na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 28 lutego 2011
Przypomnieć sobie w niedzielę po północy, że się ma poniedziałek w pracy wolny

;-)

Bez komentarza
niedziela, 27 lutego 2011
SZM wyszykował przepyszny obiadek.
Tuż po nim rzuciłam hasło:
- kto jedzie ze mną do Babci Matencji?
- ... - cisza, znaczy
- O jaki las rąk widzę. Nie wszyscy na raz proszę
- ... - cisza plus chichoty dzieciarni i znaczące spojrzenie SZM
- No dobra, to były żarty, ale od teraz już możecie się zgłaszać, byle szybko, bo kto pierwszy ten lepszy!
- ... - jakby nic się nie zmieniło
- Ostatnia szansa, bo liczba miejsc ograniczona!
- Gratulujemy wygranej, mamo wygrałaś to jedno jedyne miejsce!!!

No i pojechałam sama :-)
Byli oboje i o dziwo rozmowa przebiegała bez większych złośliwości i iskier zapalnych. Większych nie było, drobne zauważyłam, niestety.

***
Gdyby ktoś z Was miał ochotę poczytać młodociane opowiadania z modnej ostatnio tematyki wampirzej to polecam tę stronę, nazwę ją: Opowiadania. Komentarze będą na pewno mile widziane, no i oczywiście jakby co to nie ja polecałam. Znaleźliście się tam przypadkiem :-)))

***
A jednak.
Sesja jeszcze trwa. Młody ma dwie poprawki.
Mam nadzieję, i trzymam kciuki.
Nic więcej nie mogę.
Zaskoczył mnie SZM rezerwując bilety do teatru. Pojechaliśmy je w piątek po pracy odebrać i przypadkiem w oczekiwaniu na otwarcie kasy teatralnej zakupiłam sobie buciki na wiosnę. Takie tam zwyklaski, balerinki. Takich mi właśnie brakowało. Nieplanowane zakupy są najfajniejsze. W drodze powrotnej wstąpiliśmy sobie (egoistycznie, bez dzieci) do knajpki na co-nieco-dobrego. Raz się żyje, prawda?

...a sobota minęła nam leniwie i spokojnie.

Obudziłam się o 10.00. Drzwi z pokoju przymknięte, by nie budziło mnie krzątanie się SZM w kuchni. Bo on już zdążył być na zakupach na osiedlowym ryneczku i pichcił obiad.
Potem moja niby-poranna kawa, śniadanie i dooglądanie filmu z wieczora, którego nie skończyłam, bo oczy mi się same sklejały. O samym kinie szwedzkim za chwilkę słów parę.
SZM wziął się za prasowanie, czemu przyklasnęłam z radością.
Dzieciaki ogarnęły mieszkanie, a ja kuchnię. Niezwykle wzięło mnie na wyszorowanie kuchenki gazowej, pucowałam ją chyba z godzinę, sama siebie podziwiam :-) A wszystko to w perspektywie konieczności mojej jazdy na zakupy po większe gabaryty, bo na osiedlowym ryneczku to tylko takie-tam-pierdółki kupujemy :-) W międzyczasie doszłam do wniosku, że na zakupy pojadę w poniedziałek, bo jeszcze coś tam w lodówce jest.
Potem już była godzina 18.00 i zdecydowaliśmy że  jednak pojedziemy razem  do osiedlowego Lidl'a na zakupy.
My na zakupy, a Mała oczywiście nos do laptopa :-)

Potem Mała i SZM zrobili sobie jakiś bajkowy seans, a ja wyszukałam e-kino i obejrzałam Turystę. Przyznam szczerze, że dobrze, że nie wydałam pieniędzy na bilety do kina, bo uważam, że nie jest tego wart. To taki rozrywkowy, przewidywalny telewizyjny filmik. Za to kolekcja ciuchów Angeliny znakomita.

Zaliczyłam w końcu wszystkie trzy filmy z serii Millenium. Najpierw "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", później "Dziewczyna, która igrała z ogniem" i na samym końcu "Zamek z piasku, który runął". Kino szwedzkie w tych wydaniach nie jest dla mnie kinem porywającym. I tak jak akcja w książkach zaczyna się po dwusetnej stronie, tak te filmy nie zachęciłyby mnie do sięgnięcia po książkę. Dotrwałam do końca każdego z nich tylko po to, by porównać je z książkami. Uroda aktorów  niestety nie powala na kolana, a język, którym mówią intryguje. Przyznam szczerze, że początkowo nie pozwalał mi się skupić na treści filmu :-)
Oglądając te filmy wieczorami miałam problemy z dobrnięciem do końca, bo oczy mi się zamykały. Zdecydowanie nie było to kino akcji. Ciekawam co z tego wyjdzie Amerykańcom, którzy robią swoją wersję sagi Millenium.

