na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 19 października 2018

I już! Przeżyłam, nie było xźe, a nawet było dobrze. Nie bolało. A co się nastresowałam to moje :-) Teraz pończocha kompresyjna przez 4 tygodnie, a za tydzień kontrola. Zabieg szybki, bo wszystko razem czyli przygotowanie, instruktaż po i sam zabieg, zamknęło się chyba w 40 minut. Druga noga będzie robiona inną metodą, bo nie jest w takim kiepskim stanie. No i mam nadzieję, że koszty drugiej nogi będą zdecydowanie niższe. Serce boli gdy sobie pomyślę, że co miesiąc z mojej pensji idzie kasa do ZUS, a jak przyjdzie co do czego to się okazuje, że takich zabiegów NFZ nie refunduje. A podejrzewam, że jakby tak podsumować zwykłą operację szydełkową plus wszystkie procedury i koszty z nią związane to wyszłoby pewnie mniej, albo nawet tyle samo. A komfort pacjenta nieporównywalny.

Dziękuję za trzymanie kciukasów :-)

czwartek, 18 października 2018

Nie mam weny. Chciałam cokolwiek, ale nie mam pomysłu. bo przecież nic nowego, nic się nie zmienia. Stara bieda jak to się mawia. I dobrze, że nie nowa :-)

Dzisiaj idę na zabieg robiący porządek z moimi żylakami. Bo jestem posiadaczką takich. Hoduje je na jednej nodze jeszcze od czasu ciąży z Młodym, a na drugiej nodze jakoś tak w międzyczasie się wyhodowały same. Jedna noga jest wizualnie gorsza, a jak się okazało po magicznym badaniu, w stanie lepszym. Napatrzywszy się na Matencję doszłam do wniosku, że czas zrobić porządek póki jestem jeszcze względnie młoda. Fiuu... ależ to brzmi ;-) No i dzisiaj właśnie idę na taki nowoczesny zabieg na tej nodze co to niby wygląda lepiej, a w środku jak się okazuje nie jest tak fajnie. Uprasza się o trzymanie kciukasow. :-)

