na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 24 stycznia 2018

Podwieczorna drzemka skutkuje bezsennością :-)

Po pracy poszłam pobiegać, biegało mi się fajnie, ale coś mi tam strzyka, boli w pośladku. Takie fatum mam, jak tylko pomyślę, wspomnę o tym, że może mogłabym pobiec jakiś bieg cokolwiek dłuższy niż 10 km to zaraz coś mi się odzywa. Ostatnio chyba tu napisałam, że marzy mi się kiedyś po cichu jakiś półmaraton. Napisałam i niepotrzebnie, bo wilka z lasu wywołałam. Czułam, że coś pobolewa, ale zasada dam radę i wybiegam wzięła górę. W efekcie zrobiłam dzisiaj 11 i pół km takim średnim tempem, bez napinki. Ale jak dotarłam do domu to pośladek bolał i boli nadal. Porozciągałam się, porolowałam, niby ciut mniej, ale problem z obciążeniem tej nogi jest. Po prysznicu padłam i przysnęłam. Boli, mięsień jest spięty, skurczony, tak, że jak na boku się kładę to jakbym tam siniaka strasznego miała. No i na co mi to było, to myślenie o 21 km?

Wakacje zarezerwowane, zadatek wysłany. To jeszcze trzeba by wymyślić jakiś tani atrakcyjny luksus na weekend z dziećmi. Na wczasy z nami nie pojadą to chociaż na weekend... Żeby było blisko, atrakcyjnie no i niedrogo. Tiaaa... Atrakcje dla rodziny z dziećmi typu stare dorosłe konie. I tu mam zagwozdkę. Fajnie by było - wycieczka typu góry i spacer po górach, ok, ale jak nie będzie pogody to dupa blada. Poza tym najpierw muszę ich sterroryzować, żeby chcieli, bo nie lubią chodzić po górach. Czyli raczej odpada. Myślę o Skalnym Mieście, ale zdaje się, że każdy z nas już tam był. Generalnie w ogóle tamte okolice Kłodzko, Wałbrzych, bardzo mnie kuszą, ale trochę chyba daleko, bo od nas to tam będzie  prawie 300 km. Trochę za daleko na weekendowy wypad.

Chyba jednak pójdę spać, bo jutro będę jak zombie. Dobranoc.

niedziela, 21 stycznia 2018

Kontynuując temat zdrowotności moich rodziców uleję sobie nieco żółci, która mi siedzi na wątrobie...

Po szpitalnych wizytach tatencjusz miał zlecony kontakt ze specjalistą. Normalnie na termin do specjalisty czeka się dłuuugo, teraz to zapisują chyba na czerwiec. Załatwiłam wizytę jeszcze w styczniu. Wizytę, na którą tatencjusz nie poszedł. I nawet nie potrafił mi się jakoś sensownie wytłumaczyć, bo argument o braku skierowania upadł w 5 sekund. Szlag jasny mnie trafił. Opierdzieliłam z góry na dół i zapowiedziałam, że w dalszym leczeniu ja udziału nie biorę. Bo jak mu sie tyłek ze strachu trzęsie to potrafi zadzwonić i jest posłuszny, a jak tylko jest trochę lepiej to ma wszystko w nosie i zgrywa bohatera. Tragedia. Jemu się pewnie wydaje, że jak się o problemie nie mówi to go nie ma. Ręce mi opadają. To pacjent z gatunku takich co to prosić go trzeba żeby zadbał o siebie. Masakra jakaś po prostu.

Dzisiaj dzieciaki zaliczyły wizytę u jednych i drugich dziadków. U moich oczywiście nie obyło się bez akcji matencji pod hasłem "kto nie jest ze mną ten przeciwko mnie".

A'propos noworocznych postanowień - wczoraj odwiedziła nas na nasze wyraźne zaproszenie siostra SZM ze swoim mężem. Mogę odhaczyć jeden punkt programu :-)

Dzisiaj spadł u nas śnieg i pięknie wyglądał świat. Wybraliśmy się nawet na spacer do lasu. Zaliczyliśmy 5 km spacerowego marszu w pięknych okolicznościach przyrody.

Skończyłam oglądać ten serial na literkę "B" z młodym Stuhrem. O ile pierwszy sezon oglądałam z zapartym tchem i podobał mi się bardzo, o tyle drugi sezon w zasadzie mogli sobie darować. A tam na końcu jeszcze jest zapowiedź trzeciego. Umordowałam się, żeby dooglądać do końca.

