na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 26 stycznia 2017

Takie tam...

W zeszłym roku pojechaliśmy z dziećmi na spóźniony weekend majowy, który był spóźnionym celebrowaniem naszej 25 rocznicy ślubu. Wówczas doszliśmy do wniosku, że dzieci nie będą już z nami jeździć na wczasy, ale na weekend dały się namówić i tę tradycję postaramy się pociągnąć. W tym roku w maju mamy maturę Małej. O ile Mała powiedziała, że spoko możemy jechać, bo matura dopiero 4-go w poniedziałek, o tyle Młody powiedział, że on chciałby z dziewczyną gdzieś sobie pojechać. Zwłaszcza, że nie byli nigdzie na wakacjach w zeszłym roku. Trudno. Nic na siłę.


Młody

Martwi mnie to, że Młody jest taki jakiś drewniany. Jako dziecko był bardzo wrażliwy i w życiu bym nie przypuszczała, że takie drewno z niego wyrośnie. Jest dużym egoistą, 7 lat bycia jedynakiem zrobiło swoje. A potem może i moja wina, bo starałam się bardzo żeby nie odczuł, że coś go omija, dlatego, że urodziło mu się rodzeństwo. SZM mówi, że to babcia go tak nauczyła, że wszystko dla niego, w pewnym stopniu się zgodzę, ale tylko troszkę. Na czym polega jego egoizm? Na tym, że nie jest empatyczny, nie wykazuje żadnych zachowań, które wskazywałyby na to, że myśli o innych, by starał się żeby innym było dobrze, żeby mieli z czegoś frajdę. Szukam w tym wszystkim naszej winy, bo nic się nie dzieje bez przyczyny. Za bardzo go hołubiliśmy chyba :-) Skutkuje to obecnymi zachowaniami. Złapałam się na tym, że cały czas na niego burczę i go ochrzaniam. Ale kiedy nie ma za co chwalić. Wczoraj pochwalilam, bo sprzątnął po sobie, wyrzucił śmieci, zrobił co miał zrobić. aż mu powiedziałam, że chwalę go bo jestem zdziwona. Sam przyznał, że ostatnio tylko po nim jeździłam to się postanowił wziąć za siebie. Może coś ruszy...

Mała

mam niejasne wrażenie, że ma kłopoty w swoim związku uczuciowym. Chyba się sobą przejedli, albo on jej. Nie chcę być prorokiem, ale... oby to nie miało wpływu na maturę, która ją czeka. W marcu moje dziecko skończy lat 19. Ostatnie naście...

Bieganie

kręgosłup przestał mnie boleć, potencjalny półpasiec się nie rozwinął, przesiedziałam w domu od 8 stycznia wystarczająco długo, zżerając po drodze całe mnóstwo czekolady, no i w końcu dzisiaj ruszyłam dupkensa. SZM nawet nie wie jaki ma na mnie motywujący wpływ. On tylko pyta - nie biegasz? A ja już czuję przezskórnie, że mu się wydaje, że zaczyna się koniec mojego biegowego życia. I budzi się we mnie sprzeciw na takie jego myślenie :-) No więc poszłam, siłą rozpędu. Tzn. po pracy szybko zrobiłam co musiałam w domu i przed 16.30 wyleciałam z domu z nikim się nie umawiając. Ponieważ szłam sama, zabrałam telefon, a w domu zostawiłam kartkę. Cały czas się zastanawiałam czy biec do lasy czy w osiedle. Pobiegłam do lasu. Sama. O 16.30. Na ziemi gruba warstwa starszego już śniegu. Świadomość, że w naszym lesie jest całe mnóstwo dzików, które niczego się nie boją, wchodzą w osiedle aż miło, ale nie słyszałam by zaatakowały kogokolwiek. Trudno jest biec, jednocześnie patrzeć pod nogi i rozglądać się wokół. No i ścigać się sama ze sobą, a raczej ze zmierzchem. Mentalnie przerobiłam wszystkie czarne scenariusze od napaści dzików, przez skręcenie kostki, złamanie nogi, po napaść złoczyńców :-) Miał być spokojny bieg na rozruszanie się. Nie był :-) Zrobiłam tylko 5 km, ale jak tylko piknął mi zegarek, że jest już 5 km to od razu przeszłam do marszu. Ledwo żyłam... Doszłam też do wniosku, że taki porządek dnia jest chyba lepszy, wygodniejszy... Zanim ja wyszłam spod prysznica to SZM wrócił z pracy. Muszę to przemyśleć.

