na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 31 stycznia 2012
Pracowo
bez zmian czyli do połowy nuda, rutyna, zniechęcenie i brak chęci do działania, a potem szlag jasny mnie trafia, bo jak widzę tę rozpierduchę to mam ochotę palnąć komuś w czółko.
pidżama party
się u nas odbywa, koleżanki dwie na nocleg ściągnęły do Małej. Śmichy, chichy i tego typu klimaty dobywają się zza drzwi. Za chwilę będą okupować kuchnię, bo będą pichcić sałatkę.
Młody
ma na szczęście tylko jeden egzamin w plecy. Nobody is perfect. Mam nadzieję, że weźmie się w garść. Kolejna wypłata na koncie i jedzie kupować nowy telefon. Niech ma, niech się cieszy, niech smakuje wydawanie własnych pieniędzy :-)
Weekend
zapowiada nam się w górach u rodziny SZM. Zobaczymy jak będzie. Miejmy nadzieję, że OK, bo niby czemu miałoby być inaczej?
Mróz?
Obecny. Jest -12. A podobno będzie więcej.
Miałam jechać do matencji, ale jak zadzwoniła i pogadałyśmy chwilę to uznałam, że wystarczy, limit na dzisiaj wyczerpany. I dzięki temu mogę sobie spokojnie siedzieć w domu. To nic, że czeka na mnie cała fura prasowania. Skoro tyle czekała to poczeka jeszcze.
kuchennie
mam foldery z naszego osiedlowego sklepu, do którego mam zaufanie, bo od lat zaopatruje NasząMiejskąSypialnię i nie tylko. No to może jeszcze troszkę podziałam w kwestii kuchni. A może nie, bo mam już trochę dość...


Wizyta w IKEA złożona. SZM się nie zachwycił, aczkolwiek ja połowę dzisiejszego wieczoru spędziłam na analizowaniu szafek Ikeowskich. Wąskość(!) tego pomieszczenia powala mnie na kolana. I liczę, i mierzę, układam, przekładam i już mam dość, a to dopiero początek.
Zakupić zlewozmywak, kuchenkę gazową (a może indukcyjną?), zmywarkę, okap, Do zrobienia jeszcze jest woda, gaz i prąd (nowe gniazdka w nowych miejscach), potem ściany i podłoga i już mogą przyjść i montować wybrany przez nas zestaw mebli. Wybrany, no właśnie...
Ja chciałam nowej kuchni? ja?

PS
przypuszczam, że jak już ogarnę temat to się okaże, że na to, co bym chciała tak naprawdę to nie mamy kasy :-)))
Jestem na tę wieść gotowa.
poniedziałek, 30 stycznia 2012
SZM wkracza do akcji
w kwestii remontu kuchni znaczy się. Dzisiaj razem pomierzyliśmy tę kuchnię (raz jeszcze, bo przecież ja ją już sama wielokrotnie). Mniej więcej ustaliliśmy priorytety i planujemy najpierw odwiedzić IKEA. Przyznam szczerze, że nie łączę z tą wizytą jakichś specjalnych nadziei, ale skoro SZM tak bardzo chce to niech ma. Może faktycznie podsuną nam tam jakieś ciekawe rozwiązania.
Nasza kuchnia teraz wygląda mniej więcej tak:



Po pierwsze i naważniejsze musimy upchnąć w jakimś kącie wielką lodówkę. Zatem musimy przesunąć o niecały metr, raptem 60 cm cała wodę (znaczy zlewozmywak) plus liczniki i gaz (czyli kuchenka gazowa). Liczniki (pod zlewem) muszą być teraz tak zamontowane żebym nie musiała za każdym razem wyczyniać akrobacji, żeby je odczytać. Trzeba sprowadzić speca od tych rzeczy i dowiedzieć się ile to kosztuje i dlaczego tak drogo.
Nasza kiszkowata kuchnia (już po przeniesieniu wody i gazu) wyglądać będzie tak:



Nasze priorytety:
- być może należałoby zlikwidować kaloryfer, który i tak jest zakręcony, a niepotrzebnie zabierze nam tak bardzo potrzebne centymetry. Likwidacja kaloryfera chyba jest możliwa w okresie letnim, bo w sezonie grzewczym musielibyśmy spuszczać wodę z pionu, muszę sprawdzić ile to kosztuje, jakie zgody są potrzebne i czy w ogóle jest to możliwe.
- na podłodze chcemy mieć panele, to już ustalone. Oboje nie chcemy płytek.
- szafki dolne muszą być nieco wyższe niż te obecne, najlepiej tak, by blat nachodził na parapet okienny (92 cm).
- szafki górne max wysokie, nawet do metra, tak by wykorzystać tę przestrzeń na maxa. W środku 3 albo i 4 półki, najlepiej nawiercone otwory i wysokość półki do samodzielnej regulacji. Inna opcja to szafki podwójne, czyli normalna szafka kuchenna i nad nią druga niezależna, coś w charakterze pawlacza, otwierana z dołu. Ale podobno tego typu zawiasy są niebotycznie drogie.
- lodówka zostaje ta sama, więc odpada szafka do zabudowy lodówki, aczkolwiek nad lodówką mimo, że jest wysoka chciałabym jeszcze szafkę.
- kuchenka do zabudowy, a nad kuchenką nowy okap, nad nim zaś szafka (teraz okap jest spadzisty więc szafki nie ma).
- zmywarka nowa, ale w dalszym ciągu mała czyli 45 cm szerokości. Był czas, że zarzekałam się, że na pewno duża, ale sama już nie wiem. Taka duża jest dwa razy droższa... Z biegiem lat będzie nas chyba w domu mniej wiec taka duża nie będzie już tak bardzo potrzebna.
- zlewozmywak w dalszym ciągu niklowany, okrągły, z ociekaczem wpuszczany w blat, całość zmywarka i zlewozmywak 95 cm.
- szafka również nad zlewozmywakiem i to niekoniecznie suszarka
- koniecznie szafka pod oknem, czyli na wprost (przypomnę, że kuchnia jest długa i wąska, na wprost wejścia jest okno, taki typowy wagon tramwajowy), żeby optycznie skrócić przestrzeń, a szafki wiszące raczej po jednej stronie naszej kiszkowatej kuchni, żeby nie pogłębiać wrażenia tramwaju
Wyobrażam sobie mniej więcej tak:



Ciekawe jaki pomysł będą mieli spece?
Babskie spotkanie
dały mi tyle do myślenia, że aż postanowiłam dodać sobie nową kategorię, zakładając, że nie pierwszy to będzie wpis o charakterze analizującym to zjawisko :-)
Znamy się lat wiele, jedne znają się ze szkoły pomaturalnej, inne poznały się zaraz potem już na gruncie pracowym. Spotykamy się już blisko 15 lat i wszystkim nam zależy by tradycję tę utrzymać jak najdłużej.
Przeżyłyśmy razem szkołę, pierwszą pracę, śluby, problemy z teściowymi, ciąże, porody, zwolnienia z pracy,  podjęcie studiów, ich zakończenia i wiele, wiele innych rzeczy. Nawet opijałyśmy rozwód.
Każda z nas zawsze powtarza jak wiele dają jej te rozmowy, te pogaduchy, wspólne chwile kiedy wyrzucamy co nam leży na sercu albo na wątrobie.
Temat ostatniego spotkania został zdominowany przez sprawy zdrowotne. I to jest dla mnie straszne. Był czas, że emocjonowałyśmy się facetami, potem dziećmi, teściowymi, problemami z facetami, a teraz przyszedł czas na stan zdrowia, bo każda ma coś do powiedzenia w tym temacie i to nie jest ani śmieszne ani zabawne.

sobota, 28 stycznia 2012
kulinarnie
Powiem brzydko: trzeba mieć mocno nasrane we łbie, żeby zrobić ciasto dla Solenizantki (upiec trzy okrągłe blaty, przełożyć masą, polać polewą i ozdobić upieczonymi i własnoręcznie wykrojonymi literkami, które układają się w piękne hasło) i potem uznać, że coś jednak z nim jest nie tak.
Słowem - nie przeszło mojego castingu, znaczy nie jest godne tego, by chwalić się nim koleżankom. :-)
Wiem, jestem szalona, właśnie skończyłam piec kolejne blaty, a masę zrobię jutro tylko dlatego, że nie mam już w domu grysiku.
Co było nie tak z tamtym? Blaty wyszły bardzo grube, do tego jeszcze lekko spuchły po przełożeniu masą i mam wrażenie, że ciasto będzie suche, bo masy tam chyba zbyt mało. Zdjęłam te upieczone ozdobne literki z góry, nożem zanurzonym we wrzątku rozprowadziłam na nowo polewę, posypałam wiórkami kokosowymi, podzieliłam całość na pół, okazało się, że nie jest tak źle jak myślałam, jedną połowę ciasta włożyłam do zamrażarki, będzie na "zaś". A wszystko w myśl zasady w mojej kuchni nic się nie marnuje. :-)
SZM mnie zdziwił
- nie było gadania na temat tego, że ma nas zawieźć na miejsce zbiórki, to raz. Pewnie jutro się nagada :-)
- sam z siebie zaproponował że nas odbierze rano, albo żebym wzięła drugie auto (że też sama na to nie wpadłam), żebyśmy mogły zanocować, to dwa.
- popierał mnie w decyzji zrobienia drugiego ciasta skoro uznałam, że pierwsze nie jest takie jak być powinno, to trzy.
towarzyska wizyta
zaliczona. Było miło i sympatycznie. Zastanawiam się czy gdybym nie wiedziała, że gospodarze mają ze sobą problemy to czy z ich zachowania wywnioskowałabym cokolwiek. Stosunek jej do niego nie jest już taki olewacki, wręcz momentami poniżający. Bo kiedyś tak było, dokładnie w myśl zasady "ja tu rządzę, a jak się nie podoba to spadaj". Ona teraz z lekka spasowała, a on już nie był taki bierny, wiernopoddańczy.

