O autorze
Zakładki:
Chcesz napisać? anonim001@gazeta.pl anonim002@gazeta.pl
0.
0. *
1. Zaglądam tu...
2. często...
3. czasem...
4. rękodzieło
5. inne miejsca
6. nie chcę zgubić...
7. dzianinki - ku pamięci
Oglądam
Słucham
To też ja...
|
poniedziałek, 30 stycznia 2012
SZM wkracza do akcji w
kwestii remontu kuchni znaczy się. Dzisiaj razem pomierzyliśmy tę
kuchnię (raz jeszcze, bo przecież ja ją już sama wielokrotnie). Mniej
więcej ustaliliśmy priorytety i planujemy najpierw odwiedzić IKEA.
Przyznam szczerze, że nie łączę z tą wizytą jakichś specjalnych nadziei,
ale skoro SZM tak bardzo chce to niech ma. Może faktycznie podsuną nam tam jakieś ciekawe rozwiązania. Nasza kuchnia teraz wygląda mniej więcej tak: ![]() Po pierwsze i naważniejsze musimy upchnąć w jakimś kącie wielką lodówkę. Zatem musimy przesunąć o niecały metr, raptem 60 cm cała wodę (znaczy
zlewozmywak) plus liczniki i gaz (czyli kuchenka gazowa). Liczniki (pod zlewem) muszą
być teraz tak zamontowane żebym nie musiała za każdym razem wyczyniać
akrobacji, żeby je odczytać. Trzeba sprowadzić speca od tych rzeczy i
dowiedzieć się ile to kosztuje i dlaczego tak drogo. Nasza kiszkowata kuchnia (już po przeniesieniu wody i gazu) wyglądać będzie tak:![]() Nasze priorytety: - być może należałoby zlikwidować kaloryfer, który i tak jest zakręcony, a niepotrzebnie zabierze nam tak bardzo potrzebne centymetry. Likwidacja kaloryfera chyba jest możliwa w okresie letnim, bo w sezonie grzewczym musielibyśmy spuszczać wodę z pionu, muszę sprawdzić ile to kosztuje, jakie zgody są potrzebne i czy w ogóle jest to możliwe. - na podłodze chcemy mieć panele, to już ustalone. Oboje nie chcemy płytek. - szafki dolne muszą być nieco wyższe niż te obecne, najlepiej tak, by blat nachodził na parapet okienny (92 cm). - szafki górne max wysokie, nawet do metra, tak by wykorzystać tę przestrzeń na maxa. W środku 3 albo i 4 półki, najlepiej nawiercone otwory i wysokość półki do samodzielnej regulacji. Inna opcja to szafki podwójne, czyli normalna szafka kuchenna i nad nią druga niezależna, coś w charakterze pawlacza, otwierana z dołu. Ale podobno tego typu zawiasy są niebotycznie drogie. - lodówka zostaje ta sama, więc odpada szafka do zabudowy lodówki, aczkolwiek nad lodówką mimo, że jest wysoka chciałabym jeszcze szafkę. - kuchenka do zabudowy, a nad kuchenką nowy okap, nad nim zaś szafka (teraz okap jest spadzisty więc szafki nie ma). - zmywarka nowa, ale w dalszym ciągu mała czyli 45 cm szerokości. Był czas, że zarzekałam się, że na pewno duża, ale sama już nie wiem. Taka duża jest dwa razy droższa... Z biegiem lat będzie nas chyba w domu mniej wiec taka duża nie będzie już tak bardzo potrzebna. - zlewozmywak w dalszym ciągu niklowany, okrągły, z ociekaczem wpuszczany w blat, całość zmywarka i zlewozmywak 95 cm. - szafka również nad zlewozmywakiem i to niekoniecznie suszarka -
koniecznie szafka pod oknem, czyli na wprost (przypomnę, że kuchnia
jest długa i wąska, na wprost wejścia jest okno, taki typowy wagon
tramwajowy), żeby optycznie skrócić przestrzeń, a szafki wiszące raczej
po jednej stronie naszej kiszkowatej kuchni, żeby nie pogłębiać wrażenia
tramwaju Wyobrażam sobie mniej więcej tak:![]() Ciekawe jaki pomysł będą mieli spece?
Babskie spotkanie dały mi tyle do myślenia, że aż postanowiłam dodać sobie nową kategorię, zakładając, że nie pierwszy to będzie wpis o charakterze analizującym to zjawisko :-)
Znamy się lat wiele, jedne znają się ze szkoły pomaturalnej, inne poznały się zaraz potem już na gruncie pracowym. Spotykamy się już blisko 15 lat i wszystkim nam zależy by tradycję tę utrzymać jak najdłużej. Przeżyłyśmy razem szkołę, pierwszą pracę, śluby, problemy z teściowymi, ciąże, porody, zwolnienia z pracy, podjęcie studiów, ich zakończenia i wiele, wiele innych rzeczy. Nawet opijałyśmy rozwód. Każda z nas zawsze powtarza jak wiele dają jej te rozmowy, te pogaduchy, wspólne chwile kiedy wyrzucamy co nam leży na sercu albo na wątrobie. Temat ostatniego spotkania został zdominowany przez sprawy zdrowotne. I to jest dla mnie straszne. Był czas, że emocjonowałyśmy się facetami, potem dziećmi, teściowymi, problemami z facetami, a teraz przyszedł czas na stan zdrowia, bo każda ma coś do powiedzenia w tym temacie i to nie jest ani śmieszne ani zabawne.
sobota, 28 stycznia 2012
kulinarnie
Powiem brzydko: trzeba mieć mocno nasrane we łbie, żeby zrobić ciasto dla Solenizantki (upiec trzy okrągłe blaty, przełożyć masą, polać polewą i ozdobić upieczonymi i własnoręcznie wykrojonymi literkami, które układają się w piękne hasło) i potem uznać, że coś jednak z nim jest nie tak. Słowem - nie przeszło mojego castingu, znaczy nie jest godne tego, by chwalić się nim koleżankom. :-) Wiem, jestem szalona, właśnie skończyłam piec kolejne blaty, a masę zrobię jutro tylko dlatego, że nie mam już w domu grysiku. Co było nie tak z tamtym? Blaty wyszły bardzo grube, do tego jeszcze lekko spuchły po przełożeniu masą i mam wrażenie, że ciasto będzie suche, bo masy tam chyba zbyt mało. Zdjęłam te upieczone ozdobne literki z góry, nożem zanurzonym we wrzątku rozprowadziłam na nowo polewę, posypałam wiórkami kokosowymi, podzieliłam całość na pół, okazało się, że nie jest tak źle jak myślałam, jedną połowę ciasta włożyłam do zamrażarki, będzie na "zaś". A wszystko w myśl zasady w mojej kuchni nic się nie marnuje. :-) SZM mnie zdziwił - nie było gadania na temat tego, że ma nas zawieźć na miejsce zbiórki, to raz. Pewnie jutro się nagada :-) - sam z siebie zaproponował że nas odbierze rano, albo żebym wzięła drugie auto (że też sama na to nie wpadłam), żebyśmy mogły zanocować, to dwa. - popierał mnie w decyzji zrobienia drugiego ciasta skoro uznałam, że pierwsze nie jest takie jak być powinno, to trzy. towarzyska wizyta zaliczona. Było miło i sympatycznie. Zastanawiam się czy gdybym nie wiedziała, że gospodarze mają ze sobą problemy to czy z ich zachowania wywnioskowałabym cokolwiek. Stosunek jej do niego nie jest już taki olewacki, wręcz momentami poniżający. Bo kiedyś tak było, dokładnie w myśl zasady "ja tu rządzę, a jak się nie podoba to spadaj". Ona teraz z lekka spasowała, a on już nie był taki bierny, wiernopoddańczy.
piątek, 27 stycznia 2012
Plany sobie życie sobie po pierwsze trochę mi się przysnęło, bo przecież siedziałam przed kompem do późna, ale nic to, bo i tak potem nie odpaliło mi auto. Tak więc wyjazd do centrum na badania wypadł z orbity, bo w taka pogodę, mróz jak nie powiem co, nie chciało mi się snuć autobusem. Odpadły też zakupy, bo przecież do owada, jak mawia Dorota, nie pójdę na piechotę, bo zakupy spore.
Skończyło się na zabraniu do mnie na kawę Onej. Babskie pogaduchy ponad wszystko, prawda? Kawka w dobrym towarzystwie nie jest zła, a wręcz wskazana. Zaliczyłam fryzjera, póki co jestem zadowolona, zobaczymy co dalej :-) Wzięłam się za obiad i oświeciło mnie, że konkurs na kierowcę na babską imprezę jest z przyczyn ode mnie niezależnych jakby nieaktualny. Więc musiałam towarzystwu zorganizować transport i nasz nocleg w kameralnym gronie tez poszedł się lotać. Wracamy ze wszystkimi. Wzięłam się też ambitnie za ciasto dla Solenizantki. Zabrałam się do roboty dzisiaj żeby uniknąć jutrzejszego tematu ze strony SZM "a dlaczego Ty, a nie kto inny?". I tak wiem, że będzie gadanie, bo na miejsce zbiórki mnie i Oną ma podrzucić SZM i na pewno będzie psioczył, że dlaczego on, a nie mąż Onej. Brrr... Za porządki domowe się nie biorę, bo musiałabym dosłownie latać na szmacie, a jutro po prostu rozdzielę pracę całej ekipie sprzątającej. I tak to sobie można planować. Dojrzewam do tego, żeby jednak sprzedać to auto. Czekam jeszcze tylko czy nie załapię się na jedne takie podyplomowe studia na które zgłosiłam się sto lat temu i szczerze powiem szansa mała, ale gdyby to żal nie zabrać się za nie. Bo wszystko for free, bo z unijnej kasy. Nie wiem czy się załapię. Jakoś mi przestało zależeć w obliczu przesiadki pracowej, bo raczej mi się one nie przydadzą, ale jak znam swoje szczęście to właśnie teraz istnieje cień szansy że właśnie się załapię. I żal nie skorzystać. A tam auto bardzo potrzebne, bo dojazdy niestety. I tyle... Lecę bo mi się jeden blat ciastowy chyba pali. PS obdzwoniłam pracownie MRI - terminy na badania refundowane przez NFZ - lipiec, czerwiec, maj. Rany boskie!!! Ja nie potrzebuję na cito, ale co mają powiedzieć ci co potrzebują. Koszt badania 500 - 600zł. Bez komentarza.
czwartek, 26 stycznia 2012
uzależnienie? siedziałam do późna, bo po południu zaliczyłam wcale nie taka małą drzemkę. Żeby wyrównać saldo nastawiłam budzik na 8.30. Pospałam do 9.00, bo obudził mnie Młody informacją, że egzamin nr 2 ma do przodu, na czwórkę (pani przepisała ocenę z ćwiczeń). Wstałam pełna energii i planów na dzisiaj, włączyłam TV, odpaliłam komputer i siedzę do teraz, a jest już 11.