Rytm dnia

Zmieniło się nasze życie rodzinne, dobowy rytm dnia. Rano pierwsza wstaje Mała, która woli wstać wcześniej i bez kolejki do woli korzystać sobie z łazienki ile dusza zapragnie. Potem wstaje i rusza do łazienki SZM. Mała przechodzi do kuchni. Ja jeszcze śpię :-) SZM wychodzi do pracy ok.6.30, wstaję z łóżka i zamykam za nim drzwi. Do łazienki wkracza Młody. Ja zaczynam dzialać co nieco, a Mała już coś tam sobie działa w pokoju. Ona nawet jak ma na późniejszą godzinę to i tak wstaje wcześniej, ale za to wieczorem idzie spać przed nami. Młody wychodzi w końcu z łazienki, idzie do kuchni, a ja ostatnia w kolejce korzystam z łazienki. Czasem mi się uda wpaść tam przed Młodym, ale rzadko. Często się zdarza, że wychodzę z domu ostatnia, bo oni wszyscy są dojeżdżający, a ja na miejscu pracuję. Przed wyjściem z domu lubię sobie na sucho ogarnąć chałupkę, żebym nie musiała po powrocie z pracy zaczynać od sprzątania, składania łóżka itp. Wracam do domu przed 16 po drodze robiąć zakupy. Często się zdarza, że jestem nieco później, ale obiecałam sobie, że do 16.00 będę wychodzić, bo zaczyna to pachnieć pracoholizmem. Często się zdarza, że Mała po lekcjach jedzie gdzieś, do koleżanki, do chłopaka, gdzieś tam po coś, na zajęcia. Nie mam więc potrzeby tak bardzo spieszyć się z obiadem, bo SZM do domu ściaga dopiero w okolicach 17 - 17.30, a Młody po 18, czasem bliżej 19. Jeden pracuje do 16 i dojeżdża autem, drugi do 17 i korzysta z komunikacji miejskiej, a to oznacza przesiadkę w międzyczasie. Tak więc obiad albo jemy na raty, albo ok. 18.00. Nie mam parcia do gotowania za wszelką cenę, bo często mi się zdarza, że jeden zjadł w pracy, drugi idzie z kolegami/dziewczyną np. na kebaba, a Mała już zjadła u chłopaka. A ja? Wolę nie zjeść niż gotować tylko dla siebie :-) Dni wyglądają w zależności od tego czy mam trening czy nie. Jak mam bieganie to zazwyczaj wygląda to tak, że staram się nie zostawać za długo w pracy, wpadam do domu, szykuję obiad i już sobie coś tam podjem, żeby do 18 mi się poukładało w żołądku, bo o 18 biegam. Mijam się w drzwiach z wracającym z pracy SZM i lecę na trening. To w te dni kiedy biegam. A jak nie biegam to zdarza się, że zostaję dłużej w pracy, tzn. zostawałam, bo teraz już nie powinnam, bo przecież postanowienie noworoczne zostało złożone, wracam z pracy do domu, po drodze zakupy i w kuchni szykuje podwójnie tzn. na dzisiaj i na jutro, bo przecież trening będzie :-) Wracam z treningu to najedzony już SZM przysypia przy telewizorni, albo siedzi przy kompie. Dzieci - każde sobie rzepkę skrobie. Ja pod prysznic, do kuchni po jedzenie, coś ogarnąć w domu, zagadam coś do dzieciaków, powieszę pranie, puszczę zmywarkę i oczy mi się same zamykają.
Nie mam już biegania do i ze szkoły, przedszkola, na zajęcia dodatkowe, itp. Już nie jestem na tym etapie, ostatnio zdałam sobie z tego sprawę, że wracam do domu i na dobrą sprawę nic mnie nie goni. Tak, nasze dzieci są już duże :-)