Zrobiłam nam rezerwację kinową. Tradycyjnie na środę (vivat Środa z Orange!), na film "Czarny czwartek", tylko nie wiem czy SZM będzie na to chciał iść. Zobaczymy.

W tym miesiącu (finansowo-pensjowym), znaczy w marcu, czeka nas imprezka urodzinowa Małej. Właśnie sobie uświadomiłam, że to już marzec... O rany, ale ten czas pędzi.

I mamy problem. Uczucia mieszane. Jeżeli Mała dostanie się do tego gimnazjum, o którym cały czas mówiła to:
po pierwsze radość,
po drugie świadomość, że czekają ją dojazdy autobusowe,
po trzecie świadomość komplikacji wakacyjnych, bo ta szkoła organizuje obóz integracyjny, którego termin koliduje nam z wczasami.
Pożyjemy zobaczymy... Aczkolwiek zapał Małej w tym kierunku jakby okrzepł. Może wystarczyła jej nasza zgoda? :-)

Jutro może uda mi się wyrwać rodzinkę na wizytę do matencji, bo już dwa tygodnie u niej nie byłam i źle się z tym czuję. Sama mi zresztą przez telefon powiedziała, że się stęskniła. Jak nie jutro to na pewno w poniedziałek, ale już sama pojadę. Chyba wolałabym jutro gromadnie. Może gdzieś ich wyciągnę i do matencji wpadniemy tak po drodze.
SZM jutro robi śląskie rolady na obiadek, a ja już się na nie cieszę. Bo od poniedziałku "przyodziewam zgrzebne łachy" i wracam do mojego dietowania; ostatnimi czasy rozpuściłam się i to mocno.
Młody wrócił z koncertu. Zadowolony, zmęczony, z obolałymi mięśniami, stopami, zdartym gardłem, przepoconymi ciuchami, ale zadowolony (i bez kropli alkoholu we krwi).
On, zbyt dumny by prosić, nie odezwał się słowem na temat biletu. Za to przez caluteńki ten czas to był syn/anioł. Ideał wręcz. Zainteresowany, uśmiechnięty, chętny, pogodny, no cud-miód-orzeszki wręcz.
Natomiast słówko magiczne po incydencie poniedziałkowym "przepraszam" nie padło. Mimo tego, że sama mu osobiście powiedziałam, że był kiedyś taki dobry stary chrześcijański zwyczaj, że jak ktoś narozrabiał to mówił "przepraszam", ale jak widać on się do tego nie poczuwał. SZM w rozmowie z Młodym zresztą usłyszał, że on nie czuje się winny, bo cały czas sms-em nas informował co i gdzie, wrócił o czasie i zrobił wszystko czego od niego chcieliśmy. No fakt, najprawdziwsza prawda wręcz. Inna sprawa, że powrót po spożyciu to jednak jakby jest powód, ale z kolejnej strony, to dziecko ma prawie 20 lat... No więc, on nie przeprosił, a ja się głowiłam co zrobić. W piątek położyłam na biurku bilet. Wrócił i powiedział "dziękuję" :-))) Zapowiedziałam, że to na pewno OSTATNI już raz kiedy mu odpuszczam, i że od tej pory mówić będę do niego DRUKOWANYMI LITERAMI :-), żeby zawsze wiedział o co chodzi.
czwartek, 24 lutego 2011
Auto zaparkowane, idziemy po wózek na zakupy. Przy wózkach stoi pani lat ok. 50, może mniej, a może więcej. Pani z uśmiechem, spuszczonym okiem, grzecznie pyta czy też prosi czy możemy kupić jej coś do jedzenia. Pani nie prosi o pieniądze, ona tylko prosi by robiąc zakupy pamiętać o niej i jej dzieciach. Pamiętamy. Przy wyjściu wręczamy to i owo. Pani serdecznie dziękuje. Udajemy się w kierunku auta, pakujemy do auta, odjeżdżamy. Zwracamy uwagę, że przy tych wózkach koło Pani stoi torba wielkich rozmiarów, do której Pani chowa darowane sprawunki.
Za tydzień sytuacja się powtarza. I potem jeszcze kilka razy.  Zazwyczaj w soboty, gdy ruch w sklepie jest spory.
Mam wrażenie, że ta Pani ma tam stałe miejsce. Etat.

