrafię funkcjonować w takim totalnym chaosie. I wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie to chyba dłużej niż rok. Obym się myliła... Rozważałam też ewentualną rezygnację z tej przesiadki. Doszłam jednak do wniosku, że póki co niczym nie ryzykuję. Same plusy. Staż na nowym stanowisku leci (bo częściowy glejt już mam). Wszystkiego się uczę, a raczej staram się ogarnąć. Firma płaci za szkolenia, a co będzie w przyszłości się okaże. Mam szczerą nadzieję, że na tym rozpoczynającym się jutro szkoleniu nauczę się wszystkiego co powinnam wiedzieć. Bo póki co N_C_K robi wszystko (nie wiem czy świadomie, czy też nie, nie wnikam), żeby mi jak najbardziej zagmatwać wszystko. Jeżeli cokolwiek można pokazywac i tłumaczyć jak najmniej wyjaśniając, i to wszystko od końca, to ona właśnie tak robi. ...rozpisałam się na temat tej baby i nie zdążyłam opublikować przed północą, ech...
piątek, 18 maja 2012
...szukam i szukam fotek mojej kuchni sprzed remontu i znalazłam tylko jakieś zabytki, ale niech będą, w końcu do marca 2012 aż tak wiele się nie zmieniało :-) Tak wyglądało od strony przedpokoju, ta fotka jest z 2009 roku:![]() Gdyby ktoś z Was nie zauważył to dodam, że kuchnia jest wąska, długa, ma się wrażenie, że koniec jest tam gdzieś daleko, a lodówka stoi w najmniej odpowiednim miejscu, prawie na środku. Zresztą plan sytuacyjny był w tamtym wpisie :-)
wtorek, 15 maja 2012
o czym to ja miałam...? że cały czas pamiętam o fociach kuchennych, ale jakoś się nie składa... że na świetnym filmie byłam, który polecam z całego serca! Tak wspaniale doładowuje emocjonalnie, że chciałoby się go obejrzeć po raz drugi. że ciężko mi przywyknąć do pracy po tak długim urlopie, że czas pędzi jak szalony że nie wiem czy sobie na głowę zbyt wiele nie wzięłam że znowu mam chwile zwątpienia czy dobrze robię przyjmując ofertę przesiadki w pracy, ale z drugiej strony... Tak, wiem, znowu marudzę. że nie potrafię jakoś skupić się na tym wpisie... że lista rzeczy do zrobienia, zakończenia remontu jest coraz krótsza, ale to co zostało to już chyba się nie doczeka realizacji :-) poremontowo chciałam do poremontowych doświadczeń dodać, już z pozycji użytkownika, że: zmywarka pracuje mega-cicho w porównaniu do starej. Zwracałam przy zakupie uwagę na to, by można było ją nastawiać z wyprzedzeniem czasowym (starej nie włączałam późnym wieczorem, bo chodziła jak czołg), ale po pierwszym uruchomieniu kiedy okazało się, że ona pracuje "szeptem" już wiem, że raczej tej funkcji zbyt często używać nie będę :-) Trudno mi przestawić się na inny sposób pakowania. Każdorazowo obiecuję sobie, że obejrzę na stronie jakąś instrukcję pakowania, o której czytałam w instrukcji papierowej, ale na zamiarach się kończy. Jeśli zaś idzie o kuchenkę gazową - dzisiaj kiedy wykipiał mi z lekka biały barszczyk doceniłam fakt, że każdy palnik ma osobne ruszta, bo ten jeden sobie czyściłam, a reszta nadal pracowała. Czarna szklana płyta troszkę mnie drażni, ale niklowana też wymagałaby czyszczenia, tak się pocieszam.
Zlewozmywak ma komorę jedną, ale zdecydowanie większą i głębszą niż stary i to mi ułatwia życie, zwłaszcza przy dużych garach :-) Z szafek, mebli, szafki typu cargo jestem zadowolona niezmiernie i wciąż :-) Co chwilę jeszcze wędruję z różnymi rzeczami po różnych szafkach, półkach i szufladach poszukując najlepszego rozwiązania, ale myślę, że wkrótce się ten przemarsz logistyczny zakończy. Dzisiaj chyba pierwszy raz zabrałam się tak na poważnie za gotowanie w szerszym aspekcie. Biały barszcz z jajkiem. Naleśniki. I już na jutro jednocześnie gotowałam wielki szybkowar jarzynowej (może wystarczy na dwa dni?) i marchewka z groszkiem do drugiego. Od tygodnia SZM usiłuje dietować w swoim stylu. Mówi że lepiej się czuje. Luźniej :-) Mnie poremontowo ubyło 3 kg i bardzo bym chciała, żeby to był początek...
sobota, 12 maja 2012
Torba stoi i czeka, już powrzucałam do niej ekwipunek niezbędny do przeżycia uczelnianego weekendu. Za chwilunię wskoczę do wanny, strzelę sobie szybki prysznic i do łóżka biegusiem, biegusiem, bo rano skoro świt trzeba wstawać i jechać po wiedzę...
czwartek, 10 maja 2012
Ostatni dzień urlopu
...spędzony w garażu. Znajomym garażu :-) Ale jaki to garaż, to warsztat a nie tam jakiś garaż. Wyposażony, zagospodarowany, zadbany... Napatrzyłam się na swoje auto od spodu. Wysłuchałam pouczającego (serio, serio) wykładu, już wiem na czym jeżdżę i co mam pod spodem, wiem co mogę przyhaczyć przy tych wysokich krawężnikach (bo moja auto nisko zawieszone), tak więc same przydatne rzeczy. Najprawdopodobniej była to rura, bo do niczego innego przyczepić się nie można było. I brałam czynny udział w naprawie :-) Odebrałam wyniki Rtg i Bogu dzięki, że znam już wyniki rezonansu, bo określenie "nieregularna wysycona struktura o średnicy..." przyprawiłoby mnie o najczarniejsze myśli zapewne. Młody już imprezuje na Bemowie. Mała w domu walczy z lekturą. "Quo vadis". Zakupiłam poszukiwany odcień pola słoneczników. Dylemat mam, bo w necie wszędzie pisze, że to seria Barwy Natury, a na moim opakowaniu pisze Kolory Natury. Mam szczerą nadzieję, że to jednak to samo. I byłam mile zdziwiona bo w remontowym markecie blisko domu, gdzie podjechałam na rekonesans zapłaciłam sporo mniej niż sugerują ceny w necie. 30 złotych to nie majątek, a moje artystyczne ciapki powinny zniknąć. Więc chyba zabiorę się za to malowanie :-)
środa, 09 maja 2012
bla to bla na początku to tylko po to, by móc opublikować ten wpis jeszcze ze środową datą, bo jak zaczynałam, zerknęłam na zegarek, a tam 23.59 :-))) kolejny dzień urlopu czyli tak zwane wykończenia poremontowe: - dokleiłam tapetę, tam gdzie jej brakowało, - domalowałam przepięknym czekoladowym brązem tam, gdzie trzeba było, - podkleiłam tam, gdzie odstawało, - po raz fafnasty poprzestawiałam rzeczy na kuchenny blatach, tym razem znajdując miejsce w szafce dla frytkownicy, *** a'propos frytkownicy: przed remontem wyrzuciliśmy starą frytkownicę, która wołała już o pomstę do nieba, była już chyba piętnastoletnia i to były zdecydowanie jej ostatnie dni działania. W głębi duszy uznałam, że OK, bo non-stop się odchudzamy więc frytkownica jako taka nie jest nam do szczęścia potrzebna. Niestety SZM nie podarował i jeszcze w trakcie poremontowego sprzątania zakupił nową. Włąśnie sobie w pięknym stylu skasowałam ten wpis, ale Bogu dzięki udało się dzięki zielonej ikonce dyskietki odzyskać go. Jak
to uroczo SZM powiedział - wrzucimy ten zakup (frytkownicy) w koszty remontu. Tak jakby
