na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 03 sierpnia 2017

U nas upały, żar się z nieba leje. Odliczam dni do wyjazdu, ruszamy piątek skoro świt. Boję się tego wyjazdu, bardzo się boję. nie zdziwiłabym się gdybyśmy doszli do wniosku, że czas na rozstanie. Każde z nas ma inne cele, priorytety i upodobania. Różni nas właściwie wszystko. Dramat. Nie żebym tego chciała, tego rozstania. Nie jest mi ono potrzebne, ale jak patrzę na nas z boku i na to co się dzieje to wydaje się ono kwestią czasu. Pożyjemy, zobaczymy. Bądźmy dobrej myśli. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Potrzebowalibyśmy chyba mediatora i negocjatora, bo sami jakoś chyba nie potrafimy się dogadać. Każde z nas wie lepiej i czuje się pokrzywdzone. Czy to już dopada nas syndrom opuszczonego gniazda? bo te pisklaki niby są, ale jakby ich jednak nie było...

wtorek, 25 lipca 2017

Mała na obozie harcerskim na Mazurach. A my odliczamy do naszego wyjazdu. Zostały niepełne dwa tygodnie. Zabieramy ze sobą Młodego z dziewczyną, odstawiamy ich na ich miejscówkę i jedziemy do naszej :-)
Strasznie nam się zazębiły te wyjazdy. Wieczorem odbieramy Małą, szybko włączamy pralkę, żeby ją przeprać i żeby jej zdążyło wyschnąć. I zaraz tej samej nocy oboje z SZM plus Młody z dziewczyną ruszamy nad Bałtyk na polskie wybrzeże. A Mała się dosusza, przeprasowuje, przepakowuje i kolejnego dnia wieczorkiem rusza razem z chłopakiem na swoje wojaże - wybrzeże Bałtyku po stronie niemieckiej, ale wyjazd tzw. pracowy. Mam nadzieję, że będą zadowoleni, bo z zapowiedzi wygląda na to, że powinno być fajnie. Po tygodniu pobytu wraca do domu Młody z dziewczyną, po kolejnym - my, a po miesiącu pobytu planowany jest powrót Małej i chłopaka. A potem oni jeszcze chcą sobie wyskoczyć gdzieś typowo wakacyjnie. a co z tego będzie to się okażę, bo jak wiadomo plany sobie, a życie sobie. Z ostatnich rozmów z Małą wynikało, że analizuje swój związek, ale do jakich wniosków dojdzie to się okaże...

W temacie rowerów już chciałam odpuścić temat, bo nie wiem czy jest sens ciągnąć te rowery przez całą Polskę, żeby jeździć na nich kilka razy i to max 15 km, bo SZM więcej nie da rady. Jak dotąd nie dojrzał do tego, żeby zacząć jeździć tak na poważnie. Okazało się jeszcze, że bagażnik dachowy kupowany rok temu nie pasuje do naszego nowego auta. Pisałam, że SZM zmienił samochód? Nowy, jak nowy, nieco młodszy i tyle, bo do nowości to mu sporo brakuje, niestety :-) Tak więc gdy okazało się, że bagażnik nie teges, nie tyle bagażnik co baza, to SZM szybko kupił nową pasującą bazę. Nawet nie mogę się skrzywić, że wydał kasiorę, bo przecież chciał dobrze, tak? :-)

A u rodziców... tatencjusz jak już poczuł się dobrze to w domu nie usiedzi, a ja tak w zasadzie to mu się nie dziwię. I nawet pisać mi się na ten temat nie chce.

Na tematy polityczne wypowiadać się nie będę, ale po raz chyba pierwszy w życiu wysłuchałam od początku do końca orędzia, i jednego i drugiego. Zastanowiło mnie tylko dlaczego to drugie jest drugie, bo dla mnie logiczne, że powinno być pierwsze. ...a w tym pierwszym zadziwiła mnie flaga unijna. No i zobaczymy jak się rozwinie sytuacja dalej.

A pogoda dzisiaj u nas taka, że najchętniej to zagrzebałabym się pod kocykiem z kubkiem ciepłej herbaty i książką w garści.

