na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
sobota, 27 lutego 2010

Hasło z wczorajszego wieczoru:

Mężczyzna jest jak chleb. Trzeba się nim dzielić, albo nie ma się go wcale.

i jeszcze:

Mężczyźni rozwijają się tylko do szóstego roku życia.
Potem już tylko rosną.

Więcej nie pamiętam, jak mi się coś przypomni to na pewno się podzielę :-)))

= = = = =
przypomniało mi się:

Facet jest jak wyrostek robaczkowy.
Sprawia cierpienie, a jak się go pozbędziesz, okazuje się, że był niepotrzebny.

i takie:

Aby znaleźć prawdziwego królewicza trzeba pocałować wiele żab.

:-)))
piątek, 26 lutego 2010

Patrzę na ten Zeszyt i sama siebie podziwiam, że chciało mi się i to do tak późnej godziny. Sama siebie zadziwiam.

Dzisiaj kolejne 35 minut na rowerze, 300 kcal spalonych. Boli mnie tyłek od siodełka, ale już wydaję się sobie szczuplejsza (o te 600 kcal !), he, he!

No to idę się robić na bóstwo, przede mną babskie spotkanie :-)))
Efekty bezsenności (i podświadomej tęsknoty za jedzeniem czy też strachu przed jego brakiem, bo wszak planuję się odchudzać) możecie zobaczyć tam - założyłam sobie Zeszyt z przepisami :-)))
czwartek, 25 lutego 2010
Dzisiaj w końcu użyłam stacjonarnego rowerka. 35 minut czyli ponad 13 km i to jest równe 300 kcalorii.
Dotarłam też w końcu na lodowisko. Mała po dwuletniej przerwie w nauce jazdy na łyżwach postępami mnie nie zachwyca, w dodatku zniechęca się sama już na starcie, spodziewała się, że stanie i pojedzie, zła jest że nie ma wyraźnych sukcesów, ale mam nadzieję, że jeszcze tam pojedziemy nie raz.
Właściwie to prawie cały czas spędzam z pilotem w dłoni (zaraz potem jak ogarnęłam chałupkę :-]) Teraz oglądam serial Lie to me, fajny, nie tak dobry jak Mentalista, ale wciągnęłam się. Już jestem w drugim sezonie. I nadrobiłam zaległości w szóstym sezonie Lostów. Już jestem na bieżąco :-) Tak się rozleniwiłam oglądaniem seriali na płytkach, że oglądanie ich w TV i czekanie na kolejny odcinek wydaje mi się totalną beznadzieją...
środa, 24 lutego 2010
Dzisiaj/wczoraj ogarnęła mnie wena sprzątania. Machnęłam okna w dużym pokoju, wysprzątałam balkony, odkurzyłam caluteńki duży pokój, sama osobiście, bo ostatnio czyniły to dzieci i widać to było bardzo wyraźnie :-) Na koniec machnęłam jeszcze okno w kuchni, przeleciałam odkurzaczem przedpokój, w międzyczasie puściłam kilka pralek z praniem, wyprasowałam firany, powiesiłam, potem zagoniłam dzieci do szykowania/podgrzewania obiadu, wskoczyłam do wanny, zrobiłam się na bóstwo i pojechałam po wpis do indeksu a potem na przepyszną kawę w miłym towarzystwie.
Z lodowiska póki co nici, bo Mała po szaleństwach na szkolnej sali gimnastycznej (akcja w ramach ferii) ma obolały kark i do jazdy na łyżwach chyba się za bardzo nie nadaje. Zobaczę, może jutro ją rozruszam, tak mimo wszystko.
Planowałam jutro umyć okna w pokojach dzieci, ale myślę sobie, że wrzucę chyba na luz. Dlaczego kobiety tak są zaprogramowane, że swoje wolne od pracy dni, urlop wykorzystują na roboty domowe, zamiast spożytkować ten czas dla siebie, na swoje przyjemności. Faktem jest, że same sobie ułatwiamy życie, bo likwidujemy wszelkie zaległości, ale to ma być URLOP, wolne, czas dla mnie... Jutro chyba sobie strzelę jakis maraton serialowy.
Po cichu tylko napiszę, że w lodówce czekają na mnie dwa farsze kapuściany z grzybami i mięsny. Krokiety? Pierogi? Inne coś?
wtorek, 23 lutego 2010
*
Odwiedziłam dziś/wczoraj matencję. Wyrzuty sumienia gryzły mnie już dawno, ale walczyły dzielnie z odrobiną zdrowego egoizmu, który gdzieś tam się we mnie tli, raz mocniej, raz słabiej, ale jednak się tli. Dawno tam nie byłam. Jakoś nie mogłam dotrzeć, albo nie miałam kiedy, albo mi się po prostu najwyraźniej na świecie nie chciało. Ciężko mi przypomnieć sobie kiedy ostatni raz u niej byłam. Nie wiem czy nie wtedy gdy doszło do tego spięcia między nami.
Dzisiaj/wczoraj w końcu pojechałam z Małą w odwiedziny. Matencja wychodzi już powoli z ciężkiego przeziębienia, które trzyma ją w domu chyba trzeci tydzień. Już jest zdecydowanie na prostej. Wizyta przebiegła w naprawdę miłej, przyjemnej i sympatycznej atmosferze. Bez narzekań na ojca. I to jest już chyba schiza z mojej strony, bo w drodze powrotnej myślałam, że chyba coś tu nie gra, coś jest niehalo, niemożliwe, żeby wszystko było OK. Taaak, wiem, że mój przypadek nadaje się do leczenia, wiem o tym doskonale :-)

