na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
niedziela, 30 stycznia 2011
Przyjechałam do matencji po Małą. Zwróciłam uwagę, że na kanapie leży pudełko chusteczek higienicznych i tuż obok cała sterta zużytych. A kto tak kicha i smarka zapytałam, my obie usłyszałam w odpowiedzi.

A w drodze powrotnej w samochodzie usłyszałam od Małej między innymi:

- wiesz mamo, od czasu jak się dowiedziałam,że dziadek nie jest jednak taki fajny jak myślałam, to ja się zastanawiam - dlaczego babcia za niego wyszła?
- powiedziała, że była młoda i głupia
- mamo, a ty wiedziałaś, że jak babcia urodziła Twoje_Rodzeństwo to miała depresję?
- bo ja się chyba boję tej dorosłości
- bo dziadek jej nie szanował...
- nigdy go nie było, zawsze była sama...
- babcia nie miała z kim porozmawiać


A perełkę tych babciowo/wnuczanych rozmów zostawiłam na koniec:
- i poradziłam babci, żeby sobie kupiła pamiętnik i wszystko w nim pisała skoro nie ma komu opowiadać.
Bo dopóki  go nie kupi to ja muszę wszystkiego słuchać.
- a powiedziałaś to babci?
- Tak i babcia mnie przeprosiła.
- Powiedz babci, że masz dopiero 13 lat i niech cię nie zamęcza swoimi problemami.
- No powiedziałam. I to dlatego tam było tyle tych chusteczek. bo ja nie potrafię tylko słuchać i patrzeć jak babcia płacze. Płakałyśmy obie, wiesz.


- - - - - - - - - -
Do jakiej kategorii ten wpis zakwalifikować: A.wyrodna córka czy A. matka dzieciom?