I z jednej strony wkurza mnie jej postawa.
...ale niby dlaczego, skoro pani jest miła, uśmiechnięta i się nie narzuca? Przecież część stałych klientów nawet nieproszona wręcza jej paczuszki z zakupami. Wiedzą po co ona tam stoi.
Wkurza mnie, bo to naprawdę wygląda jak sposób na życie. Ale przecież nikt mi nie każe dawać. Mogę nie dać.
Z drugiej strony myślę sobie, że może lepiej niech prosi niż miałaby kraść. Napadać, grozić, czynić jakiekolwiek inne zło.
Z trzeciej strony myślę, że od pomagania są, powinny być  przecież instytucje pomocowe, ale wiem przecież doskonale co to za pomoc.
Z czwartej strony, po co szukać pracy, starać się o pracę, o cokolwiek, skoro można iść swoje odstać pod sklepem. Znaczy etat. Kółko się zamyka...

No sama nie wiem. Czepiam się...


poniedziałek, 21 lutego 2011
Tak jak Cytrynka tak i ja też zrobiłam Test osobowości.
Nie było łatwo, bo jakoś nie potrafiłam się odnaleźć w tych pytaniach.
Czy ja taka jestem? No nie wiem, nie wiem...

Ludzie o tym typie charakteru są praktycznymi i zorganizowanymi tradycjonalistami. Często wysportowani. Nie interesują ich teorie, czy kwestie abstrakcyjne, dopóki nie zobaczą ich praktycznego zastosowania. Posiadają sprecyzowana wizje jak wszystko powinno wyglądać. Lojalni i pracowici. Lubia dowodzić Wyjątkowo zdolni w organizacji i prowadzeniu działań. ,,Dobrzy obywatele” ceniący bezpieczeństwo i spokojne życie.
Zawody, które mogłyby do Ciebie pasować:

Żołnierze, zarządcy handlowi, menadżerzy, policjanci, detektywi, sędziowie, urzędnicy finansowi, nauczyciele, przedstawiciele handlowi, pracownicy rządowi, agenci ubezpieczeniowi, ubezpieczyciele, pielęgniarze, nauczyciele do spraw technicznych i handlowych, mafiozi.


Taaak, zwłaszcza mafiozi mi się podobają :-)))



I tak dzisiaj, z perspektywy czasu oceniam imprezkę wyjazdową na czwórkę. Zdecydowanie. Było miło i sympatycznie, ale nie było super-extra, świetnie i fajnie. Zapewne dlatego, że dopiero wgryzamy się w tamto zgrane towarzystwo, a to, które niejako zabieraliśmy ze sobą jest raczej letnie lub jak my to z SZM mawiamy "drewno". Ale nie będę przecież marudzić i narzekać, bo nie wiem co o mnie mówią i jak nas odbierają inni :-)

Dzieciaki zostały same na caluśki weekend. Najpierw mieliśmy opory, ale potem pomyślałam, że prawie dwudziestoletni Starszy Brat może zaopiekować się trzynastoletnią Młodszą Siostrą.
I problemu nie było, nic się nie stało. ...ale Młody mnie trochę rozczarował i nie wiem tylko czy oczekiwałam zbyt wiele, czy może jak zwykle przesadzam. Na wszelki wypadek nie pisnęłam słówka do SZM (bo jak trafię na podatny grunt to SZM będzie miał po Młodym używanie, a ja dobra mamusia tego przecież nie chcę), ale obawy moje drobne i minimalne podsyciła matencja, która szeptała mi do ucha przez słuchawkę telefoniczną, no i dzisiaj powiedziałam Młodemu, że jest nieodpowiedzialny i żałosny w swoim tłumaczeniu. O co poszło? Starszy Brat mówił, że wybiera się na imprezę do klubu, ale ja w nieświadomości i ślepej wierze w jego zdrowy rozsądek liczyłam, że dziecko duże ściągnie do domu o przyzwoitej porze, którą w tym wypadku jest dla mnie godzina 1 - 2, no 3 w nocy. A Starszy Brat wrócił o piątej rano. To tak jakby Mała została sama, a nie pod jego opieką. Mała nie czuła braku opieki i w zasadzie jest chyba nieświadoma moich pretensji do Starszego Brata, ale mnie to zdrażniło. Rzekłam, że liczyłam na jego rozwagę, zdrowy rozsądek, ale okazało się, że do niego trzeba mówić DRUKOWANYMI LITERAMI. Zapowiedziałam, że przy następnym takim wyjeździe ma po prostu szlaban na imprezy i tyle.