środa, 03 października 2018

Jesień... wierzyć mi się nie chce, że ten czas tak szybko zapinkala.
Mala zaczęła rok akademicki. Tamten zakończyła kampanią wrzesniową z jednego przedmiotu, a poza tym ok. kierunek jej się podoba. Poza tym jest w dalszym ciągu zapaloną harcerką, która właśnie została drużynową. Ona sama mówi, że nic się nie zmienia, bo robi dokładnie to co wcześniej, ale teraz zostało to sformalizowane. Jako matka stara harcerka moge powiedziec, że jestem dumna, że udało mi się zaszczepić w dzieciach harcerstwo. Młody przerobił etap wodniacki, co się nażeglował to jego.
Młody przeżywał kryzysy pracowe. Niby jest już fajnie i ok , ale i tak będzie szukał czegoś nowego lepszego, w myśl zasady, że gdy dostaniesz dobrą pracę to zaraz zaczynaj szukać lepszej. Na razie póki co do końca października ma umowę na czas próbną, zobaczymy czy mu przedłużą. Nauczona doświadczeniem nie jestem już niczego pewna.
Uwiera mnie ten jego brak wiarygodności. On sam zdaje sobie z tego sprawę, ale cóż sam sobie zapracował na to byśmy tak go traktowali. Nie, nie umilamy mu życia, ale ma świadomość, że to co nam mówi zawsze bierzemy z dużym marginesem. Straszne to jest dla mnie jako matki, nie móc powiedzieć, wiem że było dokładnie tak jak mówi mój syn. Za to Mała jest szczera aż do bólu. Jest szczera ale i otwarta, a Młody od zawsze był bardziej zamknięty i wycofany. A z czasem nabrał maniery upiększania i wybielania. Jak na niego patrzę i go słucham to mam przed oczami Tatencjusza. Ten też wszystko koloryzuje. Ponieważ otoczenie od zawsze mi mówiło, że ze mnie cały tata, chcąc uniknąć opinii ubarwiacza opowieści doprowadziłam do tego, że mam po prostu schizę na tym punkcie.
Rowerowe wakacje odbijają mi się czkawką do dzisiaj, bo wciąż mam problem z kolanem. Mimo wszystko jednak zaliczyłam fantastyczną imprezę biegową w Krynicy. To był mój trzeci Festiwal Biegowy. Nie wiem jednak czy za rok zdecyduję się na ponowny udział. Z drugiej jednak strony - czemu nie? Hamuje mnie fakt, że większość biegów jest dla prawdziwych bardziej lub mniej hardcorowców, a ja do takich nie należę. Nawet nie zwiększam dystansu ponad 10 km. A po Krynicy ciąg dalszy przymusowej pauzy w bieganiu. Nieśmiało i delikatnie zaliczyłam ostatnio dwa treningi. Pauza biegowa skutkuje zwiększoną ilościa wolnego czasu, nigdzie się nie spieszę, nie spinam. Ale czas wrócić do starego rytmu.
Byliśmy w kinie, na TYM filmie. Kino oblężone, sale pełne, kolejka do wejścia na seans. Mocny film, niejednoznaczny i daje do myślenia. Polecam.
Zaliczyliśmy też w międzyczasie tak zwanym imprezę rodzinną u mojego rodzeństwa. Zal, że widujemy się tylko z okazji. Normalnych kontaktów prawie lub wcale nie ma. Z początkiem roku postanowiłam coś z tym zrobić, wprosiliśmy się na kawę, na takie niezobowiązujące odwiedziny. Rewizyty do dnia dzisiejszego nie było. Umierają nam stosunki rodzinne. Z rodzeństwem SZM również. Boleję nad tym bardzo, ale nic nie robię w tym temacie. Jedna siostrunia nie jest lubiana przez SZM więc taka sytuacja to norma, a druga... Nie mogę go do nich wyciągnąć, bo zawsze coś ma w planie, albo po prostu mu się nie chce.
Sezon grzybowy rozpoczęliśmy w zeszłym tygodniu, ale powiem szczerze kiepsko było, bo bardzo sucho. Pojechaliśmy w nasze miejsca, gdzie zazwyczaj zbieramy, ale tym razem echo... Przywieźliśmy z 10-12 podgrzybków, ale to malizna była, ot tak na otarcie łez.

I jeszcze jedna refleksja ku pamięci... nie chcę wchodzić w szczegóły, żeby nie zagłębiać się w opisy.
Straszne to jest gdy mąż odchodzi, umiera nagle. Człowiek jest bezsilny w obliczu śmierci. Wiem, nic nowego, ale chyba dzięki temu czego byłam, jestem świadkiem, bardziej doceniam to, co mam.

środa, 05 września 2018

03.08.2018

I tak to... upalnie.
Najpierw zaległości w pigułce.
Nowy związek Małej/Młodej kwitnie. Podziwiam ją za to, że potrafi ze mną tak szczerze rozmawiać, bo ja na przykład od zawsze miałam blokadę i nie potrafiłam tak z matencją na każdy temat, tak szczerze do bólu.

05.09.2018

Sto lat mnie tu nie było. To co wyżej zaczęłam miesiąc temu i jak widać nie było mi dane dokończyć.
Najpierw zaległości:
Wakacje rowerowe w tym roku w pełnym tego słowa znaczeniu. Udane, takie jak być powinny. nie pozabijaliśmy się, a wręcz na odwrót, było naprawdę fajnie. Aż chciałoby się powtórki. Zrobiliśmy sporo kilometrów na rowerze, blisko 400. Niestety po powrocie odezwało się moje kolanko i mam problem z bieganiem. Konkretnie rzecz biorąc to problemu nie mam, bo nie biegam ;-)

Mała ma się dobrze, nowy związek się rozwija, a ja na wszelki wypadek nie przyzwyczajam się do nowego Kawalera :-)

Młody, cóż... Zgryza mamy z Młodym, z jego Panną... Nawet nie wiem od czego zacząć... Chyba od tego, że już na sto procent stracił u nas wiarygodność, bo dozuje nam "perełki" informacyjne, przemilcza istotne informacje, kłamie...

