na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 28 września 2017

Życie toczy się dalej...

SZM pilnuje diety i ruchu, z wagi leci, ubyło mu już 7 kg, więc efekty są, mierzy cukier i tu też jest poprawa. Śmieszą mnie tylko sytuacje gdy dopytuje co dałam do przygotowywanych potraw, tudzież jak sprytnie zamienia np. jogurt na śmietanę. Śmieszy mnie to, ale śmieję się bezgłośnie, wewnętrznie, bo przypominają mi się jego wcześniejsze komentarze, że np. jogurt jest do bani, bo prawdziwy smak to ma śmietana :-) Ale cieszę się z tej zmiany. Sam pilnuje, żeby trochę się poruszać, idzie na rower. Wiele się nie najeździ, ale liczy się każdy km. Czasem idę z nim, ale ja generalnie wolę biegać, to raz, a dwa, to będzie miał problem, bo teraz szybciej się robi ciemno, a jazda po ciemku to średnia przyjemność, wczoraj mieliśmy okazję się przekonać. Póki co sporo teraz truchtamy, bo... jeździmy na grzyby. Cała chyba Polska podnieca się urodzajem, więc i my nie odstajemy od reszty. I jutro po raz kolejny wybieramy się do lasu. Bo jak grzyby są to ja lubię, a szlag mnie trafia gdy nic i nic... Jutro z rana skoro świt wyruszamy...

Mała jutro ma inaugurację roku akademickiego. Wierzyć mi się nie chce, że to moje małe dziewczątko właśnie zaczyna życie studenckie... Oby jej tam dobrze było :-) Szczerze powiem, że bardzo mi pasuje, że mam ją jeszcze tutaj w domu blisko, a nie na studiach wyjazdowych gdzieś w Polsce:-)

Młody pracuje, związek jego trwa, nikt nic nie mówi na temat ewentualnej przyszłości, ale to pewnie wynika też z tego, że dziewczyna wciąż szuka pracy, a widoków na swoje mieszkanie póki co nie mają. Widzą się często, nocują u siebie wzajemnie przynajmniej raz w tygodniu. On wraca późno z pracy, bo ściąga do domu zwykle między 18 a 19. Sporo czasu zabiera mu dojazd. I tak na dobrą sprawę nim wróci, odświeży się, zje to jest już 20. Najwięcej czasu spędzają ze sobą w weekendy, bo to już prawie standard, że albo on u niej, albo ona u nas od piątku do niedzieli. Trzymam kciuki za jej poszukiwania pracy. Chłopakowi łatwiej znaleźć, bo nie zajdzie w  ciążę i nie pójdzie na zwolnienie, to taka uwaga ze strony potencjalnego pracodawcy. Celna.

Matencja. Z jednej strony mam wyrzut sumienia, bo od powrotu z wczasów zdecydowanie rzadziej do niej jeżdżę, a z drugiej nie ukrywam lepiej mi tak. Ale wychodzi ze mnie oczywiście syndrom grzecznej córeczki, bo wyrzut sumienia z tego powodu niedługo mnie chyba przerośnie. Z tygodnia na tydzień obiecuję sobie poprawę, ale nic z tego nie wychodzi. Myślę, że wynika to też z tego, że póki co nie mam potrzeby, konieczności takie prawdziwej,  żeby tam jeździć często. Bo matencja cały czas twierdzi, że daje sobie radę ze wszystkim i nijak nie jestem w stanie dogadać się z nią np. w sprawie mycia okien, które mogę przeciez jej machnąć raz-dwa i z głowy, ale ona twierdzi, że nie ma takiej potrzeby, bo sama sobie radzi świetnie (rocznik 1943). No to póki co nie walczę z wiatrakami.

Tatencjusz (rocznik 1940) po pobycie w szpitalu (kamienie w woreczku, operacja odroczona z powodu kiepskiego serca), zaopatrzony w aparaty słuchowe, których prawie nie nosi uparcie twierdząc, że bez nich też dobrze słyszy (a to bujda na resorach), twardo trzyma się diety, leczy kardiologicznie i ostro szykuje do zabiegu. Trą się tam między sobą, raz jest lepiej, raz jest gorzej, matencja najchętniej nawija na jego temat ilekroć dzwonię, więc wyćwiczyłam w sobie mechanizm mhmmania, żeby nie było, że potwierdzam cokolwiek, ale daję znać, że słucham tych nawijek.