Miłego dnia Wam życzę!

piątek, 21 lipca 2017

U rodziców życie wróciło do normy, czyli koniec sielanki i znowu się zaczyna wojna psychologiczna. I o ile tatencjusz dogryzie, tak, że w pięty idzie, ale nie wydzwania do mnie i nie skarży się, o tyle matencja święta nie jest (na pewno!), ale ja muszę wysłuchać pełnej relacji czyli co ona jemu, co on jej, co ona myśli, a co on myśli, bo to ona też wie, bo przecież zna go jak własną kieszeń. Ratunku...

poniedziałek, 17 lipca 2017

w temacie rekrutacji Małej - ma dziewczę dylemat, dostała się na wszystkie wybrane kierunki. Teraz ma czas na dumanie. I duma mocno, snując refleksje...
Filologia to byłoby to co lubi, ale jak mówi teraz język obcy zna każdy i nie jest to nic dziwnego ani oryginalnego na rynku pracy, nawet z językiem azjatyckim. Poza tym uczelnia nie za bardzo jej pasuje, bo daleki dojazd i w ogóle.
Na psychologię jak mi powiedziała, składała z ciekawości i dla samej siebie, bo chciała wiedzieć  czy się dostanie. A psychologów bezrobotnych jest przecież całe mnóstwo. Może to i prawda.
Zostaje informatyka na uczelni, która jej się bardzo podoba. Młoda uznała, że informatyka to dziedzina przyszłościowa i da jej szanse w przyszłości na fajną pracę, która pozwoli jej się rozwinąć.
I oby to moje dziecko miało rację...

czwartek, 13 lipca 2017

Trochę się dzieje... Pozytywnego :-)
Rekrutacja Małej - póki co wyniki z trzech wybranych kierunków i na wszystkie się zakwalifikowała i to nie w ogonie :-) Ależ jestem dumna. Tyle, że to raczej plan B. Wyniki planu A dopiero będą. Więc wciąż jeszcze czekamy.
Mała zaczyna samodzielnie jeździć autem, a ja się stopniowo uodparniam na stres z tym związany. Wyłączam po prostu myślenie na ten temat.
A propos auta, zmieniamy jeden pojazd, ten młodszy na nowszy nieco, a staruszeczka zostaje do dyspozycji dzieci i mojej czyli po staremu, tu nic się nie zmieniło.
Młody w pracy dostał awans i chyba szykuje mu się też podwyżka jak to zwykle przy awansach bywa. A nie przepracował tam jeszcze roku. Fajnie. Jeśli dostanie tyle ile mówił to pensję zasadniczą będzie miał wyższą niż moja. I tu mam uczucia mieszane i radość z jego sukcesu, i złość na mój resort, niestety.
Urlop wakacyjny - zmieniony, miał być tydzień w sierpniu i dwa we wrześniu, zdecydowaliśmy się na zmianę, dokładnie na odwrót. Kierunek Bałtyk, jak każe nasza tradycja trzeci raz w to samo miejsce. Planowaliśmy zabrać rowery, bardzo się na to cieszyłam, ale SZM nie wykazuje chęci i chyba nie będzie to tak jak ja bym sobie wymyśliła. Uparłam się, że przynajmniej swój rower biorę. Jak on chce leżeć i gnuśnieć to nie ma, ale ja nie zamierzam. Aczkolwiek obiecuję sobie podejść do tego wyjazdu na spokojnie, żebyśmy się nie pozabijali i nie rozwodzili tuż po powrocie.
W pracy od dzisiaj kontrola, jestem jakoś dziwnie spokojna, i to mnie niepokoi :-) Poza tym jest OK. Już się czuję na swoim i u siebie.
Dietowo - jem już wszystko, nawet słodycze i ciastka, a waga trzyma się stabilnie w granicach 70 kg. Te słodycze i ciasta to w porównaniu do tego co było to zjadam raczej symbolicznie. W poniedziałki robię sobie przypominajki postne i póki co jest OK. Kilka moich koleżanek też się zdecydowało i walczą ostro. A ja na jesieni chyba sobie powtórzę, ale w krótszej wersji, bo nie chcę już gubić kilogramów.
U matencji i tatencjusza póki co całkiem OK, nie jest to sielanka, ale bałam się, że będzie gorzej. Aż się boję czy może nie powinnam ich chwalić.

