na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 26 lutego 2013
Auto zostało uruchomione. Aż się boję pisać, żeby nie zapeszyć. Nie było żadnego holowania, serwisu i wielkich pieniędzy. Przyjechał jeden spec i jak się okazało ma ręce, które leczą. :-) Jutro zatem mogę już skorzystać z własnego transportu, a przyda mi się bardzo.

Dzisiejsza wizyta u stomatologa nie należała do przyjemnych. Skaling zębów. Dzisiaj trochę, a za jakieś 2-3 tygodnie dalej, czyli ciąg dalszy nastąpi, niestety. Jak powiedziała pani - może obejdzie się bez kiretażu.
Pomijając kwestię kiepskiego samopoczucia, bo paszczęka mnie po prostu boli i nie jest to fajne, to mam szczerą nadzieję, że obejdzie się mimo wszystko bez tej przyjemności kiretażowej, bo to też dodatkowe koszty. Oj, oj! Ile to kasy znowu pójdzie...

Zaliczyliśmy oglądanie filmu musicalowego Sweeney Todd. Mroczne, zakręcone, ale fajne. Linia melodyczna bardzo trudna, ale kilka nutek wpadło nam w ucho. Małej zresztą też.

Staliśmy się dzisiaj posiadaczami dzbanka filtrującego wodę. Mam nadzieję, że ułatwi nam to życie i nie będziemy już dźwigać butelek wody mineralnej z auta do domu. No, chyba że będzie to woda gazowana :-)

Do 15-tych urodzin Małej już zaledwie niecałe dwa tygodnie. Najpierw koleżeństwo w liczbie sztuk 11 plus Mała, a na drugi dzień rodzinka kochana - w liczbie jak zwykle czyli wszystkich razem przy stole będzie pewnie coś koło 18 osób. Już się boję.

Wyjazd wspomnieniowy z czasów mojej młodości wciąż się organizuje. Denerwuje mnie, że tak się to ciągnie. Ja lubię rach-ciach, zrobic i już, a tu jak widzę jaaakooośśśś tooooo iiiiidzieeeee. A tak to nie lubię. i już.

Zaliczyłam też kolejne szkolenie pracowe. I przeżyłam szok kulturowy.
Szkolenie trwa, prowadząca mówi, nawet dyskutuje z uczestnikami, nagle ma wrażenie, że jedna z tych, które nie brały dotąd udziału w dyskusji stała się aktywna. A ta pani uczestniczka po prostu odebrała telefon i zamiast zniknąć za drzwiami i tam kontynuować sobie rozmowę (jak już musi) to ona sobie gada w najlepsze. Mówię Wam szok.
czwartek, 21 lutego 2013
a wczoraj skuszona najpier przez Iksińską, a potem Dorotę, zamiast sprzątać...
zajrzałam do przepisu na ślimaczki z budyniem i lukrem i zrobiłam prawie takie same - z makiem i cukrem pudrem.
Pyszności!



To wszystko oczywiście w ramach odchudzania:-)
środa, 20 lutego 2013
Niechcący zafundowałam sobie trzytysięczny komentarz. Sama sobie :-)

Mam nieodpartą potrzebę ogarnięcia chałupy. Mam wrażenie, że gdzie bym nie popatrzyła to burdello-bum-bum czyli bałagan do kwadratu. Zawsze mi się wydawało, że w domu mam porządek, że staram się by tak było, ale od pewnego już czasu (rok, może dwa) mam nieodparte wrażenie, że wymyka mi się z rąk. Inna sprawa, że takie mam szczęście, że jak już mam wszystko na swoim miejscu i jest jak Bozia kazali to żadna dusza nie zajrzy, chyba że wcześniej zaproszona. a jak tylko zrobi się delikatna rozpierducha to mur-beton zaraz ktoś dryndnie i niezapowiedziany po cokolwiek wdepnie.
Do dzisiaj wspominam że gdy sto lat temu zostałam z 2-3 letnią Małą podczas ferii zimowych w domu, a SZM razem z Młodym pojechali do Zakopca to zdarzył się taki wieczór, że Mała już zasnęła a ja w wysprzątanej chałupce, wykąpana, siedziałam sobie w pokoju z książeczką w dłoni jednej, a pilotem do TV w drugiej. I wówczas jakiś znajomy sąsiad wpadł niespodziewanie po coś, a ja byłam potem dumna z siebie (tak, tak!), że było właśnie tak a nie inaczej. Bo zazwyczaj bywa wręcz odwrotnie :-)

