na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 30 stycznia 2009
I już z powrotem :-) Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej...
          Nie powiem, żebym zachwycona była. Było fajnie, ale bez fajerwerków. SZM mówi, że to dlatego, że do nich nie przywykłam. Nie, nie do fajerwerków, tylko do krewniaków :-) Może i tak. Każda rodzina ma swoje zwyczaje, tradycje, życie, stosunek do gości. Nie jestem przyzwyczajona do "lodówka tu, chleb tam, a szklanki tam - jesteś głodna to sobie zrób". W pełnym tego słowa znaczeniu! Serio.
          Szczerze mówiąc, źle się czułam. Miałam wrażenie, że przeszkadzamy, że tylko czekają żebyśmy sobie już pojechali, że wpakowaliśmy się im po prostu. Nie wiem czemu tak było. Byliśmy zaproszeni :-) To pewnie dlatego, że to w ogóle pierwszy wyjazd do rodziny SZM. Bo generalnie oni (SZM&company) nie utrzymują kontaktów z dalej mieszkającą rodziną. Więc nie jestem przyzwyczajona do bycia u innych :-)) Na to wychodzi. Bo i zapraszali na zaś. I chcieli Małą na dłużej. I namawiali na wakacje. I w ogóle. To pewnie moje chore jestestwo wyszukiwało dziury w całym. Jak zwykle.


          A zimą góry są piękne...
Zafundowano nam przepiękne krajobrazy, które znane są przede wszystkim miejscowym, z daleka od tłumu turystów i rozwrzeszczanej gawiedzi.
... tłumek ludzi na Gubałówce przeraził nas i zwyczajnie uciekliśmy, nie ma co się kryć : -) Masa kłębiących się ludzi jak na głównym deptaku miejskim. I do tego prawie sami lanserzy. Masakra. Kompletna.

          Jeszcze dzisiaj musiałam przeżyć humory matencji, która wczoraj cokolwiek poczuła się urażona tym, że nie daliśmy znać, że już wróciliśmy. Konkretnie zapewne (daję sobie odciąć rękę, nogę i cokolwiek jeszcze) chodziło o to, że teściowa wiedziała, że wróciliśmy (bo SZM dzwonił z pozdrowieniami i tak zwaną relacją "jak było" i "kogo spotkał, widział"), a ona, matencja nie (bo ja nie dzwoniłam). Jakże to tak? Ona, znaczy się gorsza, tak? Doskonale wiedziałam o co chodzi. Ale dziś robiłam dobrą minę do złej gry. Udawałam, że totalnie nie wiem co jest grane, a matencja oczywiście nie powiedziała o co konkretnie biega, tylko, że nie daliśmy znać, a ona przecież dzwoniła do Młodego, martwiła się, bo sam został, bez opieki...
          Młody został sam, jednak. Ale po naszym powrocie powiedział, że to jednak nie jest taka atrakcja być samemu w domu i że następnym razem pojedzie :-)
          Mała zobaczyła jak to jest być starszą siostrą. Zobaczyła, ile rzeczy mogą w domu zrobić dzieci. Ile rzeczy muszą zrobić.
          Mnie samej ten wyjazd uświadomił, że zbyt kurczowo trzymam swoje dzieci pod spódnicą, bo inne dzieciaki są bardziej samodzielne, wdrożone do obowiązków domowych. Że jestem stanowczo zbyt wielką Zosią-Samosią, a wdrażanie do prac domowych dzieci to nie to samo co wyręczanie się nimi, czego właśnie chciałam za wszelką cenę uniknąć.
          SZM z kolei zobaczył jak inny dom wygląda od środka. Mam szczerą nadzieję, że docenił, bo tak właśnie odebrałam jego słowa :-)))
          I tak każdy z nas coś z tych kilku dni wyciągnął dla siebie.