środa, 05 lipca 2017

Niestety, a może i stety, kardiolog nie zezwolił na przeprowadzenie jakiegokolwiek zabiegu u tatencjusza. Wczoraj wypisali go do domu, z zaleceniem leczenia kardiologicznego, jak poprawi stan serca, to może zacząć myśleć o jakimkolwiek działaniu w temacie chirurgii. Ponieważ tatencjusz lat 77 będąc emerytem, jeszcze dorabia, zasugerowałam mu dyplomatycznie, że powinien pomyśleć o rozstaniu z praca. Matencja jest też tego samego zdania, ale na wszelki wypadek zasugerowałam jej by nie afiszowała się z nim, by nie wywołać reakcji oporu u tatencjusza. Wczoraj przyznał mi rację, zobaczymy co z tego wyniknie. Obawiam się, że sielanka szybko się skończy, bo matencja nie wytrzyma i prędzej czy później pojeździ sobie po nim ile wlezie, za każdym razem udowadniając, że to on jest wszystkiemu winien. Ręce mi opadają na samą myśl. Do tej pory wychodził z domu, bo szedł do pracy, jak zdecyduje się na rozstanie z pracą to będzie skazany na nią. Żal mi go. On nie jest anioł, ani kryształ, bo jest ciężki we współżyciu, ja to wiem, ale ja bym nie wytrzymała tego jej zachowania. Od czasu pamiętnej dyskusji, kłótni sama siebie wyhamowuję, w myślach powtarzając, że mam odpuszczać, że to choroba, bo matencja jest po udarze. Nie wytrzymałam tylko kiedy podczas jej przepychanek słownych widziałam na monitorze jak wygląda praca jego serca podczas takiej scysji. Za bardzo jej to chyba nie obeszło. Mam nawet wrażenie, że z jednej strony jest przejęta, a już z drugiej usiłuje nieco zbagatelizować stan jego zdrowia, żeby się przypadkiem nie okazało, że on jest bardziej chory od niej samej. Taka swoista rywalizacja.

Co do moich małżeńskich relacji… W sobotę usłyszałam sporo przykrych słów, w głębi duszy zastanawiam się jak bardzo się zapętliliśmy oboje, a jak bardzo zagubiłam się ja sama. Nawet nie chce mi się opisywać, bo to pierdoły są. Widzę jednak, że SZM też przemyślał co nieco. Pożyjemy, zobaczymy…

Mała/Młoda czyli … matematyka podstawa 92%, polski podstawa 87%, angielski podstawa 100%, polski rozszerzenie 55% (niestety), geografia rozszerzenie 65%, angielski rozszerzony 92%. Załamana polskim rozszerzonym, bo lepiej jej poszedł angielski, ale widać łatwiejszy język J W rekrutacji wybrała różności; informatyka, przedsiębiorczość i finanse, dziennikarstwo, psychologia, i jakieś filologie angielskie z językami azjatyckimi. Teraz pozostaje tylko czekać… Uprasza się o trzymanie kciukasków :-)

11:45, anonim002
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 czerwca 2017

W nocy z piątku na sobotę tatencjusz został zakwaterowany w szpitalu. Taki specyficzny Dzień Ojca można powiedzieć. Bóle brzucha plus wysokie ciśnienie. Podejrzenie zapalenia woreczka żółciowego. Musiało go mocno przycisnąć skoro sam się zgodził na wezwanie pogotowia. Na Izbie przyjęć wylądował w okolicy 21, a my z matencją tuż za nim. Diagnoza i wszelkie badania trwały do – bagatelka! – czwartej rano, kiedy to zakomunikowano nam, że jednak pacjent zostaje w szpitalu. Na dzień dzisiejszy bóle ustępują, pacjent ma się dobrze, narzeka na nudę, bo co też on ma w tym szpitalu robić. Wozimy mu prasę codzienną i czyta. To jego pierwszy pobyt w szpitalu, myślę, że wyjdzie mu na dobre, w końcu go dokładnie przebadają, zdiagnozują, dostanie zalecenia i będziemy wiedzieli na czym stoimy. A przy okazji może się uda przebadać jego słuch, który jest w coraz gorszym stanie. Jest już na takim etapie, że zdaje sobie sprawę z tego, że źle słyszy i że wypadałoby coś z tym zrobić, ale nie ma kasy, albo też szkoda mu kasy na aparat słuchowy, a za darmo nie dostanie. Ten niedosłuch też jest powodem scysji między nimi…

Matencja sama do szpitala nie dojdzie, bo daleko, a ona ma problemy z chodzeniem na dłuższych dystansach. Zatem jadę po nią i jedziemy obie. Przez weekend jeździła z rodzeństwem, od poniedziałku ze mną. Takie dłuższe przebywanie z nimi kończy się u mnie wewnętrznym podenerwowaniem na maxa. I nawet nie chodzi tu o ich oboje, tylko raczej o samą matencję. Nic na to nie poradzę, że mnie drażni. Czuję się winna i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo w końcu to moja matka, ale nie daję rady psychicznie. Sama sobie tłumaczę, że musze odpuszczać, bo to wiek i choroba (stan po udarze)  powodują, że robi się taka a nie inna, ale qurczę, zjada mnie stres.