Rodzina, czyli reszta rodzeństwa mojego i SZM, rozłazi nam się w szwach, tzn. kontakty rodzinne mamy sporadyczne do bólu. I nie wiem z czego to wynika, trochę niby wiem, bo czasu brak i terminy ciężko zgrać, a jeszcze tak w ogóle ciężko mi było SZM wyciągać do nich na tak zwane odwiedziny. Do jednej jego siostry to wcale nie chce jeździć, a drugą strawi, lubi, ale jakoś tak to wychodzi. Moje rodzeństwo kiedyś zdecydowanie nam bliskie, teraz porównywalne w kontaktach towarzyskich do tej nielubianej siostruni SZM. Widujemy się tylko z tak zwanych okazji. Trochę mnie to boli, ale nic na siłę. Pokolenie naszych dzieci też już chodzi własnymi ścieżkami i nie ma w nich parcia na bliskie więzi.
Pomyślałam ostatnio że wkrótce wigilia i chyba gotowa jestem, pogodziłam się z myślą, że na wigilii znowu rodzice i teście u nas. Będziemy cieszyć się bliskością, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Natomiast rodzeństwo całe mam w głębokim poważaniu. Muszę jeszcze tylko powiedzieć o tym SZM. :-)

Przyjaciele i znajomi, też się jakoś przesiali, ale teraz kiedy już wieczory znowu będą dłuższe i ciemne to postaram się nawiązać te relacje na nowo, utrzymać te istniejące. Bo sami widzimy, że dzieci mają już swoje życie, a my musimy zadbać o swoje relacje ze światem zewnętrznym. Tylko ten czas tak szybko umyka... Obiecuję sobie nic nie odkładać na później.

Bieganie, nadal trwa. Jest nawet progres, biegam szybciej, lepiej, z większą radością, lekkością. Obiecuję sobie nie wpisywać się na zbyt wiele imprez biegowych, ale czasem to żal nie skorzystać, bo jak mawia star przysłowie pszczół bieganie to nie czas i dystans, ale emocje. I to jest święta prawda :-) Zaliczyłam wspaniałe imprezy biegowe w tym kultowy Festiwal Biegowy w Krynicy. Było fantastycznie! I bardzo dobrze, że SZM nie zdecydował się jechać ze mną, bo byłabym między młotem, a kowadłem, a tak to luzik i integracja z moją grupą. Za rok we wrześniu powtórka, a zapisy już w grudniu :-)

Dieta, waga. Podczas przeprowadzonego postu dr Dąbrowskiej zgubiłam 10 kg. Wytrwałam w poście 28 dni plus wychodzenie tyle samo, nawet chyba nieco więcej. Przerwałam post ze względu na wagę, bo nie chciałam już więcej chudnąć (nigdy nie myślałam, że dożyję takiej chwili :-)) Po wakacjach wróciło mi 1,5 - 2,0 kg i tak właściwie to jest OK. Obiecywałam sobie, że w październiku powtórzę post, bo czułam się na nim wyśmienicie. Taka pełna energii, wyspana, silna, lekka, bez żadnych dolegliwości typu obrzęk nóg, ból kręgosłupa, z rozświetloną cerą i błyszczącym okiem. Serio! Ale powiem szczerze na chwile obecną waga mi odpowiada, pilnuję się by nie wzrosła, a ciężko mi teraz zapostować, bo wiem, że będzie mi brakować chleba, to raz. A dwa, że na wiosnę chyba zdecydowanie łatwiej... i chyba poprzestanę na jednodniowej przypominajce raz na jakiś czas. A poza tym zdecydowanie zmieniłam nawyki żywieniowe na plus. No i SZM też się już nieco inaczej odżywia, więc generalnie nasza kuchnia i zawartość lodówki przeszła lekką modyfikację.