Glany już zostały zakupione. Dziecię szczęśliwe :-)

poniedziałek, 18 lutego 2013
Sobotnio...
- moja impreza babska, knajpiana, prawie już cykliczna, bardzo udana. Tak sobie o tym piszę, żeby nie zapomnieć. :-) Masa pysznego jedzenia i dobre towarzystwo, czego chcieć więcej?
- SZM zaliczył spotkanie towarzyskie w charakterze naszego rodzinnego delegata. Mówi, że było OK.
Niedziela
To był taki nasz totalny leniwiec. Nic nam się nie chciało.
Jak już kiedyś napisałam - gnuśniejemy. Codziennie obiecuję sobie dietę, ruch i wszelkie inne aktywności i codziennie guzik z pętelką mi z tego wychodzi. Za każdym razem gdy patrzę w lustro jest mnie więcej i więcej i już po prostu źle się w tym ciele czuję. Dokuczam SZM i proszę go, by zabrał się za siebie, ale wcale nie jestem od niego lepsza. Ja też wkrótce będę się toczyć i nie zmieszczę się w żadne sensowne ciuchy. Nie lubię takiej siebie...
Młody
wrócił i od wczoraj już wdrażał się do codzienności czyli poszedł był do swojej dorywczej pracy. Nie wiem czy dojechał dzisiaj na uczelnię, bo jakiś tam jeden wykład miał mieć. A jak my już dotarłyśmy do domu po wizycie o której piszę niżej to jego już albo jeszcze nie było.
Ostatni głośny tragiczny wypadek w Łodzi zaraz przypomniał mi incydent pod tytułem postawa obywatelska Młodego, który na szczęście nie skończył się tak tragicznie. Nawet mu powiedziałam, że jeżeli wówczas myślał, że mówiąc mu to i owo przesadzaliśmy to teraz ma potwierdzenie naszych słów.
Medycznie z Małą
Zaliczyłyśmy dzisiaj wizytę u jednego takiego medspecjalisty, który ciśnienie mi podniósł na maxa. Medspec, do którego że tak powiem należymy, akurat ma urlop, bo przecież ferie, ale ja tego nie wiedziałam jadąc do medplacówki. Żeby tylko nie musieć nic robić ten obecny zlecił nam bezsensowną konsultację u innego medspecjalisty. Ręce mi opadły. Wiadomo że nic z tego nie wyniknie, ale przecież nie podskoczę doktorowi, no nie? Cała wyprawa zamknęła się wizytą niespełna minutową i wściekłą gulą w moim gardle. Za tydzień wraca nasz doktor, mam nadzieję, że będzie kompetentny. Nie musi być miły, niech po prostu okaże się fachowcem.
Zakupowo z Małą
Rekompensując sobie te nerwy po spotkaniu z medspecem od siedmiu boleści, poszwendałyśmy się po centrum handlowym. Wyszperałam jej fajne spodnie-rurki w przepięknym chabrowym kolorze, a ona sama sobie fajną bluzkę typu T-shirt z czaderskim napisem.
Dziecię moje marzy o butach - glanach. Byłyśmy oglądać. Umowa nasza mówiła, że jak uzbiera połowę kwoty to kupujemy i jak się okazuje ona już kasiorkę ma, więc należałoby się wywiązać ze zobowiązania. A miałam nadzieję, że to będzie dopiero po jej urodzinach...
A propos urodzin
- stanęło na tym, że zaprosi 10 osób. Jak sama powiedziała tańców nie będzie, no bo post to wiadomo. Ale i tak już się boję :-) I jeszcze sama sobie funduję maraton pod tytułem w piątek - koleżeństwo, a w sobotę - rodzina. Ale nie mam wolnych terminów weekendowych :-/
Wychowawczo
apropos ostatniego wpisu i stawiania do pionu obu dziewczynek - porozmawiałam z Małą, która powiedziała na szczęście, że ona wie, że tak się nie powinno robić, że to wina tego kolegi, bo Koleżusia też wie. I tu bym raczej dyskutowała, ale liczę na pozytywny  wychowawczy wpływ Małej :-)
I tak sobie pomyślałam, że niechcący zaliczyłam jedno z postanowień noworocznych, bo dzisiejszy dzień zaliczyłabym do wypadu z Małą (pkt 3), bo łażenie po sklepach w CH, bo jedzenie na mieście, bo spacer po mieście w kierunku matencji, którą odwiedziłyśmy (pkt 5) (a przecież jesteśmy bez auta, bo auto nadal stoi). Same plusy :-)))
No to powiem szczerze świetnie zaczął się ten tydzień i nawet leniwy doktor mi go nie zepsuł.
Cichutko i szeptem
powiem Wam na ucho, że powoli wycofujemy się z pomysłu wyjazdu (pkt 9), bo nie damy rady finansowo.
Gdyby to był Paryż to byłoby mi żal BARDZO, ale to inne takie tam atrakcje...
A Paryż... Paryż wspominam do dzisiaj. Bo to było piękne, cudne, wspaniałe i niezapomniane do końca moich dni. Ale zabrzmialo, ale wart jest ten Paryż takich emocji.
I pojechałabym raz jeszcze...

piątek, 15 lutego 2013
Koniec tygodnia, uff!
Z prawdziwą radością powitałam to piątkowe popołudnie.