**
Jutro/dzisiaj maleńkie spotkanko koleżanek studentek. Mimo, że jakby sama je zainicjowałam, przyznam szczerze, że jakoś tak specjalnej ochoty nie mam. Może to znak, że będzie fajnie.
W piątek za to, moje stare/jare/imprezowe/babskie grono będzie się odchamiać kulturalnie/teatralnie i potem może gdzieś wyskoczymy na wieczorną filiżankę herbaty :-)

***
Wierzę w to, że dobre rzeczy do nas wracają. Naprawdę. Wielokrotnie zdarzało mi się spotykać z miłymi niespodziewajkami i mam wrażenie, że spotykają mnie/nas dlatego, że my wcześniej komuś/coś. Niemożliwe wydaje mi się że ktoś tego nie doświadczył, że mu się nie zdarzało. I dotyczy to rzeczy zarówno materialnych jak i tych innych.

****
Dzisiejszy/wczorajszy debiut na lodowisku niestety nie doszedł do skutku. może pojutrze uda nam się dotrzeć na lód. Łyżwy stoją wyszykowane. Nawet sznurówki zmieniłam w tych starych przeznaczonych do nauki dla Małej. Wypucowałam je, żeby nie wyglądały tak staro. To są jeszcze moje łyżwy, które dostałam chyba w  VI/VII klasie szkoły podstawowej. Aż się boję kupować nowe, bo jak dwa lata temu kupiłam sobie nowe, to potem już nie pojechałyśmy na lodowisko :-) Aż do teraz.

*****
Zapewne pisałam już nie raz że moje odchudzanie diabli wzięli i że waga wróciła do normy, a nawet więcej. Zaokrągliłam się i to mocno. Tu i tam. Tu - to nawet fajnie, samej mi się podoba, ale tam - to już niekoniecznie. Ciężko na te krągłości zapracowałam, bardzo ciężko. Głupia byłam jak but, wydawało mi się oczywiście, że skoro jestem taka szczupła to co tam jedno ciastko albo dwa. Weszły dwa, to jeszcze trzecie na dokładkę. :-) Już obiecaliśmy sobie solennie z SZM, że jak tylko wiosna zawita to rowery idą w ruch. Póki co dwa metry ode mnie stoi rower stacjonarny, ale jakoś ochoty brak, chęci, zapału... Ale ciasteczko, czekoladkę to bym wsunęła, nie powiem.
Napiszę to - wyraźnie - nie boję się słów - mam 170 cm wzrostu i ważę 80 kg. Dzwon mi już dzwoni - weź się kobieto w garść i do roboty!!!
niedziela, 21 lutego 2010
Ferie, ferie...
Obiecałam sobie i dzieciom wyjazdy na lodowisko. nie wzięłam pod uwagę faktu, że w tymże tygodniu gdy będę miała urlop nie będę miała samochodu (albowiem mam go do dyspozycji wtedy gdy nie jest potrzebny SZM, który do pracy dojeżdża z kolegą na zmianę). I tak to w piękny sposób skazałam się na kursowanie komunikacja miejską. Nie jest źle, bo co 10 minut i w zasadzie blisko, ale jak się dupcia przyzwyczaiła do samochodowej niezależności to jednak ciężko...

