na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 22 stycznia 2016

praca

powoli ogarniam swoje gniazdo w pracy. Kroczek po kroczku oswajam materię. Niestety podwyżki obiecanej póki co nie dostałam. Powiedziane mam, że jeszcze troszkę. Tak to jest, jak nie masz w garści to się nie ciesz. Co z tego że jesteś pracownikiem dobrym, kreatywnym, takim na którym można polegać. To w zasadzie nic nie znaczy. Polityka kadrowa i finansowa mojej firmy czasem mnie rozwala. Szkoda nerwów.
Sama siebie wyhamowuję. Pracy nie przerobię. Najchętniej rzuciłabym się w wir roboty, posiedziała po godzinach, nadrobiła wszystkie zaległości N_C_K i dopiero wówczas się zadomawiała. Ale to się tak nie da. I sama siebie ganię kiedy w myślach rodzi mi się myśl, że to tylko przeszkadza gdy ktoś do mnie do biura przyjdzie i gada. A zagląda co chwilkę ktoś... I niby dobrze, ale jednak przeszkadza :-)

dzieci

Młody znowu ma bliskie spotkania z chirurgiem. Takie jakieś ma skłonności do różnych świństw, które życie utrudniają. Rana po cięciu, cztery szwy, goi się drugi tydzień. Antybiotyk włączony, bo coś się zaczęło ślimaczyć.
Obydwie moje pociechy umocowane związkowo. Dzisiaj sama się pod nosem śmiałam, bo my z SZM w jednym pokoju, a każde z nich ze swoją połówką w swoim :-)

rodzice

były zdrowotne problemy tatencjusza, teraz już mu się zdrówko niby unormowało. Zawsze tak mam, że gdy wszystko gra i bucy to aż się boję, że tak być nie może, że coś musi pierdyknąć i zastanawiam się tylko kiedy i z której strony. Relacje między nimi bez zmian. Ja się nie angażuję, odcinam się emocjonalnie. Ograniczyłam wizyty z braku czasu i chęci, chyba bardziej chęci. Skóra mi cierpnie na myśl, że za karę (uwaga tu włącza się syndrom grzecznej córeczki), no więc za karę kiedyś moje dzieci też mnie tak będą zlewać. Zlewać to może niedobre słowo, ale odrabiać pańszczyznę, robić coś z musu, bo tak trzeba. Okropne jest to uczucie. I nawet wiem, że jak z poczucia winy doprowadzę się do takiego stanu, że uznam, że jednak nie może być tak źle, że przesadzam, że przecież musze pojechać, bo powinnam i takie tam inne... I jak już pojadę, to po pół godzinie już żałuję i odliczam minuty do wyjścia robiąc dobrą minę do tej ich gry.

SZM

zapracowany, niestety nieodchudzony, czyli nie bójmy się słów - otyły, nierzadko zestresowany (w firmie kolejny rok z rzędu cięcia), czyli bez zmian.