to cokolwiek zmieniało w kwestiach finansowych. Rozbroił mnie tym :-)- po raz multi-fafnasty poprzestawiałam talerze w szufladach kuchennych, - zachciało mi się domalowywać to, co wypadałoby po doklejeniu tego i owego w dużym pokoju (dodam tylko, że duży pokój malowany był cztery lata temu), więc domalowałam tu i ówdzie a nawet ówdziej-jeszcze, farbą która będąc w słoiku (nieopisanym!) wyglądała podobnie jak ta na ścianach. *** jak farba wyschła okazało się, że to nie ten kolor. Zostału śliczne paćki w innym kolorze. I teraz szukam farby pod nazwą "pole słoneczników" Śnieżki w jak najmniejszym opakowaniu i już widzę, że to jest raptem 2,5 litra. Bo do wyboru jest 2,5 lub 5 litrów. Liczyłam na litrowe. I pewnie przyjdzie mi jutro pojeździć w poszukiwaniu farby, po to tylko by popaćkać to, co zapaćkałam dzisiaj... tajemnica kierowcy :-) Wjeżdżałam na dosyć wysoki krawężnik i najprawdopodobniej czymś przyhaczyłam, oczywiście nie przyznałam się do niczego. Nawet o tym zapomniałam, bo klekocze delikatnie i tylko przy niskich obrotach. Dzisiaj odbieraliśmy Małą z wycieczki i usłyszeliśmy to oboje. SZM początkowo myślał, że to rura, ale potem powiedział, że chyba jakaś osłona. Trzeba podjechać i sprawdzić co to, bo przecież w sobotę jadę na uczelnię (100 km). I jutro powinnam to załatwić sama, bo SZM umówiony jest już z teściową, że malnie jej tą kuchnię. Nie cierpię załatwiać takich rzeczy sama. Nie znam się na tym i zawsze mam wrażenie, że chcą mnie zrobić w bambuko. dzieci w podróży Dzisiaj nad ranem Młody wyjeżdża do stolycy, a konkretnie do Bemowa. Na koncert grupy Metallica. Załatwili sobie bezpośredni transport autobusem z Wojewódzkiego Miasta na koncert i z powrotem. Jedzie z koleżanką. Bez podtekstów podobno, ale kto go tam wie. Mała wróciła z wycieczki zadowolona i mocno zrumieniona słońcem, taki raczek. Nawet dobrze, że nie byłam z nimi w jednym pokoju, wiesz? To było a propos wcześniejszych dramatów z cyklu kto z kim będzie w pokoju. Z błyskiem w oku opowiadała o jednym koledze z klasy, z którym ot tak przypadkiem zgadała się i tak jakoś fajnie się nam gadało:-) Aż reszta komentowała, że zakochana para, wiadomo, nie? Opowiadała i opowiadała o tej wycieczce, buzia jej się nie zamykała. domowo Zrobiłam sobie dzisiaj pierwsze wagary ze szkolenia. Dopuszczalne jest ileś tam procent absencji więc dramatu nie będzie. Myślałam, że uda mi się namówić SZM na porządki w piwnicy, ale jak zobaczyłam co się tam dzieje, to skapitulowałam. Obiecał mi, że w sobotę razem z Młodym zrobią co trzeba (a trzeba mnóstwo rzeczy po prostu wyrzucić). Zobaczymy czy słowa dotrzyma czy też będą to obiecanki-cacanki, bo w czwartek i piątek po pracy będzie malował u teściowej i w sobotę palcem mu się ruszyć nie będzie chciało. pracowo Na ulicy spotkałam Niefrasobliwą Ciotkę Klotkę (NCK), która powitała mnie słowami - nic nie zrobiłam, to wszystko leży i czeka. Ciekawe dlaczego leży i czeka? Przecież ja się tam póki co tylko uczę, a za swoje pracowe obowiązki odpowiada ona, prawda? Trafił mnie drobny szlaczek, a potem wrzuciłam na luz. Jeszcze rok. A potem włączył mi się panik - to tylko rok, i jeszcze chyba nie cały, muszę ją przypilnować, niech nie marnuje czasu i mnie szkoli! :-) temat koleżusi jakby ucichł, bo z tego, co mówi Mała to tata jakby się wziął w garść. Doglądają też sąsiadki. Bo z tego, co mówiła mama Koleżusi na jej rodzinę nie ma co liczyć. Zawsze w takim przypadku zastanawiam się czy to z rodziną jest coś nie tak, czy może to wina tej jednej osoby. Koleżusia była w niedzielę u nas na obiedzie. Były plany, że Koleżusia pojedzie na obóz letni z Małą, obóz z firmy SZM. Dziewczyny cieszyły się bardzo. Niestety proza pieniądza zwyciężyła. Koleżusia pojedzie na inny obóz, z firmy swojego taty, bo wówczas dostanie wyższą refundację. Z tego samego powodu Mała nie może jechać na tamten obóz. Jak już dzisiaj powiedziałam do Małej Life is brutal and full of zasadzkas (and sometimes kopas w dupas). Jutro mój ostatni dzień długiego urlopu. A lista rzeczy do zrobienia już leży przede mną :-)
wtorek, 08 maja 2012
wolne?
Kolejny dzień urlopu przeznaczonego na odpoczynek, tylko dla mnie i takie tam tere-fere, spędziłam załatwiając to i owo. Najpierw wywiozłam Małą na miejsce zbiórki, bo przecież pojechało moje dziecko na wycieczkę szkolną, dwudniową, noclegową :-) Potem wpadłam do pracy na kawuchę, potem pojechałam do szpitala w InnymMieście odebrać wynik mojego rezonansu, po przeczytaniu którego zdecydowałam, że jednak zrobię te zalecone dodatkowe zdjęcia RTG. Tak więc pojechałam do innego szpitala. Same badania zajęły mało czasu, ale przebijanie się przez korki, szukanie miejsca do zaparkowania, dramat totalny. Na koniec zajechałam do matencji, wypiłam kawkę, pogadałam, popodziwiałam efekty remontu, wysłuchałam to i owo. I wróciłam do domu, po drodze zahaczając o jeden taki sklep meblowy, w którym zamówiłam sobie jeszcze wiszące zamykane duże szafki do toalety. Te szafki to już taki rzut na taśmę, ale przydadzą się nam bardzo, a wiem, że jak nie teraz pod hasłem jeszcze kuchennego remontu to potem będzie na święte nigdy. Myślimy o nich już chyba od pięciu lat, więc czas zamówić. No i zamówiłam. Czas oczekiwania 4-5 tygodni. Zdążę oswoić się z tematem, że trzeba znowu wyskoczyć z kasy :-) A nasza kuchnia póki co użytkowana, ale jeszcze nie zapłacona. Firma powiedziała, że płacimy dopiero jak będzie wszystko, a przecież czekam na dwa elementy. No i dobrze. wynik MR (kręgosłup L-S) pogłębiona lordoza lędźwiowa, kość krzyżowa ustawiona poziomo a poza tym: przepuklina krążka międzykręgowego typu bulging (cokolwiek by to nie znaczyło) i zmiany zwyrodnieniowe, rozluźnienie pierścienia włóknistego z modelowaniem tłuszczu nadtwardówkowatego i dwie torbiele Tarlova Chyba źle nie jest, na szczęście dramatów i struktur o nieznanej etiologii nie ma, ale mogłoby być zdecydowanie lepiej... pitu pitu towarzyskie Z jednej strony dramaty, tragedie, a z drugiej szczęście i radość. Równowaga musi być zachowana. Przewrotne to życie. Jedni boją się śmierci, ocierają się o te granice, a drugim rodzą się dzieci. Wczoraj łzy i trudne słowa, a dzisiaj wybieramy się właśnie na powitanie jednego takiego nie tak dawno urodzonego. Ech życie... pitu pitu towarzyskie
Cały czas podczas remontu myślałam o tym, że my tu sprawy prozaiczne typu remont, meble, tapety, a u nich wóz albo przewóz, prawdziwy dramat. Tak zwana sprawa życia lub śmierci. Słuchałam jej dzisiaj z bólem serca. Bardzo współczuję, nie potrafię pomóc, no bo jak? Mogę tylko wysłuchać, wesprzeć... A z tyłu głowy kołacze się myśl oby nas to nie spotkało. Dramat, tragedia, emocje, nerwy, mnóstwo łez i brak słów jakiejkolwiek pociechy. ...co można powiedzieć kiedy słyszy się tekst w stylu ja sobie nie wyobrażam życia bez niego, nie wiem co będzie dalej, nikt nie wie, nie wiem czy przeżyje, niczego nie mogę planować ? Córka nastolatka nieświadoma niczego. Jak mam jej to powiedzieć? A złośliwy skorupiak zapindala jak głupi...