Więc energicznie zabieram dupcię sprzed monitorka i biorę się do roboty. system PKOG Wczoraj włączył mi się system PKOG (porządnickiej, która opuszcza gniazdo), ale usiłuję z tym walczyć. Bo ja tak mam, że jak gdzieś wybywam to muszę, po prostu muszę mieć świadomość, że w domu wszystko gra i bucy. Bo gdyby ktoś przyszedł to nie miałby mi nic do zarzucenia. Ale kto i dlaczego miałby mi cokolwiek zarzucać to już nie wiem sama. też tak macie? W ogóle mam takie katastroficzne podejście do niektórych spraw, że aż mnie sama to dziwi, ale nic na to nie poradzę. Wydaje mi się w głębi duszy, że jestem raczej optymistką, ale chyba jednak, a raczej na pewno nie. No może optymistka ze skłonnościami do katastrofizmu. - jedziemy autem, dosyć szybko. Myślę - bosze gdybyśmy tak się rozbili zginęli, to dzieci tam same... - jadę autem sama - a gdyby tak ten z przeciwka stracił panowanie to wjedzie na mnie na amen... - pakuję się na wczasy i oczywiście sprzątam caluteńką chałupkę - wszystko musi być na tip top bo gdbyśmy tak nie wrócili to ten, kto wejdzie do mieszkania niech wie że jest OK, poza tym ci co wietrzą nam mieszkanie i podlewają kwiatki powinni widzieć że jest OK, a nie burdello-bum-bum. - idę do solarium (sto lat temu to było) - leżę taka naga, a gdyby teraz jakaś katastrofa, no nie wiem budynek by się zawalił albo co to jak ja się będę ratować tak na golasa - jestem na basenie krytym (całkiem niedawno, zima na dworze) - oczywiście patrzę na dach - gdyby się tak zawalił to by była masakra - w dużym markecie - od czasu do czasu włącza mi się myśl - co z tym dachem, śniegiem na dachu - ostatnio w teatrze - scena w której na scenę wchodzi grupa jednakowo ubrana strzelając z broni - o Bosze, już wiem jak się czuli ci na Dubrowce - któreś dziecko się spóźnia - czy to był ostatni raz kiedy ją/jego widziałam, przecież nawet nie pamiętam w co był/a ubrany/a ...i długo jeszcze tak bym mogła, ale przecież miałam dupcię energicznie stąd zabrać:-) - - - - - - - - - - - - - - - - - - - godz. 20.05 wizyta u Specjalisty zaliczona. Powiedział, że powodów do niepokoju nie widzi, dokładnie przebadał, wypytał, ale skierowanie dał. I o to mi chodziło. Skierowania nawet dwa, bo jeszcze na dodatkowe zdjęcia Rtg mam się stawić. jutro ostatni dzień mojego urlopowania. Zamiast leżec i pachnieć, pojadę do centrum na zdjęcie RTG, ustalę termin badania MRI i powinnam zdążyć na umówioną wizytę u fryzjera. A po południu czeka nas wizyta towarzyska. Jeszcze w międzyczasie chciałabym wskoczyć na fizykoterapię, podleczyć się i wysłuchać plotek, przygotować jakiś obiad. I może ogarnąć chałupkę i zrobić zakupy co normalnie uczynilibyśmy w sobotę. Wymyśliłam sobie jednak, że może w sobotę przed południem wyciągnę SZM do jakichś sklepów w związku z tym planowanym remontem kuchni. Może zacznę już badać rynek, szukać jakichś rozwiązań, bo jakby nie patrzeć luty tuż tuż, a nie miałabym nic przeciwko temu żeby już w marcu, kwietniu cokolwiek zaczęło się w tej naszej kuchni dziać. a pojutrze czyli sobotnie popołudnie to nasza huczna babska impreza w miłym gronie, które to grono, a właściwie jego tylko część, muszę najpierw dowieźć na miejsc, bo wygrałam konkurs na bycie kierowcą :-) No i jeszcze poproszono mnie o przygotowanie ciasta dla Solenizantki, żeby tradycji stało się zadość. Bo zawsze caluteńkie nasze grono staje w drzwiach mieszkania Solenizantki z ciastem ze świeczkami i rozkosznie wyje "czterdzieści lat minęło..." Czyli, że tak powiem plan raczej napięty. i jeszcze a'propos katastrofizmów Kiedy przeczytałam, że Nauma zmarł pomyślałam sobie, że o mojej śmierci nikt Wam nie powie, nie napisze, bo przecież z moich realnych bliskich nikt nie wie, że bloguję...
wakacyjnie obojgu nam żal, że nie jedziemy. Każde by chciało, ale priorytety mamy inne. Poza tym przy sprzyjających wiatrach we wrześniu czeka nas krótki pobyt w okolicach wieży Eiffla więc możemy uznać go za wyjazd wakacyjny. Różnica taka, że tam jedziemy bez dzieci. Jedziemy (o ile pojedziemy) we dwoje. W miłym towarzystwie, ale we dwoje. relacje Młody - SZMJutro idę puścić Totka, wiele wygrać nie chcę, nie myślę o milionach, choć milo by było, nie? Jakieś 5 000 - 10 000zł. Nawet tylko 5 000 by mnie uradowało na maxa, byłoby na ten wyjazd do Grecji. dokument na literkę A wzbudza wiele emocji. Nie wiem czy cokolwiek to da, ale spróbowac można. To jest LINK do internetowego referendum w tej sprawie. Gdyby ktoś z Was chciał kliknąć to proszę. Aczkolwiek mam wrażenie, że cokolwiek byśmy nie zrobili to i tak ci tam na górze mają nas w głębokim poważaniu i zrobią co będą chcieli. Do wyborów jeszcze sporo czasu więc nie ma na nich żadnego bata. urlopuję w domu, ale dzisiaj sporo czasu zeszło mi na tak zwanym leczeniu. Najpierw sprawa leczenia czyli fizykoterapia, a potem sprawa specjalisty załatwiona pozytywnie, jestem umówiona na jutro. Nie oczekuję cudu, chciałabym tylko skierowanie na szczegółowe badania. czarna dziura dzisiaj odkryłam że w grudniu nie poszedł jeden dosyć istotny przelew. Czym prędzej to nadrobiłam, ale skutek jest taki, że w tym miesiącu muszą pójść dwa, bo przecież płatność jest co miesiąc. Skończyło mi się chyba bankowe zlecenie stałe, byłam przekonana, że poszło, a jednak nie. W okresie Świąt kiedy wydatków jest dużo umknął mi brak tego przelewu i d..a blada. Cholerka! A już było tak fajnie. I znowu czarna dziura przede mną. babskie imprezy są jak terapia. Imprezy w licznym gronie są typowo zabawowe, plotki, szaleństwo, ogólna wesołość, pokrzykiwania, ale gdy grono jest kameralne wtedy jest prawdziwy fun. Rozmowy, rozmowy, rozmowy... I o to w tym wszystkim chodzi. A teraz powinno być dwa w jednym, bo najpierw impreza liczna, a potem nocowanie w gronie kameralnym. Już się nie mogę doczekać. Młody egzamin ma w plecy. Niestety. Takie ma szczęście, a może za mało się przyłożył do nauki, nie wiem. To chyba schiza w moim wydaniu, ale pierwszą moją myślą było, że SZM się znowu nagada. Nawet zastanawiałam się czy do niego nie zadzwonić i nie powiedzieć, żeby sobie te gadki darował, bo ja ich już słuchać nie mogę, a co dopiero ten do którego są skierowane. SZM w swoich kazaniach nie omieszka na początku powiedzieć, że na nic innego przecież nie liczył, że tego się można było spodziewać (to takie specyficzne rodzicielskie wsparcie w wykonaniu SZM), bo widzi, że Młody sobie sprawę lekceważy i stanowczo za mało się uczy. Zaraz potem dodaje, że jak Młody zawali studia to sam sobie będzie winien i wtedy mu się otworzą oczy i cała gadka-szmatka jest mniej więcej w te klocki. A potem kończy słowami, że on już nic nie będzie mówił, bo to jest sprawa Młodego.