przyjaciele

mam wrażenie, że nam się przerzedzili i nie wiem czy to nie z naszej winy, braku czasu, albo i ochoty, chyba bardziej SZM niż mojej, bo tak po kolei...
ONA z lat moich szkolnych (i jej wybranek/maużonek), cały czas blisko nas, emocjonalnie i geograficznie :-) A SZM nie darzył sympatią jej, uparcie twierdząc, że nie jest szczera, kilka osób też mi tak sugerowało i nawet chyba nie dotyczyło to konkretnych sytuacji tylko takiego ogólnego jej stosunku do życia. No więc SZM nie pałał sympatią, a mnie przestało się chcieć walczyć i nalegać na utrzymywanie z nimi kontaktów. I ak to umarło. Co prawda zadzwonili w /sylwestra z zaproszeniem, ale to tak na ostatnią chwilę i w porywie emocji chyba. I jakąś taką pustkę w tym miejscu czuję. Serio.
To raz.
Pracowi znajomi przedprzesiadkowi.
ONA jedna z tych samych lat szkolnych z mężem chorującym, wiecznie nieobecnym, więc jakby ciężko się z nimi zgrać. To właśnie tam byliśmy witać Nowy Rok. Obie usiłujemy nadrabiać brak kontaktu prywatnego na gruncie pracowym, który był silny ale z racji mojej zmiany znacznie się ograniczył.
ONA druga z mężęm, który jej nie szanuje i z racji tego braku szacunku stracił sympatię nas obojga. I tak się wzięło rozejszło po kościach to kolesiowanie. Można jeszcze uznać, że w gronie dużym od czasu do czasu bywamy wspólnie (ale to brzmi), ale SZM cierpi w jego/ich towarzystwie.
ONA trzecia, bez męża, wiecznie poszukująca, obarczona dzieckiem. Przesiadka pracowa ograniczyła nam kontakty, i ta znajomość chyba nie przetrwa, nie będzie już taka jak była kiedyś, po prostu. Jestem w stanie z tym się pogodzić :-)
To dwa.
KUMPELKA ze starej pracy z maużonem - tu muszę przyznać, że mimo rzadkich odwiedzin, wizyt, kontakt jest stale utrzymany i to jest miłe.
Znajomi pracowi SZM - kontakty też się rozluźniły.

bieganie

wciąż daje mi sporo radości, frajdy i pozytywnych emocji. Do tego życie towarzyskie, ale moje, bo SZM mimo zachęt z mojej strony nie chce. Nie, to nie. Niech żałuje. A ja biegam, biegam, biegam. Zaszalałam, zakupiłam sobie biegowy zegarek w nagrodę za uzyskanie dobrego czasu na 5km. Myślałam, że nigdy nie uda mi się tego przebiec poniżej 30 minut, a zrobilam to w nieco ponad 28, albo tuż przed 29 minut, już tak dokladnie nie pamiętam :-) To taki mój prywatny rekord, którego nie pamiętam :-))) Plany biegowe posnute, zapisy na różne biegi poczynione, ale póki co zeszło ze mnie powietrze i jestem jednym wielkim oczekiwaniem...

zdrowie

znamię barwnikowe, rozsiane, dermatolog odesłał do onkologa, czekam na wizytę...

wtorek, 05 stycznia 2016

Witajcie kochani w Nowym Roku. Kolejny rok do przodu. Tak, nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że ten czas zapycha jak szalony.

O rany, ale zaległości...

W tym roku po raz pierwszy w życiu na święta miałam żywą choinkę, własną, włosnonożnie osobiście wybieganą. Ot, taka moja własna atrakcja!