Pracowo, jest OK. Przeżyłam nawet jedną kontrolę, która wyszła dla mnie pozytywnie, do niczego sie nie przyczepili, bo też powiem szczerze i nieskromnie, nie za bardzo mieli do czego :-)

No i tak to... życie toczy się dalej... :-)

czwartek, 21 września 2017

Powinien to być wpis pod tytułem "A nie mówiłam!?"
Przy okazji dodatkowych badań pracowych u SZM wyszedł zdecydowanie za duży poziom cukru. Ekspresowa wizyta u diabetologa (ubezpieczenie pracowe w końcu na coś się przydało) i zalecenia pod tytułem dieta i ruch, a do tego tabletki na zbicie cukru. No i skończyło się piwkowanie, pochłanianie coca-coli, zażeranie tłustości i żartowanie z mojego/naszego zdrowego jedzenia. Teraz sam pilnuje co i ile je. I jeździ na rowerze! Sam z siebie, no prawie, bo przecież jednak doktor kazał :-)Cukier spada, waga też, co widać. A jego samopoczucie chyba idzie ku lepszemu, bo sam mi powiedział, że czuje się lepiej. A nie mówiłam?

środa, 23 sierpnia 2017

Wakacje, wakacje i po wakacjach...
Przeżyliśmy, wróciliśmy razem, niepokłóceni, daliśmy radę i nie było wcale tak źle.
Z perspektywy czasu było zdecydowanie lepiej niż rok temu, kiedy byłam jedna wielką chodzącą zamkniętą w sobie pretensją. Śmiem twierdzić, że teraz było fajnie. Ale po pierwsze była ładna pogoda, a po drugie byliśmy dłużej i w zdecydowanie fajniejszym, mimo, że znanym nam już, miejscu. A po trzecie to był czas wykorzystany na aktywność fizyczną i to mnie bardzo cieszyło. Udało mi się zwlec SZM z kanapy :-) Co drugi dzień rower, codzienne długie spacery, a ja co drugi dzień bieganko. Poza tym oczywiście lenistwo, filmy dla SZM, dla mnie książki, a pod samiuśkim nosem plaża.
Podsumowując - wspólnie prawie 100 km przejechane na rowerze, prawie 60 km przespacerowane, a ja dodatkowo mam prawie 60 km przebiegane :-)
I chyba tylko dzięki tej aktywności udało mi się nie przytyć, bo pensjonat, w którym byliśmy miał tak wypaśne wyżywienie, że po prostu nie dało się jeść mało. Generalnie plażowaliśmy mało, bardzo mało, bo SZM plażowanie zaliczył aż raz, a ja całe cztery. Za każdym razem po południu, tzn. po 14.00, na max dwie godziny. Dzięki temu, że plaża była na wyciągnięcie ręki chadzałam sobie na plażę sama. Ręcznik, leżak, butelka wody i książka. Niczego więcej mi nie trzeba było. Pełen relaks. Gdzie te czasy gdy podążaliśmy na plażę w licznej grupie znajomych, z tabunem dzieciaków i tobołami...
Trochę tęskno mi było za czasem gdy jeździliśmy w dużym gronie, ale pamiętam, że wtedy brakowało mi spokoju, ciszy, intymności i błogiego przesypywania piasku. No to najwyraźniej  teraz nadszedł ten czas :-)

czwartek, 03 sierpnia 2017

U nas upały, żar się z nieba leje. Odliczam dni do wyjazdu, ruszamy piątek skoro świt. Boję się tego wyjazdu, bardzo się boję. nie zdziwiłabym się gdybyśmy doszli do wniosku, że czas na rozstanie. Każde z nas ma inne cele, priorytety i upodobania. Różni nas właściwie wszystko. Dramat. Nie żebym tego chciała, tego rozstania. Nie jest mi ono potrzebne, ale jak patrzę na nas z boku i na to co się dzieje to wydaje się ono kwestią czasu. Pożyjemy, zobaczymy. Bądźmy dobrej myśli. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Potrzebowalibyśmy chyba mediatora i negocjatora, bo sami jakoś chyba nie potrafimy się dogadać. Każde z nas wie lepiej i czuje się pokrzywdzone. Czy to już dopada nas syndrom opuszczonego gniazda? bo te pisklaki niby są, ale jakby ich jednak nie było...