Wrzuciłam dziś Młodemu rodzicielski tekst na temat jego zachowania i  jego samego.
Szlag mnie jasny trafia gdy wchodzę do pokoju i widzę sajgon, totalny misz-masz. Najpierw doszłam do tego, że niech tam, to jego pokój, jego królestwo, jak jemu samemu nie przeszkadza to niech ma. Ale ponieważ mało kiedy mu przeszkadzało to jednak nie zdzierżyłam. Dopóki mieszka z nami musi szanować i respektować nasze reguły gry.
Na biurku stos zeszytów, podręczników, płyt, gier, książek, paragonów, kwitów i szlag wie czego jeszcze. Do tego notorycznie zostawiane naczynia po jedzeniu; szklanki, talerzyki, sztućce, papierki po słodyczach itp., bo Młody nie ma zwyczaju: zjem, wstaję, sprzątam i jest git. Nie, Młody je, paskudzi, bałagani, wstaje i kładzie się na łóżku, a cały ten syf na biurku stoi i czeka. I Młody albo go sprzątnie jak mu się przypomni, albo nie; i wszystko to stoi i czeka aż Młody wróci z zajęć kolejnego dnia. Walczę z tym od nie wiem kiedy. To jak walka z wiatrakami.
Inna sprawa - zadaniem Młodego jest sortowanie prania w postaci gaci i skarpet, dzielenie które są jego a które SZM. W praktyce wygląda to tak, że zazwyczaj zdejmuję wszystko z suszarki i wrzucam Młodemu do pokoju. On powinien to podzielić i z głowy. Powinien, ale bardzo często zdarza się, że odkłada na później i potem znajduję te sterty pod poduchą, albo gdzie indziej. I mnie trafia.
Kroplą, która przelewa czarę za każdym razem są brudne skarpetki i gacie, które znajduję koło wersalki, NA PODŁODZE!!! I do tego na przykład T-shirt, jeden albo dwa.
Bo rzeczy wyciągnięte z szafki już tam nie wracają gdy się Młody rozmyśli i jednak ich nie założy. Nie, te rzeczy wiszą na fotelu biurkowym, poniewierają się na łóżku, a potem leżą gdzieś poniżej, znaczy na podłodze. Rzeczy nowe, nienoszone, albo już noszone, ale przewidziane do ponownego ubrania.
I nie chcielibyście zajrzeć do biurka...
No i mam takiego bałaganiarza wyhodowanego na własnej piersi.
Próbowałam prośbą, groźbą, karą pieniężną, argumentem o braku szacunku dla mnie, dla nas. Chyba nic nie skutkuje na dłuższą metę, bo Młody obiecuje poprawę, ale długo to nie trwa...
...a do tego KŁAMSTWA. Drobne, denerwujące, skutkujące kompletnym brakiem zaufania z mojej strony.
- Dzwoniłeś do XXX?
- Tak - a ja już widzę i wiem że nie dzwonił.
- Na pewno?
- Tak - brnie dalej.
- Daj telefon, zadzwonię i zapytam sama czy dzwoniłeś.
- No dobra, nie dzwoniłem.
To przykład pierwszy z brzegu, z dzisiaj.
No to mu powiedziałam, że sam osobiście i bardzo ciężko zapracował na to, że cokolwiek mi mówi to ja się zastanawiam ile w tym prawdy, czy aby tak było na pewno (bo lubi upiększać rzeczywistość), czy w ogóle zrobił to, o co prosiłam, czy powiedział "Dobra..." i jak zwykle zapomniał, znaczy olał sprawę.
Powiedziałam, że doprowadził do sytuacji, że jeżeli miałabym za niego ręczyć i powiedzieć czy coś zrobił czy nie, to ja niestety nie wiem. Nie jestem w stanie ręczyć za własnego syna, bo ja nie wiem czy on w danym momencie mówi prawdę.
A jego słowo jest warte funta kłaków, bo nie wiem czy zrobi to, co obiecał, o co go prosiłam, bo może się okazać, że jak zwykle dał ciała znaczy olał.
Zapytałam czy ma szacunek do samego siebie. Bo ja nie mam szacunku dla niego, bo jest niesłowny, nieodpowiedzialny i do tego kłamczuch.
Nagadałam się, nie wiem tylko jaki efekt to przyniesie. chciałabym móc mieć świadomość, że skoro mój syn coś mówi to tak jest, albo było; że jak powie że coś zrobi, to zrobi to na pewno. Chciałabym mieć pewność, a nie zastanawiać się czy zrobił, czy pamiętał.

No to wywaliłam z siebie matczyne żale.

Pewnie moi znajomi powiedzieliby, że przesadzam, że sama nie wiem czego chcę, bo chłopak spokojny, nie kradnie, nie szlaja się itp.
Ale zawsze równa się w górę, prawda?

Uff...
sobota, 29 stycznia 2011
Czwartek
...dzień pracowy był bardzo intensywny i długi. Ale byłam z siebie zadowolona.
No i jak się okazało po powrocie do domu - zakończył się naszym niespodziewanym spontanicznym wyjściem do miłej knajpki na kolację w towarzystwie znajomych.
Nawet doszliśmy do wniosku, że należy takie wyjścia powtarzać częściej, ale niestety pustoszą trochę portfel, więc nie wiem jak to będzie dalej :-/