Święta
Wigilia
Brak moich rodziców na wigilii zaskutkował fajną atmosferą, luzem i brakiem nerwowej atmosfery. Nie powinnam może otwarcie tak pisać, ale tak czuję, a sto lat temu uznałam, że tu na blogu co w głowie to na ekranie. Było naprawdę miło. W ogóle jakoś tak nawet przygotowania do wigilii były bez napinki, bez stresa. Mała mi na to zwróciła uwagę, że co roku przed wigilią zjadają nas nerwy i na siebie krzyczymy, a w tym roku cisza. Wpadałoby się zastanowić czy to dlatego, że nie było moich rodziców, czy może dlatego, że jestem biegająca i wyżywam się poza domem? :-) To takie pytanie marginesowe było;)
Podsumowując wigilię - teściostwo było nawet strawne, a siostrunia SZM ze swoją rodzinką spisali się jak trzeba. Kolędowaliśmy prawie dwie godziny do zdarcia gardeł.
Boże Narodzenie
czyli tak zwany pierwszy dzień Świąt. Na obiedzie rodzice i teściostwo, a po południu ok. 17.00 rodzeństwo moje i druga siostrunia SZM. Znajome emocje i to wcale nie te miłe, kiedy słyszę teksty rodziców, tak zwane niewinne zwracanie uwagi, zapytania szpilowate i takie tam inne. Tego właśnie nie było w wieczór wigilijny :-) Po obiedzie szybka kawa, ciastko i teściostwo wyrusza do domu mówiąc do matencji mojej że oni już idą, bo przecież gospodarze po południu będą mieć kolejnych gości, więc robią miejsce. Matencja oczywiście puszcza taki tekst mimo uszu, bo jej to przecież nie dotyczy. Ona nie odpuści, ale tatencjusz ma z lekka dosyć gościny i kiedy już wszyscy się zeszli i zrobiło się tłoczno, gwarno, ciasno, on twardo chce do domu, bo jak mówi źle się czuje. Matencja nie popuści. Prawo do złego samopoczucia ma tylko ona, bo niby dlaczego on miałby się źle czuć? A ona przyszła do dzieci i sobie chce posiedzieć, więc niech on nie wymyśla, że źle się czuje. Logiczne chyba, no nie?... Moje delikatne sugestie, że facet ma 75 lat i ma prawo do złego samopoczucia, skutkują fochem, że trzymam jego stronę. Tatencjusz mimo wszystko wychodzi, zostawiając matencji kasę na taksówkę. Po namyśle matencja decyduje jednak na odwrót. Ale co się nagadała to jej. Wysłuchałam, nie poparłam, przestałam jednak oponować, ale nie nalegałam by została, w myśl zasady chcesz to zostań. Po fakcie później dużo, usłyszałam, że on sobie pomyślała, że co tak nam będzie na głowie siedzieć, jak sami młodzi zostali. Lepiej późno niż wcale.
Zapomniałabym wspomnieć, że Młody na popołudniową kawę zaprosił swoją koleżankę, która w międzyczasie awansowała na dziewczynę. Matencji do gustu nie przypadła, to wiem, bo znam ją matencję znaczy się, jak własną kieszeń. A ja na wszelki wypadek się nie przyzwyczajam:-). Aczkolwiek mam pewne obawy, że to może być właśnie TA, w myśl zasady jeszcze jej nie znam a już mnie lekko drażni :-)
Znacie ten kawał?
Chłopak przyprowadza do domu trzy koleżanki i mówi do matki - jedna z nich to moja narzeczona, zgadnij która? Matka bezbłędnie zgaduje która to, zaskoczonemu synowi tłumacząc - jeszcze jej dobrze nie znam a już mnie wkur..a :-)
Drugi dzień Świąt
Na obiedzie był zaproszony chłopak Małej/Młodej, a poza tym to luz blues, pełen wypas. Żyć nie umierać. Takie powinny być Święta. :-)
Trzeci dzień
bo w tym roku świętowaliśmy przez dni trzy, trzeci dzień Mała do chłopaka na obiad, a my byliśmy w gościach u znajomych. Było raczej średnio. Ale nie ma co się dziwić, bo jak jest poważna choroba w domu i ktoś się źle czuje to nie ma melodii do śmiechu i żartów.
I tak to przeszły Święta...

Po Świętach, a przed Sylwestrem - kolęda czyli niby te odwiedziny duszpasterskie. Zaliczone, w tym roku w osobie samego księdza proboszcza.

Sylwester
Spędzony u znajomych, tych od poważnej choroby. Ale było całkiem miło, szkoda, że bez gospodarza, bo on akurat na kolejnej terapii w szpitalu wylądował, ale cóż robić. Bez tańców, bez szaleństwa, ale miło, sympatycznie, smacznie, z telewizorem w tle.
Nowy Rok
domowo, lajtowo

I tak weszliśmy w ten 2016... a w Nowym Roku zaraz z początku mam już zaliczony bieg, mroźny bieg, bo mroźno było bardzo, ale fajnie jeszcze bardziej :-) Biegowe plany też już mam nieco skrystalizowane: dystanse krótkie, max to 10 km, ale konkretnie czyli na chwilę obecną marzec, maj i wrzesień już zaplanowane :-)

I tyle!

Acha, a w pracy już jestem sama, samiuteńka. I zestresowana na maxa. Pewnie dlatego nie mam spania... :-)