Zaliczyliśmy maraton serialowy. Polecam szczerze, bo bardzo mi się podobał, jest naprawdę superzasty! Mentalista.

I obejrzałam już kolejne LOSTY.

I w końcu AVATARA zobaczyłam. Nastawiona byłam na coś zupełnie innego. Na mroczny, ciężki fim z gatunku District 9 albo inny Robocop. Muszę przyznać, że Avatar kojarzy mi się z piękną kolorową bajką.

Przede mną jeszcze trochę oglądania...
W kolejce czeka w dalszym ciągu Dom Zły.
I jeszcze inny serial...

środa, 17 lutego 2010
Nie mam co prawda jeszcze wszystkich wpisów, ale nie pomylę się chyba mówiąc, że ten semestr mam już do przodu, znaczy zaliczony. Były mocno stresowe sytuacje, ale na szczęście dało radę.
U nas ferie. W następnym tygodniu mam wolne. UFF!!
sobota, 13 lutego 2010
...właśnie skończylam przygotowania do sesji, pobudka dzisiaj o 6.00, bo o 7.00 wyjazd. Przede mną egzaminy, zaliczenia... Wieczorem impreza urodzinowa w klubie w babskim towarzystwie, mam dylemat, bo ostatni weekend karnawału, a ja zabieram tyłek i idę do knajpy, a SZM zostaje w domu (a wcześniej zrezygnował z firmowej imprezy wyjazdowej). Chcialam zabrac go ze sobą, ale po pierwsze on jakoś nie specjalnie się do tego pali, po drugie, nie wiem co na to solenizantka. :-)
A w niedziele czyli po imprezce - kolejny dzień zaliczeń i ciężki egzamin.
Ech życie...

Zwróciłam matencji delikatnie uwagę, na fakt wkręcania wnuka w konflikty małżeńskie dziadków. Sugestie, że Młody powinien do dziadka powiedzieć to czy tamto, czyli co się nie udaje ostatnio ze mną, może się uda z Mlodym, byle bylo, że ktoś ją popiera, że ona ma rację.
Nie dociera do niej fakt, że wszyscy nabierają wody w usta w momencie gdy oni się kłócą. Nikt nie ma odwagi powiedziec - kobieto STOP, wrzuć na luz, Ty też nie jesteś bez winy, ileż można wypominać, gadać, wyrzucać, mieć anse i pretensje. On, znaczy ojciec mój,  też nie jest bez winy. Oboje są siebie warci i ciężko zapracowali na to, że na stare lata patrzeć na siebie nie mogą, ale co ja mogę za to. Tak jak już powiedziałam do matencji. Skoro zawsze taki byl, to dlaczego teraz miałby się zmienić, skoro nigdy tego czy smego nie robił, to dlaczego teraz miałby zacząć, jak można miec pretensje o to jaki on jest skoro się go zna całe życie i zawsze taki był. skoro ona przez ponad 30 lat małżeństwa go nie zmieniła, nie nauczyła to jak ja mam tego dokonać?
Usłyszałam w słuchawce łzy, ale dzielnie udałam, że ich nie słyszę. Ręce opadają.

Aha, ekipa wakacyjna się nam powiększyła. Nie wiem tylko czy to dobrze czy nie. Bosze, gdzie tam wakacje...?
środa, 10 lutego 2010
Nie mogę przestać myśleć o tym co się stało, czego efekty oglądam. Cały czas gdzies tam podskórnie, podświadomie siedzi mi w głowie ta sprawa. I sama siebie katuję myślami w stylu - skoro ja to przeżywam aż tak, skoro mnie to obeszło tak mocno - jak musi czuć się ta, której dotyczy to bezpośrednio... Jak bardzo można pomylić się w ocenie ludzi, których wydaje nam się, że znamy dobrze. Jak bardzo pobieżne są nasze znajomości. Jak wielki kryzys musi być w związku, żeby zrodził takie a nie inne reakcje....

A co do moich rodziców - raz lepiej raz gorzej, ręce opadają... Przykre jest to, że matencja prowokuje kłopotliwe sytuacje w obecności Młodego. Chyba powinnam wkroczyć do akcji.
 
1 , 2