Qurcze, skoro nic już nie będzie mówił to po co kłapie tym dziobem? Bo leczy swoje kompleksy? Bo wie jak to jest studiować po trzydziestce? Bo jego nie miał kto gonić do nauki? Nauczycielka-teściowa jakoś się wybitnie nie przejmowała edukacją syna, ważne dla niej było żeby miał zawód i już na siebie zarabiał. I tak jest za każdym razem. I nie wiem czy to ze mną coś nie tak. Bo myślę sobie, że facet, Młody znaczy się ma już 20 lat, ma swój rozum, głupi nie jest i szczerze mówiąc czekam kiedy skończy mu się cierpliwość. Na każde moje słowo przeciwko SZM reaguje tak samo, że ja oczywiście bronię Młodego, bo Młody może ze mną zrobić co chce, bo ja jestem ta dobra, a on ojciec jest oczywiście tym złym. I dzwoni mi w uszach wówczas tamta awantura nocna, kiedy to mało brakło a doszło by do rękoczynów, kiedy potem Młody płacząc wyrzucił z siebie wiele emocji. I kiedy powiedział, że nauczył się grać na gitarze tylko po to, by ojcu sprawić przyjemność, bo widział, że go to cieszy. Ta gitara mnie po prostu rozwala. To wszystko to była taka dygresja do tego, że Młody zlał ten egzamin. Egzaminów ma w sumie 3, czyli zostały mu jeszcze dwa. Tego się bał, bo wykładowca ten sam, od poprzedniej poprawki. Dzisiaj wrócili z MiastaWojewódzkiego razem; SZM z pracy i Młody z uczelni. Pewnie cała gadka poszła w ruch w aucie. W domu ze strony SZM padło tylko jedno zdanie do mnie. Że na nic innego nie liczył. Nie skomentowałam, odpuściłam, bo znowu byśmy się pokłócili. nadgorliwa mamusia ze mnie zdaję sobie z tego sprawę, bo wiele razy kiedy SZM rozpoczyna jakieś podchody rozmowne z Młodym to ja odpowiadam, dopowiadam, qurcze, sama siebie potem za to ganię, ale wychodzi mi to z ust szybciej niż o tym pomyślę. Bo są sytuacje, rozmowy, tembr jego głosu, kiedy widzę, że SZM jest nastawiony bojowo, że w moim mniemaniu szuka zaczepki, pretekstu by wykazać jaki to Młody jest kiepski, niedouczony, nie ma racji, myli się i w ogóle. I wiem, że gdyby rozmawiał z kimś obcym to jego ton byłby inny, a ja mam wrażenie, że on za wszelką cenę chce udowodnić Młodemu jak mało wie. Chce mu w pewnym sensie pokazać kto tu rządzi. A moje nadgorliwe odzywanie się bierze się stąd, że zdaję sobie sprawę z tego, że Młody mu nie podskoczy, obawiam się, że sobie w tej rozmowie nie da rady. I kółko się zamyka. Wiem, nie powinnam, za każdym razem sobie obiecuję, że nigdy więcej. Inna sprawa, dosyć istotna, że czasem Młody zachowuje się jakby rozumy zjadł, a potem się okazuje, że wcale nie. I wtedy kładzie uszy po sobie.
środa, 25 stycznia 2012
wyrzucam złe emocje Siedziałam dzisiaj w pracy prawie do 20. Rzec by można, że uczyłam się nowych potrzebnych mi w przyszłości rzeczy. I tej wersji będę się trzymać. Nie stanowi dla mnie problemu zostawanie po godzinach, bo prędzej czy później i tak sobie odbiorę te nadgodziny. Krzywda mi się nie stanie na pewno. Ale wykończę się psychicznie przez ten wszech panujący tam burdel. Głowę dam, że gdybym komuś z Was opowiedziała jak może wyglądać biuro to albo nie uwierzyłby mi, albo padł z wrażenia. Mnie by było wstyd gdyby petenci przychodzili do mnie, do MOJEGO biura, do takiego chlewu. Wydawało mi się, że już się oswoiłam, przywykłam, ale nie da się, po prostu się nie da. A Sama Zainteresowana wiecznie czegoś szuka i sama z siebie rozkosznie się śmieje. Burdel ma w papierach i tyle. Bogu dzięki, że jej działalność w kwestiach finansowych przynajmniej wygląda jako tako aczkolwiek aż mnie zęby bolą jak sobie pomyślę, że muszę się w to wgryźć na poważnie. Największy problem sprawia mi ten chaos, bo ja lubię mieć opanowaną przestrzeń, uładzoną i oswojoną. Rozglądam się po tym pokoiku i oczami wyobraźni widzę już jak pięknie będzie wszystko poukładane, opanowane. Ona wciąż narzeka, jęczy i smędzi, a wystarczy zamiast kilkunastu w ciągu dnia wyjść na fajkę po prostu zabrać się do roboty. Muszę wynaleźć jakieś szkolenie z prawdziwego zdarzenia, bo mam wrażenie, że nie ogarnę tematu. Wiem, że sama zainteresowana chce mi wytłumaczyć i stara się, aczkolwiek dozuje informacje, i nie wiem jeszcze czy robi to celowo czy też bezmyślnie. Poza tym jest do rany przyłóż, bo to taka dobra Ciocia-Klocia :-) odstresowałam się z lekka wakacyjnie :-) SZM podesłał mi linka do biura podróży, z którego jego znajomy już kilkakrotnie zaliczał wczasy w Grecji za naprawdę małe pieniądze. My, póki co w dalszym ciągu w planach mamy remont. Nawet dopiero co napisałam do naszych chorwackich gospodarzy, że w tym roku wyjazdu do Cro nie planujemy, mimo, że "nasz" apartman jeszcze ma wolne w interesującym nas terminie :-) Ale miło i fajnie jest pozaglądać, poplanować na zasadzie co by było gdyby... Młody na pytanie rzucone mimochodem - jedziemy do Grecji, jedziesz z nami? odpowiedział z wolna - nie... Więc wyliczanka odbyła się na trzy osoby. I wyszło mi, że póki co to jednak albo nowa kuchnia, albo wczasy :-) W kierunku nowej kuchni nie zrobiłam jeszcze praktycznie nic... Mała na półrocze ma średnią 4,83. Udała mi się ta córuchna. Te oceny to w stu procentach jej zasługa, bo ja nawet kontrolnie już do zeszytów nie zaglądam. Kompletnie nie ingeruję, nie kontroluję, nie odpytuję, nie przypominam, ja nawet nie wiem o czym oni się teraz uczą. Wychodzi na to, że trochę wyrodna matka ze mnie, taka co to nie interesuje się dzieckiem :-) Interesuje się, owszem, i wie, że dziewczę zaczęło już za chłopcami się rozglądać. Bo ten jest fajny, a tamten nie zwraca na nią uwagi :-) A koleżanki się dziwią "to ty z mamą o takich rzeczach rozmawiasz?!". Póki co dziecię odlicza dni do ferii, bo u nas dopiero będą. Już się umawia z koleżankami na nocną pidżama-party, na odwiedziny, wyjazdy na lodowisko. Z tym lodowiskiem to też było, bo jak ją wczoraj zachęcałam ja-matka, żeby szła, że może z koleżankami, a może ze mną, to jakoś zapału nie widziałam, bardziej strategię w myśl zasady nie wejdę do wody póki nie nauczę się pływać. Ale jak koleżanka zaproponowała, poprosiła, to się dziecko prawie od razu zgodziło, ba, nawet się zachęciło pomysłem. A jak jeszcze matka podpowiedziała, że potem można iść na gorącą herbatkę, jeszcze pogadać i w ogóle, to już zachwyt w oczach był pełny. Młody walczy na froncie studenckim mocno. Wszystkie zaliczenia już ma, teraz walczy z egzaminami. Mam wrażenie, że te wakacyjne poprawki dały mu w kość i się w końcu trochę przejął tematem sesji, ale jak bardzo to dopiero czas pokaże. Dzielnie pracuje, znaczy dorabia. A babcia, znaczy matencja, lamentuje prawie, że Młody pracuje, a szlag mnie jasny trafia, jak ona mówi, bo mi go tak szkoda. Ona tak się zachowuje jakbym to ja go do tej pracy wysłała. I w jej mniemaniu powinnam się chyba czuć winna tego, że nie reaguję na to, że on chodzi do pracy. A Młody kilka razy w tygodniu wychodzi wieczorem, po to, by elegancko paradować w garniturze, łyknąć co nieco kultury w dobrym wydaniu, utrzymać dyscyplinę i porządek, w ładnym otoczeniu i tyle jego pracy. Ale matencja jak zwykle dramatyzuje. Miało być o Młodym, a wyszło jak zwykle czyli o matencji. Nie widzę na horyzoncie żadnej dziewczyny, która by go tak jakoś mocno zainteresowała. Sama nie wiem czy to jest powód do ulgi, radości, czy raczej do niepokoju. Bo może nie potrafi nawiązać relacji, zainteresować kogoś swoją osobą, no sama nie wiem... Jego problem zdrowotny wciąż aktualny i jeszcze jakiś czas będzie na pewno, to wiem. Ręce mi opadają i z lekka już się zaczynam martwić, że tak długo to trwa. Samochodu Młody nie używa, nie jeździ. Jakoś go nie ciągnie, a poza tym to on się chyba nie czuje jeszcze pewnie za kierownica, a teraz w zimie kiedy ślisko to dopiero. I może i dobrze, bo stare auto nie ma już AC :-) dylematy samochodowe Zastanawialiśmy się też czy to drugie, starsze, auto jest nam potrzebne, bo w zasadzie moglibyśmy go sprzedać, za tę kasę zrobić kuchnię, a z tego co mamy odłożone na kuchnię byłoby na wakacje. Problem w tym, że ja już bardzo mocno przyzwyczaiłam się do niezależności samochodowej od SZM. Bo do tej pory uzależniona byłam zawsze od tego kiedy wróci SZM z pracy, dopiero wówczas mogłam się gdzieś tam przemieścić, a w ciągu dnia to w ogóle nie wchodziło w rachubę, bo auto było razem z SZM w MieścieWojewódzkim. Teraz kiedy tylko mi się cokolwiek zachce siadam i jadę. Nie mówię, że często i dużo mi się chce i że dużo jeżdżę, ale ważna jest sama moja świadomość, że mogę i to w każdej chwili :-) I właśnie dlatego nie wiem czy jestem zainteresowana sprzedażą, nawet za cenę wakacji. zdrowotnie żeby nie przeciążać kręgosłupa ratuję się fizykoterapią i od jutra do końca tygodnia wzięłam sobie wolne z pracy. W końcu mam jeszcze stary urlop. Nie będę uszczęśliwiać Małej swoją bytnością w domu w czasie ferii kiedy one tu planują różne schadzki koleżeńskie. nocny marek ze mnie nie ma to jak nocne blogowanie... Wieczorem, w nocy kiedy dom już śpi, nikt nie woła, nie wędruje, nie pyta co Ty tyle tam klikasz, kiedy mogę sobie do woli klikać tekst i nie muszę pilnować się, żeby mi żaden przez ramię tu nie luknął, żeby mieć w zapasie kilka stron na ekranie, że niby tam właśnie grzebię, w takiej ciszy i spokoju pisze mi się najlepiej. Kocham te spokojne nocne chwile. Tylko potem rano nie ma takiej opcji, żebym sama z własnej i nieprzymuszonej woli wstała wcześnie, czyli skoro świt przed godzina 9.00.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