A w temacie wakacji - rezerwacja w trakcie. Polskie morze tym razem wybrzeże zachodnie. A nigdy tam nie byłam. I znowu wyjazd z rowerami. Już się na to cieszę! :-)

Młody czeka na staż w upatrzonej firmie, podobno ma to już zostać sfinalizowane w tym tygodniu. Oby.
Mała przeżywa swoją pierwszą sesję. Jak na razie bez strat, ale akcja dopiero się rozwija :-)

piątek, 12 stycznia 2018

Rok się zaczął super zabawą, ale niestety proza życia przyniosła kłopoty zdrowotne rodziców. Tatencjusza konkretnie. I oczywiście wieczorem. Zaliczona nocka, a właściwie to obiegowo mówiąc dniówka, bo od 18 do 2 w nocy, zaliczając po drodze trzy miejskie placówki. Tatencjusz jako pacjent, ja w charakterze kierowcy no i Matencja w charakterze nie wiem kogo, opiekuna, zatroskanej maużonki. Moim skromnym zdaniem nie musiała jechać, tylko niepotrzebnie się mordowała, ale chciała, niech ma. Rozumiem.
Za dwa dni kolejny wieczór z Tatencjuszem w placówce zdrowia, ale tym razem Matencja odpuściła, bo sama do tego doszła, że właściwie to nie jest potrzebna, a po co nam asysta. Poszło nawet szybciej niż myślałam. Na końcu opierniczyłam Tatencjusza z góry na dół za brak aparatu słuchowego, zapowiedziałam, że ma go nosić, wytłumaczyłam, że sam sobie utrudnia życie, doprowadza do konfliktów z matencją, odcina się od społeczeństwa i sam sobie pogarsza jakość życia. Kupił dwa, bo powinien nosić na obu uszach, a nie używa żadnego, ewentualnie sporadycznie jednego, bo jak twierdzi jest/są mu niepotrzebny/e. Udowodniłam na żywym przykladzie wizyty u lekarza, że jednak jest/był potrzebny :-)
Wczoraj odbyła się planowana Tatencjusza wizyta u specjalisty. Długo zapamiętamy tę wizytę. Wszyscy. Specjalista ośmielił się nie zgodzić się z tezą postawioną przez Matencję, mało tego, ucinał jej wywody i mówił coś czego nie oczekiwała, ośmielił się nawet zasugerować by ona, Matencja nie wchodziła do gabinetu z Tatencjuszem. Dramat. Już po wizycie wszyscy w rodzinie zostali wciągnięci w tak zwany kabaret. Kto nie jest z nią to jest przeciwko niej. Ręce mi opadają.
Jest uciążliwa, ja to wiem, rodzina to wie, wy to wiecie, ale nic z tego nie wynika, a ja nic na to na to nie poradzę. Każda dyskusja, która nie prowadzi do tezy, z którą ona sama się nie zgadza, bądź utożsamia, jest dyskusją jałową, bezsensowną i skazaną na ostrą wymianę zdań, anse, dąsy, płacze, żal, i wszystko inne w myśl zasady "ja Wam wszystko, a Wy przeciwko mnie". Masakra.

Wiem, będzie jeszcze gorzej...

niedziela, 07 stycznia 2018

Święta, święta i po ...
Impreza Sylwestrowa mega udana. Bawili się wszyscy, zmieścili się wszyscy i zadowoleni byli wszyscy. I do dzisiaj nie żałowałam ani razu, że się zdecydowaliśmy na taką prywatko-domówkę. Było super! Bawiliśmy się wszyscy do prawie czwartej, potem jeszcze herbata dla tych co zostali i takie tam inne, ostatecznie kładłam się spać przed 6.

Maużon nadal gubi kilogramy, dzisiaj na wadze pokazała mu się ósemka, czyli 89 z hakiem, a zaczynał od 113. Brawo on. Po okresie świąteczno - noworocznym moja waga z 70-71 wzrosła do 72,5, ale mam nadzieję powalczyć troszkę i wrócić do tamtego czasu, gdy czasem nawet pokazywało mi się 69 z hakiem.

Dzisiaj, a właściwie to wczoraj, zrobiliśmy sobie wycieczkę do Wisły szlakiem wspomnień, poszliśmy zobaczyć jak wygląda okolica gdzie byliśmy na wczasach ponad dwadzieścia lat temu, a to były nasze pierwsze wczasy... I w drodze powrotnej podjęliśmy postanowienie, że od wiosny, gdy zrobi się nieco cieplej, będziemy sobie robić wypady w góry, ale takie wędrówki piesze na szczyty jakieś, żeby mieć cel. Zobaczymy ile nam z tego wyjdzie, ale fajnie by było.

Młody dostał się na staż do firmy, na której mu bardzo zależało. Czeka jeszcze na załatwienie formalności i informację kiedy dokładnie zaczyna i na jak długo, ale mam nadzieję, że wszystko będzie ok.

U mnie w pracy - roboty huk, stresa mam, bo na początku roku zawsze pracy mnóstwo, a mój stres się boi, że nie ogarnie, nie zdąży, zawali itp. U SZM znowu jakieś rewolucje i zmiany, jak co roku.

Mała szykuje się do pierwszej sesji. Miejmy nadzieję, że da radę. Oby!