sobota, 21 stycznia 2017

Ja

Przymusowa przerwa w wbieganiu czyli kręgosłup dał znać, że jest. A do kompletu wysypka, którą lekarz podejrzewa o bycie półpaśćcem, ale nic nie boli, nie piecze, nie mrowi. Po prawdzie to tak lekko zaczęło, ale dopiero wczoraj, a jest od niedzieli więc powinna wczęśniej nieco już działać. Na razie smaruję to-to fioletem, bo tak dochtór kazali, a po leki mam przyjść jak się coś bardziej rozwinie, bo może to jednak nie jest półpasiec. Siedzę więc w domu, nadrobiłam domowe zaległości w sprzątaniu i zaraz potem siekł mnie ból pleców, zatem pauza w bieganiu, potem pojawiła się wysypka, zatem pauza nadal trwa. I ludzie, ile ja mam teraz czasu... Przypomniało mi się jak to jest mieć wolne popołudnie i nic nie musieć. Bo tak normalnie to albo szykuję na jutro, bo będzie trening, albo szykuję na dziś bo własnie jest trening. :-) Jak tak dalej pójdzie to wkrótce będę się toczyć, bo nie biegam, nie ruszam się pożeram tony słodyczy.
W pracy gorący okres. Do tego zamknięcie projektu. I już szefostwo marudzi o następnym. Muszę być asertywna. Będę.
Od kilku miesięcy już walczę z kruchymi paznokciami. Łamią mi się okropnie, są kruche jak diabli. A ja chyba od dwóch lat tylko odżywki i odżywki. Oczywiście Evelin, jakieś 8 w jednym i inne cuda. Jak się okazuje to wcale one takie dobre nie są. I może coś w tym jest, bo w czasie wakacji zmieniłam odżywkę to paznokcie mi się wzmocniły, a jak wróciłam do starych nawyków to apiać od nowa. Zainwestowałam nawet w odżywkę Sally Hansen. I nic, albo za krótko używałam, bo już cierpliwość mi się kończyła. No i ostatnio zdecydowałam się iść do profesjonalistki. I mam piękne eleganckie, jeszcze krótkie, bo nie przedłużane, ale żelowe paznokcie. Jestem mega zadowolona i jedyne czego żałuję to czemu tak późno się na to zdecydowałam? :-)

Mała

Mała już po studniowce. Wyglądała cudnie, czuła się jak księżniczka, wszyscy ją chwalili czyli o to właśnie chodziło :-) Z imprezy wrócili po piątej rano więc było chyba OK. Coś mi tam opowiadała, że mieli jakąś poważną rozmowę, ale to ich sprawa, więc się tu nie zagłębiam.

Za trzecim podejściem Mała zdała egzamin na prawo jazdy. Uff! Jest dumna i blada, czeka na dokument. Była tak zdesperowana, że zapowiedziała, że jeżeli za tym trzecim razem, który chciała koniecznie odwołać, nie pójdzie jej to już podchodzić nie będzie. Musiała iść na ten egzamin bo już nie było go jak odwołać :-)

Teraz została jej już tylko nauka do matury... I ze spraw zdrowotnych jeszcze zabieg usunięcia guzka piersi, który ma zaplanowany zaraz po feriach. Podobno ma się to zamknąć w trzech dniach; przyjęcie, zabieg i wypis. Biopsja wykazała zmianę łagodną, ale i tak się denerwuję...

Młody

Zapracowany, zagoniony, rozdarty między pracę, nas i dziewczynę. Łapię się na tym, że non stop go ochrzaniam, bo coś zawala, zapomina, nie ma na uwadze. Zła jestem na siebie, na niego. Już sama nie wiem na kogo bardziej. Jakiś taki jest niedorobiony ten mój Młody, bez pomyślunku, sprytu, chęci... Może to norma, sama nie wiem, ale Mała też narzeka, że on taki nieogarnięty. Aż drżę na myśl jak on tam funkcjonuje w tej pracy.