wtorek, 25 lipca 2017

Mała na obozie harcerskim na Mazurach. A my odliczamy do naszego wyjazdu. Zostały niepełne dwa tygodnie. Zabieramy ze sobą Młodego z dziewczyną, odstawiamy ich na ich miejscówkę i jedziemy do naszej :-)
Strasznie nam się zazębiły te wyjazdy. Wieczorem odbieramy Małą, szybko włączamy pralkę, żeby ją przeprać i żeby jej zdążyło wyschnąć. I zaraz tej samej nocy oboje z SZM plus Młody z dziewczyną ruszamy nad Bałtyk na polskie wybrzeże. A Mała się dosusza, przeprasowuje, przepakowuje i kolejnego dnia wieczorkiem rusza razem z chłopakiem na swoje wojaże - wybrzeże Bałtyku po stronie niemieckiej, ale wyjazd tzw. pracowy. Mam nadzieję, że będą zadowoleni, bo z zapowiedzi wygląda na to, że powinno być fajnie. Po tygodniu pobytu wraca do domu Młody z dziewczyną, po kolejnym - my, a po miesiącu pobytu planowany jest powrót Małej i chłopaka. A potem oni jeszcze chcą sobie wyskoczyć gdzieś typowo wakacyjnie. a co z tego będzie to się okażę, bo jak wiadomo plany sobie, a życie sobie. Z ostatnich rozmów z Małą wynikało, że analizuje swój związek, ale do jakich wniosków dojdzie to się okaże...

W temacie rowerów już chciałam odpuścić temat, bo nie wiem czy jest sens ciągnąć te rowery przez całą Polskę, żeby jeździć na nich kilka razy i to max 15 km, bo SZM więcej nie da rady. Jak dotąd nie dojrzał do tego, żeby zacząć jeździć tak na poważnie. Okazało się jeszcze, że bagażnik dachowy kupowany rok temu nie pasuje do naszego nowego auta. Pisałam, że SZM zmienił samochód? Nowy, jak nowy, nieco młodszy i tyle, bo do nowości to mu sporo brakuje, niestety :-) Tak więc gdy okazało się, że bagażnik nie teges, nie tyle bagażnik co baza, to SZM szybko kupił nową pasującą bazę. Nawet nie mogę się skrzywić, że wydał kasiorę, bo przecież chciał dobrze, tak? :-)

A u rodziców... tatencjusz jak już poczuł się dobrze to w domu nie usiedzi, a ja tak w zasadzie to mu się nie dziwię. I nawet pisać mi się na ten temat nie chce.

Na tematy polityczne wypowiadać się nie będę, ale po raz chyba pierwszy w życiu wysłuchałam od początku do końca orędzia, i jednego i drugiego. Zastanowiło mnie tylko dlaczego to drugie jest drugie, bo dla mnie logiczne, że powinno być pierwsze. ...a w tym pierwszym zadziwiła mnie flaga unijna. No i zobaczymy jak się rozwinie sytuacja dalej.

A pogoda dzisiaj u nas taka, że najchętniej to zagrzebałabym się pod kocykiem z kubkiem ciepłej herbaty i książką w garści.

Miłego dnia Wam życzę!

piątek, 21 lipca 2017

U rodziców życie wróciło do normy, czyli koniec sielanki i znowu się zaczyna wojna psychologiczna. I o ile tatencjusz dogryzie, tak, że w pięty idzie, ale nie wydzwania do mnie i nie skarży się, o tyle matencja święta nie jest (na pewno!), ale ja muszę wysłuchać pełnej relacji czyli co ona jemu, co on jej, co ona myśli, a co on myśli, bo to ona też wie, bo przecież zna go jak własną kieszeń. Ratunku...

poniedziałek, 17 lipca 2017

w temacie rekrutacji Małej - ma dziewczę dylemat, dostała się na wszystkie wybrane kierunki. Teraz ma czas na dumanie. I duma mocno, snując refleksje...
Filologia to byłoby to co lubi, ale jak mówi teraz język obcy zna każdy i nie jest to nic dziwnego ani oryginalnego na rynku pracy, nawet z językiem azjatyckim. Poza tym uczelnia nie za bardzo jej pasuje, bo daleki dojazd i w ogóle.
Na psychologię jak mi powiedziała, składała z ciekawości i dla samej siebie, bo chciała wiedzieć  czy się dostanie. A psychologów bezrobotnych jest przecież całe mnóstwo. Może to i prawda.
Zostaje informatyka na uczelni, która jej się bardzo podoba. Młoda uznała, że informatyka to dziedzina przyszłościowa i da jej szanse w przyszłości na fajną pracę, która pozwoli jej się rozwinąć.
I oby to moje dziecko miało rację...