niedziela, 06 maja 2012
Moje siedzenie przy necie do późna w nocy, a nawet wczesnego ranka, zaskutkowało późnym wstaniem z łóżka, bo odespać swoje przecież trzeba. Potem niedzielny obiadek w postaci pieczonego kurczaka z nowego dziewiczego jeszcze piekarnika. Nawet chciałam iść na mszę, ale jak to powiedział SZM ktoś przecież musi pilnować obiadu :-) Nie powiem, żebym z tego powodu bardzo płakała, ale zostałam w domu z tak zwanej wyższej konieczności, bo na popołudnie już zaplanowany był wyjazd do innych świątyń, znaczy czekała nas tak zwana sklepowa niedziela. Trzeba było podskoczyć do sportowego sklepu, bo talony na kwotę 40 zł właśnie traciły ważność, a Małej potrzebne sportowe sandały na lato. Niestety buty z naszej finansowej półki nie spodobały się Małej, mnie zresztą też. SZM namówił mnie na bluzę z kapturem dla Małej, podobną do tej tylko w innym kolorze. Nie ukrywam, że byłam oporna, bo planowałam wydać jak najmniej, a z metki wynikało, że talony pokryją tylko połowę ceny. Jaka miła niespodziewajka czekała nas przy kasie kiedy to okazało się, że dopłacam niespełna 20 zeta. A bluza fajna i oczy Małej się do niej zaświeciły bardzo.
Myślę, że przydałaby mi się jakaś terapia odnośnie finansów. Mam takie straszne opory przed wydawaniem kasy, że aż w dołku ściska. Nie zawsze tak jest, ale jak się zdarzy, to aż sama jestem zaniepokojona tym stanem umysłu. Sandały zakupiliśmy w innym sklepie. Niebieskie, bardziej granatowe, ale takie jak te czerwone na zdjęciu po prawej stronie. Samej mi się spodobały, też bym takie chciała. I zakupiliśmy też upominek dla małego obywatela, który nie tak całkiem dawno się był urodził, a którego w ferworze remontu jeszcze nie odwiedziliśmy. A na koniec przejechaliśmy się nową trasą. Naprawdę robi wrażenie. I wygląda dokładnie tak jak na wizualizacjach. Serio. Tak powinny wyglądać polskie drogi. Zwłaszcza trasa z południa nad polskie morze :-) Co do mojej fryzury.. hmmm... po użyciu prostownicy jest całkiem OK. Sama jestem zdziwiona. Z prognoz pogody wynika, że od poniedziałku znaczne ochłodzenie, przymrozki, burze. Super, tyle, że Mała we wtorek jedzie na wycieczkę szkolną w góry. Dwudniową. Matencja do przejęcia moich starych mebli kuchennych odświeżyła z pomocą tatencjusza, odmalowali kuchnię. Teraz szykują się do podobnej akcji w sypialni. Jutro startują. Zagadała, żeby im wytapetować przedpokój. Kilka lat temu go tapetowałam, więc wiem ile wycinanek, zabawy i w ogóle atrakcji mnie czeka. To raz. Ledwo co skończyłam swój remont i nie mam naprawdę ochoty babrać się znowu klejem. To dwa. Od jutra do czwartku mam wolne, ale matencja póki co wie tylko o poniedziałku. To trzy. Jakoś nie mam ochoty informować jej, że mam wolnego aż tyle, bo to wolne ma być dla mnie, przeznaczone na odpoczynek dla mnie. Ale już mnie gryzie sumienie małej dziewczynki, że powinnam pomóc, powinnam zrobić o co prosi, bo skoro nawet mam wolne... Powiedziałam, że zrobię, ale nie teraz. Zgarnę ze sobą Młodego, żeby mi pomógł i damy radę, ale musimy troszkę dychnąć. SZM zobligował się do odmalowania swojej mamie kuchni, a mnie czeka tapetowanie u mojej matencji. Samo życie. - - - Zajrzałam TAM i z dużą przyjemnością posłuchałam głosów polskich lektorów. Z jeszcze większym zdziwieniem zobaczyłam jak wyglądają właściciele owych głosów. Skonfrontowałam swoje wyobrażenie postaci z rzeczywistością. Polecam. poremontowo...
Wierzyć mi się nie chce, że prawie już zamknęliśmy etap remontu. Piszę prawie, bo jest jeszcze kilka drobiazgów do tak zwanego wykończenia i będę bardzo pilnować, by nam one nie umknęły, tak jak to zwykle bywa. Założyłam sobie przy tym remoncie, że nie będę robić niczego "na razie", "na chwilkę", "na szybko" itp. Dłubałam powoli, aczkolwiek wytrwale i zadowolona jestem z siebie, że mi się udało, że nie odpuściłam. Urobiona jestem po pachy. Serio. Po prostu czuję w sobie to zmęczenie. Rację miała moja jedna koleżusia- rówieśnica, mówiąc, że my już po prostu nie mamy tyle sił co kiedyś. Dawniej to ja mogłam do białego rana, teraz już niestety nie. Współpraca z SZM podczas remontu wymaga ode mnie sporo cierpliwości, cierpliwości i raz jeszcze cierpliwości. No i ociupinkę dyplomacji :-) SZM ma na wszystko czas, wiele rzeczy jego zdaniem jest zupełnie niepotrzebnych do zrobienia, wymyślonych przeze mnie i w ogóle. A największy szlag mnie trafia kiedy SZM zaczyna brać się za cokolwiek i jest kompletnie nieprzygotowany do tematu, czyli podaj mi to, a także gdzie jest tamto. Lata doświadczeń nauczyły mnie nie wybuchać, bo niczego dobrego to nie przynosi, warczymy potem na siebie, atmosfera się kisi i generalnie jest potem do bani. Wyćwiczyłam się w stoickim spokoju i wskazywaniu tam leży oraz weź sobie. I nie wiem z czego to wynika. Biorąc się za tapetowanie mam przy sobie klej, pędzel duży, mały, nożyczki, szczotkę, nożyk, szmatkę. No wszystko, co może okazać się potrzebne, wszystko w tak zwanym zasięgu ręki. Jak jest potrzeba to wejdę, zejdę, a potem raz jeszcze i jeszcze raz z drabiny i na drabinę znowu (i tak dorobiłam się bólu kolan), a nie czekam aż mi ktoś poda. Jak ma kto podawać to OK, ale ni robię dramatu gdy delikwenta nie ma. SZM zazwyczaj potrzebuje asystenta :-) Podobno faceci tak mają... To pierwszy nasz remont, do którego wciągnęliśmy nasze pociechy. Do tej pory staraliśmy się wyekspediować dzieciarnię do matencji, żeby mieć święty spokój. Teraz angażowaliśmy ich do różnych prac. Od zrywania tapet po sprzątanie. Angażowaliśmy w ramach przyzwoitości oczywiście :-) Oj! Byłabym skłamała. Rok temu przy tapetowaniu pokoi dzieci Młody brał czynny udział w pracach remontowych. Zwracam mu honor. rodzinnie zaliczyliśmy dzisiaj tak zwaną imprezę rodzinną. Matencja i tatencjusz siedzieli na przeciwległych krańcach stołu. Matencja non-stop wchodziła mu w słowo, on ostentacyjnie przestawał mówić, ona gadała dalej, rany! Myślałam, że oszaleję, wyjdę z siebie i stanę obok. fryzjer Na poprawę kondycji poszłam do fryzjera, bo uznałam, że po renowacji mieszkania czas na renowację samej siebie. Bez szaleństwa, samo cięcie. Powiem szczerze - nie jestem zadowolona. Brak reakcji ze strony domowników sugerowałby brak dramatu, bo jak jest tragedia to nie omieszkają zakomunikować mi tego od progu, ale brak reakcji ze strony dzisiejszych imprezowiczów daje do myślenia, że nie pochwalili, bo nie było czego, ani za co. Nie wiem czy w poniedziałek nie pójdę zrobić czegoś jeszcze z tym cięciem, bo mam wrażenie, że na głowie mam garnek. I czuję się w tej fryzurze bardzo nieciekawie i staro (nie bójmy się słów!). weekend Długi weekend tak naprawdę zaczął się dla nas wczoraj wieczorem, albo dzisiaj rano. Wiele tego weekendu już nie zostało. Od poniedziałku SZM znowu do pracy, ale przede mną jeszcze kilka dni wolnego od pracy :-) Niestety popołudniowe zajęcia już będą szły normalnym torem, a w sobotę czeka mnie znowu studencka wycieczka. Powrót do normalności znaczy się...
piątek, 04 maja 2012
Nadejszła wiekopomna chwila kiedy to późnym popołudniem zrobiłam sobie herbatkę w ulubionym kubeczku Broszkowym (potem, wieczorkiem, SZM spoi mnie drinkiem pysznym) i bosą stopą mogłam już przechadzać się po mieszkaniu mym :-) Ogarnęłam to burdello remontowe!