Rodzice. Tatencjusz po szpitalnych "turnusach" powinien być w zdecydowanie lepszej kondycji niż jest. Szwankuje mu serce. Do matencji chyba w końcu dotarło, że on może czuć się gorzej, być chorym itp. Do tej pory wychodziła z założenia, że złego diabli nie biorą, a jego to pałą nie dobije. A tu zonk! Do tego dochodzi kwestia aparatu słuchowego, który tatencjusz ma i to nawet dwa, na obydwoje uszu, ale rzecz w tym, że nie wystarczy mieć, trzeba ich jeszcze używać. A on je chyba kupił, żeby nikt mu nie zarzucił, że ich nie ma, ale nie używa, bo się chyba wstydzi. No bo innego powodu tego nieużywania to nie widzę. I szlag jasny mnie trafia z tego powodu, nieużywania oczywiście.
Ona, matencja, zdrowotnie też nie najlepiej. Po udarach fizycznie nie jest najgorzej, bo wyraźnych ubytków fizycznych nie ma, ale kojarzenie ma już zdecydowanie ograniczone. Nigdy nie była zbyt lotna, nie łapała kawałów, ironii i takich tam innych, ale nie trzeba było jej powtarzać po sto razy różnych rzeczy by zapamiętała. Wiek robi swoje. No i jest uciążliwa z tą swoją serdecznością, częstowaniem i pytaniem co chwilę o jedzenie, picie. Będzie tak pytać co pół minuty aż człowiek dla świętego spokoju się zgodzi. A potem jeszcze Ci powie, że ona od początku wiedziała, że się zgodzisz.
Oj książkę by można o nich...

Powinnam zacząć ten wpis od przeprosin i podziękowań. Przepraszam za brak życzeń z mojej strony, a dziękuję za to, że pamiętaliście o mnie. Tak, przyznaję, zaglądam tu sporadycznie, do Was też zaglądam rzadziej niż kiedyś, ale pojęcia nie macie jak często o Was myślę...

Nie spisywałam postanowień noworocznych, ale może jednak trzeba?

1. Być bardziej otwartą na kontakty rodzinne. Do jednego wiadomego wujka zagranicznego z ciocią zadzwonić i nawiązać nić kontaktu, bo aż wstyd, że z mojej strony nic. Nie chce mi się tu tłumaczyć, ale wychodzi na to, że olałam ich sikiem prostym, a oni nie zasłużyli sobie na to.
2. Podtrzymywać kontakty rodzinne z rodzeństwem, raz w miesiącu zadzwonić, popytać co słychać, wprosić się na kawę. Bo jak tak dalej pójdzie to stracimy kontakt całkiem. To samo dotyczy rodzeństwa SZM.
3. Trochę bardziej rozwinąć się towarzysko i odnowić te kontakty, które z lekka wygasły. A ten Sylwester to był taki pierwszy kroczek ku temu.
4. Częściej jeździć do matencji, bo raz na dwa tygodnie to zdecydowanie za mało. Dzwonię częściej, bo staram się minimum co drugi dzień, ale jeżdżę rzadko, a przecież nie mam daleko.
5. Biegać 3 razy w tygodniu, systematycznie, no i stopniowo zwiększając dystans. Póki co do maks 15 kilometrów, bo moje życiowe maks to chyba 12 albo 13 km na jakimś treningu kiedyś, ale po cichutku szeptem na ucho Wam i tylko Wam powiem, że fajnie byłoby zaliczyć, mieć na koncie jakiś półmaraton skromny (tj. 21 km), ale nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda, chciałabym tak jeszcze przed swoją 5o, więc mam czas do czerwca 2019. :-)
6. Na wiosnę rozpocząć górskie wędrówki weekendowe z SZM. Relaksacyjne.
7. Zorganizować majowy albo nawet czerwcowy wyjazd rodzinny. Bo jak widać spodobał się taki wyjazd SZM, bo sam mi to podpowiedział. Rok temu nie wypalił, bo najpierw matura Małej, a potem to oni już mieli terminy zajęte, albo ochoty za mało, sama nie wiem. Jak wezmę się za to wcześniej, postawię przed faktem dokonanym to i ochota się znajdzie i dzieciaki upchną nas w swoich terminarzach - taką mam nadzieję.
8. Finansowo trochę się zdyscyplinować i dopiąć co niektóre cele. A jest ich kilka.
9. Na wiosnę odświeżyć tzw. duży pokój i może z rozpędu przedpokój i sufit w kuchni.
10. Nie zostawać w pracy po godzinach, zdyscyplinować się tak, by wszystko robić w czasie godzin pracy. Wyrzucać delikatnie te wszystkie towarzyskie dusze, które przychodzą i zawracają gitarę.
11. Zrobić 14 dni postu dr Dąbrowskiej. Na wiosnę.
12. Zdyscyplinować się w temacie życzeń urodzinowych wysyłanych tradycyjną pocztą do rodziny. Bo jak do tej pory to kiepsko mi to idzie, bo ja zapominalska jestem przez kilka ostatnich lat.
I to chyba koniec... Czy mam to wydrukować i powiesić na lodówce by zapamiętać?

 

 

01:16, anonim002
Link Komentarze (1) »