odchodzą kolejne gwiazdy tamtych lat Belita przypomniała mi, że obiecałam sobie posłuchać Jarockiej, na wieść o jej śmierci. "Wymyśliłam Cię". Bardzo lubię tę piosenkę, bardziej chyba niż jej kultowe "Kawiarenki". W tym linku jakoś głosu nie jest najlepsza, ale za to oryginalny teledysk z tamtych lat :-)
Miałam wtedy 5 lat :-)) dbam o siebie :-) Dzień wolnego, który miałam spędzić na totalnym nicnierobieniu, miałam leżeć i pachnieć, przeszedł ot tak po prostu. Zaliczyłam wizytę u pani doktor. Skierowanie do neurologa, recepta na środki przeciwbólowe, uroczy śmiech pani doktor, która obejrzawszy zdjęcie Rtg mojego L-S z opisem w stylu zmian nie stwierdzono powiedziała, że tego nie skomentuje. A ja się pytam co na to lekarz, który ten opis firmuje swoim nazwiskiem. Jeszcze przed wizytą podratowałam się trochę fizykoterapią i nawet nie jest źle. Formalnie muszę tylko dotrzeć do specjalisty i odczekać swoje w kolejce do terminu, który mi zapewne wyznaczą. Tak, żeby chorować trzeba mieć czas, zdrowie i pieniądze. Trzeba będzie uruchomić kontakty, bo chyba inaczej się nie da. Niby mi się nie spieszy, bo jakoś nie spodziewam się radykalnej poprawy po wizycie u specjalisty. Bardziej chcę by mi zlecił rezonans, żeby sprawdzić czy to na pewno tylko diagnoza postawiona przez LPK czyli radiculopatia. A póki co sama się dokształcam i sprawdzam co wiem, a czego jeszcze nie. Może komuś się to przyda - refundację leków sprawdza się tutaj :-) Szacunek dla pacjenta/klienta Sprawa wizyty lekarskiej zasługiwałaby również na osobny wpis. W głębi duszy przyznaję pełną rację pacjentce, która głośno komentowała, że podczas godzin przyjęć lekarz powinien siedzieć w gabinecie i czekać na pacjenta, a nie czekać (ponad pół godziny!) aż się pacjentów zbierze większa ilość, by łaskawie wynurzyć się z biura. Śmiem twierdzić, że każdy inny urzędnik państwowy zostałby bardzo szybko postawiony do pionu przez oczekujących, ale osoba/profesja lekarza coś takiego w sobie ma, że ludziom się wydaje, że lepiej im nie podpaść. Więc lekarze robią co chcą, a potem narzekają, że maja tabuny pacjentów. Wiem, nie mogę ich wrzucać do jednego wora, ale każdy z nich z osobna pracuje na wizerunek całej grupy zawodowej. Dlaczego ja nie zareagowałam? Proste, bo po starej znajomości w firmie zazwyczaj wchodzę poza kolejnością, więc jak raz na jakiś czas poczekam nic mi się nie stanie :-) znajomi Chciałam tu o znajomych naszych jednych napisać, ale... Bo do tej pory niby razem, a jednak każde sobie. Bo ona traktowała go niefajnie. Bo wszyscy się dziwili, że on się tak daje. Że pewnie bardzo ją kocha, bo innego wytłumaczenia nie ma. Bo to ona rządziła i wyznaczała priorytety, które nie do końca mu chyba pasowały. Bo miałam wrażenie, że on się w tym związku nie liczy. Zresztą ona sama tak mówiła i się zachowywała. W wyniku różnych okoliczności jemu się chyba misa przelała. I teraz kiedy ona płacze mi w rękaw to chce mi się jej powiedzieć, że przecież on ma rację, kiedy mówi jej, że to wszystko przez Ciebie. Ale to przecież ich życie, ich problemy. Nie mnie oceniać. Poanalizuję kiedy indziej, bo dzisiaj już późno.
niedziela, 22 stycznia 2012
latka lecą Starzejemy się, a opakowanie nam się zużywa. Tak, tak.
Rok temu gdzieś koło marca złapał mnie taki ból kręgosłupa, że kolokwialnie mówiąc klęknęłam i niestety już się nie wyprostowałam. Po stosunkowo długim jak na mnie L4 i leczeniu z prawdziwego zdarzenia (zastrzyki!) udało mi się wrócić do formy. Przyznać jednak muszę, że ta forma nie jest/była już taka jak dawniej. Od tamtej pory codziennie czuję te krzyże, raz słabiej, raz mocniej, ale wciąż. Mam na przykład problem z umyciem włosów nad wanną, bo mam wrażenie, że pęka mi coś w kręgosłupie L-S. I tak strzyka, chrupie i pobolewa cały czas. Ostatnio ból się nasilił i dziś już musiałam ruszyć żelazny zapas leków przeciwbólowych, które wówczas przepisała mi pani doktor. I jakoś nie zauważyłam specjalnej poprawy. Jutro mam zaplanowane wolne, miałam się lenić i nic nie robić. Nie wiem czy z własnej woli nie wyląduję u pani doktor już teraz, żeby potem nie wchodzić do gabinetu w głębokim skłonie, jak poprzednio. zdrowotnie W piątkowy wieczór wróciła Mała z wieczoru filmowego w szkole i jakoś tak zaraz potem ją zemdliło. Caluteńki wieczór się biedna męczyła. A ja z nią, bo mnie tak jakoś po jogurcie z otrębami złapało. Ale u mnie skończyło się tylko na złym samopoczuciu, a Mała wędrowała do toalety kilka razy i wymiotowała. Jak już oddała co miała do oddania to jak ręką odjął. niedospanie Calutki dzień pracowy jak w transie. Udało mi się wyjśc dwie godziny wcześniej, bo podjechał po mnie SZM i powiedziałam, że nagle i pilnie muszę wyjść :-) Zrobiliśmy zakupy. Marzyłam o tym by się zdrzemnąć pod kocykiem. Zalegam i już, już, jeszcze chwilka i będzie mi dobrze, zapadnę w drzemkę... Nagle ZONK! Cokolwiek; domofon, głośny jakiś dźwięk, a najczęściej dzwonek telefonu (matencja!) i po spaniu. Za jakiś czas niedospanie odezwało się i znowu próbowałam. Takie właśnie miałam piątkowe popołudnie, a nawet wieczór, bo Mała ułożyła się w naszym łóżku (na wieczorku filmowym leciał bardzo pedagogiczny horror) i jak już źle się czuła, to wiadomo, że po moim spaniu było. Ech... protest ACTA wydawało mi się, że całe to ACTA mnie nie dotyczy, nie obchodzi, ale Mała mi wytłumaczyła, że podpisanie zaskutkuje na przykład tym, że nie obejrzę już w sieci moich ulubionych filmów. Więc ja też jestem przeciwko! A swoją drogą dlaczego wszystko działo się tak tajniacko, po cichu? Dzień Babci i Dziadka upominki zakupione przez rodziców zostały wręczone. Mało pedagogiczna butelka procentów dla Dziadka i mazidła na noc i dzień w kategorii +65 dla Babci. Identyczny zestaw czeka na Teściostwo, ale muszą się wykurować, bo póki co kaszlą i z nosów im leci. Dzisiaj świętowaliśmy u Matencji i tatencjusza. Pomijając wątek gorączki kulinarnej było przyzwoicie. O co chodzi w tym wątku? Matencja z szaleństwem w oku rzuca się do podawania do stołu, pilnowania kto i co zjadł, czy na pewno nie chce więcej, czy na pewno skosztował wszystkiego, czy na pewno nie chce wiecej itp. Przychodzimy na obiad do dziadków i zamiast obiadu z dziadkami mamy na obiedzie dziadka i babcię w charakterze pomocy kuchennej. Ta nadgorliwość jest zupełnie niepotrzebna i tak strasznie męcząca, że dziś oboje z rodzeństwem właśnie to jej powiedzieliśmy. Przecież wszyscy chcemy pomóc, nikt nie oczekuje full obsługi, zawsze bierzemy się do podawania, sprzątania itp. No i trochę zastopowała. Ale marsowa mina była. dieta szeptem i po cichu napiszę że od poniedziałku 16-go dietuję. Dzisiaj pierwszy dzień kiedy sobie z lekka poszerzyłam asortyment. Ale tylko leciutko i nie o słodycze :-) filmowo Wczoraj wieczorem oglądałam filmy w TV. Rzadko się to zdarza. Z przyjemnością obejrzałam "Szósty zmysł". Pamiętam, że sto lat temu, gdy oglądałam go w kinie zastanowiło mnie, że Willis jest wciąż tak samo ubrany :-) A potem po "Zmyśle" oglądałam "Bezsenność", która może w całości podobała mi się zdecydowanie mniej, ale gra Al Pacino była tak przekonująca, że miałam ochotę zdrzemnąć się za niego :-)
czwartek, 19 stycznia 2012
wakacje Jeszcze śnieg, mróz, ślizgawica na dworze, a my już po spotkaniu informacyjnym związanym z wakacyjnym (letnim!) wyjazdem Małej. Obóz językowy to brzmi dobrze, prawda? Mała się cieszy więc jest OK. Przyjemne z pożytecznym. Przyznam szczerze, że sama chętnie bym też pojechała :-)