Ledwo żyję, ale daliśmy radę! Oboje umordowani jesteśmy na maxa, mamy jeszcze maleńką listę tak zwanych doróbek poremontowych, ale generalnie mamy finisz! Jeszcze tylko powinnam strzelić focię wieńczącą dzieło, ale to może jutro, bo drinczki w wykonaniu SZM były pyszne, prze-pyszne! Słowem chciałam tylko krótkim obwieścić, że u mnie remontu już raczej kres!!! Bogu dzięki... Orkiestra gra, kosze kwiatów wnoszą właśnie na scenę, to koniec proszę państwa!!!
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Z remontowego frontu
Tak zmęczona to ja dawno nie byłam... Boli mnie chyba wszystko. Dłonie, nadgarstki, barki. Od wchodzenia i schodzenia po stopniach drabiny boli mnie (mocno dokucza) kolano (to, z którym mam zawsze problemy). Od bycia non-stop na funkcji play bolą mnie nogi, mam wrażenie, że mi pękną, bo aż pieką, zwłaszcza wieczorem. No i kręgosłup, ale o dziwo nie ma dramatu, obym tylko nie zapeszyła. No to ponarzekałam maksymalnie... Meble Są super, warte ceny w każdym calu. Świetnie wykończone, dopracowane. Zawiasy - okucia spełniają swoją rolę, bo wszystko pięknie wyhamowuje, domyka się i w ogóle jest cacy :-) Zmieściłam wszystko co musiałam, co chciałam i co planowałam zmieścić. I jeszcze mam lekkie luzy lokalowe :-) Uczucia mieszane mam odnośnie opuszczanego stolika, który przypomina mi stoliczek z przedziału PKP :-) Już ustaliliśmy, że oboje inaczej go sobie wyobrażaliśmy i jak nam bardzo będzie przeszkadzał, to przy następnym tapetowaniu powiesimy go na balkonie :-) Układając rzeczy w szafkach doszłam do wniosku, że warto było zdecydować się na szafkę cargo, bo jest super. I że gdybym jeszcze mogła to zmieniłabym kolejność innych szafek. Tę z mikrofalą dałabym nieco dalej, bo rzadziej jej używam. Ale to już musztarda po obiedzie. I właściwie to żaden dramat. Obojgu podoba nam się bardzo, co chwila wchodzimy sobie popatrzeć, powzdychać, nacieszyć się i w ogóle. Dzieciaki też zachwycone :-) Czeka nas jeszcze nauka lokalizacji wszystkiego począwszy od grnka, a na mące i soli skończywszy. I muszę też nauczyć się obsługi zmywarki i kuchenki. Nie chciało mi się ślęczeć nad instrukcją i caluteńkie naczynia przepłukałam z tego kurzu myjąc je ręcznie. To dopiero rodzaj lenistwa, co? Refleksje prawie-poremontowe Cały czas gdzieś tam podskórnie, podświadomie czekam. Sam remont przeszedł bez większych i specjalnych komplikacji, nie było dramatów, sytuacji krytycznych, wielkich obsuw terminowych czy jakichkolwiek innych. Czekam więc na ten moment kiedy się okaże, że coś nie gra, że coś jest zawalone, na dramat jakiś. To chore jest, wiem, ale tak mam. I tak było. Serio! Ekipa montuje meble, a ja już w myślach się denerwuję, że pewnie kafelki położone nie tak jak trzeba, że ściany krzywe, że gniazdka niedopasowane. A oni nic, cisza. Padłam z wrażenia kiedy po przyjeździe mój caluteńki przedpokój zajęli swoim sprzętem. Było tego całe mnóstwo, łącznie z wielkim odkurzaczem :-) Potem zeszłam z tego świata prawie z zawałem serca kiedy przypomniało mi się, że potrzebujemy miejsce na kable do oświetlenia podszafkowego, (które już zamontował nam SZM) a ja zapomniałam im o tym powiedzieć. Ekipa z uśmiechem poinformowała, że oni zawsze zostawiają luzy za szafkami, bo tam musi być wentylacja, więc OK, kabelek na pewno przejdzie. Kolejne zejście zaliczyłam gdy przyszedł czas montowania kuchenki i jeden pan monter się zdziwił, że jest to model zintegrowany. A ja już miałam włączoną opcję paniki, że na pewno mają zrobioną szafkę na osobną płytę i osobny piekarnik. A oni powiedzieli, że im jest wszystko jedno, że to żaden problem. Jeszcze się tylko upewniali, gdzie będą pokrętła, czy na dole czy u góry :-) I tak powoli remont dobiega końca, a ja wciąż czekam i cały czas mam wrażenie nieczystego sumienia, że jakoś tam mi się udało bez sensacji, rewelacji i bólu... a w domu... ... jeszcze Sajgon na maxa, ale już powoli wszystko się klaruje. Z prac remontowych został do tapetowania przedpokój, ale postanowiliśmy najpierw odgruzować resztę, żeby już zacząć jakoś normalnie funkcjonować :-) Jutro mam wolne, mam więc nadzieję, że uda mi się wydobyć spod tych gruzów, tak by coś mieć z tego majowego weekendu. Zdjęć póki co nie będzie, bo są w aparacie, a droga z aparatu do kompa to długa droga zwłaszcza gdy mieszkanie zagruzowane. Ponadto nie widać jeszcze kompletnego efektu końcowego, bo firma ma jeszcze dowieźć dwa brakujące elementy, które zostały zwymiarowane dopiero po montażu całości. Podobno mają być za trzy tygodnie. z innej beczki Temat: Mała i Koleżusia. Mama Koleżusi wyjechała za granicę do pracy. Koleżusia (lat 14) została w domu z ojcem, który nadużywa procentów. Moja Mała (lat 14) została zobligowana przez mamę Koleżusi do podtrzymywania jej na duchu, odwiedzania, kontrolowania i takie tam inne. Wyraziłam swoją opinię, co na ten temat myślę, czyli że owszem mogą się odwiedzać, ale na zasadach takich jak dawniej (w tygodniu raczej nie), że Mała jest za młoda na bycie opiekunem Koleżusi, że na pewno nie będzie u niej nocować (ojciec!), że prędzej Koleżusia u nas może bywać niż Mała u niej. Tuż przed wyjazdem mama Koleżusi pofatygowała się do mnie osobiście celem ugadania sprawy. Ma kobita przechlapane z takim facetem. Przyznaję. Z tego co mówi, żadnego wsparcia ze strony rodziny nie ma. Facet narobił długów, ktoś je spłacić musi. Wyjeżdża i z tego co powiedziała, zrozumiałam, że nie ma nikogo kto by miał w tak zwanej pieczy tą Koleżusię. Nie znam tego taty, skoro pije i robi długi to wiarygodny nie jest. Moja Mała tam nocować nie będzie na pewno. Mimo próśb tej pani. Powiedziałam jasno i wyraźnie, że Koleżusia u nas to jak najbardziej, ale w drugą stronę mowy nie ma. Tak niepozbieranej kobity to ja dawno nie widziałam. SZM tłumaczy, że znerwicowana, że pewnie facet daje jej w kość, że swoje przeszła, że tuż przed wyjazdem, i tak dalej. Ale ja i tak swoje wiem. Chaotyczna, niepozbierana, i jeszcze do tego gaduła i to jaka. Przebiła nawet mnie (faktem jest, że mnie się nie chciało wysilać na gadki-szmatki). I już myślałam, że nigdy nie wyjdzie. Serio! Nie deklarowałam się na gotowanie tej Koleżusi obiadów (bo i z jakiej racji, prawda?), ale tak sobie myślę, że od czasu do czasu ją zawołam do nas. Ale nie chcę by to było normą, bo stanie się obowiązkiem. Nie wiem czy ja bym się zdecydowała na taki wyjazd i zostawiła Małą, a przecież miałabym łatwiej, bo mój SZM nie pije...
piątek, 27 kwietnia 2012
Meble stoją!!! Ekipa wpadła rano skoro świt o 7.30 i wyjechała przed 19. Wow!!! A nasze prace dalej trwają :-)
wtorek, 24 kwietnia 2012
Pozdrawiam Was wszystkich z remontowego frontu :-) Plany nasze uległy spowolnieniu, bowiem meblowa ekipa zawita do nas dopiero w piątek. I bardzo dobrze! Dzisiaj: tapeciarsko i malarsko kuchnię mamy zakończoną. Zawitał też pan elektryk i powpinał już przecudnej urody nowe gniazdka. A miał co wpinać :-) Nie zdążyliśmy z panelami, ale to jutro po pracy zacznie działać SZM, a ja do niego dołączę później jak wrócę ze szkolenia, albo też na nie nie pojadę, świat się przecież nie zawali.
