na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 29 stycznia 2014

Czas honoru tak mnie wciąga, że właściwie w domu na szybciora robię tylko to, co konieczne, niezbędne i zasiadam do kompa. I kończę późno w nocy... :-) Aktualnie czeka na mnie odcinek 59 czyli już piąta seria. A niestety póki co jest ich chyba tylko sześć.
Bardzo mi się podoba sam serial, fabuła, a podejście do tematu chyba pomaga zrozumieć co się tak naprawdę działo w tamtych czasach. Ręce opadają z bezsilności, łza się w oku kręci nad losami bohaterów i tych głównych, i tych całkowicie zmarginalizowanych. Tak myślę sobie, że gdyby teraz przyszło tak walczyć, to śmiem twierdzić, że żar patriotyzmu nie byłby już tak wielki jak wówczas. Jestem pełna podziwu dla bohaterów tamtych czasów. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie ich rozczarowania tym, co się stało po zakończeniu wojny. Po tym wszystkim co przeszli, na co czekali, w imię czego walczyli i się poświęcali...
Do tej pory żaden film, materiał, książka czy cokolwiek innego, w tak wyrazisty sposób nie przedstawiła mi tamtych losów.
I słowa uznania dla aktorów. Wszystkich. Dla aktorów-amatorów również, myślę tu o Robercie K., który świetnie wcielił się w rolę gubernatora Warszawy. Nie pasował mi tylko Hubert U., którego postać i głos mam w umyśle przyporządkowane do teleturnieju, który prowadził. Ale przy całej reszcie ten jeden maleńki minusik to pryszcz.
Powinnam chyba nieco spauzować, bo będę potem żałować, że tak się spieszyłam, oglądałam wręcz z zadyszką, zamiast dozować sobie przyjemność z oglądania. O nieprzespanych nocach nie wspomnę :-)

sobota, 25 stycznia 2014

Wciąga mnie ten "Czas honoru" przeokropnie. Jeszcze kilka odcinków i skończę oglądać czwarty sezon. Szkoda tylko, że kosztem nieprzespanych nocy :-)
Młody w końcu złożył pracę licencjacką i czeka na termin obrony. Najprawdopodobniej pod koniec lutego. Jeszcze tylko sama obrona... Boleję nad tym bardzo, że idzie mu to jak krew z nosa. Mam nadzieję, że jak od października zacznie magisterkę to przyłoży się bardziej.
Mała, uczennica 3 klasy gimnazjum ma przed sobą wybór szkoły. Po konsultacjach z doradcą zawodowym zweryfikowała plany i opowiada się za pozostaniem w dotychczasowej szkole, gdzie jest również liceum. I przyznam szczerze, że ten wybór bardzo mi odpowiada. Czy ja pisałam już o tym, że Mała zaciągnęła się do drużyny harcerskiej?
SZM w pracy ma ogromny stres. Czas kolejnej redukcji, ostrych cięć na dużą skalę. Na poniedziałek zapowiedział się do niego bezpośredni przełożony z wizytą. Powiedział co prawda, żeby SZM się nie obawiał, ale nigdy nic nie wiadomo. Się okaże.
Tatencjusz wychodzi z zapalenia płuc, matencja ma się w miarę dobrze. Mam wyrzuty sumienia, bo rzadko tam jeżdżę. Teraz jestem z lekka usprawiedliwiona, bo męczy mnie okropny katar, ale źle się z tym wyrzutem sumienia czuję.
U mnie w pracy jest OK. Mam wrażenie, że zaczynam panować nad tą materią i wiem o czym do mnie mówi N_C_K :-) Ona jest niesamowita. Buzia jej się nie zamyka, albo gada do nas, albo do telefonu, który wiecznie dzwoni. Firmowy już ściszyłam, bo dzwonił tak głośno, że umarłego by zbudził. Niestety mimo mojego ściszania, jej komórki dzwonią ostro. Stopniowo wprowadzam trochę ładu do tego biura, sterty dokumentów walające się wszędzie powoli znikają, jeszcze trochę ich stoi i czeka na niszczarkę albo ognisko :-) Powoli ogarniam coraz więcej tematów, jest sporo obszarów, gdzie moja wiedza jest szersza, bardziej aktualna. Jednak mogę powiedzieć, że N_C_K oddała stery w moje ręce i sprawuje dyskretną kontrolę. I tak jest OK. I przy tych wszystkich jej wadach i niedoskonałościach jest taką właśnie Niefrasobliwą Ciotką Klotką, której chyba nie da się nie lubić. Poza tym trochę już wrosłam w to przesiadkowe towarzystwo, już nie czuję się tak obco, powoli czuję się coraz bardziej u siebie. Ze zdziwieniem zauważam, że sformułowań typu "my", "nasze", "u nas" używam również mówiąc o nowym przesiadkowym środowisku.
Moje spotkania towarzyskie czy to babskie, czy studenckie w tym roku jakoś jeszcze nie doszły do skutku i z przerażeniem odkrywam, że aż tak bardzo to mi ich nie brakuje. Sama się sobie dziwię, bo ze mnie jest raczej towarzyskie zwierzę. A może taki mam czas...