Jak są oboje, to ona nie przepuści okazji, żeby mu nie dowalić, w zasadzie na każdej płaszczyźnie. Jak jest sama to wprowadza taka atmosferę nerwowości i stresu, że wszyscy wokół mją jej serdecznie dosyć, a w powietrzu aż widać iskry. Ponieważ ja nie wytrzymuję staram się ją uspokajać, wyciszyć, zmilczeć, zignorować, zagadać…

Wczoraj w końcu kolejny już raz dowiedziałam się, że trzymam stronę ojca, jestem bez serca, wyrodna córka itp. Bo jak ona mu zwraca uwagę to ja niepotrzebnie ją uspokajam, a powinnam też na niego wsiąść, żeby sobie nie myślał. Bo przecież to przez niego ona ma życie zmarnowane, bo to on wszystkiemu winien i niech wie. Ręce mi opadli obie. Nie wytrzymałam i powiedziałam, że nie trzymam niczyjej strony, staram się być obiektywna i jak które z nich tego wymaga to opieprzam albo jedno albo drugie. No to znowu śpiewka, że on jej życie zmarnował, że tyle lat i takie tam inne. I powiedziałam, że byli dorośli, podejmowali decyzje świadomie i sami za nie teraz odpowiadają, skoro ona uważa że jej życie zmarnował, a sto lat temu uznała, że się nie rozwiedzie, to teraz musi ponosić konsekwencje tej decyzji. A ja byłam wtedy małym dzieckiem i nie mam z tym nic wspólnego. A ze 20 lat temu też mieli kryzys i wówczas też mówiliśmy, że albo wóz albo przewóz. A skoro teraz są oboje są wiekowi i są razem, zamierzają trwać razem to nie może być tak, że przy każdej okazji ona mu wypomina grzechy młodości, bo w życiu nie będą mieli spokoju.

Całe życie słyszałam, jaki to ten ojciec jest zły, niedobry i w ogóle. I całe życie słyszę, jaka to ona biedna, poszkodowana, a on jej życie zmarnował. I wiem, że kryształ z niego kiepski. Ale wiem też, że matencja tak potrafi dopiec, dowalić że święty by nie wytrzymał. Że gdera, gada, dogaduje, przyjmuje tylko swoją wersję, coś ta sobie umyśli, ze dwa razy powtórzy i potem święcie w to wierzy, no i oczywiście zawsze wie lepiej, i tak obróci każda wersję wydarzeń, żeby było jej na wierzchu. Panie miej mnie w swojej opiece, żebym nie była taka jak ona.

Wczoraj przez telefon przegadałyśmy się ostro, nie dałam sobie przerwać ani wejść w słowo z czego jestem dumna, i ciągnęłam to, co chciałam powiedzieć. A ona się oczywiście poczuła skrzywdzona, dowiedziałam się, że ona czuje że ja jej nie lubię (całkiem możliwe, bo kochać i lubić to dwa różne światy), że tylko ją sztorcuję, zwracam uwagę, a hołubię ojca, potem się obraziła i w efekcie wyłączyła. Przetrzymałam do rana. Przetrawiłam, poanalizowałam, trochę się wyciszyłam. Zadzwoniłam, schowałam dumę do kieszeni, przeprosiłam. Postanowiłam sobie też, że nie dam się więcej sprowokować, kupię sobie coś na uspokojenie i po prostu będę odgrywać rolę dobrej córki.