Plan na jutro: sufit w przedpokoju zagruntować, wytapetować, dwukrotnie pomalować i wytapetować ściany. To ja i Młody. Panele w kuchni położyć, zamontować listwy plus drobne roboty tynkarsko-murarskie przy przedpokoju. To zadanie dla SZM. Pierwszy dzień urlopu (starego!) minął...
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Studencki weekend upłynął miło i przyjemnie. Najpierw obowiązki, znaczy wykłady, a potem spacer ulicami miasta. Żałowałam, że nie zabrałam ze sobą aparatu (zdjęcia robione telefonem to jednak nie to samo), potem tradycyjnie, choćby tylko na chwilkę, ale jednak weszłyśmy do centrum handlowego. A wieczorem w hotelu moje własne prywatne SPA w hotelowej łazience :-)
remontowo podczas mojej nieobecności prace trwały. SZM z pomocą Młodego pozdzierał tapety w kuchni i przedpokoju. A dzisiaj zakończyli prace panowie kafelkarze. Ściany i sufit już przygotowane więc jutro od rana razem z Młodym dajemy czadu, bo być może firma z meblami wjedzie już w środę, a czasu mało mamy. Wszędzie kurz i pył, czy ja to kiedyś ogarnę? domowo wszystko póki co zakurzone, ale gra i bucy bez zastrzeżeń :-) Mała zakatarzona, gardło pobolewa, póki co leczymy się sami, co będzie dalej, nie wiem. towarzyskie pitu-pitu jedni cieszą się maleństwem, drudzy zmagają się z diagnozą. Słucham, podrzucam pomysły, usiłuję podsycać nadzieję, ale doskonale wiem, że teoria, nasza wiedza na temat tego co się powinna i czego nie, ma się nijak do praktyki. W terii jesteśmy świetni, pod warunkiem, że nie dotyczy nas bezpośrednio. pracowo Kurs, pracowy, ten przesiadkowy, ten, na który cały czas czekałam i który de facto chyba jest mi najbardziej potrzebny z tych wszystkich moich aktywności naukowo-edukacyjnych, zacznie się chyba pod koniec maja. Dzisiaj nawet SZM zapytał czy ja sobie nie biorę zbyt wiele na głowę... Od jutra długi urlop. Gdybym tak miała leżeć i pachnieć to byłoby super. A my od rana do roboty. Planujemy jutro: - wytapetować sufit - pomalować go - zagruntować ściany - wytapetować je - położyć panele Tyle plany, a co nam z tego wyjdzie się okaże w praniu... Trzymajcie kciuki!
piątek, 20 kwietnia 2012
Jutro moje chłopaki (SZM + Młody) mają walczyć na froncie remontowym. Młody polazł na jakieś ognisko i mam szczerą nadzieję, że jutro z rana nada się do użytku, bo jak nie to u SZM będzie miał przechlapane, bo od wczoraj trąbimy o tym, że w sobotę robota czeka. Po południu Młody idzie do pracy, ale do 15.00 spokojnie może pomagać. Czasem jak widzę zachowanie Młodego to ręce mi opadają.
U Małej się troszkę wyprostowało. Przeżywała mocno. I oczywiście usłyszałam, że sama namawiam ją do kontaktów z koleżankami szkolnymi, a one jej taki numer wykręcają, a ta koleżusia, do której mam troszkę zastrzeżeń, na pewno by jej tak nie wystawiła, bo ona, Mała znaczy się, wie, że może na koleżusi polegać zawsze i wszędzie, bo jak koleżusia coś powie, obieca to wiadomo, że będzie spełnione i dotrzymane. remontowo Ekipa kuchenna była na ostatnich przymiarkach. Już wiem, że jedna szafka, maskująca rurki c.o. będzie montowana później, i zostało to sensownie zaargumentowane. Kafelki/płytki na ścianie już prawie w komplecie. W poniedziałek będzie fugowanie. wymyśliłam sobie jeszcze szafkę łazienkową, a nawet dwie, ale na razie, póki co zaniosę projekt do osiedlowego sklepu, gdzie zapewne będzie zdecydowanie taniej niż w firmie kuchennej. Porównamy, zobaczymy, przeliczymy kasę i pomyślimy nad tematem... A jutro z ranka jadę na studencki weekend. I nawet się cieszę, bo pomijając kwestię długich wykładów, powinno być miło, sympatycznie, bez kurzu, pyłu, remontu, za to z ciepłym posiłkiem :-)
czwartek, 19 kwietnia 2012
pitu pitu towarzyskiego ciąg dalszy a jednak dramaty i to zdrowotne. W jaki sposób pocieszyć koleżankę, która właśnie dowiedziała się, że jej mąż ma złośliwego raka i podobno rokowania nie są zbyt pomyślne, a sam mąż w rozpaczy i beznadziei pogrążony? Nie potrafię znaleźć słów. Jestem po prostu bezsilna. domowoU Małej spektakl rozgrywek koleżeńskich. Czuje się odrzucona, bo tak ją potraktowały. Wycieczka szkolna i dobór towarzyski do pokoi. I okazało się, że w gronie gdzie ona z nimi zawsze to dla niej miejsca nie ma. Przykre to. Ja też znam to uczucie. Pocieszam jak potrafię, na szczęście dziewczę jest rozsądne, ale ile łez wylała to jej, bo nie jest to miłe. Jeszcze dyskusje na FB... O rany...
pracowo Kiedy szefostwo zrzuciło na mnie pewne zajęcie - N_C_K nawet nie usiłowała się włączać w pracę, a wręcz stanowczo odcinała się od tego, wszystkich odsyłając do mnie. Dzisiaj szefostwo uznało, że kasa znaczy piniondz, za to zajęcie będzie dla niej. Musielibyście widzieć jakiego szwunga do roboty dostała... Mnie zrobiło się przykro, a nawet byłam wściekła gdzieś tam wewnątrz siebie i nie o kasę, ale o sam fakt. Usiłowałam jednak nie dać znać po sobie, tylko nie wiem czy mi się udało. Przyznam szczerze, nie wiem czy dam radę psychicznie do czasu jej odejścia... = = = godz. 21.54 remontowo Już wiadomo, że koniec roboty kafelkowej i murarskiej będzie dopiero w poniedziałek. Trochę szkoda, ale jakoś to przeżyjemy. w sobotę SZM z Młodym pozdzierają stare tapety, może zaatakują też przedpokój? Tapety do kuchni - wybrane, czekają w sklepie, bo okazało, się że płatność tylko gotówką. zaćmienie umysłu nie wiedziałam kiedy to szeroko reklamowane Euro się zaczyna. Ale już wiem. 8 czerwca. A tu można głosować na piosenki...
remontowo ...bo niby jak ma być jak nie remontowo? Kuchnia polowa, znaczy remontowa, tymczasem w dużym pokoju. Wyciągnięte z szafek naczynia, których teraz nie używamy (bo zostawiłam na wierzchu wyliczoną ilość) ustawione w skrzynkach na balkonie. Nowe sprzęty agd upchnięte w pokojach dzieci. Paczki z panelami w dużym pokoju. Nowe drzwi i zlewozmywak w kącie w przedpokoju. Wszędzie kurz.