 

 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Dojrzałam.
Podjęłam decyzję.
Zaczynam od dzisiaj.
Uprasza się o trzymanie kciuków.

start Dukan 2014

Żeby nie przynudzać na temat dietowania tutaj - postanowiłam upajać się sukcesem albo płakać nad porażką tam.

czwartek, 16 stycznia 2014

wagowo/dietowo
Już się chyba toczę, bo mam wrażenie, że zrobiła się ze mnie kulka. Co tam kulka, wielka kuuula! Muszę sobie w głowie poukładać to i owo, zresetować mózg i zaprogramować ŻP. Ostatnio wciągam żarcie wszelakie jak jamochłon. Dramat i masakra w jednym.

filmowo
drugi sezon serialu "Czas honoru" już mi się powoli kończy. Oglądam z przyjemnością dla samej gry i obsady, ale i z przerażeniem jeśli chodzi o fabułę i losy bohaterów. To też daramat i masakra, ale w inny wymiarze.

pracowo
aż się boję, bo prawidłowość jest taka, że jak wydaje mi się, że jest OK i łapię/czuję temat to zaraz coś wypłynie, co udowodni mi jak mało jeszcze wiem. Ale póki co po cichu szeptem na ucho powiem szczerze, że część zaległości i bałaganu już ogarnęłam. Nie jest źle.
Z integracją też z lekka lepiej. Dzisiaj po godzinach (żeby nie było, że w trakcie pracy) był na przykład weselny drink, żeby nie powiedzieć wódka weselna. :-)

rodzinnie 1
Tatencjusz oprócz skoków ciśnienia dorobił się zapalenia płuc. Zapalenie płuc dla faceta w wieku 74 to nie jest byle co. Mam nadzieję, że kontrola u lekarza w przyszłym tygodniu wykaże ewidentną poprawę.
Zabieram się za temat aparatu słuchowego dla niego. Temat czyli skierowanie do laryngologa, bo laryngolog wystawi skierowanie, a potem w kolejce już tylko badanie słuchu i skierowanie na aparat słuchowy. Tatencjusz słyszy kiepsko. Oczywiście nie przyznaje się do tego, robi dobra minę do złej gry i udaje że wszystko gro i bucy. Muszę jeszcze rozpykać temat tych aparatów w temacie który wybrać.
Matencja póki co bez objawów negatywnych. Z moich obserwacji wynika, że to już nie jest ta sama matencja co kilka lat temu. Już umysł nie ten, kontakt inny, skupienie myśli, zainteresowanie tematem, itp. Widać upływ czasu, po prostu. A ja sama siebie pilnuję, by nie reagować nerwowo. Bo denerwuję się tymi nieporozumieniami, bo irytuje mnie jej trudny charakter, bo zła jestem na to, że upływ czasu dotyka też jej.
Z rodzeństwem od czasu Świąt praktycznie kontaktu nie mam. Obiecałam sobie zadzwonić w tym tygodniu, ale jakoś czas mija, a ja telefonu nie dotknęłam. Ktoś powinien zadbać o kontakt, niech to będzie Starsza Siostra. Więc jutro już na pewno zadzwonię.

rodzinnie 2
Młody - W dalszym ciągu iskrzy na linii SZM-Młody, czasem też na linii Ja-Młody. Drażni nas/mnie świadomość, że Młody nie wykonał planu, że zawalił (nie bójmy się słów). Że nie idzie to płynnie tak powinno. Że Młody jest jaki jest, a więc nie jest idealny. Jutro jedzie do promotorki, może mu już tą pracę zatwierdzi. Oby!
Rozwala mnie to moje dziecko, on na wszystko ma czas, jemu się nigdzie nie spieszy, bo po co? Zamiast sprężyć się w sobie tu i teraz, zrobić raz-dwa-trzy to, co najważniejsze i mieć święty spokój to on ma wszystko w głębokim poważaniu.
Mała - OK. Oceny zadowalające, na półrocznym świadectwie nie ma żadnej trójki, dużo czwórek, reszta to piątki i chyba 1 albo 2 szóstki. Zachowanie bardzo dobre. Żadnych problemów wychowawczych. I tak niech będzie dalej!

zapiski z kroniki
Koncert turystycznego zespoły był miły i sympatyczny. Trochę odlatywałam w niebyt i walczyłam z opadającymi powiekami, ale dałam radę.
Dzisiejsze spotkanie towarzyskie ex-studentek zostało odwołane i bardzo dobrze, bo nie musiałam się gonić tuż po zebraniu w szkole.