niespodziewajka Właśnie wrócił Młody informując nas, że zarezerwował nam bilety do teatru. Super, już się cieszę. i ... remont powinnam już zacząć cokolwiek działać w kwestii tej kuchni, ale tylko ja wiem jak bardzo mi się nie chce. To znaczy odnowionej kuchni mi się chce, ale ten bajzel przy okazji... I tak rozmyślam... Bo tak się akurat dzieje, że co i rusz dochodzą do mnie smutne wieści, a to, że poważna choroba, nieciekawa diagnoza, śmierć, i tak sobie myślę, że może lepiej pojechać gdzieś, pobyć razem, użyć życia, zobaczyć, odpocząć niż siepać się z remontem. Tak wiem, albo rybki, albo akwarium. Gdzies tam podświadomie mam szczerą nadzieję, że jak się wcześnie zabierzemy za remont i dajmy na to skończymy go do wakacji, to może wyskoczy nam jakaś niespodziewajka wakacyjna. Tylko funduszy na to jakoś brak. Ale tak mi w duszy naiwnie gra, tak czuję. Intuicja czy jak. Jakże bym chciała, by była trafna... trochę techniki ...i człowiek się gubi. Jakiś czas temu zostałam obdarzona nowym aparatem telefonicznym z dotykowym ekranem. Mój początkowy umiarkowany raczej zachwyt zmienił się szybko w zniecierpliwienie. I wczoraj limit cierpliwości mi się wyczerpał. Aparat został wyczyszczony (notatki, terminy, sms-y, kontakty i inne), i dzisiaj już przesiadłam się do starego dobrego SE z klawiszami. Stary, ale jary i ma o niebo lepszy aparat. Nie, żeby zaraz jakiś hajlaf, ale lepszy. Na dowód, że go użytkuję proszę - pochwalę się Wam moim nowym CZERWONYM portfelem, tym który przyniesie mi dobrobyt i stabilizację finansową na oczekiwanym poziomie. I tej wersji będę się trzymać! :-)
środa, 18 stycznia 2012
koszmary senne Dawno już nie zbudziłam się zapłakana. A dzisiaj tak. Okropny sen. Jakieś pożary, jeden po drugim, i w jednym z nich zginął mój SZM. I gdzie ja znajdę takiego drugiego rozpaczałam. Było tak realistycznie, tak prawdziwie. Okropność. Musiałam się przytulić i sprawdzić że jest OK. przyjaciółka? Nie lubię tego słowa, bo nie kojarzy mi się dobrze. Zresztą nie mam przyjaciółki. Mam grono koleżanek, dobrych koleżanek i zdecydowanie tak wole je nazywać. Bo słowo przyjaciółka zawiera w sobie jakiś ułamek fałszu, zawodu, zdrady. Wczoraj nie mogłam się doczekać telefonu od Onej. Pojechałam pogadać oko w oko. Kupiłam butelkę wina, żeby było lżej :-) Obawiałam się wybuchu emocji, żalu, łez. Na szczęście obyło się bez takich scen. Wyniki dobre nie są, operacja raczej konieczna, ale diagnoza szczegółowa możliwa dopiero po otwarciu. Dziewczyna jest rozsądna, rzeczowa, ale zdrowo wystraszona. Wcale się nie dziwię, sama bym była. Sto lat u niej nie byłam na takich spokojnych babskich pogaduchach. I obu nam fajnie było...
wtorek, 17 stycznia 2012
U Dzidki na blogu przeczytałam: Nauma nie żyje. Zmarł niespełna tydzień temu, nagle, w domu swojej Mamy. Nie znałam go osobiście. Tylko przez blogosferę. Jakiś czas temu zamknął swoje blogowe drzwiczki i już się tam nie dostałam. Pamiętam jego problemy, kłopoty, marzenia.
Pamiętam Lubą i córeczkę. Zastanawiam się jak się potoczyły ich losy. Nie znałam osobiście, a jednak myślę... Żegnaj Nauma, mam nadzieję, że znajdziesz spokój tam, gdzie teraz jesteś.
pracowo powoli ogarniam temat, którym będę się zajmować. Tematy w zasadzie są dwa; jeden mam troszkę opanowany i myślę, że nie jest taki zły, drugiego natomiast boję się panicznie. Najchętniej sprzedałabym go jakiej obcej duszy, ale tu niestety obowiązuje sprzedaż wiązana :-) Nachodzą mnie od czasu do czasu myśli, że może powinnam dać sobie spokój, że po co mi to, lepiej trzymać się tego co do tej pory, ale przeganiam je szybko i sama sobie tłumaczę, że tak daleko to już zabrnęło, że byłby to chyba dla mnie wstyd gdybym się wycofała, poza tym zmiana ma sporo plusów od rodzaju pracy począwszy, a na wynagrodzeniu (prognozowanym dopiero, niestety) skończywszy. Więc po prostu MUSZĘ dać radę. Aczkolwiek ogarnąć nowy temat nie jest łatwo, zwłaszcza przy takim bałaganie, chaosie i podejściu do sprawy. Ponadto zaległości jest tyle, że głowa mała. Głównie zaległości są w temacie pierwszym, który nieco już ogarnęłam samodzielnie i przez kilka szkoleń, które zaliczyłam. Usiłuję powalczyć z tymi zaległościami, ale nie jestem w stanie przez czas mojej bytności tam i nadganiać, i cokolwiek się nauczyć z tematu drugiego, który śni mi się po nocach. Ponadto walka z tym panującym tam bałaganem, rozgardiaszem, niechlujstwem to walka z wiatrakami. Mam wrażenie, że tak naprawdę praca tam zaczyna się tuż przed końcem dniówki i dlatego potem trzeba(?) zostać dłużej. I na razie mam w planach odebrać sobie te wypracowane nadgodziny, póki nikt o nich nie zapomniał, a potem będę chyba sztywno się ustawiać w pozycji tej, która idzie do domu jak bije zegar. Jak naprawdę trzeba będzie to zostanę, ale z tego co widzę, tej ekipie po prostu do domu się nie spieszy. Póki co muszę być nawet asertywna w temacie wyjścia na tak zwaną fajkę "dla towarzystwa". Do tej pory od czasu do czasu dałam się wyciągać, ale nie bawi mnie to, bo raz że cała potem przesiąkam dymem, a dwa, że szkoda mi po prostu na to czasu. Bo tam życie płynie od fajki do fajki, a potem zostają dłużej, bo nie dają rady. Ech, wywaliłam co mi leżało na wątrobie wakacyjnie Mała mi dała znać, że jednak załapała się na szkolny obóz językowy. Obóz to zbyt wielkie słowo, bo raptem chyba 9 dni, więc w świetle tego, że kiedyś jechało się na 3 tygodnie (kolonie i obozy takie długie przecież były z tego co pamiętam), to te 9 dni to jedna dłuższa wycieczka. Czeka mnie zebranie organizacyjne to dowiem się szczegółów. Przyznam szczerze, że zależało mi, żeby się załapała, bo nie miałam pomysłu na jej wakacje i bałam się że skończy się na obozie sportowym, tym samym z rzędu, w tym samym miejscu po raz trzeci. Ciężko mi pogodzić się z tym, że nie pojedziemy nigdzie na wczasy. SZM coś bąknął, że jak Mała pojedzie to my w tym czasie też gdzieś możemy prysnąć we dwójkę. Byłoby z jednej strony fajnie, ale z drugiej znowu żal, że bez dzieci (głównie to Małej, bo Młody pewnie by z nami już nie chciał, chociaż kto go tam wie, pewnie zależy gdzie byśmy pryskali), a z trzeciej nie mamy kasy i na wakacje i na remont kuchni. A z tej czwartej to się zastanawiam czy ten remont jest nam tak bardzo potrzebny... :-) Póki co tak na pocieszenie i utwierdzenie w przekonaniu, że jednak nie pojedziemy, bo kasy brak, oglądam sobie papierowy katalog Eurocamp. I... dochodzę do wniosku, że duże kampingi, z fajnymi basenami, atrakcjami, animacjami i innymi takimi, pełne ludzi dorosłych i małych rozkrzyczanych dzieci to chyba jednak nie jest to, co Anonimka lubi najbardziej. Zakwaterowanie w spokojnym miejscu, w bliskiej odległości do morza i plaży, w dostępnej odległości, ale nie bezpośrednio, do atrakcji - takie coś mi się marzy. Słowem coś w stylu miejsca, w które jeździliśmy przez ostatnie trzy lata. I wiem, że zarzekałam się, że czwarty raz tam nie pojadę. Ja nie chcę tam, ja bym chciała coś w podobnym stylu, ale w innym miejscu, nawet kraju. Tak, pomarzyć dobra rzecz. A marzyć trzeba. przesądy Cały czas pamiętam, że z czarnego portfela pieniądze uciekają, cały czas mam to z tyłu głowy gdzieś tam wdrukowane. Dziś dowiedziawszy się, że firma wypłaciła dodatkową kasiorkę, pomaszerowałam prosto do sklepu po nowy portfel. Zapomniałam karty, a gotówki nie miałam, więc czeka na mnie technicznie taki sam, ale CZERWONY (lekko bordowy, ale bliżej mu do czerwieni) portfel. I wierzę w to, że przyniesie mi finansowe szczęście :-) medycznie Jutro kolejna wizyta u zębologa. Tia..., czysta przyjemność. W planach zaliczenie gina, bo od zamirenowania mija właśnie drugi rok, a kontrola miała być po roku. Na wyniki Młodego czekamy. Się okaże co dalej. Czekam też na telefon od Onej i aż się boję co jej powiedzieć, jak się okaże, że dramat... imprezowo Babskie spotkanie czeka. Imprezowe, bo kolejna z nas zmienia cyfrę na cztery :-) Dziś padła propozycja imprezy karnawałowej. Ze strony takiej grupy, gdzie się kompletnie nie spodziewałam i szczerze mówiąc nie wiem czy chcę tam iść. Towarzystwo pracowe, więc nie wiem czy chcę, bo do tej pory takich propozycji nie było. Mam wrażenie, nie wiem czy słuszne, że propozycja pojawiła się w związku z moim awansem. Temat do przeanalizowania. O, Mała wróciła ze szkoły! No to idę do garów...