Od dzisiaj już widać jak demolka "o rany, ale sajgon!" naszej kuchni przechyla się w stronę "jak to będzie fajnie!". Powoli krystalizuje się obraz nowych kafelek/płytek. Najbardziej męczy mnie bezczynność, bo ja bym w tym czasie już na przykład zerwała tapety w przedpokoju, albo w pokoju z kompem, bo też trzeba go odświeżyć, albo działała cokolwiek innego. Jedyny problem z miejscem, bo po prostu nie ma gdzie przełożyć tych wszystkich gratów. Wrzucam więc na luz i czekam. Szef-Magik mówi, że w najgorszym wypadku skończą w poniedziałek. I tak z czasem robót jest OK, bo robota idzie tylko popołudniami, a póki co wszystko trzyma się grafiku. Gdyby skończyli w piątek, to przez sobotę SZM razem z Młodym mogliby zerwać do końca tapety i ułożyliby już panele na podłodze. A ja we wtorek (bo w poniedziałek po południu mam szkolenie) zabrałabym się już do klejenia tych tapet, których jeszcze nie kupiłam, a nawet nie wybrałam :-) remontowo - nerwowo tak, nerwowo, bo telepie mnie kiedy przy takiej polowej kuchni największym problemem dla SZM jest "co będzie na obiad?" Nie rozumiem tego, jestem w stanie przez tydzień, albo i dłużej, jeść tylko kanapki jeżeli trzeba. Nie umrę z głodu. SZM jak widać obawia się, że nie daj Bosze zrzuci parę kilo. Wiem, to drobnostka, ale trafia mnie, nic nie mówię. Tu se wywalę co mi leży na sercu, bo nie ma sensu ruszać tematu. domowo Młody sam poszedł na rozmowę do księdza. Nie wdaję się w szczegóły. Może kiedyś, nie mam weny ani nastroju do takich opowieści. Powiem tylko, że kupiłam medalik św. Benedykta. w odpowiedzi na... pytanie Iksińskiej chciałam napisać, że SZM do kucharzenia ciągoty miał chyba zawsze, ale z czasem stały się coraz większe. Z tego co mówi to lubił kucharzyć jeszcze jako dziecko razem z babcią, ale ile tego kucharzenia było naprawdę to nie wiem. Potem było prozaicznie aż do bólu. Babcia umarła, mama była zapracowana (i raczej chyba mało zainteresowana gotowaniem), więc jeżeli SZM chciał coś dobrego zjeść to sobie musiał ugotować. Pamiętam, że jeszcze jako kawaler coś mi tam upitrasił i przywiózł dumny i blady :-) W początkach naszego małżeństwa kucharzeniem zajmowałam się raczej ja. Raczej zdecydowanie ja :-) Bo tak wyniosłam z domu i wydawało mi się, że co on tam, facet w końcu, może wiedzieć o gotowaniu, jak i tak ja wiem lepiej :-) Na przestrzeni ostatnich lat, a zwłaszcza w momencie gdy ja studiowałam, jego możliwości, umiejętności rozkwitły. Inna sprawa, że ja przestałam wychodzić przed orkiestrę i dawałam mu pole do popisu. SZM gotuje, wyżywa się kulinarnie, my pochwalimy, że smacznie, on jest zadowolony i chce mu się jeszcze. Od jakichś dwóch - trzech lat zaczął też piec. Karpatka i sernik to jego popisowe ciasta. :-))) Żeby laurka nie była taka piękna dodam tylko, że w ciągu tygodnia gotuję zwykle ja. SZM wkracza do kuchni w niedzielę, albo kiedy mają przyjść do nas goście, albo kiedy on sam (albo my) ma ochotę na coś co robi właśnie on. SZM zazwyczaj zajmuje się mięsem i rybami. Nawet się za to (na dużą skalę) nie biorę. Prozaiczne, zwykłe, codzienne dania obiadowe to moja działka. ;-) towarzyskie pitu-pitu wyczekiwane dziecko, o którym wcześniej pisałam już się urodziło. Wczoraj. To w jednej rodzinie. Nic nie wskazuje na to, by w tej drugiej rodzinie miał zapanować spokój. Jestem w głębokim szoku, że ten właśnie facet, ten wzór, ta oaza, ideał wręcz, robi to co robi. To raz. Zeznania połowicy nie są ani spójne, ani tak do końca szczere. Jak i sama połowica, zresztą. To dwa. Mam bardzo mieszane uczucia w związku z tą sytuacją, bo nie powiem jej przecież, że tak w gruncie rzeczy to facet ma trochę racji i ja mu się częściowo nie dziwię, że czekaliśmy wszyscy kiedy mu się przeleje. To trzy. Żal mi jej, bo źle jej nie życzę, bo przykro jest kiedy złe rzeczy dotykają naszych bliskich. I w tym wszystkim widzę jeszcze dziecko nastoletnie. I nie jest to fajny obrazek. Ta inna ja, jednak gdzieś tam w głębi duszy, czuje niczym nieuzasadnioną taką maleńką satysfakcję, że butność, pewność, pewnego rodzaju pycha i zakłamanie, taka poza, że u nas zawsze wszystko cacy-cacy, że my tak właśnie chcemy i lubimy, że ta właśnie poza została gdzieś tam poruszona, że ta piękna lukrowana fasada nie jest ani stabilna, ani taka słodka i pyszna jak miała być. Mimo wszystko mam jednak cichą nadzieję, że to jednak tylko chwilowy kryzys i że minie. Aczkolwiek mam niejasne wrażenie, że facet robi wszystko, że to ona go wyrzuciła, bo brak mu chyba odwagi na to, by tak po prostu odejść. Sama nie wiem jakie znaleźć mu usprawiedliwienie...
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
remontowo woda, gaz, prąd - zrobione. Stare kafelki - skute, parapet - usunięty, gruz - wyniesiony. Stara kuchenka też już zniknęła. Jutro przychodzi magik od kafelek i ścian. W międzyczasie firma kuchenna ma podjechać na ostatni pomiar. Sprzęt agd dojechał i już jest w domu. Miałam zamiar zerwać tapety ze ściany, ale jakoś się nie zebraliśmy. studencko weekend studencki zaliczony. Pierwszy etap pracy końcowej oceniony pozytywnie. domowo SZM został na włościach na froncie remontowym, bo ja na uczelni. Dał radę :-) Dzisiaj do skucia starych płytek przyszedł pomocnik magika kafelkowego. Chłopak plus minus w wieku mojego Młodego. I miałam takie mieszane uczucie, aż mnie świerzbiła myśl, że Młody będąc w domu może powinien mu pomóc przy wynoszeniu gruzu. Z drugiej jednak strony dlaczego powinien skoro za to płacę? Zwalczyłam to w sobie i dałam spokój :-) Hmmm... tegoroczna rocznica nasza ślubna to pierwsza, o której zapomnieliśmy, wieczorem, po południu złożyliśmy sobie życzenia. Ja pamiętałam więc złożyłam, jak się okazało SZM pamiętał rano, nawet planował jakieś kwiatki, ale w ferworze zmagań uleciało mu z pamięci. Nie celebrowaliśmy, nie dostałam kwiatków, ale to pewnie dlatego, że oboje jesteśmy zakręceni tym remontem. I tej wersji będę się trzymać :-) pracowo tyle się działo, że gdyby SZM do mnie nie zadzwonił to nawet bym sobie zdała sprawy z tego, że właśnie bije dzwon "do domu!" :-) bloxowo kolejny już raz usiłuję opublikować ten wpis... Sypie się ten Blox... Może faktycznie należy rozważyć jakąś przeprowadzkę...
piątek, 13 kwietnia 2012
remontowo Punktualnie o 15 zjawił się Pan Magik i działa. Demolkę uważam za oficjalnie rozpoczętą :-))) - - - - - godz. 22.14 21 lat temu podczas mszy świętej o godz. 13-stej Anonimka i SZM powiedzieli sobie sakramentalne TAK. A potem była zabawa do białego rana...