piątek, 27 stycznia 2012
Plany sobie życie sobie
po pierwsze trochę mi się przysnęło, bo przecież siedziałam przed kompem do późna, ale nic to, bo i tak potem nie odpaliło mi auto. Tak więc wyjazd do centrum na badania wypadł z orbity, bo w taka pogodę, mróz jak nie powiem co, nie chciało mi się snuć autobusem. Odpadły też zakupy, bo przecież do owada, jak mawia Dorota, nie pójdę na piechotę, bo zakupy spore.
Skończyło się na zabraniu do mnie na kawę Onej. Babskie pogaduchy ponad wszystko, prawda? Kawka w dobrym towarzystwie nie jest zła, a wręcz wskazana.
Zaliczyłam fryzjera, póki co jestem zadowolona, zobaczymy co dalej :-)
Wzięłam się za obiad i oświeciło mnie, że konkurs na kierowcę na babską imprezę jest z przyczyn ode mnie niezależnych jakby  nieaktualny. Więc musiałam towarzystwu zorganizować transport i nasz nocleg w kameralnym gronie tez poszedł się lotać. Wracamy ze wszystkimi.
Wzięłam się też ambitnie za ciasto dla Solenizantki. Zabrałam się do roboty dzisiaj żeby uniknąć jutrzejszego tematu ze strony SZM "a dlaczego Ty, a nie kto inny?". I tak wiem, że będzie gadanie, bo na miejsce zbiórki mnie i Oną ma podrzucić SZM i na pewno będzie psioczył, że dlaczego on, a nie mąż Onej. Brrr...
Za porządki domowe się nie biorę, bo musiałabym dosłownie latać na szmacie, a jutro po prostu rozdzielę pracę całej ekipie sprzątającej.
I tak to sobie można planować.

Dojrzewam do tego, żeby jednak sprzedać to auto. Czekam jeszcze tylko czy nie załapię się na jedne takie podyplomowe studia na które zgłosiłam się sto lat temu i szczerze powiem szansa mała, ale gdyby to żal nie zabrać się za nie. Bo wszystko for free, bo z unijnej kasy.
Nie wiem czy się załapię. Jakoś mi przestało zależeć w obliczu przesiadki pracowej, bo raczej mi się one nie przydadzą, ale jak znam swoje szczęście to właśnie teraz istnieje cień szansy że właśnie się załapię. I żal nie skorzystać. A tam auto bardzo potrzebne, bo dojazdy niestety.

I tyle...
Lecę bo mi się jeden blat ciastowy chyba pali.