poniedziałek, 16 stycznia 2012
takie tam bleblanie o tym i owym
Popijam właśnie pyszne winko domowej roboty. Za które szczerze mówiąc zapomniałam podziękować dostawszy je niespodzianie i czuję wyrzut sumienia z tegoż powodu. Generalnie już parę razy myślałam na temat wpisu o tym, że wiele w życiu dostaję. Jakoś tak się składa, że trafiam na dobrych ludzi. Nie przypisuję sobie żadnych specjalnych zasług w tym względzie, ale matencja nauczyła mnie, żeby innych tak taktować jak sama bym chciała być traktowaną. I powiem szczerze, że zdaję sobie sprawę z tego, że jakiś duch opatrznościowy nade mną czuwa, bo co i rusz coś od jakiejś dobrej duszy mi wpadnie i to zazwyczaj od dalekich dusz, takie prawdziwe niespodziewajki. Ja też puszczam w obieg różne niespodziewajki, więc jak to mówią pewnie dobro wraca :-) I tej wersji się trzymajmy. Ale nie o tym chciałam... Jutro jedna Ona, o której pisałam kiedyś sporo i często, odbiera wynik badania rezonansu. Boję się razem z nią. Bo wie, że coś jest na rzeczy tylko dokładnie nie wie co. Bosze, miej listość. Sprawa medyczna Młodego jeszcze się ciągnie i trochę jeszcze pociągnie. Oby ku lepszemu. Oby! Olałam dzisiaj konsultacje w szkole u Małej, bo skoro w gimnazjum w pierwszej klasie na półrocze nie będzie miała żadnej trójki, to po co będę wydeptywać ścieżki do nauczycieli, nie? SZM już kończy się chlapać pod prysznicem więc wiele już nie napiszę... Marzy mi się weekend we dwoje gdzieś na wyjeździe. Marzą mi się wakacje mimo, że moje/nasze? plany zakłaają remont a nie byczenie się na plaży. Zmiana w moim życiu zawodowym skutkuje zostawaniem w pracy dłużej niż bym chciała, ale trzeba to ukrócić, raz a zdecydowanie. a poza tym posrana jestem tym w co się pakuję i jak zwykle boję się, że nie dam rady
niedziela, 15 stycznia 2012
Weekend prawdziwie filmowy nam się zrobił: Kaligula - oglądałam po raz pierwszy. Mocne kino, ale warte zobaczenia. Różyczka - film bardzo mi się podobał. Klimatyczny obraz, który pokazuje prawdziwe emocje. Dobra obsada. Aktorka grająca Różyczkę na początku mnie trochę zdeprymowała, bo po obejrzeniu Jak się pozbyć cellulitu nie spodziewałam się po niej dobrego kina, ale mile się zdziwiłam :-) Polecam. Pozdrowienia z Paryża - chyba, a raczej na pewno już go raz widziałam, ale drugi raz oglądać mi się nie chciało, więc spasowałam i wylądowałam przed kompem :-)
- - - Byłabym zapomniała, że oglądaliśmy jeszcze Essential Killing Skolimowskiego. Nie podobało mi się. Zdecydowanie.
piątek, 13 stycznia 2012
Piątkowy leniwy wieczór. Postanowiliśmy spędzić wieczór w domu, nie fundując sobie żadnych dodatkowych atrakcji w postaci gości, czyli totalna laba i czas dla siebie :-)
Na wszelki jednak wypadek po obiedzie tak z wierzchu i na totalnego szybciora ogarnęłam to nasze domostwo, bo jak znam życie gdybym to pobojowisko poobiednie lekkie zostawiła to na bank ktoś by się w domu zjawił. Takie moje, nasze szczęście, jak bajzel w domu to zawsze się jakiś niezapowiedziany gość trafi. Ogarnęłam kuchnię, poskładałam pranie z suszarki, puściłam pralkę z kolejnym praniem, ogarnęłam nieco garderobę przy wejściu i już wiedziałam, że jesteśmy bezpieczni :-) Takie domowe hokus-pokus! filmowo: Wieczór pod znakiem filmu w naszym domu czyli: Sztos - O Boże, nie wiem czym tu się zachwycać, ale chciałam obejrzeć, bo właśnie wchodzi Sztos 2 więc chciałam mieć pojęcie co się kryje w jedynce. Jak się pozbyć celulitu - jedno słowo, a nawet dwa mi się na usta cisną: MASAKRYCZNA KASZANA! Bogu dzięki nie wydałam kasy na bilet do kina. Poza tym jedna z głównych bohaterek tak mnie drażni, że nie jestem chyba w stanie się skupić. Nawet nie ona sama, co jej głos. Powinna dawać głos w animowanych bajkach, bo do postaci dorosłej kobiety jakoś mi nie pasuje. No nie i już. - - - ...doczytałam, że pracuje też w dubbingu :-) - - - dooglądałam jeszcze film pt. Szamanka. Sporo rzeczy na jego temat słyszałam. A to, że Petry potrzebowała pomocy psychologicznej po nagraniach (się nie dziwię wcale), że nie było jej na premierze (bo jej pewnie było wstyd, że w takim czymś zagrała) i różne takie tam inne. Nie wiem co skłoniło ekipę do zagrania w tym filmie. Może chcieli się podlansować nazwiskiem reżysera, nie wiem. Petry przez cały film albo się pieprzy z Lindą (sorry za brzydkie słowo, ale inaczej się nie da), albo biega po ulicy. Dlaczego Linda w tym zagrał (i to fatalnie) to już nie wiem zupełnie. Generalnie - szkoda na to czasu. No i jeszcze braki dźwiękowe, słyszalność po prostu tragiczna.