Piątek
...dzień wolny dla mnie od pracy, bo urlopowany :-) A popołudniowe spotkanie babskie wyczekiwane przeze mnie już od dłuższego czasu zapowiadało dobrą zabawę.
Wydawać by się mogło urlop znaczy luz-blues, ale...
- wysprzątałam chałupkę z pomocą Młodego, ale bardzo dokładnie (bo przecież koleżanki przychodzą :-/),
- przygotowałam sobie stół na popołudniową wizytę koleżanek
- zawiozłam Małą do matencji,
- wracając zatankowałam auto,
- pojechałam też do bankomatu gdzie przeżyłam chwile grozy, bo się maszyna zepsuła, ale jeszcze raczyła była mi oddać plastik mój własny osobisty. Już oczami wyobraźni widziałam siebie bez kasy , bez zakupów, bez SZM, który wybył na weekendową delegację, no słowem chwile grozy :-)
- pojechałam do drugiego bankomatu gdzie w końcu dostałam pieniądze
- zrobiłam zakupy w Biedronce
- zrobiłam zakupy w Lidl
- wtaszczyliśmy z Młodym wszystko do domu, a tam...
- zrobiłam farsz do pierogów ruskich
- lightowy deser własnego pomysłu (mus bananowy, galaretki i spód a'la tiramisu)
- sałatkę wedle fantazji własnej
- przygotowałam do pieczenia ciasto drożdżowe
- w końcu wypakowałam siaty z zakupami
- pomyłam jeszcze tak zwane wejście do domu
i już miałam wkraczać pod prysznic gdy zadzwonił dzwonek u drzwi, bo koleżankom udało się dojechać ciut wcześniej. W niczym mi to w zasadzie nie przeszkodziło, bo kobietki zajęły się sobą, a ja ogarnęłam się na szybciora.
Imprezka rozwinęła się w dobrym kierunku, ulepiłyśmy ponad 100 pierogów, które zjadłyśmy błyskawicznie i z ogromnym apetytem, a potem dożerałyśmy resztę.
Niestety chyba przeholowałam z ilością prac w tym dniu i jedzeniem, bo najpierw oczy mi się same zamykały, a potem fatalnie się czułam, nie mogłam nawet patrzeć na stół z jedzeniem. W głębi duszy czekałam kiedy pójdą. Zła byłam sama na siebie.

A dziś rano już ok, i totalny luz-blues.
Mała u matencji. SZM na delegacji.
Do 15.00 leżeliśmy sobie w łóżkach (Młody u siebie, a ja u Małej) czytając książki. Cisza, spokój, nawet radio nie grało.
Blogostan.
Potem nalepiłam pierogów na obiad dla nas, a nawet więcej, bo farszu miałam sporo jeszcze z wczoraj.
Doczytałam Millenium 2 już do końca i pojechałam po Małą.
Jeszcze zdążyłam Młodemu wstawić rodzicielski tekst na temat niego samego i jego zachowania. Mam nadzieję, że weźmie sobie go do serca.
Przywiozłam Małą, poczytałam i siadłam do neta...

Jutro wraca SZM. I dobrze, bo jakoś tak pusto...

Wrzucam tu link filmiku z lądowania w Los Angeles. Naprawdę warto obejrzeć :-)

czwartek, 27 stycznia 2011
Dieta dietą, ale póki co czekam na babskie dni i za chwilę pęknę, tyle wody (taką mam nadzieję)  w sobie mam. Zawsze tak mnie łapie. Miesiąc temu byłam przerażona brzuchem, który mi urósł. Jak to brzuch? Przecież ja dietuję. Ale potem wszystko wróciło do normy. muszę być dobrej myśli...
Inna sprawa, że zachwycona i usatysfakcjonowana pozwoliłam sobie na kilka, a nawet wiele dietowych grzeszków, grzechów i Grzechów.
Aż mi głupio przed samą sobą.
Jutro babskie spotkanie to znowu zgrzeszę, bo menu już ustalone, ale od soboty wdrażam się do dyscypliny na nowo.

A jutro mam wolne!  całości już zaplanowane, ale wolne od pracy :-)))
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Bardzo chcę wywiązać się z zadania jakie nałożyła na mnie Belita. Myślę i myślę, ale jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. Cokolwiek mi się przypomni to albo zostało już opisane jak nie tu to na starym blogu, albo tez jest historią śmieszną, zabawną, ale niestety powszechnie wśród moich znajomych znaną, a tego bym raczej chciała uniknąć. Musiałabym sprawdzić co było na tamtych kartkach, bo już szczerze powiedziawszy nie pamiętam.