Wiem, że to brzmi okropnie i źle się z tym czuję, ale powiem szczerze jeżdżę tam do nich z czystego obowiązku i zazwyczaj od wejścia odliczam minuty do wyjścia. Jak jest sama to słyszę opowieści co ojciec zrobił, albo czego nie zrobił, co mógł, co powinien, a czego nie i jak ona mu nagadała, albo dopiero nagada. Jak są oboje to ojciec robi dobrą minę do jej gry, a ona wykorzystując moją obecność jeździ po nim jak po łysej kobyle, poruszając wszystkie tematy które są jej na rękę i w których oczekuje, że ja zabiorę głos (tak, tato tak właśnie powinieneś zrobić).

Doprowadziła do tego, że staram się o nas opowiadać jak najmniej, bo jej dobre rady i życiowe analizy doprowadzają mnie do pasji.

Ale to przecież matka, więc gryzie mnie taki ogromny robal, żeby moje dzieci nie traktowały mnie tak samo…

13:06, anonim002
Link Komentarze (7) »

to cudem jakimś odzyskany przez Bloxa wpis po długim weekendzie :-)

 

Długi weekend się był skończył. Nie mieliśmy żadnych specjalnych planów. Zawsze po fakcie żałuję, ale przed nie mam parcia na organizowanie, planowanie itp.
Zaczęłam ten wydłużony weekend od towarzyskiej imprezy tanecznej w biegowym światku, na którą SZM nie chciał ze mną pójść, to poszłam sama. Usiłowałam go namówić, ale jak nie to nie. Było nas kilka singielek. Było super.
Zaliczyliśmy wizytę u znajomych niskopiennych górali, to w Boże Ciało.
Piątek mieliśmy wolny. Zawieźliśmy Młodą na dworzec PKS do WojewódzkiegoMiasta, bo Młoda wybywała na harcerski wyjazd. I potem posnuliśmy się trochę po okolicy. Mieliśmy plany nawet pójścia gdzieś coś zjeść, ale... Zakończyłam co prawda swój post, ale jeszcze tak na 100% z niego nie wyszłam. Od jutra zaczynam jeść nabiał, a dopiero za tydzień mięso. Staram się nie jeść produktów z glutenem, tłustych, itp. No i powiem Wam, że nie jest łatwo cokolwiek znaleźć w tym klimacie na mieście. Lody, serniczki, ciasteczka, kawa, niestety odpadają. Dania obiadowe to kompletna katastrofa. Albo mięso, albo nabiał. Żadnych kasz z warzywami, niczego takiego nie znalazłam tam gdzie byliśmy. No i wróciliśmy do domu :-) Zjedliśmy późny obiad, a potem przyjechał Młody z dziewczyną i oni w trójkę z SZM oglądali film, a ja z książką w pokoju Młodej.
Zadeszczoną sobotę spędziliśmy w domu. Kocyk, kubek herbaty, książka, pilot do tv.
Niedzielę zaczęłam biegowo, 8 km w fajnym towarzystwie. Potem wybraliśmy się do parku, przejechaliśmy się kolejką linową, zaliczyliśmy zlot foodtrucków, gdzie oczywiście nie znalazłam niczego dla siebie, a SZM nie był głodny. I znowu powrót do domu na późny obiad, potem tv, książka, a w efekcie drzemka popołudniowa. Potem wróciła Młoda z opowieściami jak było i tak się kończy weekend...