czwartek, 13 lipca 2017

Trochę się dzieje... Pozytywnego :-)
Rekrutacja Małej - póki co wyniki z trzech wybranych kierunków i na wszystkie się zakwalifikowała i to nie w ogonie :-) Ależ jestem dumna. Tyle, że to raczej plan B. Wyniki planu A dopiero będą. Więc wciąż jeszcze czekamy.
Mała zaczyna samodzielnie jeździć autem, a ja się stopniowo uodparniam na stres z tym związany. Wyłączam po prostu myślenie na ten temat.
A propos auta, zmieniamy jeden pojazd, ten młodszy na nowszy nieco, a staruszeczka zostaje do dyspozycji dzieci i mojej czyli po staremu, tu nic się nie zmieniło.
Młody w pracy dostał awans i chyba szykuje mu się też podwyżka jak to zwykle przy awansach bywa. A nie przepracował tam jeszcze roku. Fajnie. Jeśli dostanie tyle ile mówił to pensję zasadniczą będzie miał wyższą niż moja. I tu mam uczucia mieszane i radość z jego sukcesu, i złość na mój resort, niestety.
Urlop wakacyjny - zmieniony, miał być tydzień w sierpniu i dwa we wrześniu, zdecydowaliśmy się na zmianę, dokładnie na odwrót. Kierunek Bałtyk, jak każe nasza tradycja trzeci raz w to samo miejsce. Planowaliśmy zabrać rowery, bardzo się na to cieszyłam, ale SZM nie wykazuje chęci i chyba nie będzie to tak jak ja bym sobie wymyśliła. Uparłam się, że przynajmniej swój rower biorę. Jak on chce leżeć i gnuśnieć to nie ma, ale ja nie zamierzam. Aczkolwiek obiecuję sobie podejść do tego wyjazdu na spokojnie, żebyśmy się nie pozabijali i nie rozwodzili tuż po powrocie.
W pracy od dzisiaj kontrola, jestem jakoś dziwnie spokojna, i to mnie niepokoi :-) Poza tym jest OK. Już się czuję na swoim i u siebie.
Dietowo - jem już wszystko, nawet słodycze i ciastka, a waga trzyma się stabilnie w granicach 70 kg. Te słodycze i ciasta to w porównaniu do tego co było to zjadam raczej symbolicznie. W poniedziałki robię sobie przypominajki postne i póki co jest OK. Kilka moich koleżanek też się zdecydowało i walczą ostro. A ja na jesieni chyba sobie powtórzę, ale w krótszej wersji, bo nie chcę już gubić kilogramów.
U matencji i tatencjusza póki co całkiem OK, nie jest to sielanka, ale bałam się, że będzie gorzej. Aż się boję czy może nie powinnam ich chwalić.

środa, 05 lipca 2017

Niestety, a może i stety, kardiolog nie zezwolił na przeprowadzenie jakiegokolwiek zabiegu u tatencjusza. Wczoraj wypisali go do domu, z zaleceniem leczenia kardiologicznego, jak poprawi stan serca, to może zacząć myśleć o jakimkolwiek działaniu w temacie chirurgii. Ponieważ tatencjusz lat 77 będąc emerytem, jeszcze dorabia, zasugerowałam mu dyplomatycznie, że powinien pomyśleć o rozstaniu z praca. Matencja jest też tego samego zdania, ale na wszelki wypadek zasugerowałam jej by nie afiszowała się z nim, by nie wywołać reakcji oporu u tatencjusza. Wczoraj przyznał mi rację, zobaczymy co z tego wyniknie. Obawiam się, że sielanka szybko się skończy, bo matencja nie wytrzyma i prędzej czy później pojeździ sobie po nim ile wlezie, za każdym razem udowadniając, że to on jest wszystkiemu winien. Ręce mi opadają na samą myśl. Do tej pory wychodził z domu, bo szedł do pracy, jak zdecyduje się na rozstanie z pracą to będzie skazany na nią. Żal mi go. On nie jest anioł, ani kryształ, bo jest ciężki we współżyciu, ja to wiem, ale ja bym nie wytrzymała tego jej zachowania. Od czasu pamiętnej dyskusji, kłótni sama siebie wyhamowuję, w myślach powtarzając, że mam odpuszczać, że to choroba, bo matencja jest po udarze. Nie wytrzymałam tylko kiedy podczas jej przepychanek słownych widziałam na monitorze jak wygląda praca jego serca podczas takiej scysji. Za bardzo jej to chyba nie obeszło. Mam nawet wrażenie, że z jednej strony jest przejęta, a już z drugiej usiłuje nieco zbagatelizować stan jego zdrowia, żeby się przypadkiem nie okazało, że on jest bardziej chory od niej samej. Taka swoista rywalizacja.