PS obdzwoniłam pracownie MRI - terminy na badania refundowane przez NFZ - lipiec, czerwiec, maj. Rany boskie!!! Ja nie potrzebuję na cito, ale co mają powiedzieć ci co potrzebują. Koszt badania 500 - 600zł.
Bez komentarza.
czwartek, 26 stycznia 2012
uzależnienie?
siedziałam do późna, bo po południu zaliczyłam wcale nie taka małą drzemkę. Żeby wyrównać saldo nastawiłam budzik na 8.30. Pospałam do 9.00, bo obudził mnie Młody informacją, że egzamin nr 2 ma do przodu, na czwórkę (pani przepisała ocenę z ćwiczeń). Wstałam pełna energii i planów na dzisiaj, włączyłam TV, odpaliłam komputer i siedzę do teraz, a jest już 11.
Więc energicznie zabieram dupcię sprzed monitorka i biorę się do roboty.
system PKOG
Wczoraj włączył mi się system PKOG (porządnickiej, która opuszcza gniazdo), ale usiłuję z tym walczyć. Bo ja tak mam, że jak gdzieś wybywam to muszę, po prostu muszę mieć świadomość, że w domu wszystko gra i bucy. Bo gdyby ktoś przyszedł to nie miałby mi nic do zarzucenia. Ale kto i dlaczego miałby mi cokolwiek zarzucać to już nie wiem sama.
też tak macie?
W ogóle mam takie katastroficzne podejście do niektórych spraw, że aż mnie sama to dziwi, ale nic na to nie poradzę. Wydaje mi się w głębi duszy, że jestem raczej optymistką, ale chyba jednak, a raczej na pewno nie.
No może optymistka ze skłonnościami do katastrofizmu.
- jedziemy autem, dosyć szybko. Myślę - bosze gdybyśmy tak się rozbili zginęli, to dzieci tam same...
- jadę autem sama - a gdyby tak ten z przeciwka stracił panowanie to wjedzie na mnie na amen...
- pakuję się na wczasy i oczywiście sprzątam caluteńką chałupkę - wszystko musi być na tip top bo gdbyśmy tak nie wrócili to ten, kto wejdzie do mieszkania niech wie że jest OK, poza tym ci co wietrzą nam mieszkanie i podlewają kwiatki powinni widzieć że jest OK, a nie burdello-bum-bum.
- idę do solarium (sto lat temu to było) - leżę taka naga, a gdyby teraz jakaś katastrofa, no nie wiem budynek by się zawalił albo co to jak ja się będę ratować tak na golasa
- jestem na basenie krytym (całkiem niedawno, zima na dworze) - oczywiście patrzę na dach - gdyby się tak zawalił to by była masakra
- w dużym markecie - od czasu do czasu włącza mi się myśl - co z tym dachem, śniegiem na dachu
- ostatnio w teatrze - scena w której na scenę wchodzi grupa jednakowo ubrana strzelając z broni - o Bosze, już wiem jak się czuli ci na Dubrowce
- któreś dziecko się spóźnia - czy to był ostatni raz kiedy ją/jego widziałam, przecież nawet nie pamiętam w co był/a ubrany/a

...i długo jeszcze tak bym mogła, ale przecież miałam dupcię energicznie stąd zabrać:-)

- - - - - - - - - -
 - - - - - - - - -
godz. 20.05
wizyta
u Specjalisty zaliczona. Powiedział, że powodów do niepokoju nie widzi, dokładnie przebadał, wypytał, ale skierowanie dał. I o to mi chodziło. Skierowania nawet dwa, bo jeszcze na dodatkowe zdjęcia Rtg mam się stawić.
jutro
ostatni dzień mojego urlopowania. Zamiast leżec i pachnieć, pojadę do centrum na zdjęcie RTG, ustalę termin badania MRI  i powinnam zdążyć na umówioną wizytę u fryzjera. A po południu  czeka nas wizyta towarzyska.
Jeszcze w międzyczasie chciałabym wskoczyć na fizykoterapię, podleczyć się i wysłuchać plotek, przygotować jakiś obiad. I może ogarnąć chałupkę i zrobić zakupy co normalnie uczynilibyśmy w sobotę. Wymyśliłam sobie jednak, że może w sobotę przed południem wyciągnę SZM do jakichś sklepów w związku z tym planowanym remontem kuchni. Może zacznę już badać rynek, szukać jakichś rozwiązań, bo jakby nie patrzeć luty tuż tuż, a nie miałabym nic przeciwko temu żeby już w marcu, kwietniu cokolwiek zaczęło się w tej naszej kuchni dziać.
a pojutrze
czyli sobotnie popołudnie to nasza huczna babska impreza w miłym gronie, które to grono, a właściwie jego tylko część, muszę najpierw dowieźć na miejsc, bo wygrałam konkurs na bycie kierowcą :-) No i jeszcze poproszono mnie o przygotowanie ciasta dla Solenizantki, żeby tradycji stało się zadość. Bo zawsze caluteńkie nasze grono staje w drzwiach mieszkania Solenizantki z ciastem ze świeczkami i rozkosznie wyje "czterdzieści lat minęło..."

Czyli, że tak powiem plan raczej napięty.

i jeszcze a'propos katastrofizmów
Kiedy przeczytałam, że Nauma zmarł pomyślałam sobie, że o mojej śmierci nikt Wam nie powie, nie napisze, bo przecież z moich realnych bliskich nikt nie wie, że bloguję...