Będę myśleć dalej... i selekcjonować :-)
Ale za zaproszenie dziękuję :-)))

...i jeszcze wspomnienie świąteczne, po rozebraniu choinki zmartwiłam się, że w tym roku nie mam ani jednego zdjęcia naszego drzewka, na szczęscie gdzies tam w przypływie czegoś pstryknęłam fotkę aparatem telefonicznym, kiepska jakoś, ale jest :-)




No to początek tygodnia mam za sobą. Jakoś przeżyłam.
Straszne są te poniedziałki. Ten tydzień dla mnie jest zdecydowanie krótszy, bo piątek mam zaurlopowany :-)))

Od dzisiaj SZM dietuje razem ze mną. Ciekawam ile wytrzyma. Służbowy weekend może mu popsuć plany, ale zobaczymy, się okaże w praniu.

Zaszalałam dzisiaj w Lidlu, bo naprawdę fajne rzeczy były i w bardzo przystępnych cenach. Koszulki na ramiączkach, bluzeczki z długim rękawem i dobre gatunkowo majtki. Jeszcze mi się nie zdarzyło żałować zakupu lidlowego, mówię o rzeczach poza spożywczych, bo mają towary bardzo dobrej jakości.
i jeszcze zakupiłam matę do pieczenia bułeczek dukanowskich dla SZM:-) Pierwsza porcja już stygnie.


sobota, 22 stycznia 2011
Płynie nam ta sobota leniwie, bardzo leniwie. Sporo rzeczy już zrobiliśmy, ale jakoś w takim wolnym tempie, że mam wrażenie braku pośpiechu, wręcz lenistwa.
Dzieci do południa posprzątały z grubsza dom. Oboje z SZM zaliczyliśmy zakupy w Lidlu, odwiedziny teściowej w szpitalu (jest na badaniach), potem ciąg dalszy zakupów, tym razem w Biedronce. Następnie szybki obiad, potem  doczyściłam chałupkę, czyli to, czego nie zrobiły dzieci (bo tak się umówiliśmy), a SZM wziął się za prasowanie. Teraz pralka pierze, już po raz kolejny, część rzeczy już schnie i tak znowu się zrobi sterta rzeczy do prasowania.
Jutro idziemy do rodziców na obiad. Mam nadzieję, że będzie miło. W piątek byliśmy z życzeniami babciowo-dziadkowymi i naprawdę było miło. Nie było dziadka/tatencjusza, minęliśmy się z nim dopiero przy wyjściu, ale to nie dlatego było miło :-) Po prostu było. Matencja nie nadawała, śmialiśmy się i żartowali. Było po prostu lekko.
Po ostatnim pobycie u dziadków (kiedy tatencjusz ostro w nocy "dyskutował" z matencją) Mała ma lekką schizę.
Chciała iść na ferie trochę do babci, ale najpierw mnie zapytała czy oni się jeszcze tak bardzo kłócą, bo ona by chciała tam iść, ale nie chce ani patrzeć, ani słuchać ich kłótni.
Wyprodukowała dla nich laurkę, sama napisała wierszyk, który poniekąd wiele mówi o nich samych. Powiedziała, że ma nadzieję, że jak to przeczytają to nie będą się kłócić. Jej określenie: jesteście jak dwa kwiatki, rodzone od różnej matki oraz pasujecie do siebie tak jak do rogala pasuje mak odzwierciedla ich wręcz genialnie.
A co ja mam dziecku powiedzieć?
Na szczęście babcia sama zadzwoniła i zapytała czy jutro Mała będzie chciała zostać, no i Mała chce.
Mam szczerą nadzieję, że nie będzie żałowała. Obawiam się, że jeżeli wywiną numer z kłótnią, to będzie to ostatni nocleg Małej u dziadków.


czwartek, 20 stycznia 2011
[*]
Przedziwne uczucie. Nie znałam mamy_nuli1. Jedynie z komentarzy, może czasem wpadłam na bloga, ale raczej sporadycznie.
Dotknęło mnie to mocno.
Zapalenie płuc, które kończy się śmiercią?
W dzisiejszych czasach?
Przecież to prawie niemożliwe...
I gdzieś-tam cierpią bliscy; dziecko, mąż, rodzina...
Odeszła taka młoda osoba.