Co do moich małżeńskich relacji… W sobotę usłyszałam sporo przykrych słów, w głębi duszy zastanawiam się jak bardzo się zapętliliśmy oboje, a jak bardzo zagubiłam się ja sama. Nawet nie chce mi się opisywać, bo to pierdoły są. Widzę jednak, że SZM też przemyślał co nieco. Pożyjemy, zobaczymy…

Mała/Młoda czyli … matematyka podstawa 92%, polski podstawa 87%, angielski podstawa 100%, polski rozszerzenie 55% (niestety), geografia rozszerzenie 65%, angielski rozszerzony 92%. Załamana polskim rozszerzonym, bo lepiej jej poszedł angielski, ale widać łatwiejszy język J W rekrutacji wybrała różności; informatyka, przedsiębiorczość i finanse, dziennikarstwo, psychologia, i jakieś filologie angielskie z językami azjatyckimi. Teraz pozostaje tylko czekać… Uprasza się o trzymanie kciukasków :-)

11:45, anonim002
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 czerwca 2017

W nocy z piątku na sobotę tatencjusz został zakwaterowany w szpitalu. Taki specyficzny Dzień Ojca można powiedzieć. Bóle brzucha plus wysokie ciśnienie. Podejrzenie zapalenia woreczka żółciowego. Musiało go mocno przycisnąć skoro sam się zgodził na wezwanie pogotowia. Na Izbie przyjęć wylądował w okolicy 21, a my z matencją tuż za nim. Diagnoza i wszelkie badania trwały do – bagatelka! – czwartej rano, kiedy to zakomunikowano nam, że jednak pacjent zostaje w szpitalu. Na dzień dzisiejszy bóle ustępują, pacjent ma się dobrze, narzeka na nudę, bo co też on ma w tym szpitalu robić. Wozimy mu prasę codzienną i czyta. To jego pierwszy pobyt w szpitalu, myślę, że wyjdzie mu na dobre, w końcu go dokładnie przebadają, zdiagnozują, dostanie zalecenia i będziemy wiedzieli na czym stoimy. A przy okazji może się uda przebadać jego słuch, który jest w coraz gorszym stanie. Jest już na takim etapie, że zdaje sobie sprawę z tego, że źle słyszy i że wypadałoby coś z tym zrobić, ale nie ma kasy, albo też szkoda mu kasy na aparat słuchowy, a za darmo nie dostanie. Ten niedosłuch też jest powodem scysji między nimi…

Matencja sama do szpitala nie dojdzie, bo daleko, a ona ma problemy z chodzeniem na dłuższych dystansach. Zatem jadę po nią i jedziemy obie. Przez weekend jeździła z rodzeństwem, od poniedziałku ze mną. Takie dłuższe przebywanie z nimi kończy się u mnie wewnętrznym podenerwowaniem na maxa. I nawet nie chodzi tu o ich oboje, tylko raczej o samą matencję. Nic na to nie poradzę, że mnie drażni. Czuję się winna i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo w końcu to moja matka, ale nie daję rady psychicznie. Sama sobie tłumaczę, że musze odpuszczać, bo to wiek i choroba (stan po udarze)  powodują, że robi się taka a nie inna, ale qurczę, zjada mnie stres.