 
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Wczorajszy egzamin- porazka totalna, kobieta zamętliła nam w głowach wielokrotnymi odpowiedziami, zrobiła podchwytliwe pytania z jedną prawidłową odpowiedzią. Zobaczymy czy w ogóle będzie do przodu. Jestem zła, bo zepsuje mi dotychczasową doskonałą średnią :-) ale pretensje mogę mieć tylko do siebie, niestety.
Ruszamy na kilkudniowy wyjazd w góry, do rodziny. Młody nie chce z nami jechać, woli zostać w domu. Niech ma, zmuszać go nie będę. Zostanie samemu w domu to dla niego większa atrakcja niż wyjazd z rodziną. Rozumiem, ale żal mi. A do tego obie babcie oburzone na to, że go zostawiamy wydzwaniają mi tu jak najęte. Ech...
Do miłego Wam wszystkim!
sobota, 24 stycznia 2009
Wczorajszy dzień prawie caluteńki spędziłam w biegu. Do domu ściągnęłyśmy obie z Mała przed 20.00. Psychicznie byłam tak zmęczona że nie miałam siły na nic. Zresztą chyba było widać, że padam na pysk. Zaległam w łóżeczku tuż po 22. Jak nie ja :-)
a dziś ...
Uczelniany weekend.
Zazwyczaj staram się mieć przed wyjściem wszystko ogarnięte, albo rozdysponowane, opanowane. Teraz nie chciało mi się po prostu. Stwierdziłam, że i tak wychodzę z domu to co mi zależy. Rano na uczelnię. Przed wyjściem podrzuciłam SZM temat prasowania, ale się tylko zaśmiał. We mnie tak lekko zabulgotało. Dawniej bym się pewnie zagotowała. ale po powrocie baaardzo się zdziwiłam, bo stał przy desce. Wyprasował wszyściuteńko. Teraz poszedł sobie po piwko w nagrodę :-) Zapytał co mi kupić, ale nie mam ochoty na nic. Jeszcze do notatek muszę zajrzeć, bo jutro egzamin.
Chyba nawet posprzatali chałupę...
piątek, 23 stycznia 2009
Rano jak zwykle, tyle że byłam bardziej zaspana. Śniadania, makijaż i do pracy.
Z pracy szybciorem do domu, bo po południu zebranie u Małej w szkole. Szybki obiad dla dzieci, z SZM minęłam się w drzwiach i pognałam do szkoły.

Mała - super, lux - średnia 5.00. Generalnie rzecz biorąc pogorszyła się rzec by mozna, bo zawsze była w klasie druga, a teraz jest dopiero czwarta :-)
Coś narzekała od rana na ból brzucha. W szkole była u higienistki, dostała krople. Niby dobrze było i po poludniu znowu zgłaszała ból. Bez wymiotów.
Mam szczerą nadzieję, że nie dopada jej właśnie jakieś wredne choróbsko, bo
1.) jutro idziemy na bal przebierańców, szkoda by było, żeby nie poszła
2.) od poniedziałku u nas już są ferie i planujemy do rodzinki w góry strzelić sobie wypad na 2-3 dni

Po zebraniu po prostu padłam i strzeliłam sobie drzemkę. Wstałam po 20.00. Bezceremonialnie zasiadłam do kompa. Siedzę do teraz. A czas leci.
Udało mi się zmusić Młodego do wypastowania butów (pod groźbą obcięcia kieszonkowego, za niesłuchanie poleceń:-)
Suszarka z powieszonym wczoraj, już suchutkim praniem stoi nadal.
W kuchni wszystko na mnie czeka aż posprzatam.
Buty czekają na umycie.
Bo Młody wypastował swoje, które umyte były już wczoraj. Nawet mu do głowy nie przyszło żeby umyć resztę stojących w szeregu butów.
I za chwilę jak podniosę dupcię sprzed monitora to muszę:
- ogarnąć kuchnię
- zdjąć pranie z suszarki
- przygotowac Małej kostium balowy
- umyć te buty
- napisać usprawiedliwienie, bo Mała jutro nie ćwiczy na lekcji wf.
A SZM obejrzał kolejny film (a nawet dwa) i śpi przed włączonym TV.