Ponadto wkurzył mnie na maxa, bo prosiłam, żeby zrobił to i owo w domu i zrobił może to, ale o owym już zapomniał. No wewnętrzny mój osobisty szlag mnie był trafił.

Z drugiej strony sama sobie winna jestem, bo czwartek wieczór pitrasiłam im różne takie, a w piątek biegałam z szaleństwem w oku i ścierą w ręce, żeby wyjechawszy z domu wiedzieć, że wszystko jest OK. Złapałam się na tym, że sprzątając myślę, że gdyby nam się coś stało to wszystko będzie w domu jak należy i OK. To już chyba leczyć trzeba takie myślenie co?


dopisane wieczorem, godz. 21:56

Młody poszedł po południu na spotkanie z kolegami, miał wrócić za 2-3 godziny i zrobić to, czego nie zrobił przez weekend. Kolejnymi sms-ami przedłużał swój pobyt poza domem.
Wrócił o 21.15 wstawiony. Nie tragicznie, ale mocno.
Tak, wiem że ma już prawie 20 lat, ale to jest przesada uważam i tego będę się trzymać.
W trakcie tygodnia nie ma imprezowania, jest uczelnia. Takie mam zasady. Wychodząc wiedział, że po powrocie czeka go zajęcie w domu czyli odrabianie zaległości poweekendowych.
No więc wrócił wstawiony, a ja nie odpuściłam.
Zrobił wszyściuchno to, czego nie zrobił przez weekend.
W ferworze złości dałam mu szlaban na koncert, który będzie w sobotę, a na który bilet kupował na początku roku, albo i jeszcze wcześniej. Z tym szlabanem trochę przesadziłam, ale nie wiem jak teraz wybrnąć. Sam mi bilet przyniósł, leży teraz przede mną jak wyrzut.


niedziela, 20 lutego 2011

Jestem, wróciłam, cała, zdrowa…

Jechałam jak zwykle pełna obaw, bo towarzycho raczej mało znane, a moja głowa pełna myśli w stylu – ja, ta gorsza. Zawsze tak mam, nic nie poradzę. Napakowałam ciuchów mnóstwo, ale wyszłam z założenia, że lepiej nosić niż się prosić, poza tym w zębach tego nie nosiłam. Z auta i do auta przemykaliśmy chyłkiem :-)

Sam wyjazd udany, oceniam na czwórkę z plusem, do piątki troszkę jednak brakło. Ale wszystko przed nami, bo to pierwszy taki wyjazd, a podobno mają być kolejne, może nie tak od razu, ale taka jest idea.

Otoczenie i towarzystwo bardzo na luzie, słowo bankiet było zdecydowanie nie na miejscu. Po prostu impreza. Przyodziałam się w nowo zakupione czarne spodnie typu rurki/getry w stylu dżins, bluzeczkę koronka czarna na beżowym tle z tiulowymi falbankami na rękawkach i czarny tafto podobny żakiecik, no i obcas. Czułam się OK. i to było najważniejsze. Tańców, hulanek i swawoli nie było, ale było, a szkoda :-(

To tyle w wersji ekspresowej, bo późno już i za chwilę mi SZM zacznie zaglądać co tak klepię i klepię…

środa, 16 lutego 2011
W programie imprezy weekendowej - bankiet. ...?

Mam kilka kiecek z cyklu wesele, Sylwester, ale nie wiem sama... Muszę sobie poukładać w głowie... no to sruuu!
Kiecka nr 1
żorżeta;
czarna, na ramiączkach, długość do okolicy kolan, dół plisowany, staniczek prosty ozdobiony czarną różą.
Kiecka nr 2
stretch,
czarna, plecy gołe, biuściasty staniczek ozdobiony motywem ecru, wiązany na szyi, dół sukienki spod biustu trapezowy, lekko rozkloszowany, długość do okolicy kolan.
Kiecka nr 3
przeźroczysta żorżeta i satyna pod spodem
czarna, bez rękawów, cała trapezowa bardzo luźna, zebrana na plecach ozdobnym wiązaniem, w okolicy ramion ozdobne coś przypominające pagon w kolorze starego złota
Kiecka nr 4
dzianina, nie wiem czy określenie golfowa coś Wam powie, ale taka właśnie jest; czarna z wykończeniami przy dekolcie w czarno-białą pepitkę, krótki rękaw. Dobrze wygląda zarówno z golfem jasnym lub ciemnym w środku, albo bez golfu :-)))

Może też być bezkieckowo...