Nie chcę tu snuć szczegółowych opowieści dotyczącej jej układów rodzinnych. Powiem tylko nie jest fajnie. Z perspektywy czasu sam Młody widzi, że wszystkie nasze przypuszczenia się potwierdzają.  On sam zakochany po uszy, chce być z nią i tylko z nią. A my powiem szczerze odetchniemy kiedy tylko ten związek się zakończy. A niestety nie wiem czy ten moment kiedyś nastąpi, ale bardzo na to liczę. Wiem, to okrutne. Już dwa razy z nim zrywała, oczywiście zawsze w trosce o jego dobro, bo nie chce go obciążać i takie tam inne dyrdymały, to może w końcu się rozejdą.

Angażując się w związek z Panną Młody sam się skazuje na obciążenia wynikające z jej sytuacji rodzinnej, materialnej i każdej innej. Możemy tylko na spokojnie snuć wizje ich przyszłości, z garbem w postaci rodziców bez stałych dochodów i jakichkolwiek widoków na przyszłość, z emocjonalnym uzależnieniem Panny od rodziców, podejściem do życia takim a nie innym.

Najbardziej boli mnie/nas to, że na chwilę obecną doprowadził do sytuacji gdy on nam coś mówi, opowiada, a my sami nie wiemy czy to prawda, jaka ta prawda jest, czy za chwilę nie okaże się, że wyjdą na jaw dodatkowe okoliczności itp. Zawsze mu powtarzam, że ma mówić prawdę, najgorszą, ale prawdę. On za każdym razem potwierdza, potakuje, obiecuje, a za chwilę okazuje się, że i tak ma to wszystko w głębokim poważaniu, bo nic się nie zmienia. Serce boli. A my bezsilni.

Na chwile obecną z niewypowiedzianych słów czuję, że chcąc za wszelką cenę pomóc Pannie, najchętniej wprowadziłby ją do naszego mieszkania. Niestety na to nie dostanie naszej zgody. Zresztą powiedziałam mu, że jak Panna ochłonie, emocje opadną, to na bank pogodzi się z rodzicami, nie odetnie pępowiny, a on sam będzie tym złym.

Małe dzieci, mały kłopot...

piątek, 20 lipca 2018

I tak to... na szybciora znaczy się.
Mała zakończyła związek z Kawalerem. Na horyzoncie pojawił się nowy osobnik, nie wiem jeszcze jak go nazwać ;-0
Związek Młodego nadal trwa. chciałoby się rzec niestety ;-)
Rowerowo pobijamy nowe rekordy - ostatnio 87 km ;-)
Powiększyliśmy stan posiadania aut. Plan był pozbyć się starocia z 1999, który ma status drugiego auta w rodzinie i dokupiliśmy maleństwo trzydrzwiowe z 2008. Teraz nie jestem taka pewna czy staroć z 1999 na pewno zostanie sprzedany ;-)
Mała wakacjuje za granicą, w Pepikowej stolicy znaczy się, pojechała z koleżusiami na kilkudniowy wypad.
A ja własnie skończyłam tydzien roboczy, zamykam teatrzyk i zmykam do domu. miłego weekendowania Wam zyczę ;-)