wakacyjnie
obojgu nam żal, że nie jedziemy. Każde by chciało, ale priorytety mamy inne. Poza tym przy sprzyjających wiatrach we wrześniu czeka nas krótki pobyt w okolicach wieży Eiffla więc możemy uznać go za wyjazd wakacyjny. Różnica taka, że tam jedziemy bez dzieci. Jedziemy (o ile pojedziemy) we dwoje. W miłym towarzystwie, ale we dwoje.
Jutro idę puścić Totka, wiele wygrać nie chcę, nie myślę o milionach, choć milo by było, nie? Jakieś 5 000 - 10 000zł. Nawet tylko 5 000 by mnie uradowało na maxa, byłoby na ten wyjazd do Grecji.
dokument na literkę A
wzbudza wiele emocji. Nie wiem czy cokolwiek to da, ale spróbowac można. To jest LINK do internetowego referendum w tej sprawie. Gdyby ktoś z Was chciał kliknąć to proszę. Aczkolwiek mam wrażenie, że cokolwiek byśmy nie zrobili to i tak ci tam na górze mają nas w głębokim poważaniu i zrobią co będą chcieli. Do wyborów jeszcze sporo czasu więc nie ma na nich żadnego bata.
urlopuję
w domu, ale dzisiaj sporo czasu zeszło mi na tak zwanym leczeniu. Najpierw sprawa leczenia czyli fizykoterapia, a potem sprawa specjalisty załatwiona pozytywnie, jestem umówiona na jutro. Nie oczekuję cudu, chciałabym tylko skierowanie na szczegółowe badania.
czarna dziura
dzisiaj odkryłam że w grudniu nie poszedł jeden dosyć istotny przelew. Czym prędzej to nadrobiłam, ale skutek jest taki, że w tym miesiącu muszą pójść dwa, bo przecież płatność jest co miesiąc. Skończyło mi się chyba bankowe zlecenie stałe, byłam przekonana, że poszło, a jednak nie. W okresie Świąt kiedy wydatków jest dużo umknął mi brak tego przelewu i d..a blada.  Cholerka! A już było tak fajnie. I znowu czarna dziura przede mną.
babskie imprezy
są jak terapia. Imprezy w licznym gronie są typowo zabawowe, plotki, szaleństwo, ogólna wesołość, pokrzykiwania, ale gdy grono jest kameralne wtedy jest prawdziwy fun. Rozmowy, rozmowy, rozmowy... I o to w tym wszystkim chodzi. A teraz powinno być dwa w jednym, bo najpierw impreza liczna, a potem nocowanie w gronie kameralnym. Już się nie mogę doczekać.
relacje Młody - SZM
Młody egzamin ma w plecy. Niestety. Takie ma szczęście, a może za mało się przyłożył do nauki, nie wiem.
To chyba schiza w moim wydaniu, ale pierwszą moją myślą było, że SZM się znowu nagada. Nawet zastanawiałam się czy do niego nie zadzwonić i nie powiedzieć, żeby sobie te gadki darował, bo ja ich już słuchać nie mogę, a co dopiero ten do którego są skierowane.
SZM w swoich kazaniach nie omieszka na początku powiedzieć, że na nic innego przecież nie liczył, że tego się można było spodziewać (to takie specyficzne rodzicielskie wsparcie w wykonaniu SZM), bo widzi, że Młody sobie sprawę lekceważy i stanowczo za mało się uczy. Zaraz potem dodaje, że jak Młody zawali studia to sam sobie będzie winien i wtedy mu się otworzą oczy i cała gadka-szmatka jest mniej więcej w te klocki. A potem kończy słowami, że on już nic nie będzie mówił, bo to jest sprawa Młodego.
Qurcze, skoro nic już nie będzie mówił to po co kłapie tym dziobem? Bo leczy swoje kompleksy? Bo wie jak to jest studiować po trzydziestce? Bo jego nie miał kto gonić do nauki? Nauczycielka-teściowa jakoś się wybitnie nie przejmowała edukacją syna, ważne dla niej było żeby miał zawód i już na siebie zarabiał.
I tak jest za każdym razem. I nie wiem czy to ze mną coś nie tak. Bo myślę sobie, że facet, Młody znaczy się ma już 20 lat, ma swój rozum, głupi nie jest i szczerze mówiąc czekam kiedy skończy mu się cierpliwość. Na każde moje słowo przeciwko SZM reaguje tak samo, że ja oczywiście bronię Młodego, bo Młody może ze mną zrobić co chce, bo ja jestem ta dobra, a on ojciec jest oczywiście tym złym.
I dzwoni mi w uszach wówczas tamta awantura nocna, kiedy to mało brakło a doszło by do rękoczynów, kiedy potem Młody płacząc wyrzucił z siebie wiele emocji. I kiedy powiedział, że nauczył się grać na gitarze tylko po to, by ojcu sprawić przyjemność, bo widział, że go to cieszy. Ta gitara mnie po prostu rozwala.
To wszystko to była taka dygresja do tego, że Młody zlał ten egzamin. Egzaminów ma w sumie 3, czyli zostały mu jeszcze dwa. Tego się bał, bo wykładowca ten sam, od poprzedniej poprawki.
Dzisiaj wrócili z MiastaWojewódzkiego razem; SZM z pracy i Młody z uczelni. Pewnie cała gadka poszła w ruch w aucie. W domu ze strony SZM padło tylko jedno zdanie do mnie. Że na nic innego nie liczył. Nie skomentowałam, odpuściłam, bo znowu byśmy się pokłócili.
nadgorliwa mamusia ze mnie
zdaję sobie z tego sprawę, bo wiele razy kiedy SZM rozpoczyna jakieś podchody rozmowne z Młodym to ja odpowiadam, dopowiadam, qurcze, sama siebie potem za to ganię, ale wychodzi mi to z ust szybciej niż o tym pomyślę.
Bo są sytuacje, rozmowy, tembr jego głosu, kiedy widzę, że SZM jest nastawiony bojowo, że w moim mniemaniu szuka zaczepki, pretekstu by wykazać jaki to Młody jest kiepski, niedouczony, nie ma racji, myli się i w ogóle. I wiem, że gdyby rozmawiał z kimś obcym to jego ton byłby inny, a ja mam wrażenie, że on za wszelką cenę chce udowodnić Młodemu jak mało wie. Chce mu w pewnym sensie  pokazać kto tu rządzi. A moje nadgorliwe odzywanie się bierze się stąd, że zdaję sobie sprawę z tego, że Młody mu nie podskoczy, obawiam się, że sobie w tej rozmowie nie da rady. I kółko się zamyka. Wiem, nie powinnam, za każdym razem sobie obiecuję, że nigdy więcej.
Inna sprawa, dosyć istotna, że czasem Młody zachowuje się jakby rozumy zjadł, a potem się okazuje, że wcale nie. I wtedy kładzie uszy po sobie.