Zestaw nr 1

Czarne spodnie + bluzeczka na ramiączkach, dzianina, która udaje robotę szydełkową, ale bez wymyślych wzorów, czarno beżowa ozdobiona złotymi pojedynczymi cekinkami
Zestaw nr 2
Czarne spodnie + bluzeczka; czarna stretchowa koronka na beżowym spodzie, krótkie rękawki, przy rękawkach tiulowe zabawne falbanki, okrągły dekolt

Zamiast spodni może być ołówkowa spódniczka, oczywiście czarna :-)

No tak, już mi się odechciało jechać...


edit: 21.02.2011

Tak po cichutku, prawie szeptem, wklejona już po czasie dokumentacja fotograficzna. Nie ma kiecki nr 2 i kiecki nr 4. W użyciu był zestaw spodniowy pierwszy z lewej + żakiet,którego na zdjęciu nie ma ;-)



:-)))
poniedziałek, 14 lutego 2011
Plany weekendowe nam się zmaterializowały jakoś tak samoczynnie:-)

W sobotę zaliczyliśmy szpitalne odwiedziny teściowe, zakup laptopika dla Małej, no i sprzątanie chałupki.

Laptopik sprawił nam nie lada kłopot. Jechaliśmy po model upatrzony przez SZM, upatrzony i sprawdzony pod kątem technicznym.
Na miejscu zaszaleliśmy i wzięliśmy model lepszy, co skutkowało wzrostem ceny o dwie stówki i problemami natury technicznej, bo my dysponujemy XP, a on chodzi pod Siódemką, cokolwiek by to nie znaczyło :-)))
I resztę dnia SZM spędził przy ekranie laptopa na zmianę z kompem stacjonarnym wyszukując jakichś sterowników czy innych programów. Kompletnie się na tym nie znam, jednakże byłam pod wrażeniem faktu, że Mała zaangażowała się w te netowe poszukiwania. Mało tego, znalazła coś czego SZM nie umiał znaleźć!
Mała jest przeszczęśliwa, ale z lekka zawiedziona, że tyle zachody wymaga uruchomienie tej maszyny.
Ja jestem sama na siebie zła, bo gdybym się nie zachłysnęła, że niby ten lepszy, to mielibyśmy tamten, sprawdzony, upatrzony tańszy i bez problemu z odpaleniem.  Bo nim się okazało, że są problemy to SZM sam mi powiedział, że on by wziął ten tańszy, ale skoro zdecydowałam, że możemy dorzucić trochę grosza... Ech... Ten jest podobno lepszy, szybszy i w ogóle, ale niesmak mi pozostał.
Dziś po południu ciąg dalszy zabaw informatycznych SZM z laptopem, ale podobno już zmierza do celu. Oby!

Wczoraj - spotkanie towarzyskie w miłym gronie. I do tego bardzo smaczne! Moje dietetyczne sumienie udawało, że nie widzi co w siebie wchłaniam :-)
Udało mi się już wrócić do wagi 72, pewnie dlatego, że po pierwsze ukróciłam przegryzki zakazanych produktów, a po drugie miesiączka już zawitała :-)

W sobotę moje pragnienie spełnienia kuchennego było na tyle silne, że musiałam, po prostu musiałam upiec drożdżowe serducha z utopionego ciasta.
Musiałam, a potem prawie wszystkie zjadłam, niedobitki dojadłam w niedzielę :-)


tu w piekarniku jeszcze bledziuchne

Czyli w tygodniu dietuję, w weekendy świętuję. Jak powiedziała Mała - równowaga zostaje zachowana :-)
Dla spokoju sumienia upiekłam potem jeszcze dukanowe mini-grahamki, ale tych nie pożarłam, zostały mi jeszcze do dziś :-)))

Skończyłam w końcu czytać trzecią część Millenium. Każdą z nich najpierw smakuję po troszkę, po troszkę, a potem kiedy akcja się rozwija po prostu wchłaniam na bezdechu prawie i zaraz potem żałuję, że już skończyłam, że się nie delektowałam...
Wczoraj wieczorem tak się rozczytałam, że przerwałam czytanie o prawie czwartej nad ranem, w międzyczasie decydując, że wezmę sobie na dzisiaj dzień wolnego w pracy.
Wyrzutów sumienia nie mam, bo  świetle ostatnich wydarzeń pracowych, przestałam patrzeć na nas jak na drużynę, która gra do jednej bramki skoro szef ma nas w głębokim poważaniu.
No i dziś od samiuśkiego rana czytałam, czytałam aż skończyłam.
A potem oczywiście siadłam na chwilkę do kompa... :-)

Na chwilkę, tiaaa...
 
1 , 2 , 3