poniedziałek, 02 lipca 2018

Mała

zakończyła pierwszy rok studiów, chyba jeden egzamin zostanie jej na kampanię wrześniową, ale jeszcze nie jest to pewne. Z całą resztą poradziła sobie bez zarzutu.
Szykuje się do zakończenia związku z Dotychczasowym Kawalerem, bo jak sama powiedziała im dłużej trwa ta ich przerwa tym bardziej przekonuje się, że to była dobra decyzja, a przecież nie napisze mu tego w smsie. No a ja czuje nosem i intuicją matczyną, że na horyzoncie pojawił się w tak zwanym międzyczasie nowy kandydat na Kawalera. Mała póki co nie potwierdza, nie zaprzecza :-) Dojrzewa do ostatecznej decyzji.
Rozmawiałam na ten temat z SZM, to jej życie, to jej ma być dobrze, to jej decyzje. Dotychczasowy Kawaler sprawiał, że my jako rodzice mieliśmy taki wewnętrzny spokój, dziecko było zaopiekowane, zawiezione, przywiezione, szaleństw nie było, wszystko raczej ładnie poukładane, z fajną perspektywą na przyszłość. To z perspektywy rodzica praktycznego. Podczas rozmowy z SZM wyszukaliśmy sobie negatywne cechy Kawalera i całej tej sytuacji, i jest mi trochę mniej przykro. :-)

Młody

ten to mi sen z oczu spędza... Tak to się chyba mówi. Temat przeprowadzki odszedł w niebyt. Panna złapała jakiś kurs, po którym zaczyna pracę, czy też staż, a co dalej zobaczymy. Bo nie wiem czy te programy cokolwiek sprawiają innego niż przynoszenie kasiory właścicielom firmy, która organizuje taki program kurso-stażowy. Osobiście w to nie wierzę.

SZM

ma swoje humory, duje się i nadyma, ale na szczęście nie zdarza się to już tak często, jak wcześniej. Za każdym razem gdy tak się dzieje wyciszam się wewnętrznie, bo nic nam z tego nie przyjdzie gdy będę wybuchać i będziemy się non stop kłócić. Szukam w nim pozytywnych stron, a jest ich sporo. :-)

My

wczoraj rowerowaliśmy i to sporo, zrobiliśmy 75 km - brawo my!
W sobotę czeka nas impreza ogródkowa - spotkanie towarzyskie, zwykle babskie, tym razem z tak zwanymi ogonami :-)
Odliczamy dni do urlopu - sierpień już blisko :-)

Ja

idę dzisiaj po południu do gabinetu kardiologicznego, będą mi zakładać holter ciśnieniowy. :-)