środa, 25 stycznia 2012
wyrzucam złe emocje
Siedziałam dzisiaj w pracy prawie do 20. Rzec by można, że uczyłam się nowych potrzebnych mi w przyszłości rzeczy. I tej wersji będę się trzymać.
Nie stanowi dla mnie problemu zostawanie po godzinach, bo prędzej czy później i tak sobie odbiorę te nadgodziny. Krzywda mi się nie stanie na pewno. Ale wykończę się psychicznie przez ten wszech panujący tam burdel. Głowę dam, że gdybym komuś z Was opowiedziała jak może wyglądać biuro to albo nie uwierzyłby mi, albo padł z wrażenia. Mnie by było wstyd gdyby petenci przychodzili do mnie, do MOJEGO biura, do takiego chlewu. Wydawało mi się, że już się oswoiłam, przywykłam, ale nie da się, po prostu się nie da. A Sama Zainteresowana wiecznie czegoś szuka i sama z siebie rozkosznie się śmieje. Burdel ma w papierach i tyle. Bogu dzięki, że jej działalność w kwestiach finansowych przynajmniej wygląda jako tako aczkolwiek aż mnie zęby bolą jak sobie pomyślę, że muszę się w to wgryźć na poważnie. Największy problem sprawia mi ten chaos, bo ja lubię mieć opanowaną przestrzeń, uładzoną i oswojoną. Rozglądam się po tym pokoiku i oczami wyobraźni widzę już jak pięknie będzie wszystko poukładane, opanowane. Ona wciąż narzeka, jęczy i smędzi, a wystarczy zamiast kilkunastu w ciągu dnia wyjść na fajkę po prostu zabrać się do roboty.
Muszę wynaleźć jakieś szkolenie z prawdziwego zdarzenia, bo mam wrażenie, że nie ogarnę tematu. Wiem, że sama zainteresowana chce mi wytłumaczyć i stara się, aczkolwiek dozuje informacje, i nie wiem jeszcze czy robi to celowo czy też bezmyślnie.
Poza tym jest do rany przyłóż, bo to taka dobra Ciocia-Klocia :-)
odstresowałam się z lekka wakacyjnie :-)
SZM podesłał mi linka do biura podróży, z którego jego znajomy już kilkakrotnie zaliczał wczasy w Grecji za naprawdę małe pieniądze.
My, póki co w dalszym ciągu w planach mamy remont. Nawet dopiero co napisałam do naszych chorwackich gospodarzy, że w tym roku wyjazdu do Cro nie planujemy, mimo, że "nasz" apartman jeszcze ma wolne w interesującym nas terminie :-)
Ale miło i fajnie jest pozaglądać, poplanować na zasadzie co by było gdyby...
Młody na pytanie rzucone mimochodem - jedziemy do Grecji, jedziesz z nami? odpowiedział z wolna - nie... Więc wyliczanka odbyła się na trzy osoby. I wyszło mi, że póki co to jednak albo nowa kuchnia, albo wczasy :-) W kierunku nowej kuchni nie zrobiłam jeszcze praktycznie nic...
Mała
na półrocze ma średnią 4,83. Udała mi się ta córuchna. Te oceny to w stu procentach jej zasługa, bo ja nawet kontrolnie już do zeszytów nie zaglądam. Kompletnie nie ingeruję, nie kontroluję, nie odpytuję, nie przypominam, ja nawet nie wiem o czym oni się teraz uczą. Wychodzi na to, że trochę wyrodna matka ze mnie, taka co to nie interesuje się dzieckiem :-) Interesuje się, owszem, i wie, że dziewczę zaczęło już za chłopcami się rozglądać. Bo ten jest fajny, a tamten nie zwraca na nią uwagi :-)
A koleżanki się dziwią "to ty z mamą o takich rzeczach rozmawiasz?!".
Póki co dziecię odlicza dni do ferii, bo u nas dopiero będą. Już się umawia z koleżankami na nocną pidżama-party, na odwiedziny, wyjazdy na lodowisko.