Dietowo
Jak już pisałam wcześniej, zakończyłam post, wytrwałam 28 dni. W zasadzie mogłabym dłużej postować, ale do końca postu zrzuciłam 8 kg i nie chciałam więcej już chudnąć, więc zdecydowałam się na wyjście z postu. Podczas wychodzenia zrzuciłam jeszcze prawie 2 kg, czyli w sumie 10 kg mam na minusie. To sporo. Widać. Gdyby nie biust, a właściwie ewidentny jego ubytek to byłoby super. Bardzo się boję, żeby mi nie wróciło. Dokładnie rzecz biorąc to tak ze 2 albo 3 kilo mogłyby mi wrócić, ale nie więcej. Czuję się wyśmienicie, nie piję kawy, nie palę fajek (na imprezie zapaliłam jedną i utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak nie), nie mam obrzęków, wzdęć, zaparć.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Czasem mam dość tego szarpania się, iskrzenia, tego czekania o co tym razem nam pójdzie i co się komu nie spodoba. z żalem przyznaję, że moje małżeństwo zaczyna przypominać mi małżeństwo moich rodziców, przesadzam wiem, ale tak to widzę. Brak mi po prostu oparcia w SZM.
W towarzystwie kiedy zaczynają się żarty tylko czekam na komentarz, żartobliwy a jakże, ale wymierzony we mnie. Obiecałam sobie, że przed następnym wyjściem towarzyskim zwrócę mu uwagę, że albo przestanie, albo zacznę się odgryzać i nikt nas do siebie nie będzie zapraszać, bo będą mieli nas serdecznie dosyć.
Bo ja bym miała.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Wczoraj minął mi 28 dzień postu.
Od dzisiaj zaczynam etap wychodzenia i powrotu do normalnego odżywiania się. Rano ta sama sałatka z dodatkiem odrobiny oleju smakowała zupełnie inaczej. Będę się chyba delektować po kolei każdym na nowo odkrywanym smakiem…
A tak w ogóle to musze to sobie tu zanotować, że dożyłam takiego momentu gdy śmiało mogę powiedzieć, stop, nie chcę więcej już chudnąć! Na chwilę obecną ważę 71 kg. Startowałam z wagą 80 kg. Mam wzrostu 170 cm i raczej jestem grubej kości, a już na pewno z tych co to mają na czym usiąść, stworzonych do rodzenia dzieci tzw. gruszek.
Od dzisiaj wychodzę z diety i bardzo się boję, że mi to wszystko wróci z powrotem. Na razie jest super, bo wszystkie ciuchy mi pasują (te, które leżały i czekały na lepsze czasy), albo są za duże (te noszone na bieżąco). I to jest bardzo fajne uczucie. Zobaczymy co będzie gdy zrobię badania...

Weekend minął bardzo sympatycznie.
W piątek po południu spacer z SZM i w towarzystwie naszego kolegi na lokalną imprezę miejską. Szału nie ma, ale ważne że SZM sam z siebie ruszył się z kanapy.
Sobota u znajomych na działce. Działka śliczna, wiem jak wyglądała w momencie kupna i jestem świadoma ile pracy włożyli w to, by wyglądała tak jak teraz. Nawet powiedziałam do SZM, że co prawda w ziemi grzebać nie lubię, ale taki kawałek własnej zieleni to by nam pasował. Fajna sprawa, naprawdę. Obawiam się tylko, że mój SZM nie jest niestety tak robotny i pracowity, bo preferuje styl życia kanapowca z pilotem w garści. Dlatego też jeden jest szczupły i smukły a drugi wygląda tak jak wygląda.
Ci nasi znajomi dawno nie widziani, a kiedyś bardzo często, kiedyś ta Ona to była bardzo mi bliska koleżanka, a potem jakoś tak się rozmyło. Nawet czasem z żalem myślę, że jakoś się to rozeszło po kościach. Oprócz nas i gospodarzy były jeszcze dwa inne małżeństwa, które też znamy prawie sto lat. Wszyscy prawie w jednym wieku, z dzieciakami w podobnym. Fajnie, naprawdę bardzo fajnie było się spotkać. I pomyślałam, że brak mi takich spotkań, wspólnych, podobnych…
A rozsypało się bo SZM jakoś niespecjalnie chciał do nich chodzić, zawsze miał jakieś anse, że tacy, owacy, a powinni tak czy inaczej. Czasem mam niejasne wrażenie, że przez niego rozsypuje się nam życie towarzyskie. Szukam też winy w sobie i głupia z tego jestem. A za nic w świecie nie chciałabym tak skończyć jak moi rodzice, którzy na dobrą sprawę nie mają żadnych znajomych . I też sami sobie na to zapracowali.
Niedziela była biegowa, w pełnym tego słowa znaczeniu. Wróciłam po południu umordowana i pogodą, i pracą przy wydarzeniu biegowym i pogodą. Wzięłam prysznic i myknęłam pod kołderkę. Spałam jak dziecko do wieczora.
A SZM w tym czasie mknął na drugi koniec Polski na delegację. Wraca jutro. Więc do jutra mam wolne. Hi, hi, hi!
Wczorajsza burza z piorunami najprawdopodobniej uszkodziła nam telewizor, a raczej gniazda HDMI. Chyba trzeba by zawołać speca od napraw, ale czekam na to co powie SZM jak wróci.

Nie mogę się wziąć jakoś tak na poważnie do pracy. Co chwilkę wynajduję sobie jakieś inne zajęcie. Po prostu lenia mam :- )

Miłego dnia życzę, zaglądającym do mojego kątka :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105