środa, 27 czerwca 2018

Sielanka rodzinna czyli rodzinna uroczystość u matencji i tatencjusza za nami.
Uczestnicy imprezy: matencja, tatencjusz, my w czwórkę, rodzeństwo z małżonką i synem w wieku jednocyfrowym, bo osiemnastka córka nie wiedzieć czemu nie dotarła. Matencja zaaferowana, skupiona na tym co podać co zrobić, co kto by chciał, jak komu dogodzić, za żadne skarby nie da się jej usadzić przy stole. Tatencjusz, bohater wieczoru, który trafnie zauważa czego brakuje przy/na stole ale ogranicza się do haseł w stylu "Matencjo, a na stole nie ma chleba". Żona rodzeństwa, zdecydowanie rzadko bywa u swoich teściów, w zasadzie tylko na uroczystościach, czyli jak już wypada, albo jak ma interes; na imprezie siedzi przy stole z komórką w ręce, bo przecież musi być na bieżąco, odpisuje,  komentuje do męża czego się właśnie dowiedziała. Nie, nie jest nastolatką, której postępowanie można wytłumaczyć młodym wiekiem, żeby nie powiedzieć głupotą i arogancją :-) Jej mąż czyli moje rodzeństwo, zdecydowanie nie ma za wiele do powiedzenia w tym związku i to na wielu płaszczyznach. Żal patrzeć, ale skoro jemu tak dobrze. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Mały w wieku jeszcze jednocyfrowym, rozkapryszony, nie nauczony do sprzątania po sobie, typ, z którego trudno wyegzekwować "przywitaj się i powiedz dzień dobry". No i my, a nas znacie. Chyba.
Przebieg zazwyczaj w podobnym stylu. Na początku matencja zaaferowana, biega do kuchni, nie przyjmuje pomocy, bo najlepiej to ona sama, Zosia-Samosia, usiłuje dogodzić każdemu i spełnić każdy aprys, nawet ten, o którym jeszcze nie wiesz. Po dziesięć razy będzie się pytać czy na pewno nie chcesz kawy / lodów / kolejnej porcji ciasta / dlaczego nie jesz/ czemu jesz tak mało, itd. I nie ma w tym niczego dziwnego, bo świadczy to o jej gościnności i serdeczności, ale powiem brutalnie - jest to zdecydowanie uciążliwe. Nijak nie da się jej posadzić przy stole. Najpierw kursuje po mieszkaniu, a potem narzeka, że my tak krótko i wcale z nią nie posiedzieliśmy.
Korzystając ze spotkania (które zdarzają się rzadko) rozmawiamy z rodzeństwem i jego małżonką wymieniając informacje co tam u kogo. Oni hermetyczni do bólu, dowiedzieć się czegokolwiek bez zadania pytania wprost nie sposób. Niegdysiejsze częste i serdeczne kontakty zamieniły się w przeciągu ostatnich 8-10 lat w chłodne spotkania z okazji XYZ. Mamy ze sobą tak luźny kontakt, że aż trudno mi w to uwierzyć. Powiem tak - nie wiem czy miałabym śmiałość wpaść do nich ot tak bez zapowiedzi. Łapię się na tym, że gadamy my, tatencjusz słucha, a zaaferowana matencja kursuje na linii kuchnia - pokój. O ile my zdajemy sobie sprawę z tego faktu, łapiemy się na tym i usiłujemy wciągnąć do rozmowy zarówno matencję jak i tatencjusza, to małżonka mojego rodzeństwa nie przejmuje się tym totalnie i zdecydowanie kontynuuje lub inicjuje dyskusje, które interesują tylko ją, nie bacząc na to, że oni starsi nie znają tematu, który właśnie poruszyła. Dyżurne tematy matencji to po pierwsze temat włosów, fryzjera /ściąć czy zapuszczać/, zdrowia w dowolnej konfiguracji /co boli, jakie leki, jaki specjalista, wyniki/, meblowania mieszkania tudzież przestawiania mebli i sama nie wiem czego jeszcze, no oprócz dyżurnego narzekania na tatencjusza oczywiście. Zadanie pytania tatencjuszowi w temacie, który choć trochę jest znajomy matencji, kończy się tym, że tatencjusz powie jedno zdanie, a resztę kończy matencja i to niekoniecznie zgodnie z tym co chciałby powiedziec on. Jak tam samopoczucie? No raczej dobrze, bo w moim wieku to super już przecież nie będzie. Jakie dobrze? Jakie super, co Ty mówisz,  przecież ... i tu się zaczyna tyrada. On usiłuje zaprzeczać, powiedziec to, co chciał, ona swoje. Ja zawsze, a ty nigdy i standard. MASAKRA.
Oni czyli rodzeństwo z rodziną zmywają się zazwyczaj szybciej niż my, zazwyczaj się spieszą, bo coś-tam, coś-tam. Zostajemy my i kątem oka już widzę SZM, który zerka na zegarek, dzieci, które tylko czekają bym dała hasło do odwrotu.
Jeszcze stałym punktem programu są rozgrywki rodzinne czyli ujeżdżanie tatencjusza. Matencja korzystając z okazji naszej obecności stara się coś tam ugrać, czego nie jest w stanie wyegzekwować sama. Hasła w stylu "musisz mu powiedzieć" wywołują u mnie wysypkę. Kończy się na "bo on nigdy, a ja zawsze", albo odwrotnie. No i oczywiście oczekiwanie jest takie, że skoro ona na niego najeżdża to logiczne jest, że my/ja powinnam skarcić, zdyscyplinować tatencjusza, bo jeżeli nie będę za nią to znaczy, że jestem przeciwko niej. Tiaaa... Sielanka rodzinna. Z nami też tak będzie?