Z tym lodowiskiem to też było, bo jak ją wczoraj zachęcałam ja-matka, żeby szła, że może z koleżankami, a może ze mną, to jakoś zapału nie widziałam, bardziej strategię w myśl zasady nie wejdę do wody póki nie nauczę się pływać. Ale jak koleżanka zaproponowała, poprosiła, to się dziecko prawie od razu zgodziło, ba, nawet się zachęciło pomysłem. A jak jeszcze matka podpowiedziała, że potem można iść na gorącą herbatkę, jeszcze pogadać i w ogóle, to już zachwyt w oczach był pełny.
Młody
walczy na froncie studenckim mocno. Wszystkie zaliczenia już ma, teraz walczy z egzaminami. Mam wrażenie, że te wakacyjne poprawki dały mu w kość i się w końcu trochę przejął tematem sesji, ale jak bardzo to dopiero czas pokaże. Dzielnie pracuje, znaczy dorabia. A babcia, znaczy matencja, lamentuje prawie, że Młody pracuje, a szlag mnie jasny trafia, jak ona mówi, bo mi go tak szkoda. Ona tak się zachowuje jakbym to ja go do tej pracy wysłała. I w jej mniemaniu powinnam się chyba czuć winna tego, że nie reaguję na to, że on chodzi do pracy. A Młody kilka razy w tygodniu wychodzi wieczorem, po to, by elegancko paradować w garniturze, łyknąć co nieco kultury w dobrym wydaniu, utrzymać dyscyplinę i porządek, w ładnym otoczeniu i tyle jego pracy. Ale matencja jak zwykle dramatyzuje. Miało być o Młodym, a wyszło jak zwykle czyli o matencji.
Nie widzę na horyzoncie żadnej dziewczyny, która by go tak jakoś mocno zainteresowała. Sama nie wiem czy to jest powód do ulgi, radości, czy raczej do niepokoju. Bo może nie potrafi nawiązać relacji, zainteresować kogoś swoją osobą, no sama nie wiem...
Jego problem zdrowotny wciąż aktualny i jeszcze jakiś czas będzie na pewno, to wiem. Ręce mi opadają i z lekka już się zaczynam martwić, że tak długo to trwa.
Samochodu Młody nie używa, nie jeździ. Jakoś go nie ciągnie, a poza tym to on się chyba nie czuje jeszcze pewnie za kierownica, a teraz w zimie kiedy ślisko to dopiero. I może i dobrze, bo stare auto nie ma już AC :-)
dylematy samochodowe
Zastanawialiśmy się też czy to drugie, starsze, auto jest nam potrzebne, bo w zasadzie moglibyśmy go sprzedać, za tę kasę zrobić kuchnię, a z tego co mamy odłożone na kuchnię byłoby na wakacje. Problem w tym, że ja już bardzo mocno przyzwyczaiłam się do niezależności samochodowej od SZM. Bo do tej pory uzależniona byłam zawsze od tego kiedy wróci SZM z pracy, dopiero wówczas mogłam się gdzieś tam przemieścić, a w ciągu dnia to w ogóle nie wchodziło w rachubę, bo auto było razem z SZM w MieścieWojewódzkim. Teraz kiedy tylko mi się cokolwiek zachce siadam i jadę. Nie mówię, że często i dużo mi się chce i że dużo jeżdżę, ale ważna jest sama moja świadomość, że mogę i to w każdej chwili :-) I właśnie dlatego nie wiem czy jestem zainteresowana sprzedażą, nawet za cenę wakacji.
zdrowotnie
żeby nie przeciążać kręgosłupa ratuję się fizykoterapią i od jutra do końca tygodnia wzięłam sobie wolne z pracy. W końcu mam jeszcze stary urlop. Nie będę uszczęśliwiać Małej swoją bytnością w domu w czasie ferii kiedy one tu planują różne schadzki koleżeńskie.
nocny marek ze mnie
nie ma to jak nocne blogowanie... Wieczorem, w nocy kiedy dom już śpi, nikt nie woła, nie wędruje, nie pyta co Ty tyle tam klikasz, kiedy mogę sobie do woli klikać tekst i nie muszę pilnować się, żeby mi żaden przez ramię tu nie luknął, żeby mieć w zapasie kilka stron na ekranie, że niby tam właśnie grzebię, w takiej ciszy i spokoju pisze mi się najlepiej.
Kocham te spokojne nocne chwile.
Tylko potem rano nie ma takiej opcji, żebym sama z własnej i nieprzymuszonej woli wstała wcześnie, czyli skoro świt przed godzina 9.00.