czwartek, 22 stycznia 2009
Kiedy rano zadzwonił budzik byłam półprzytomna ze zmęczenia. Gdzie te czasy kiedy mogłam pół nocy nie spać i rano wstawać bez problemu? Teraz już tak fajnie nie jest. Wstaję jak zdjęta z krzyża. Dramat normalnie.
Zadzwonił budzik.
Wstałam, poukładałam w chałupce to, czego nie zrobiłam wieczorem,
umyłam resztę naczyń, których dzieci wieczorem nie wstawiły do zmywarki,
w samej zmywarce poukladałam naczynia "jak należy",
zrobiłam śniadanie do pracy, do szkoły,
nastawiłam pranie na popołudnie,
espresowo wypastowałam buty swoje, Małej i Młodego (wiem, wiem to już przegięcie, niech to robią sami),
ogarnęłam się, rzuciłam makijaz na twarz
i pomaszerowałam dziarsko do pracy.
Z pracy udało mi się wyjść nawet wcześniej, o wiele wcześniej niż przypuszczałam. SZM jeszcze nie było, Młodego też nie.
Zdjęłam z suszarki pranie, które wisiało już dwa a może trzy dni i nie było chętnych do zdjęcia go. Pralka właśnie kończyła prać.
Odgrzałam Małej obiad, a w międzyczasie moi chłopcy zjawili się w domu.
W oczekiwaniu na to aż Mała zrobi lekcje, przed wyjściem do teściostwa z okazji Dnia Dziadostwa usiłowałam ciutek podrzemać, a potrzebowałam tego bardzo, ale cóż to jest 5 minut..., chyba nie warto robić sobie smaka.
Posprzatałam naczynia po obiedzie,
wyciągnęłam pranie z pralki do misek i pojechaliśmy z wizytą po drodze szukając jeszcze jakiegoś upominku dla Dziadostwa. 
Po powrocie zabrałam się za wieszanie prania,
usiłowałam zagonić Młodego do czyszczenia butów (ale ja teraz robię zadanie),
od SZM dowiedziałam się, że butów myć nie trzeba bo są czyste(!!!).
SZM włączył sobie film, a ja uporządkowałam do końca kuchnię,
umyłam te buty i podłogę, bo jednak nie były czyste (:-]),
z rozpędu umyłam jeszcze toaletę.
Zrobiłam sobie herbatkę i już przed godziną 22 zasiadłam przed kompusiem.

Taaaak, jestem spokojna. I sama sobie się dziwię.
Obiecywałam sobie, że pójdę wczesniej spać. i co? Guzik z pętelką.

Masz rację Iksińska - "mama która trzyma rękę na pulsie wszystkiego i reszta, z której każdy ma swoje własne sprawy na pierwszym miejscu"

Nie nazywam swoich uczuć... bo ja wiem czemu...?
Tak, jestem podejrzanie spokojna. Czasem czuję się tak jakbym stała obok. Nie mam ochoty się kłócić. Wolę zmilczeć, bo nie chce mi się wysłuchiwać od SZM, że ja nigdy albo zawsze.
Ostatnio staję sobie z boku, obok nas, siebie i obserwuję, analizuję.
Widzę, jak często SZM jest poirytowany, że mówi podniesionym tonem, widzę cechy, które mi się nie podobają, stosunek do pewnych spraw, zjawisk i zachowań (różnych, nawet mało istotnych), którego ja nie pochwalam, albo uważam za negatywny. Patrzę tylko. Nic nie mówię, bo każdorazowa rozmowa, próba rozmowy kończy się wyrzucaniem win, żali i pretensji.
Widzę, że podniesionym głosem zwraca uwagę Młodemu w sprawie ewidentnej błahostki, a potem ma do niego pretensje, że on tylko burczy i burczy. Odezwę się - znowu będzie, że staję po stronie Młodego, że go bronię. Więc się nie odzywam. Młody się nie broni. Jeszcze się go boi, ma respekt. Jeszcze. Boję się jednak momentu gdy wywali mu prosto z mostu co mu leży na wątrobie. Moje usiłowania zmiany stosunku SZM do Młodego nie mogę powiedzieć, że nie daja efektu, bo dają, ale to nie taki efekt, jakiego bym sobie życzyła. Nie ma partnerstwa i szacunku. Jest pozycja ojciec i gdzieś tam daleko syn.
SZM nie potrafi rzeczowo dyskutować. Popełnia wszystkie podstawowe błędy, począwszy od sławetnego nigdy i zawsze, a skończywszy na bo Ty zawsze wiesz lepiej, nie dasz sobie powiedzieć, jesteś mądrzejsza, itp. Nie mam ochoty na ostre dyskusje, jestem zmęczona. Nie chce mi się. Czuję się jakbym była wewnętrznie wypalona. Potem i tak kończy się na sporze o rodziców, mamuśki. Ja już znam cały scenariusz. Wiem, że SZM w pracy ma teraz niewesołą sytuację, która ciągnie się wciąż, nasila sie tylko raz bardziej, a raz mniej. Teraz zdecydowanie bardziej. Może to dlatego.
Dlaczego ja go usprawiedliwiam...
"krążysz, ale nie nazywasz swoich uczuć" - coś w tym jest. Jestem zmęczona psychicznie.
Nie cierpię, nie denerwuję się egzaltowanie, nie pragnę rozwodu, a wręcz przeciwnie, chcę z nim byc, nie wyobrażam sobie inaczej. Ale jestem zmęczona. Naprawdę.