Wierzyć się nie chce, że to już tyle lat...
czwartek, 12 kwietnia 2012
remontowo nie dzieje się nic. Magik od wodnych rurek nie przyszedł, widać późno skończył pracę. domowoPierwszy dzień obsuwy zaliczony. Mam nadzieję, że wiele ich nie będzie. zebranie w szkole u Małej. Jest OK, średnia 4,86. Żadnych problemów :-) pracowobez zmian dyrdymałki towarzyskiez jedną znajomą rodziną czekamy na narodziny małego obywatela. W każdej chwili :-) Za drugą rodzinę trzymam kciuki, żeby się nie rozpadła. I z dnia na dzień jestem w coraz większym szoku. Nie zabieram głosu, nie stawiam diagnoz (bo i dlaczego bym je miała stawiać), wysłucham, wesprę, a przynajmniej się staram i w głębi duszy mam mieszane uczucia, bo uważam, że chyba facet ma racji sporo. I solidarność jajników nie ma tu nic do rzeczy. Nie mam jednak sumienia pogrążać kobiety. Niech sobie sami wyjaśniają. A przydałby się im chyba mediator. I jak tak posłucham co się tam dzieje, porównam z tym jak było to aż się boję myśleć o nas, o mojej rodzinie. Bo my tu remont, zakupy, plany wyjazdowe i takie tam przyziemne sprawy bytowe, a tam u nich dramaty.
środa, 11 kwietnia 2012
remontowo szafki moje w świat szeroki pojechały, nie machałam im na pożegnanie, nie uroniłam łzy. Matencja u siebie na progu na pewno przywitała je z radością, która wynagrodzi im brak mojego machania białą chusteczką :-) Pierwsza remontowa obsuwa czasowa zaliczona - magik od wody miał być jutro na 15. Skruszony był dzisiaj osobiście, bo nie mógł się dodzwonić, żeby powiedzieć, że będzie albo dopiero koło 17, albo dopiero w piątek. Ma dać mi znać. Szef im wymyślił nagłą robotę i guzik go obchodzi, że oni mają swoje plany. Robię sobie dokumentację fotograficzną remontu, fanie będzie je potem pooglądać. Takie moje metamorfozy :-) Anonimka wyrodna matka Moja Mała dzisiaj w rozmowie wyznała, a bardziej chyba powiedziała niż wyznała, bo nie była to tajemnica, że na jednym z portali z dziedziny, którą się interesuje, rozmawia przez gg z kimś tam, a nawet z kilkoma osobami. I od słowa do słowa wyjaśniłam jej, że to mi się raczej nie podoba, że niekoniecznie Piotr lat 16 musi być tym za kogo się podaje, może to być na przykład obleśny Rychu 65. Dziecko moje jest uświadomione, bo przecież i w szkole na te tematy mówią i ja nie pierwszy raz poruszam tę kwestię. W każdym razie wyraziłam swoje zdanie, że jestem zaniepokojona, że nie wiem z kim tak naprawdę rozmawia, że ona przecież też tego nie wie, że to w trosce o nią i takie tam. Wszystko na spokojnie i w miłej atmosferze, z elementami humoru nawet. A co! Późnym popołudniem, po moim powrocie do domu, Mała powiedziała mi, że "tata powiedział, że jak mama powiedziała, że coś jest nie halo, to widać jest", więc tak sama z siebie skasowała większość tych kontaktów, zostawiając tylko dwa konkretne. Bo z tymi dwoma kontaktami (on i ona) fajnie się jej gada. I co ja na to? Pochwaliłam, wytuliłam i ... powiedziałam, że tak celem próby może ja sobie z nimi pogadam (a ona będzie mi podpowiadać terminologię, której nie znam) przez tydzień, że sprawdzić czy to na pewno nie jest jakiś Zdzichu 58 :-) Dumna jestem z niej i naprawdę mnie zdziwiła swoim rozsądkiem. Zdaję sobie sprawę, że zostały jeszcze te dwa kontakty, że z tymi co się najlepiej rozmawia to one właśnie mogą być najbardziej podejrzane... Ale i tak wynik chyba nie jest taki zły. Poza tym sama powiedziała, że ona mi o tych kontaktach mówiła nie dlatego, że coś nie halo, tylko po to, bym wiedziała jakie są jej zainteresowania i co jej się podoba. codzienność Anonimki zmarło się jednemu z naszych sąsiadów. Kiedy śmierć sięga blisko nas to nie jest fanie. I nie musi to być bliski znajomy. Bo przecież nie był. Ale od wczoraj o nim myślę. Została sąsiadka, córka, wnuk, zięć. Znam wszystkich z widzenia, na dzień dobry. Starsi państwo zazwyczaj byli proszeni o rzucenie okiem na nasze drzwi podczas naszych wyjazdów wakacyjnych. w myśl zasady lepszy dobry sąsiad niż wujek w Ameryce. Myślałam o tej sąsiadce i zastanawiałam się czy ja też zostanę kiedyś sama. Strasznie się tego boję. Obsesyjnie wręcz. Boję się, że moje nigdy nie wypowiedziane plany i nadzieje na wspólne chwile na starość wezmą w łeb. A nie chcę być, zostać sama. Im dłużej jestem z SZM tym bardziej zdaję sobie sprawę jak bardzo by mi go brakowało, gdyby go przy mnie nie było, gdyby go zabrakło. I wtedy sobie myślę, że trzeba brać życie garściami, ile się da, czerpać we dwoje, póki jeszcze we dwoje, czy też we czworo, jesteśmy. Myślałam też że uodporniłam się na śmierć, że już wyhodowałam sobie grubszą skórę. Ale jak widać nie.
(prawie) wakacyjnie Jeżeli wszystkie nasze plany wypalą to nie będzie tak źle z tymi naszymi wakacjami :-) Nawet będzie bardzo fajnie! Wyjazd powakacyjny w kierunku żabich udek już się skrystalizował :-) Bilety na samolot kupione! Nigdy w życiu nie leciałam samolotem! Musimy zmieścić się z ciuchami w bagaże podręczne w postaci toreb o wymiarach 56x45x25 cm. Mam nadzieję, że damy radę i na 4 dni uda nam się spakować. Musimy dać radę :-) Jak wypali jeszcze jeden mini-planik prawie wakacyjny to nawet pomoczę bosą stópkę w wodzie bałtyckiej. Moczyć będę krótko i błyskawicznie, ale ważne, że w ogóle będę miała taką możliwość. Obym tylko miała.
Nie będzie w tym roku rodzinnych wakacji, bo oba wyżej wspomniane wypady zaplanowane są bez potomków w postaci Młodego i Małej, bo na tego rodzaju wypady firmowo-służbowe raczej jeździ się bez dzieci. Oni pewnie sobie czas zorganizują w zakresie własnym :-) ...ja już chyba o tym pisałam... chyba, a raczej na pewno. Strasznie się cieszę na ten samolotowy wyjazd. Niestety z kasy na bilet trzeba było wyskoczyć na tu i teraz. Nie marudzę, nie narzekam, przyzwyczaiłam się do piątego członka rodziny w postaci debetu :-) Chyba już go polubiłam, bo przecież nie raz ratuje nam tyłek... remontowo - dzień 1 Dzisiaj w szeroki świat wyjechała stara zmywarka i opróżniłam szafki kuchenne. Szafki w świat wyjadą jutro :-) Do domu przyjechał materiał na podłogę i drzwi wejściowe do kuchni. Magik od wody i gazu chciał zaczynać już dzisiaj :-) A umówiony jest dopiero na czwartek. Magik od prądu potwierdził obecność :-) codzienność rocznicowe obchody tragedii/katastrofy w S. jakoś do mnie nie przemawiają. Temat tak wyeksploatowany, że ja już osobiście mam dosyć. Żal mi rodzin, które codziennie słuchają newsów i komentarzy czy tego chcą czy nie.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Wielkanoc minęła bez większych emocji. Teściowa źle się czuła i zabrała się do domu grubo przed czasem. Jakoś ma takiego pecha, że coś się do niej przyklei jak są Święta. Inna sprawa, że lekceważy sobie dietę i jak widać złośliwy organizm jej osobisty daje znać w dni świąteczne, że czas przystopować. Moi rodzice siedzieli do ostatniego dzwonka. Rodzeństwo dołączyło do nas w porze obiadowej. Wspólnie razem celebrowaliśmy świąteczne obżarstwo :-) Jeżeli liczyliśmy na to, że moi rodzice z racji różnicy pokoleń późnym popołudniem zgarną się do domu, a my (rodzeństwowa rodzina i my) posiedzimy sobie sami, to byliśmy w głębokim błędzie.