Znowu ja

Stresa mam i nawet nie mam z kim pogadać na ten temat. Z jednej strony wiem, że to przesada, z drugiej zżera mnie stres i tak, nawet jak to wiem. O co chodzi o finanse, wiadomo. Coraz więcej moich/naszych znajomych wydaje za mąż córki/żeni synów, kupuje im mieszkania, zapewnia przyszłość w jakimś tam stopniu. Pierwszy mój stres to świadomość, że czas zbierać kasę na jakieś przyjęcie weselne na wypadek gdyby... Drugi stres to kwestia tego mieszkania. Nie mam szans ani widoków na cokolwiek. Żaden spadek, mieszkanie po cioci, babci ani innej totumfackiej w grę nie wchodzi. A na składanie jakby nieco za późno...
I wiem doskonale wiem, że nie mam takiego obowiązku, ale gdzies tam w środku żre mnie robak, który szepcze, że wypadałoby o tym pomyśleć. A wiem, że z SZM nie mam nawet po co zaczynać rozmowy na ten temat, bo mnie wyśmieje. Jesteśmy z innych domów, mamy inne nastawienie do tych spraw. Moja matencja zadbała o mieszkanie dla mnie (to były inne czasy, mieszkania się załatwiało), a SZM jest z rodziny, która w ogóle się czymś takim nie przejmowała. Ani kasą na wesele, ani jego przyszłością. Jak sobie sam nie zorganizował to nie miał. A jak zorganizował kasę na garnitur ślubny, pierścionek i weselną wódkę to potem raty spłacaliśmy jako małżeństwo. A teściowa nie dość, że się nie dołożyła do samego wesela to jeszcze wymagała zaproszenia (pisemnego!) dla siebie i swojego ówczesnego faceta. Jak sobie przypomnę to aż mnie trzęsie. A ja nie chcę być jak moja teściowa :-)

My

Raz jest dobrze, raz mniej dobrze. Przez te wszystkie lata bycia razem wcale się nie upodobniliśmy wbrew obiegowej opinii, że ludzie w małżeństwach się do siebie upodabniają. Różni nas wszystko, lubimy co innego, mamy inne oczekiwania, poglądy... Nie wiem co to będzie dalej. Staram się. Bardzo.

Wakacje

z uwagi na gorące roszady w firmie SZM zdecydowaliśmy, że póki co nie będę wysyłać zaliczki celem potwierdzenia rezerwacji, więc sprawa wakacji jest wciąż otwarta. W planach mamy tydzień w pierwszej połowie sierpnia i dwa tygodnie w drugiej połowie września. Zobaczymy co przyniesie życie...

Bieganie

przypomniało mi się dlaczego zaczęłam biegać. Potrzebowałam wyjść z domu, bo ileż można się nudzić z SZM :-)

czwartek, 12 stycznia 2017

Witajcie w Nowym Roku! Wszystkiego dobrego Wam życzę!

Święta były i minęły szybko. Z poczucia obowiązku kronikarskiego odnotuję tu sobie, że wigilia była u nas, byli na niej moi rodzice, po wigilii dojechało rodzeństwo. Pierwszy dzień upłynął pod znakiem gości, bo na obiedzie i teściostwo i rodzice, a do tego dziewczyna Młodego i chłopak Małej/Młodej. Wiadomo, że najpierw obiad, potem kawa i ciasto. Najpierw poszli teście, a późnym popołudniem ewakuowali się moi rodzice. Wieczorem Młody z dziewczyną poszli na spotkanie ze znajomymi i już nie wracali, bo nocowali u niej. Wieczór spędziliśmy więc z MałąMłodą i jej chłopakiem, który u nas nocował. W drugi dzień SZM zawiózł MłodąMałą i chłopaka do niego, bo szli na obiad i zostawali do wieczora. A my we dwójkę od obiadu do samuśkiego wieczora sami! Luz, kocyk, tv i serial Ranczo :-) Pełen reset.
Sylwester. Młody z dziewczyną na prywatce w granicach naszego osiedla. Mała z chłopakiem daleko, we Wrocku. My w domu, ze znajomymi, którzy do nas przyjechali na zaproszenie. Wszyscy w czwórkę poszliśmy późnym wieczorem witać Nowy Rok do wspólnych znajomych w granicach osiedla, a potem powrót do domu. Było całkiem fajnie.

W najbliższą sobotę czyli pojutrze Mała ma studniówkę. Wszystko już czeka gotowe, kiecka, buty, rajstopy, podwiązka, jutro dołączy torebka (pożyczona). Fryzjer umówiony, dziewczyna do makijażu też. Masakra z tymi przygotowaniami...

Wakacje, terminy urlopu zaplanowane, częściowo nawet zagospodarowane :-)