wtorek, 20 stycznia 2009

Robię chyba wszystko byle tylko nie zacząć się uczyć...Niby nie mam czasu, bo faktycznie do końca tygodnia plany napięte na maxa, ale jakby tak człowiek naprawdę chciał...
Jak się tak napatrzyłam na focie znad ciepłego Adriatyku, na te piękne krajobrazy, na te okolice, to już mi się dusza rwie. Bardzo się cieszę na te wakacje. Mam szczerą nadzieję, że wybrane towarzystwo nie sprawi nam kłopotów. Mamy za soba już kilka wyjazdów, znamy się dobrze, rzec by można aż nadto dobrze. Ostatnio trochę nam się stosunki rozluźniły, ale to może i dobrze. A może - bardzo dobrze? E, aż tak to chyba nie.

Tak sobie myślę o tych moich domownikach, o dzieciach. Dochodzę do wniosku, że czas zmienić organizację w domu. Niby nie jest źle, ale...
Przeanalizujmy, może nie jest źle, może to tylko moje wydumania...
Rano. Dzwoni budzik. Wstajemy. Śniadania (wyjściowe, tzn. do pracy, do szkoły) dla wszystkich robię ja.
Praca. Drobne codzienne zakupy - ja.
Powrót do domu.
Obiad robię ja.
Do stołu nakrywają dzieci.
Talerze z powrotem do kuchni wynoszą dzieci. Walczę o to, by wkładanie do zmywarki bylo nawykiem. To, co nie do zmywary - myję ja. To trzeba koniecznie zmienić.
Przy naszych drzwiach wejściowych należy ze względu na układ mieszkania zetrzeć codziennie przynajmniej raz i umyć wszystkie buty. Z reguły - ja. Ostatnio - sukcesywnie zaprzęgam SZM.
Ponadto - moja działka to: pranie, prasowanie, a także wieczorne doprowadzanie chałupy do stanu wyjściowego czyli - wszystko ma być tak, że gdyby w nocy goście przyszli to nie będzie się czego wstydzic, a gdyby się palilo to podczas ucieczki nie pozabijamy się o porozrzucane klamoty :-) i jeszcze moja działka to cotygodniowe duże zakupy; ja dowożę pod dom, a chłopaki wnoszą do góry (czasem ja też wnoszę...). Do lekarzy, na wywiadówki, do urzędów, na pocztę - ja.
Działka dzieci to: śmieci (zdarza się, że je wyręczam, ale skoro i tak idę na dół...), sprzatanie klatki świnki morskiej (zdarza się, że i ja posprzatam, ale już zdecydowanie rzadziej), w sobotnie albo inne duże sprzątanie - odkurzanie i ścieranie kurzy,  porządek w swoich pokojach (też wyręczam czasem, ale tylko wtedy gdy nie ma ich w domu...), wanna (Młody), czasem toaleta (Młody), segregowanie wysuszonej bielizny, więcej nie pamiętam.