Jak są oboje, to ona nie przepuści okazji, żeby mu nie dowalić, w zasadzie na każdej płaszczyźnie. Jak jest sama to wprowadza taka atmosferę nerwowości i stresu, że wszyscy wokół mją jej serdecznie dosyć, a w powietrzu aż widać iskry. Ponieważ ja nie wytrzymuję staram się ją uspokajać, wyciszyć, zmilczeć, zignorować, zagadać…

Wczoraj w końcu kolejny już raz dowiedziałam się, że trzymam stronę ojca, jestem bez serca, wyrodna córka itp. Bo jak ona mu zwraca uwagę to ja niepotrzebnie ją uspokajam, a powinnam też na niego wsiąść, żeby sobie nie myślał. Bo przecież to przez niego ona ma życie zmarnowane, bo to on wszystkiemu winien i niech wie. Ręce mi opadli obie. Nie wytrzymałam i powiedziałam, że nie trzymam niczyjej strony, staram się być obiektywna i jak które z nich tego wymaga to opieprzam albo jedno albo drugie. No to znowu śpiewka, że on jej życie zmarnował, że tyle lat i takie tam inne. I powiedziałam, że byli dorośli, podejmowali decyzje świadomie i sami za nie teraz odpowiadają, skoro ona uważa że jej życie zmarnował, a sto lat temu uznała, że się nie rozwiedzie, to teraz musi ponosić konsekwencje tej decyzji. A ja byłam wtedy małym dzieckiem i nie mam z tym nic wspólnego. A ze 20 lat temu też mieli kryzys i wówczas też mówiliśmy, że albo wóz albo przewóz. A skoro teraz są oboje są wiekowi i są razem, zamierzają trwać razem to nie może być tak, że przy każdej okazji ona mu wypomina grzechy młodości, bo w życiu nie będą mieli spokoju.

Całe życie słyszałam, jaki to ten ojciec jest zły, niedobry i w ogóle. I całe życie słyszę, jaka to ona biedna, poszkodowana, a on jej życie zmarnował. I wiem, że kryształ z niego kiepski. Ale wiem też, że matencja tak potrafi dopiec, dowalić że święty by nie wytrzymał. Że gdera, gada, dogaduje, przyjmuje tylko swoją wersję, coś ta sobie umyśli, ze dwa razy powtórzy i potem święcie w to wierzy, no i oczywiście zawsze wie lepiej, i tak obróci każda wersję wydarzeń, żeby było jej na wierzchu. Panie miej mnie w swojej opiece, żebym nie była taka jak ona.

Wczoraj przez telefon przegadałyśmy się ostro, nie dałam sobie przerwać ani wejść w słowo z czego jestem dumna, i ciągnęłam to, co chciałam powiedzieć. A ona się oczywiście poczuła skrzywdzona, dowiedziałam się, że ona czuje że ja jej nie lubię (całkiem możliwe, bo kochać i lubić to dwa różne światy), że tylko ją sztorcuję, zwracam uwagę, a hołubię ojca, potem się obraziła i w efekcie wyłączyła. Przetrzymałam do rana. Przetrawiłam, poanalizowałam, trochę się wyciszyłam. Zadzwoniłam, schowałam dumę do kieszeni, przeprosiłam. Postanowiłam sobie też, że nie dam się więcej sprowokować, kupię sobie coś na uspokojenie i po prostu będę odgrywać rolę dobrej córki.

Wiem, że to brzmi okropnie i źle się z tym czuję, ale powiem szczerze jeżdżę tam do nich z czystego obowiązku i zazwyczaj od wejścia odliczam minuty do wyjścia. Jak jest sama to słyszę opowieści co ojciec zrobił, albo czego nie zrobił, co mógł, co powinien, a czego nie i jak ona mu nagadała, albo dopiero nagada. Jak są oboje to ojciec robi dobrą minę do jej gry, a ona wykorzystując moją obecność jeździ po nim jak po łysej kobyle, poruszając wszystkie tematy które są jej na rękę i w których oczekuje, że ja zabiorę głos (tak, tato tak właśnie powinieneś zrobić).

Doprowadziła do tego, że staram się o nas opowiadać jak najmniej, bo jej dobre rady i życiowe analizy doprowadzają mnie do pasji.

Ale to przecież matka, więc gryzie mnie taki ogromny robal, żeby moje dzieci nie traktowały mnie tak samo…

13:06, anonim002
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105