dylematy SZM wrócił z wojaży, dzieci rzuciły się uradowane witać powracającego tatę, no to się wycofałam, ustępując im pola. A potem SZM mi mówi, że chyba się za nim nawet nie stęskniłam. Oczywiście zaprzeczyłam, ale w głębi duszy zadałam sobie pytanie ile w tym prawdy? Jego nieobecność to dla mnie pewnego rodzaju frajda, takie spuszczenie ze smyczy. Sama dysponuję czasem, tym co robię, co oglądam. I sama nie wiem na czym to polega, bo przecież na co dzień nie czuję żadnych uciążliwości, żadnej presji, ale frajdę z tego mam, jak wyjeżdża. Kiedyś gdy studiował, fajnie było, bo weekendy miałam dla siebie. To znaczy dzieci w domu były, więc nie tak całkiem tylko dla siebie. Oczywiście wówczas masa spraw była na mojej tylko głowie, mnóstwo komplikacji życiowych, towarzyskich też z tego powodu było, ale miałam frajdę jak go nie było. Nawet czasem z zazdrością myślę o koleżance, której mąż pracuje na zmiany. Czy powinnam czuć z tego powodu wyrzut sumienia? Nie, nie uważam, że ze mną jest coś nie tak, ale na wszelki wypadek nie afiszuję się z tymi uczuciami :-)
życie kulturalne Tak, od czasu do czasu coś dla duszy nam się należy. Zaliczyliśmy seans w teatrze. Daje do myślenia. Początkowo wydawał się być komedią, ale jak się okazało kończy się gorzko. I jak już mówiłam daje do myślenia. proza życia Spotkanie studenckie zaliczone, udane, jak zwykle bez fajerwerków, ale OK, może być. Bardziej czekam na moje babskie spotkania. Tam jest więcej szaleństwa, więcej tak zwanych jaj. Bo też znamy się jak łyse konie, a brać studencka jest jednak grzeczna, poukładana i z pewną taką jakąś rezerwą mimo wszystko. Takie mam wrażenie. Czy to jest uzależnienie gdy zamiast do kuchni, jakby nakazywał zdrowy rozsądek, kroki swe kieruję do komputera? Koniec pracowego tygodnia witam z uśmiechem, radością i planami kulinarnymi. Ale póki co lecę smażyć placki ziemniaczane, bo wkrótce SZM stanie w progach domostwa :-)
poniedziałek, 09 stycznia 2012
dietowanie? jakie dietowanie! Właśnie skończyliśmy wczoraj kolejne ciasto pod tytułem "Krówka". Wszyscy zgodnie pałaszujemy ile wlezie, bo jest naprawdę przepyszne. Wygląda też niczego sobie, prawda? ![]() babski wieczór SZM na delegacji w stolycy. Młody w pracy. A my z Małą za chwilę wskakujemy w pidżamki, do łóżeczka i robimy sobie babski wieczór. Maseczki kosmetyczne na cudne nasze buzieńki i Rodzinka.pl na laptopiku od pierwszego odcinka :-) Do miłego! Młody-gate
Problem medyczny Młodego stał się sprawą dyskutowaną przez całą prawie rodzinę; obie babcie plus rodzeństwo SZM. Szlag jasny nas trafia, bo komentarze jakie padają zwalają nas z nóg; "co to za lekarz, niedouczony jakiś pewnie" (komentator oczywiście wie lepiej),"ale jak można tyle razy?" (a niby dlaczego nie?),"i wy na to pozwalacie?" (tak, specjalnie to robimy, komentatorom na złość),"nie możesz tego tak bagatelizować, to jest naprawdę poważna sprawa" (dobrze, że mi powiedzieli, bo sama na to bym nie wpadła), itp., itd. CiotkaPrzemądrzalska powiedziała co wiedziała, a ona oczywiście wie najlepiej, zamąciła, podjudziła, rozogniła, ale sama milczy, do nas nawet nie zadzwoniła. Wszyscy wkoło są w błędzie, tylko ona jedna jest tak mądra, światła i inteligentna. Ona nawet wie wszystko lepiej niż podaje informacja na ulotce leku, toż to fenomen, i to nic że mówi co inne niż pisze w tej ulotce, ona się przecież zna najlepiej. Na wszystkim. Strach rozmawiać z nią nawet o pogodzie, bo jeszcze się okaże, że tylko ona dokładnie wie jaka jest pogoda w Polsce, bo ta reszta świata to się nie zna. Anonimka córka Matencja zadzwoniła, zaprosiła nas na dobre ciasto. Poczułam się zobligowana do odwiedzin, bo jeszcze w tym Nowym Roku tam nie byłam. Byli oboje. A ja pojechałam z Małą, bo SZM kategorycznie powiedział, że nie jedzie, bo nie ma ochoty znowu dyskutować na temat medyczny, a Młody był w pracy. Nasza delegacja w liczbie dwóch osób reprezentowała naszą rodzinę godnie :-) Potem dojechało jeszcze moje rodzeństwo. Najpierw musiałam przebrnąć przez temat Młodego, ale byłam dzielna i byłam uprzejma nie wkurzać się na matencję. A potem wypożyczyłam sobie tatencjusza, którego rozliczyłam z tego czy bierze leki, jakie ma ciśnienie, czego ma nie robić kategorycznie, a co powinien robić obowiązkowo. Lojalnie uprzedziłam też, że przy kolejnym telefonie matencji na temat wysokiego ciśnienia tatencjusza sama osobiście wezwę karetkę. Nie wiem tylko czy kwestię o tej karetce matencja usłyszała. Jadąc do rodziców wiedziałam, że będę miała kłopot z terminowym wyjściem, bo matencja jak zwykle będzie zbijać i torpedować moje argumenty. Nie pomyliłam się ani o ciut. Przyjechałyśmy o 16.00 i mówię do Małej tak żeby matencja słyszała - O 17.30 wychodzimy, bo chcę zdążyć na mszę na 18.00 I co mówi matencja? - Przecież możesz iść do naszego kościoła na 20.00 - !!! Ale wybroniłam się dzielnie mówiąc spokojnym tonem: - Nie mogę, bo chcę iść u nas na 18.00. I chyba trochę się już matencja wychowała, bo oporu nie było (bo kiedyś by był) postanowienia... na plus - Msza zaliczona. na minus - jak widać siedzę po nocy, zamiast spać od conajmniej 2 godzin bilans wychodzi na zero :-) filmowo Dzisiaj zaliczone: Tajemnica Rajskiego Wzgórza - taka sobie bajka... U-571 - wojenny, trzyma w napięciu. a teraz już idę stąd, bo w pracy będę półprzytomna. Dobranoc.
sobota, 07 stycznia 2012
marzy mi się nowa kuchnia Moja kuchnia to kuchnia tramwaj. Wąska, długa, z oknem na końcu. Wypisz wymaluj - tramwaj, wagon. Gdy wprowadzaliśmy się do tego mieszkania 14 lat temu musiałam ją zagospodarować nie użytkując jej wcześniej, kompletnie nie mając pojęcia jak to jest w tak małej kuchni, bo w naszym starym mieszkaniu kuchnia była naprawdę duża. I trochę błędów popełniłam, nie da się ukryć. Teraz jest szansa na ich poprawienie :-)
- przesunąć rury wodne, liczniki wody, Ponieważ wiele przestrzeni w niej nie ma stanowi ona pewnego rodzaju wyzwanie, by na tak małej przestrzeni zmieścić to wszystko co ja bym chciała :-) O kwestii finansowej nawet nie mówię, liczę na to, że to co mamy nam wystarczy. Być może troszkę weźmiemy na raty. Być może nie pojedziemy na wakacje. Nie można mieć wszystkiego. Jak zwykle mawiam "albo rybki albo akwarium". Spędziłam dzisiaj trochę czasu na planowaniu, ale i tak nic z tego nie wynika. Pomyślałam tylko, że takiego remontu nie robi się z dnia na dzień więc dobrze byłoby zabrać się za planowanie, umawianie terminów, zamawianie mebli, szukanie AGD, żeby wiosną zacząć rzecz uskuteczniać. Samo AGD to: - zmywarka (lat prawie 20, jeszcze działa, ale czas na wymianę, no i nie jest zabudowana) - kuchenka (lat ok. 15, nie jest zabudowana, a po drugie aż się prosi o wymianę, mimo, że dobrze piecze) - okap (lat chyba 4, w zasadzie mógłby być, ale z uwagi na oszczędność miejsca planuję inny, płaski, tak by nad nim móc jeszcze powiesić szafkę) - zlewozmywak (lat 14, chyba chcę większy) - bateria (lat chyba 4, nie jest taka zła i nie taka stara) Roboty brudnej, tak zwanej remontowo-budowlanej całe mnóstwo, czyli; - przesunąć rury gazowe, - prąd czyli nowe gniazdka i oświetlenie - usunąć kafelki ze ścian - zrobić podłogę (kafelki czy panele?) - wymyślić coś na ścianę między szafki stojące i wiszące (kafelki? szyba? panel? coś inne?) No i na koniec wisienka czyli - meble, które trzeba wcześniej zamówić, bo wiadomo, że czas oczekiwania może być różny Tak raz jeszcze sobie przeczytałam to, co napisałam. Może ja jednak zagram w Totka?
wstęp Wraz z Nowym Rokiem zaczęłam wpisy numerować (zazwyczaj mam problem z tytułowaniem ich, a po ostatnim problemie z brakiem tytułu postanowiłam tytułować je już zawsze) i sama sobie życie utrudniłam. Jakąś tam kolejność wypadałoby zachować, tak?
zdrowotnie Młody medycznie już zaopatrzony. Niepokój mnie targa i szlag jasny trafia, że tak długo się to wlecze. Mam szczerą nadzieję, że do trzech razy sztuka i ten trzeci właśnie będzie razem ostatnim, bo już mi ręce opadają. Doszło do tego, że oboje z SZM sięgnęliśmy do metod niekonwencjonalnych, stosowanych przez matencję, w których działanie matencja wierzy bardzo mocno, a my chyba mniej, ale jak widać chyba szukamy pomocy także w mocach boskich. Wizyta u zębologa zaliczona. Nawet nie było tak źle. Jak się tak calutki dzień nabałam i samą siebie straszyłam, to koniec końców okazało się, że nie jest źle :-) A jeszcze dwa razy taka przyjemność mnie będzie czekać. Magiczne hasło - kiretaż. Mówi to Wam coś? pierwszy weekend Jak ja lubię długie weekendy! Pierwszy długi weekend w tym roku spędzamy całkiem sympatycznie. Wczorajszy, a zważywszy na porę to przedwczorajszy, bo mówię o czwartku, wieczór spędziliśmy u rodzeństwa mojego. Miło, sympatycznie, spokojnie, rodzinnie. Dzisiejszy, znaczy piątkowy, wieczór u znajomych. Też w podobnym klimacie. Jutro (sobota) będziemy gościć się u nas. Niedzielę póki co mamy wolną, ale wypadałoby może podjechać do matencji, bo jeszcze w tym roku u niej nie byliśmy. Nie wiem tylko czy uda mi się rodzinę wyciągnąć. noworoczne postanowienie Dzisiaj spałam prawie do południa. Dość powiedzieć, że nie wygrzebałam się na mszę do kościoła na 13.00:-) Dzielnie podreptałam na mszę na 16.00. Dopiero w Kościele przeczytałam, że akurat dzisiaj tej mszy nie ma. Koniec końców zaliczyłam mszę na 18.00. Sama siebie podziwiam, że mi się chciało. Znam siebie i wiem, że jak zerwę ten łańcuszek, ominę jakąś mszę to już będzie mi ciężko znowu tam trafić. A cokolwiek bym nie mówiła, chyba się starzeję, bo źle się czuję z tym kiedy SZM dzielnie rano wędruje, potem Mała, a ja niczym czarna owca staję się argumentem dla Młodego, że przecież on też nie. Więc póki co chodzę. Nie wygram konkursu na najbardziej rozmodloną wierną, bo myśli moje wędrują po całym kosmosie, umysł planuje, analizuje, wspomina i doprawdy niewiele ma to wspólnego z modlitwą, ale potrzebna mi taka chwila skupienia, poczucia wspólnoty i nie wiem czego jeszcze. nowa kuchnia... Tak, marzy mi się nowa kuchnia. - - - - - - - - - - godz. 5.05 (rano!!!) ...najpierw zaplanowałam remont, a właściwie wymianę kuchni, a potem... ...utonęłam w ofertach wakacyjnych, Eurocampach, Vacansoleil'ach i innych. Z rozpędu nawet zaczęłam organizować nam weekend majowy w Budapeszcie. A przecież wiadomo, że albo rybki... I ani się obejrzałam - świta. Nie wiem czy warto kłaść się spać... :-)
środa, 04 stycznia 2012
sentymentalnie Spotkanie z kolegą z lat dawnych przywołało wspomnienia i nastroiło mnie nostalgicznie, refleksyjnie.