Zawsze gdy mam wyegzekwowac coś w kwestii porządków, czy innych prac domowych od dzieci to mam jakies taki wyrzuty sumienia. Pierwszy z brzegu przykład. Z dzisiaj.
- SZM - umyj nasze buty i zetrzyj przy drzwiach wejściowych, ok?
- Ok, za chwilę. - i juz słyszę - a dlaczego Młody tego nie może zrobi?
- bo się ma uczyc, a Ty siedzisz i oglądasz TV, więc dlaczego nie miałbys tego zrobić Ty? - myślę sobie, nie mówiąc tego na głos i mówię:
- powiedz mu, żeby umył.

- dobra, dobra, umyję.

SZM gotuje w weekendy (nie zawsze), gotuje dla gości, czasem coś zrobi do jedzenia w środku tygodnia, nie jest to zasada sztywna, ale jest. Pomaga w sprzątaniu. Jak trzeba to poradzi sobie ze wszystkim, tylko jakoś tak się dzieje, że nie często trzeba :-) I to chyba jest błąd. W jego mniemaniu zapewne wygląda to zupełnie inaczej.

Od pamiętnej rozmowy przed i posylwestrowej nie dbam o porządek w szafce z ciuchami SZM. Skoro ja tylko przekładam z szafki do szafki to niech sobie teraz przekłada sam :-)  Zdecydowanie bardziej angażuję domowników w prace domowe. I nie zdaję już relacji z tego, co się działo w pracy.
- Co tam w pracy?
- Dzięki, jest OK. - Koniec kropka.
I tak chyba lepiej.
Zdecydowanie lepiej.

Poza tym jest OK.
I uprzedzam pytania; nie, nie mam doła. Nie, nie nawrzucaliśmy sobie z SZM.

Buty stoją nieumyte (zostaw, zostaw, ja je zaraz umyję), SZM na kanapie chrapie, przed chwilą wyłączyłam TV. Zmywarkę już rozpakowałam, sprzątnęłam kuchnię, z piekarnika pachną gołąbki przygotowane na jutro, bo jutro w pracy zdecydowanie dłużej niż normalnie, pojutrze - zebranie w szkole, po pojutrze znowu w pracy - ponadnormatywnie dłużej, a ja powinnam się uczyć... albo chociaż mieć wrażenie, że ktoś mnie wspiera żebym ja mogła się pouczyć, żeby było mi lżej...

Przesadzam?


sobota, 17 stycznia 2009
Za tydzień mam egzamin i to z tych ciężkich. Nie potrafię się zmusić do nauki. Może od jutra zacznę. Już tak sobie obiecuję od początku tygodnia. Nawet w torebce nosiłam książkę, bo gdyby się okazało, że można to trzeba wykorzystać wolny czas. :-) Nie było jednak okazji :-]

Dzisiaj sobota pod znakiem gości. Miło sympatycznie, ale bez fajerwerków. Rodziny, a zwłaszcza sióstr własnego i osobistego męża się nie wybiera :-)

Sprawę wakacji właśnie dopinamy na ostatni guzik. Może nie będzie tak źle jak się zapowiada. Napaliłam się na te wakacje strasznie. To mój pierwszy wakacyjny zagraniczny wyjazd. Zapowiadało się że pojedziemy sami. SZM nie był zachwycony, jazda w nieznane na dwa auta jest znacznie bardziej przyjemniejsza. Jedziemy we dwie rodziny. Młody będzie miał towarzystwo. Mała niestety nie.
Po ostatnich wakacjach spędzonych w rodzinnym gronie z rodziną mojego rodzeństwa nie zdecydowalismy się na propozycję wpolnego wyjazdu. Myślę, że nadszedł czas na odpoczynek od siebie. Taka higiena psychiczna.
Był czas, że musielismy odpocząć od tych znajomych z którymi jedziemy teraz. Mam nadzieję, że po powrocie nie będę sobie pluła w brodę, że im to zaproponowaliśmy :-)

Z przyjemnością wpiszę tu, że z 78 kg mojego jestestwa po miesiącu terapii (Zelixa) zostało już tylko 73, co widoczne jest w ciuchach, a raczej w ich rozmiarach. Wczoraj zwężałam spodnie kupione tuż przed terapią. Żadnych sensacji zdrowotnych nie mam, pędu do jedzenia tez nie. Lek podnosi ciśnienie i szczerze powiem tak się lepiej czuję. Z tym podniesionym ciśnieniem. Bo normalnie to ja jestem niskociśnieniowcem.