Rzuciłam sobie na pazury piękny wiśniowy lakier. Cud-mniód-malina!

wtorek, 14 stycznia 2014

Serial mnie dzisiaj wciągnął i przysiedziało mi się z lekka, a na sam koniec siedzenia zajrzałam sobie jeszcze na moment na Bloxa :-)

Nowy Rok już zdecydowanie biegnie swoim torem.
Weekendowanie noworoczne zaczęliśmy od sobotniego dokładnego, powolnego (bo mi szło jak krew z nosa) sprzątania z okazji niedzielnych gości. Wieczorna sobota to już spotkanie towarzyskie, sąsiedzkie z lampką szampana "na ten Nowy Rok". Chyba takie spotkania wejdą do kalendarza międzysąsiedzkich spotkań.
Niedziela to już niedzielni goście w domu, goście noclegowi, bo do domu spory kawałek jazdy mają. Najpierw sobotnio, niejako z okazji ich wizyty pucowałam chałupkę na błysk. Miałam nawet wrażenie, że bardziej się przyłożyłam do tego sprzątania niż do przedświątecznego. Faktem jest, że byłam tym sprzątaniem usatysfakcjonowana. Bo ja lubię mieć porządek. Taka jestem i już, nie będę ściemniać. Niedzielna wizyta była miła, sympatyczna i ogólnie było fajnie.
Długoweekendowy poniedziałek (Święto Trzech Króli) też był gościnny, z tą różnicą, że to my byliśmy odwiedzającymi:-) I też było fajnie, aczkolwiek bez fajerwerków i wodotrysków.
Pracowy tydzień zleciał szybko, z tego prostego powodu, że był krótszy niż zwykle. I ani się obejrzeliśmy znowu był weekend. :-)
W piątkowy wieczór Małą trzeba było podrzucić na miejsce zbiórki, bo załapała się na wyjazd harcerski. W drodze powrotnej zaliczyliśmy odwiedziny-niespodziewajkę u mojej pracowej znajomej. W sobotę SZM zachciało się wojaży turystycznych więc ruszyliśmy nasze dupcie dwie (tylko dwie, bo Młody chodzi swoimi dróżkami, akurat pracował, a Małej nie było) i pojechaliśmy na pyszne ciastka do miasta papieża. Było spokojnie, bez tłoku, leniwie, sympatycznie. W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze odwiedziny u matencji. Niejako wymuszone przez nią samą, ale spuszczam na to zasłonę milczenia. Już jej nie zmienię.
Po wyjazdowej sobocie, była szybka skoroświtowa niedzielna pobudka, bo Mała dzwoniła, żeby ją odebrać. Potem jeszcze trochę snu i leniwie płynąca sobota.
Dzisiaj rozebraliśmy choinkę, pochowaliśmy wszelkie ozdoby świąteczne i generalnie rzecz biorąc wysprzątałam naszą chałupkę, w międzyczasie umywszy jeszcze okno w kuchni. Nie myłam okien przed samiuśkimi Świętami i przyznam szczerze drażnią mnie teraz trochę, bo zdążyły się już przybrudzić. :-)
Nie posprzątałam jednego pokoju, pokoju Młodego. Bo czekam, aż zrobi to sam. Najpierw jednak niech naniesie ostatnie poprawki w tej swojej pracy licencjackiej, bo pani promotor już ją zaakceptowała. I podobno ma to być w lutym...
Jutro idziemy na koncert tak zwanej piosenki turystycznej z moich lat młodzieńczych. Pojutrze będzie zebranie rodziców u Małej w szkole i chyba jeszcze spotkanie babskie studenckie. Potem w kolejnym dniu cotygodniowy wyjazd z Małą na zajęcia języka egzotycznego. I ani się człowiek obejrzy przyjdzie piątek, a zaraz potem weekendowy wyjazd studencki.

I tak to.

wtorek, 07 stycznia 2014

I kto by to pomyślał, że dopiero dzisiaj popełnię swój pierwszy wpis...
Nie byłabym sobą gdybym nie uzupełniła kilku rzeczy z czysto kronikarskiego przyzwyczajenia:-)