poniedziałek, 23 stycznia 2012
odchodzą kolejne gwiazdy tamtych lat
Belita przypomniała mi, że obiecałam sobie posłuchać Jarockiej, na wieść o jej śmierci. "Wymyśliłam Cię". Bardzo lubię tę piosenkę, bardziej chyba niż jej kultowe "Kawiarenki". W tym linku jakoś głosu nie jest najlepsza, ale za to oryginalny teledysk z tamtych lat :-)
Miałam wtedy 5 lat :-))
dbam o siebie :-)
Dzień wolnego, który miałam spędzić na totalnym nicnierobieniu, miałam leżeć i pachnieć, przeszedł ot tak po prostu. Zaliczyłam wizytę u pani doktor. Skierowanie do neurologa, recepta na środki przeciwbólowe, uroczy śmiech pani doktor, która obejrzawszy zdjęcie Rtg mojego L-S z opisem w stylu zmian nie stwierdzono powiedziała, że tego nie skomentuje. A ja się pytam co na to lekarz, który ten opis firmuje swoim nazwiskiem.
Jeszcze przed wizytą podratowałam się trochę fizykoterapią i nawet nie jest źle. Formalnie muszę tylko dotrzeć do specjalisty i odczekać swoje w kolejce do terminu, który mi zapewne wyznaczą. Tak, żeby chorować trzeba mieć czas, zdrowie i pieniądze. Trzeba będzie uruchomić kontakty, bo chyba inaczej się nie da. Niby mi się nie spieszy, bo jakoś nie spodziewam się radykalnej poprawy po wizycie u specjalisty. Bardziej chcę by mi zlecił rezonans, żeby sprawdzić  czy to na pewno tylko diagnoza postawiona przez LPK czyli radiculopatia.
A póki co sama się dokształcam i sprawdzam co wiem, a czego jeszcze nie.
Może komuś się to przyda - refundację leków sprawdza się tutaj :-)
Szacunek dla pacjenta/klienta
Sprawa wizyty lekarskiej zasługiwałaby również na osobny wpis. W głębi duszy przyznaję pełną rację pacjentce, która głośno komentowała, że podczas godzin przyjęć lekarz powinien siedzieć w gabinecie i czekać na pacjenta, a nie czekać (ponad pół godziny!) aż się pacjentów zbierze większa ilość, by łaskawie wynurzyć się z biura. Śmiem twierdzić, że każdy inny urzędnik państwowy zostałby bardzo szybko postawiony do pionu przez oczekujących, ale osoba/profesja lekarza coś takiego w sobie ma, że ludziom się wydaje, że lepiej im nie podpaść. Więc lekarze robią co chcą, a potem narzekają, że maja tabuny pacjentów. Wiem, nie mogę ich wrzucać do jednego wora, ale każdy z nich z osobna pracuje na wizerunek całej grupy zawodowej.
Dlaczego ja nie zareagowałam? Proste, bo po starej znajomości w firmie zazwyczaj wchodzę poza kolejnością, więc jak raz na jakiś czas poczekam nic mi się nie stanie :-)
znajomi
Chciałam tu o znajomych naszych jednych napisać, ale...
Bo do tej pory niby razem, a jednak każde sobie.
Bo ona traktowała go niefajnie.
Bo wszyscy się dziwili, że on się tak daje.
Że pewnie bardzo ją kocha, bo innego wytłumaczenia nie ma.
Bo to ona rządziła i wyznaczała priorytety, które nie do końca mu chyba pasowały.
Bo miałam wrażenie, że on się w tym związku nie liczy. Zresztą ona sama tak mówiła i się zachowywała.
W wyniku różnych okoliczności jemu się chyba misa przelała.
I teraz kiedy ona płacze mi w rękaw to chce mi się jej powiedzieć, że przecież on ma rację, kiedy mówi jej, że to wszystko przez Ciebie.
Ale to przecież ich życie, ich problemy. Nie mnie oceniać.

Poanalizuję kiedy indziej, bo dzisiaj już późno.
 
1 , 2 , 3