Przed świętami dowiedziałam się, że jedna z moich koleżanek z klasy jest po mastektomii. Cały czas o niej myślę. O sobie również. Czas wziąć się za siebie. Trzeba zrobić przegląd techniczny. Jedna po matektomii, druga po histerektomii, kolejna to już wdowa. Wszystkie to moje rówieśniczki. Tak, oprócz tego, że kobieta 40+ jest kobietą świadomą, znającą swoją wartość, należałoby dopisać, że kobieta 40+ powinna być kobietą z aktualnym przeglądem stanu technicznego, ktorego wynik powinien brzmieć "bez zastrzeżeń".


Znalezione w necie...

40-latki dlatego uważają, że wyglądają młodziej ponieważ w swoim gronie w większości przypadków tak się czują. Tu nie chodzi tylko o wygląd zewnętrzny,ale w głównej mierze o samopoczucie. Kobieta 40+ zna już swoją wartość nie musi się wystawiać facetom jak koń na Służewcu, co niestety nastolatki czynią na co dzień.
My jesteśmy już pozbawione tego stresu czy się spodobamy czy nie, znamy swoja wartość, teraz to nie my polujemy na facetów tylko oni podstarzali, łysiejący, a mający się za adonisów, trzymają się naszych kiecek. W swoim męskim gronie jeden przed drugim udaje super kochanka, ale w rzeczywistości im facet starszy tym możliwości seksualnych mniej, tak zadecydowała natura, a z kobietami jest odwrotnie. My dopiero w późniejszym wieku doceniamy seks, a to również dlatego, że nie zadowalamy się byle czym, nastolatki często nawet nie wiedzą co to jest orgazm, bo się wstydzą o tym rozmawiać. Dlatego facetom łatwiej uprawiać seks z młodymi niedoświadczonymi dziewczynami, bo one się nie przyznają do tego, że ten seks był do d**py. My kobiety dojrzałe nie damy się tak łatwo zbyć i oszukać, przy nas facet musi się starać, nam nie chodzi wyłącznie o zadowolenie go, ale również o naszą przyjemność (a może przede wszystkim).


Mogę się pod tym podpisać:-)))
Choć to nie moje słowa.
czwartek, 15 stycznia 2009
Już przekonałam SZM do ciepłego Adriatyku.
Już znalazłam wspaniałe miejsce.
Nawiązałam kontakt.
Znalazłam wspaniałego internetowego doradcę, który krok po kroku objaśnił nam tajniki wypadu w tamte rejony.
Już właściwie gotowa byłam się spakować.
Mała skakała z radości.
Młody też się cieszył.
SZM złapał bakcyla i planował co zwiedzimy.
Moja dusza już grzała się w letnim słoneczku, a dupcia w ciepłej wodzie.
Wszystko prawie załatwione.
Tylko przesłać zaliczkę.

Prawie robi wielką różnicę.

Firma SZM ma kolejne plany reformacji. Wszystko miesza się o 180 stopni. Tym razem nikt nie zna dnia ani godziny.

Tak, prawie robi wielką różnicę.
wtorek, 13 stycznia 2009
*
Pierwsza imprezka z cyklu "oblewamy czterdziestki" już za mną. Zabawa była przednia. Za wszystkie życzenia pięknie Wam dziękuję, doceniam, ale ja świętuję dopiero w czerwcu :-)
**
Na uczelni niby do przodu, jednak dopiero przede mną cały urok egzaminacyjny. Jeden z wykładowców - obleśny koszmar. Wierzyć mi się nie chce, że to co słyszałam o nim i na jego wykładach to prawda.
***
Wakacje. Niby daleko do nich, ale spinam się w sobie bo nic nie wiem, nie mamy planów... a wiem co bym chciała...
Marzy mi się Chorwacja...
****
Caluteńkie popołudnie przespałam, po obiedzie padłam jak kawka i teraz oczy mam jak spodki, spać mi się nie chce, więc buszuję...
 
1 , 2