Matencja wykorzystuje do bólu każdą okazję do bycia w towarzystwie. I z jednej strony ją rozumiem, bo nie siedzi z obcymi, siedzi z własnymi dziećmi, ale z drugiej strony, drażni mnie ta jej zaborczość. Trochę żałuję, że to napisałam, bo czuję się winna, że tak myślę i wydaje mi się, że nie powinnam. Matencja zachowywała się OK, jednak przesadziła kiedy za wszelką cenę usiłowała obronić SZM podczas gdy ja go publicznie ochrzaniłam. Tak, bo mi wstyd za niego było. Nie cierpię kiedy SZM zaczyna się przechwalać, albo obrabiać tyłki innym. A przyznam szczerze zdarza mu się. A ja tego nie cierpię. On jak troszkę procentów w siebie wleje, to robi się nader rozmowny i zaczynają się opowieści dziwnej treści. O ile obrabianie wyhamowuję, zmieniam temat itp. to przechwalania się nie zdzierżyłam, więc prosto z mostu zwróciłam uwagę, ochrzaniłam mówiąc, że gdyby inny ktoś tak zrobił to on sam miałby na ten temat wiele do powiedzenia. I słyszę jak matencja mi za uchem miauczy że on nie chciał, że to w rodzinie, że on takie biedny i w ogóle. No to powiedziałam, żeby się nie wtrącała jak rozmawiam z własnym mężem. Się obraziła. Na chwilę. A może na dłużej? Bo dzisiaj jeszcze nie dzwoniła, a to nie jest normalne... więc może na dłużej...? Poniedziałek Wielkanocny spędziliśmy na: odwiedzeniu kościoła ( a jednak!), totalnym nicnierobieniu, leniwym snuciu się po domu i wielkim lub mniejszym obżarstwie. Młody pojechał ze znajomymi do jakiegoś klubu do WojewódzkiegoMiasta. Mała pobiegła do koleżusi, ma tam nocować, a póki co meldować się sms-owo. SZM przysypia przy TV, a ja klikam...
niedziela, 08 kwietnia 2012
duchowo czyli religijnie pobiegłam dzisiaj jeszcze do spowiedzi, bo z całej naszej familii tylko ja zostałam niewyspowiadana. Czy mnie samej było to potrzebne? Sama nie wiem...
Chciałam mieć czyste sumienie, bo pamiętam jak kiedyś nie poszłam do spowiedzi i podczas świątecznej mszy gdy była komunia czułam się fatalnie gdy wszyscy wokół szli do komunii, a ja nie. Poza tym skoro gonimy dzieci do kościoła, to w jakiś sposób muszę zachować spójność między teorią a praktyką. Mam problem z modlitwami, nie potrafię skupić się na klepaniu formułek. Zdecydowanie bardziej wolę sobie sama swoimi własnymi słowami porozmawiać z Bogiem. Wtedy potrafię się skupić. Bo jak tak klepię jedno za drugim to myśli mi ulatują. I nawet w kolejce do konfesjonału uznałam, że może jednak będę modlić się po swojemu. Ale potem jakoś przyszła taka myśl, że skoro decyduję się na przynależność do Kościoła, to powinnam respektować zasady, które narzuca. Bo to tak jakbym miała polskie obywatelstwo, ale nie chciała płacić podatków. Nie wiem czy to akurat trafne porównanie. Na jakieś takie religijne rozważania mnie naszło... posprzątane nie powiem, że mam w tym wielki udział, bo tak nie jest. Wrodzony wyrzut sumienia każe mi zastanawiać się czy aby tak być powinno, ale zdrowy rozsądek mówi dlaczego by nie? Sprzątanie zleciłam dzieciom, nie od razu, ale stopniowo, po trochę od czwartku do soboty. Dzisiaj, znaczy w sobotę zakończyłam akcję sprzątania. Sprzątania znaczy kurze z półek i podłogi :-) Remont, który wisi nad nami i cały ten rozgardiasz, który już widzę oczami wyobraźni, skuteznie wyhamował jakiekolwiek moje/nasze zapędy do sprzątania. SZM poprasował zaległości, które ja potem poskładałam do szafek. I jestem z prasowaniem na zero :-) Zaszalałam i nawet zaaranżowałam dekoracje parapetowe w dużym pokoju i w kuchni. Żeby było bardziej świątecznie :-) kulinarnie rano przygotowałam wszystko do koszyczka, żeby Mała mogła już pójść do kościoła, a potem przygotowałam składniki do babki drożdżowej dla leniwych, by móc ją wieczorem upiec. Zrobiłam ciasto krówkę aktywnie włączając do pomocy Małą. Potem ugotowałam jarzyny na sałatkę jarzynową. Młody zasiadł za kierownicą i przywiózł jedno ciasto od matencji. Matencja musi czuć się potrzebna więc zleciłam jej jedno ciasto, które lubi Mała, a mi nie chciało się z nim babrać. Chciała wyręczać mnie w innych ciastach, ale nie ma na nie przepisów :-) Zrobiłam też kruche ciasto do sernika, który robi SZM. Nawet wylepiłam mu tym ciastem caluteńką blaszkę, bo wiem, że tego nie lubi [właśnie zauważyłam, że nie mam tego przepisu w moim blogowym "Zeszycie z przepisami"]. I zrobiłam w naszej małej kuchni miejsce dla SZM :-) Podczas gdy on dzielnie walczył na kuchennym froncie ja ucięłam sobie drzemkę. A jak wieczorem wstałam to on już miał gotowy sernik, upieczoną białą kiełbaskę, zamarynowany karczek do pieczenia na jutrzejszy obiad, zrobiony sos chrzanowy na śniadanie i pokrojone jarzyny na sałatkę. I przyszła kolej na mnie więc dokończyłam sałatkę jarzynową na śniadanie. Zrobiłam na jutrzejsze popołudnie sałatkę z tatarem z łososia. Ugotowałam szynkę, a z wywaru zrobiłam już biały barszcz, bo taki z dnia poprzedniego jest dla nas najpyszniejszy. I na sam koniec upiekłam drożdżową babkę :-) przedświąteczne dylematy W całym domu pachnie drożdżowym ciastem. Uwielbiam ten zapach. Moje dylematy i rozterki dotyczące przygotowań na froncie kuchennym wynikają z tego, że mój ojciec nie pomagał mamie w niczym. Kompletnie nie pchał się do kuchni, ani do niczego innego, ale to inna bajka. I ja po prostu nie jestem przyzwyczajona do tego, że leżę i pachnę, a mój mężczyzna działa kulinarnie. Powinnam się w końcu przyzwyczaić, po tylu latach. Za każdym jednak razem zastanawiam się czy to jest w porządku. I wiem, że to głupie pytanie, ale nie poradzę na to nic, że mój umysł je stawia. towarzyskie dyrdymałki nie zagłębiam się w szczegóły, ale jestem w lekkim szoku, oboje jesteśmy, spowodowanym zachowaniem jednego znajomego faceta. Na mój rozum w grę wchodzi inna kobieta. Na sto procent nie wiem, nie widziałam, nie złapałam za rękę, ale po prostu tak się nie zachowuje facet, który myśli o swoich bliskich. Nawet jeżeli jest w sytuacji kryzysowej i nie wiem jak bardzo wielkim stresie. Faktem jest, że nie tylko my byliśmy zdziwieni, że on tak się daje, że jemu to pasuje, że tylko ona i ona, a dla niego miejsca nie było. Tak to przynajmniej wyglądało z zewnątrz. I z jednej strony żal mi tej żony, a z drugiej strony trochę ma racji facet. Widać pewne zachowania jemu się przejadły, a ona nawet nie wie o co chodzi gdy on jej o tym mówi. Skomplikowane to bardzo. A ja miałam swoje dylematy czy wyjaśniać jej o co chodzi, czy zabierać głos, gdy mnie poprosiła o radę. I może źle, ale postanowiłam milczeć. Ich związek, ich kłopoty. Nie mój cyrk, nie moje małpy. to, co zwykle Z racji tego, że wyspałam się po południu teraz wcale nie chce mi się spać, a rano będę wyglądać jak zombi. Śniadanie zaczynamy o 10.00. Po świętach zaczynam walkę z 10 kilogramami nadwagi. Stanęłam dzisiaj na wadze. Masakra. Na którą cały czas ciężko pracuję :-) Ale to dopiero po świętach teraz nie będę sobie psuć przyjemności świętowania. Zatem beztroskiego świętowania, kochani! - - - - - - - - - Zajrzałam na pocztę, nie byłam tam ze sto lat. Zobaczyłam podesłane uprawnienia do blogu. Czy ja mogę prosić raz jeszcze? Pliiz! | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||