wtorek, 19 czerwca 2018

Mała
związek Małej przezywa kryzys od jakiegoś już czasu. Dokładnie rzecz biorąc to Mała ma kryzys :-) Dali sobie na wstrzymanie. Postanowili na jakiś czas zluzowac. Z tego co wiem rzadko kiedy po okresie luzu para schodzi się razem, ale niech mają. To decyzja Małej, bo Kawaler się zgodził, ale chyba za wiele nie miał do powiedzenia. Podobno już kilka razy tak proponowała, ale jak sama powiedziała Kawaler prosił by dała im jeszcze szansę, no to dawała. z jednej strony żal mi bo się przyzwyczaiłam do Kawalera, bo fajny, miły, sympatyczny, rozsądny, zaradny i Mała była zaopiekowana ;-) Z perspektywy rodzica było mi bardzo wygodnie. nie ukrywam :-)

Młody
mieszka wciąż z nami, póki co temat przeprowadzki ucichł. Zastanawiam się czy chwilowo czy na dłużej :-)

SZM
to dzisiaj szczuplasek, który od września 2017 do dzisiaj zgubił 30 kg. Roweruje, zdrowo się odżywia, zrobił się aktywny, nieco pogodniejszy. Jest lepiej ;-)

Nic więcej nie wyklikam, bo zbieram się do domu. Miłego popołudnia! I fajnych emocji w Waszych strefach kibica :-)

wtorek, 12 czerwca 2018

Mam niejako wolne, bo SZM w delegacji na drugim końcu Polski, wraca w czwartek.
Planowałam co innego, a wyszło co inne, czyli jak zwykle :-)
Po pracy pojechałam do matencji. Sto lat już u niej nie byłam. Nadrobiłam zaległości i swoje wyrzuty sumienia.
Za każdym razem gdy ją zlewam, nie jadę, nie słucham, nie jestem wystarczająco dobrą, grzeczną córeczką (oczywiście w moim własnym mniemaniu) mam zaraz wrażenie, że karma wróci i tak samo źle (?) będą mnie traktować moje własne dzieci.
Coś ze mną jest nie tak, bo nie potrafię być taką grzeczną serdeczną córeczką, nie wiem, nic na to nie poradzę, za każdym razem obiecuję sobie, że się postaram, zagram, przemyślę, a potem wystarczy kilka tekstów matencji i się wewnętrznie jeżę. Staram się obracać wszystko to w żart, już nawet jej powiedziałam, że w telefonie mam zamontowany czujnik i jak za dużo będzie nadawać na tatencjusza to limit się wyczerpie i połączenie zostanie przerwane :-)
Przesiedziałam u niej 3 godziny. Miałam w planie iść wieczorem na trening pobiegać, ale raz że się zasiedziałam, a dwa odpuściłam trening, bo po najpierw niedzielnym bieganiu w sercu Śląska w trzydziestostopniowym upale, a potem jeszcze też niedzielnym popołudniowym rowerowaniu z SZM, w niedzielę padłam jak kawka, a jeszcze wczoraj ledwo żyłam.
Z prawdziwą przyjemnością wieczorem obejrzałam koncert z piosenkami Zbigniewa Wodeckiego, na ten koncert czekałam od zeszłego tygodnia. Bardzo go lubię, lubiłam. I powiem szczerze wzruszyłam się, łezka mi poleciała...
Teraz oglądam film z Sandrą Bullock, a w tak zwanym międzyczasie wrzuciłam nowe przepisy na zapomnianego mojego bloga "Zeszyt z przepisami". Ciasto jogurtowe, mus czekoladowy to na słodko, a z innej beczki, tej mniej słodkiej to sałatka z kaszą bulgur, sałatka z surimi i śledzie z ananasem. Zapraszam :-)