PS
Może nie na miejscu refleksja, ale pomyślałam, że mój SZM nie wie, że bloguję, nikt z reala nie wie; gdybym umarła - nikt z Was się nie dowie. Moi bliscy również...
Dziewczynki dokazują w pokoju Małej. Śmichy i hihy dochodzą aż tu do mnie. Były malowanki makijażowe, sesje zdjęciowe itp. Ciekawam kiedy zasną...

Rozterki ortodontyczne zakończone. Decyzja podjęta, nieodwracalna. Mam nadzieję, że będzie wszystko po naszej myśli, czyli jak dotąd.

Odbiór samochodzika przesunął się nam o miesiąc, ale nic to, mamy przecież czym jeździć.

Młody walczy z sesją, póki co do przodu, ale zobaczymy jak dalej. Jestem dobrej myśli. Muszę być.

Nie wiem co zrobić z tymi świętami dziadkowo-babciowymi. Wiem, to wnuki powinny pamiętać, ale nie wiem czy strzelić jakis upominek, czy zostać przy kwiatkach tylko. Kompletnie nie mam pomysłu. Kiedyś tam były ramki ze zdjęciami, jakieś kubki, witaminy, kosmetyki. Tym razem wrzucę chyba na luz i zostaniemy przy kwiatku, może Mała strzeli jaka laurkę. W końcu to upominek od wnuków ma być.

Naoglądałam się cudnych dzianinek w sieci, na blogach, cudeńka takie robią dziewczyny z włóczki, że dech zapiera, az samej mi się zachciało. Zastanawiam się tylko czy one mają takie niesamowite tempo czy tyle wolnego czasu.
U mnie ani jedno ani drugie, a do tego zwyczajowe kilkakrotne prucie nim cokolwiek zacznę kończyć. A po skończonej robocie mam taką świadomość, wewnętrzne przekonanie, że to co zrobiłam w zasadzie nic nie jest warte, no i że wszyscy widzą wszelkie braki w wykonaniu. I taki kołowrotek z tego wychodzi.
A robić lubię bardzo. kiedyś robiłam naprawdę bardzo dużo... Może czas wrócić do dzianin.

Mam teraz taki etap radości z wolnego czasu. Tyle rzeczy chciałabym zrobić. I nie mogę się zdecydować w którą stronę iść :-)))
- książki (podczytywany fragmentarycznie 2-gi tom Millenium i cały stos innych) do przeczytania
- ewentualne dzianinki do zrobienia
- masa filmów do zobaczenia
i proza życia:
- cała sterta do prasowania
Wiem, że zdecydowanie więcej czasu wolnego mam wówczas gdy nie siadam do komputera, jakoś inaczej przebiega ten dzień. Spokojniej, wolniej, mam wrażenie, że jest go więcej. Czas może powalczyć z nałogiem :-)))

Jeszcze dwa dni i weekend, kocham weekendy.
Męczy mnie ta moja praca.
Nawet nie fizycznie.
Siada mi psyche, po prostu.

No to do miłego...


poniedziałek, 17 stycznia 2011
Pałętałam się dziś z Małą po gabinetach stomatologów i w zasadzie jestem w punkcie wyjścia. Konieczna jeszcze jedna konsultacja ortodontyczna. Bądź mądry i pisz wiersze.
W międzyczasie tych wizyt obejrzeliśmy za namową Małej film Step up. Małej podoba się bardzo, oglądała go już po raz n-ty. I dziewczynki w jej wieku są zapewne adresatkami tego filmu. Oglądało się średnio, nie było źle, ale nie porwało, nie zachwyciło, scenariusz do przewidzenia aż za bardzo.

Jutro zebranie Zarządu Wspólnoty. Pojutrze Mała gości koleżankę na noc. Pod koniec tygodnia - Święta Babć i Dziadków i tak to tydzień zleci...

 
1 , 2