Chcąc nie chcąc dokonałam pewnego rodzaju analiz i podsumowań tego czasu, który minął od lat szkolnych. Porównałam siebie i resztę tego towarzystwa, zastanowiłam się w którym miejscu jestem ja, a w którym oni, dokonałam bilansu zysków i strat, że tak powiem :-) Rodzinnie in plus /fajne te moje dzieci i ten sam maużon od początku :-)/, zawodowo na tle reszty raczej średnio /biznesmeni, wysoko postawieni urzędnicy, aktor, rzecznicy prasowi różnego kalibru, nauczyciele i inni/, a może tak tylko mi się wydaje, majątkowo nie porównywałam, bo to przecież bez sensu :-) Takie spotkania to do siebie mają, nawet przypadkowe, niezaplanowane. Potem w głowie siedzi. mega-doła mam I nie wiem sama czy ta cała operacja umysłowa, której dokonałam czy informacja, że z Młodym trzeba znowu do SpecjalistyMedycznego, czy może świadomość, że wieczorem czeka na mnie Zębolog i na pewno nie będzie to fajne przeżycie, sprawiły, że mam doła na maxa. No nie wiem sama...
wtorek, 03 stycznia 2012
w pracy
Posiedziałam dzisiaj w pracy prawie do wieczora. Jestem jeszcze pełna entuzjazmu i nie jest dla mnie problemem zostawanie po godzinach po to by się czegoś nowego nauczyć, dowiedzieć. Ciekawe kiedy mi się zmieni? Zwalczam w sobie potrzebę uporządkowania tego biurowego bałaganu (żeby nie powiedzieć niechlujstwa), który tam panuje. Gdyby to ode mnie zależało to skłonna bym była zostawać po godzinach i w miarę szybko uporać się z tym wszystkim, mieć wszystko poukładane, posegregowane, po prostu porządek. Niestety jeszcze trochę czasu musi minąć nim będę mogła ogarnąć to biuro po swojemu. A męczy mnie ten chaos okropnie. w domu Święta były, minęły. Kolęda zaliczona więc na dobrą sprawę mogłabym schować już choinkę. Nie wiem tylko co na to moja rodzinka. Wyjedliśmy już wszystkie pyszności czas więc zabrać się do roboty i walczyć o siebie. To, co pokazała mi wskazówka na wadze łazienkowej wcale mi się nie podoba. To co czuję na sobie w miejscach strategicznych tez mi się nie podoba. Tak więc nie pozostaje nic innego jak stanąć do walki o powrót dawnej wagi. Jutro kolejna wizyta u zębologa i już teraz wiem, że nie będzie sympatycznie. Ale co mus to mus. Obiecałam sobie zaliczyć też gina, bo już dwa lata od zaminerowania, więc wypadałoby się pokazać ot tak. Na szczęście okulistę załatwiłam jeszcze w starym roku. W przyszłym tygodniu kilka atrakcji; spotkanie braci studenckiej (a tak właściwie sióstr) i nieobecność SZM, który wyjeżdża na delegację do stolycy. Lubię być sama (znaczy z dziećmi, ale sama), to dla mnie w pewnym sensie atrakcja :-) wakacyjnie Zaplanowaliśmy już w naszych firmach urlopy. Celujemy na sierpień, ale pamiętając długie zeszłowakacyjne wyczekiwanie na urlop wczasowy i mieszane uczucia z tym związane (radość, że to nareszcie urlop i smutek, że jak go skończę to wakacji już kres) postanowiliśmy urlopować nieco wcześniej. Nie planujemy póki co żadnego wyjazdu, nie wiem czy w ogóle gdzieś pojedziemy. Małą wyślemy gdzieś na obóz, Młody zadba sam o siebie (albo i nie, ale za stary jest by organizować mu wakacje), a my sama nie wiem, ale coś tam sobie wymyślimy. Może remont kuchni? :-)
poniedziałek, 02 stycznia 2012
sukces wychowawczy? Jestem jeszcze w pracy. Mała dzwoni do mnie z komórki i pyta czy może iść na godzinkę do szkolnej koleżanki. Mamy problemy ze słyszalnością, pytam czy teraz jest w domu czy jeszcze w szkole, w końcu dogadujemy się jakoś, zgadzam się na te odwiedziny.
Przecież sama chciałam, żeby bardziej trzymała się szkolnych koleżanek. Przyznam szczerze, że przemknęło mi przez myśl, że może chce iść do koleżusi, ale wie, że to mi się na pewno nie spodoba, bo zapowiedziałam zmianę obyczajów od Nowego Roku, więc przemknęło mi tak cichutko w umyśle, że może coś tam kombinuje. Wracam z pracy, a Mała już w domu, sprząta w kuchni naczynia ze śniadania. Jestem szczerze zdziwiona, bo przecież miała być u koleżanki. Okazało się, że Mała dzwoniła do mnie już z domu koleżanki. Była tam w sumie ok. pól godzinki. Mimo, że się zgodziłam na tę wizytę, nie chciała zostać dłużej, bo gryzło ją sumienie, że mnie w pewnym sensie oszukała, bo przecież nie była jeszcze w domu po szkole. A ja na pewno zobaczę, że jej plecaka w domu nie ma i zorientuję się, że coś jest nie tak. I nie dość, że wróciła, to jeszcze zabrała się za sprzątanie. Pytanie brzmi - nieczyste sumienie czy obawa że sprawa się wyda?
niedziela, 01 stycznia 2012
I Nowy Rok się zaczął... Nie zdążyłam już odpalić komputera,
żeby złożyć Wam drodzy moi życzenia noworoczne, za co bardzo
przepraszam. Z opóźnieniem i to jakim, ale nie mniej serdeczne, ślę je teraz w
Waszym kierunku. I dziękuję za wszystkie te skierowane w moją stronę :-)
* ...co do wymienianych przeze mnie przesądów, nie wszystkie respektuję, bo sobie przecież życia nie będę utrudniać. Część z nich uznajemy tylko w stosunku do matencji, bo wiemy jak wielka wagę ona do tego przywiązuje. * Jeszcze w starym roku zaszalałam troszkę i z kasiorki prezentowej gwiazdkowej uzupełniłam sobie kolorowe kosmetyki. Tak mnie ostatnimi czasy nachodziła chętka, na to, by dokupić co nieco. Poczuć się bardziej kobieco, móc se strzelić oko eleganckie mniej lub bardziej. Niekoniecznie trzeba od razu strzelać se takie super-oko, ale sama świadomość, że jak by mi się tak zachciało to mogę, jest bezcenna i całkiem przyjemna :-) * Problem medyczny Młodego uaktywnił się był znowu. Do specjalisty jednak nie pojechali (miał jechać z SZM), bo wydawało im się, że wszystko OK. A jednak nie. Ręce mi już opadają... I serce z niepokoju drży. * Sylwester odfajkowany w miłym sympatycznym towarzystwie. Bez szału i szaleństwa, ale kameralnie, spokojnie. Mała imprezowała u koleżusi, a Młody w pracy. Wrócił zadowolony i w sumie to chyba mu się nie dziwię. Pracował - wiadomo, ale co się naoglądał na to, za co inni płacili ciężką kasę to jego, a do tego pełen catering, napoje, potem procenty i jeszcze mu za to zapłacą :-) SZM w domu się wyżywał kulinarnie w stopniu umiarkowanym, tu raczej ja miałam więcej zadań do wykonania. Walczyłam za to z SZM, który nie przyjmował do wiadomości, że będziemy ten Nowy Rok witać w gronie czterech dorosłych osób i był skłonny przygotować żarcia jak dla całego pułku. No mało brakło, a byśmy się ostro pokłócili. Moje działania kulinarne to między innymi słodkości: - ciasto drożdżowe, które pokochałam za to, że nic prawie przy nim nie trzeba robić, a jest przepyszne, - na życzenie SZM zrobiłam mu ciasto/deser czyli Domek Baby Jagi, - i na moje własne życzenie Ciasto Krówka, które polecam ze szczerego serca. Z niesłodkich rzeczy polecam uwadze Waszej pyszność pod tytułem sałatka warstwowa z tatarem z łososia. Dla mnie poezja kulinarna. Skłoniłam się podczas wieczoru sylwestrowego ku mieszaninie procentowej gin+tonic. I nie żałowałam, a jeszcze niedawno wydawało mi się, że gin strasznie pachnie i smakuje choinką :-) Może dlatego, że ten gin był z limonką? W każdym razie był bardzo dobry, serio! * Postanowień noworocznych nie robię. No może to dotyczące utraty wagi, ale to raczej jako marzenie i cel do osiągnięcia się jawi, a nie postanowienie. Może jeszcze moje wcześniejsze chodzenie spać? Ale przecież przy kompie się tak fajnie siedzi, a blogosfera zachęca... | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||