Żyjemy, póki co bez specjalnych dramatów i dylematów. I oby tak jak najdłużej ;-)

Młody mieszka z nami, od czasu akcji pod tytułem "wyprowadzka" zrobił się tak miły i dobry, do rany przyłóż. Inna sprawa to fakt, że po drodze w czasie a właściwie to pod koniec akcji jeszcze zdążył pożyczyć rodzicom panny kasę. Pożyczał niby ze swoich, niby z naszych (bo to z tego co wcześniej wpłacał nam na życie). Nam jednak powiedział, że nie pożyczał, a po czasie wyszło szydło z worka. I moje pretensje dotyczą nie samego faktu pożyczania, ale kłamstwa. Z drugiej strony trochę go rozumiem, bo jak powiedział, powiedzieliśmy, że jest dorosły i ma robić jak uważa więc zrobił, a potem my mamy pretensje do niego, że zrobił źle, czyli niezgodnie z naszymi oczekiwaniami. Więc nie powiedział, skłamał, żeby się nie nasłuchać. I obiektywnie rzecz biorąc tu się zgadzam :-) Ale mu tego nie powiedziałam. No i jest taki milutki, bo czuje się winny :-)
Główną jego, Młodego, wadą i dla mnie problemem bardzo istotnym jest to, że upiększa rzeczywistość, przemilcza istotne fakty, nie jest wiarygodny, po prostu. I oczywiście zawsze wie lepiej. Masakra po prostu. Z bólem serca to przyznaję, ale jest tak, że niestety nie mogę powiedzieć, że coś co powiedział jest na pewno takie jak on powiedział, bo zawsze podskórnie obawiam się, że dodał, upiększył, podkolorował albo przemilczał. Mój tatencjusz jest taki sam. A ja bardzo, ale to bardzo się staram, bo wszyscy mówili, że ze mnie cały tatuś, więc ja na przekór wszystkiemu staram się tego nie robić, nawet czasem odejmuję kolorów :-) Może nawet aż za bardzo...

Mała, jak na studentke przystało ma właśnie sesję i póki co daje radę :-)))
Z nią nie mam tego typu problemów, jest zorganizowana, rozsądna, rzetelna, odpowiedzialna, słowna, do bólu wręcz. Może dlatego, że widzi w domu taki właśnie antywzorzec? Jeżeli cokolwiek powiem, poproszę o cokolwiek Małą to mam 100 procent pewności, że zrobi, postara się. A w przypadku Młodego - jakieś 50 i to nie wiem czy nie zawyżam... I żeby nie było - on wie że tak myślę, przy każdej wpadce ma to podane na tacy.
Powiem szczerze, to moje dziecko, i kocham go bardzo, wiadomo, ale... szczerze mówiąc nie wiem czy lubię, czy zostałby moim kolegą... Wyrodna matka ze mnie? Powinnam chyba bezkrytycznie podchodzić do własnego syna, ale chyba nie potrafię. Czy to znaczy, że jestem złą matką? Czy obiektywnie i realnie patrzącą? Czy to, że za każdym razem uczulam go w temacie prawdomówności i dotrzymywania słowa to jest tak zwany domowy mobbing? Pytam o której wrócisz? I sama mu już kiedyś powiedziałam, jak wydaje Ci się że o 22 to dodaj sobie pół godziny, albo dwie, jak wrócisz wcześniej to się mile zdziwię, a to lepsze niż "znowu nie dotrzymał tego co mówił". Bo teraz jest tak, że nawet jak się postara to i tak wiadomo, że "raz na jakiś czas mu się uda", nawet jak to jest często :-), a nie że tak jest i to jest normą. No cóż ma już przyklejoną łatkę. A opinię o sobie ciężko się zmienia, zwłaszcza na lepszą...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108