Sylwester
udany, bez fajerwerków, jak to mam w zwyczaju mówić, ale pozytywnie. Niestety głównego bohatera nie było, został wezwany na jakieś badania/konsultacje, ale daliśmy radę i bawiliśmy się całkiem OK. Zapowiadało się, że możemy nie pójść, bo najpierw SZM walczył z łapiącym go przeziębieniem, a potem wylądowałam jeszcze u matencji, bo jej telefoniczne "zeznania" wskazywały na incydent kardiologiczny. Na szczęście zawezwane na pomoc pogotowie wykluczyło temat serca, lub jego ewentualnego niedokrwienia.
Sam Sylwester OK, ale cały dramat rozegrał się przy powrocie, a raczej przy chęci powrotu. Pierwszy raz walczyliśmy o możliwość złapania kontaktu telefonicznego z korporacją taxi. Jakąkolwiek. Nieco ponad dwie godziny zabrało nam dodzwonienie się po taksówkę. Uczciwie przyznać muszę, że ostateczne nasze dodzwonienie się i tak poszło po kontaktach prywatnych, a nie linią oficjalną korporacji, ale szczęśliwi byliśmy z faktu, że już za chwileczkę, już za momencik wsiądziemy do auta, które powiezie nas do domu.
Nowy Rok
...i wszystko co za tym idzie, a więc podsumowania, postanowienia i takie tam inne. Niby nie robię podsumowań, nie czynię postanowień, ale...
Po pierwsze kwestii finansów i tak zwanego zabezpieczenia kasiorkowego dochodzę do wniosku, że jak tak patrzę wokół, to prawie jesteśmy w tak zwanej czarnej dooopie. Wiem, wiem, nie ma co narzekac, trzeba się cieszyć z tego co jest, i radować, myśląc, że dobrze że nie jest gorzej. Ale inna stara prawda mówi, że zawsze równaj w górę, więc spozieram trwożnie i usiłuję równac, ale zamiast równać spadam w nicość.
Wiecznie lub prawie wiecznie zadebetowani, bez większych oszczędności, no dooopa ciemna. Gdyby nie daj Bosze cokolwiek się stało - zabezpieczenia żadnego, a jeszcze do spłacenia zadłużenie w linii kredytowej. A tu jedni się budują, inni mieszkania kupują, jeszcze inni remontują, meblują. I nie zawiszczę im tego w żaden sposób, tylko myślę ze złością i niepokojem o nas, że jacy z nas gospodarze, jak nam kasa przez palce przelatuje, jak jesteśmy beznadziejni w tym temacie. Jak mało konsekwentni, niezdyscyplinowani, przyzwyczajeni do myśli, że jakoś to będzie, pomartwimy się później, a teraz to przecież "raz się żyje", "żal nie skorzystać", "trzeba mieć co wspominać", "przecież coś nam się od życia nalezy", "jakże to tak nie zrobić/kupić/pojechać/zobaczyć/ a nawet mieć tego czegoś...". Długo bym tak jeszcze mogła, ale nie chcę samej siebie dołować bardziej niż jestem zdołowana.
Po drugie w temacie naszej, a może bardziej mojej wciąż rosnącej wagi. MASAKRA. SZM właściwie był gruby to i jest, a ja... ja czuję jak puchnę. Czuję się jak ta pani z reklamy, która chodzi z nadmuchaną oponką w talii. Po prostu źle się czuję. I niby postanowień nie robię, ale kiedy waga pokazała mi że tam stoi jak byk dorodny i okazały 82 kilo (nie wiem czy ta nasze waga nie zaniża, bo czuję się na jakieś 87) to dzwon Zygmunta w mojej głowie zabrzmiał mocno i wyraźnie. STOP! I co z tego, że do tych kilogramów mam 170 cm? Nic. To i tak jest dramat. Wszystko przyciasne i opięte. Problem ze schylaniem się, z ruchomością, sama widzę co się dzieje. Muszę, po prostu muszę cokolwiek zacząć działać. A SZM może też się zbierze w sobie i cokolwiek zmieni.
Po trzecie to już nie pamiętam co miało być po trzecie, bo te dwa doły są mega-wielkie i póki co mi wystarczą.
Co ja to jeszcze chciałam...
Obiecanki i postanowienia - cd
Miałam nic nie obiecywać. Tak mówiłam, prawda?:-)
Tak więc obiecuję sobie solennie, że przy tegorocznej wigilii (tej w 2014) z całą pewnością nie dam matencji produkować hurtowych ilości pierogów i uszek, bo zrobię je sama własnoręcznie w październiku, a najpóźniej w listopadzie. Tak by mieć już zrobione gdy matencja podejmie temat. I na pewno nie będziemy chcieli od niej żadnego ciasta, bo nie chcę by męczyła się ich produkcją, a po drugie one się nam już chyba przejadły, bo sporo ich zamroziłam, a część nawet wyrzuciłam, bo nie było amatorów.
Studencko
odnotowuję, że prace nad projektem, który zakończy moją obecną edukację już rozpoczęłam i mogę powiedzieć, że etap pierwszy jest już prawie na ukończeniu, z czego jestem niesłychanie dumna i blada, bo nie lubię pracować w pośpiechu i na ostatnią chwilę.
- - -

zapomniałabym - dzisiaj na domowym TV (to dosyć istotna info) obejrzałam Grawitację. Może gdybym zobaczyła to w kinie, na 3D to byłoby inaczej, a tak to powiem - ee tam...