Walentynki
Nie było już niespodziewajek, dreszczyków i takich tam innych dawnych emocji. Niby potępiamy to święto, bo takie amerykanckie, a nie polskie, bo sztuczne i plastikowe, ale jak już zaczęli go wszyscy wkoło obchodzić no to my też :-) W tym roku wyjątkowo spokojnie. Najpierw SZM planował jakieś wyjście do knajpy, ale potem spasował i zapowiedział, że przygotuje pyszną kolację niespodziankę. Jak zapowiedział tak zrobił. Z ta pysznością to ja bym jednak dyskutowała, bo aż tak bardzo mnie nie zachwyciły te jakieś schabowe sakiewki. Ale jak to mówią darowanemu koniowi..., nie ja musiałam stać przy garach więc tak czy siak pyszne było :-) A potem zjedliśmy serduszkowe pyszne ciacho, które w drodze z pracy zakupiłam ja w charakterze upominka, do tego pyszna Kadarka, znaczy winko i było OK. Święto, święto i po święcie, skończyłam z laptopkiem na kolanach a na ekranie "Gotowe..." :-)

coraz więcej dylematów mam w związku z Małą, lat 15.
Zapraszał ją na dzisiaj do siebie kolega (lat 17); kolega, którego nie znam dobrze i który bynajmniej nie mieszka w naszej okolicy, więc jest to dla mnie argument na nie.
I zastanawiam się czy nie przesadzam, ale przecież chłopaka nie znam, rodziny nie znam, a z drugiej strony nie dam rady tak jej trzymać pod kloszem, a jeżeli już to jak długo. Kolega dzisiaj przyjechał do nas, bo Mała przełknęła brak mojej zgody, a ja już miałam kolejny problem, bo przecież ona jest/będzie sama w domu, bez tak zwanej przyzwoitki(!). Teraz siedzą w pokoju przed laptopem, a ja mam ochotę niczym Kargul chodzić i podkręcać radio :-)
Wierzę mojej córce, ale jednocześnie wiem, że ja w jej wieku już za chłopakami się oglądałam. Przychodził do mnie kolega K. i się obcałowywaliśmy na maxa. I pewnie dlatego teraz jestem taka ostrożna.

- - - - - - - - - -
godz. 19.30

Jednak obcałowywania nie było, bo jak się potwierdza to co niby wiedziałam, ale mi nijak nie pasowało do sytuacji - ten akurat kolega sympatyzuje (cóż za słowo, nieco archaiczne, prawda?) z Koleżusią. O czym utwierdziłam się w przekonaniu wchodząc do pokoju gdzie siedziała cała trójka (bo Koleżusia dołączyła do nich) gdy się przytulali, znaczy kolega i Koleżusia, przytulali się niby to w wygłupach, takich tam dokuczankach, ale jednak.
Zszkowało mnie tylko to, że moja obecność w pokoju nie wzruszyła ich wcale, a wcale. Zabrzmię traz jak stara matrona, ale za moich czasów gdy rodzic wchodził do pokoju to się prawie na baczność stawało, a teraz widac inne czasy. Ale i tak muszę odbyć z Małą pogawędkę, żeby wiedziała, że takie zachowanie mi się nie podoba, ale na szczęście nie dotyczy to jej. Ale może na uszko szepnąć Koleżusi że to nieładnie, nieelegancko... Czasem mam wrażenie, że powinnam wychowywać je obie. Bo tamta mama wyjeżdża często do pracy za granicą, więc więcej jej nie ma niż jest, a przez telefon chyba się nie da tak bardzo mieć ręki na pulsie.
I chyba tak będę robić, bo skoro one mi wmawiają że są jak siostry, to będę je ustawiać do pionu obie.

Młody dzwonił - zadowolony, rozgadał się na maxa, bo tak mu się podoba i już zapowiada, że na magisterce będzie chciał skorzystać z wymiany. Niby OK, ale jak powiedział SZM - jemu w domu trudno zaliczać egzaminy, a co dopiero przy pełnej swobodzie. Wraca jutro pełen wrażeń i zdjęć w aparacie.
wtorek, 12 lutego 2013
Zaczyna się szaleństwo dzisiaj śledzikowe, jutro posypiemy kornie głowy popiołem, a pojutrze dostaniemy oczopląsu od wszechobecnych serduszek.
Może powinnam znowu zmienić szablon? Na taki, albo nieco inny? Sama siebie podziwiam, że kiedyś mi się chciało siedziec po nocach i grzebać w tych szablonach. Bo gdyby ktoś nie wiedział to mam za sobą taki epizod - efekty można zobaczyć TAM :-)
Zaangażowałam się jednak troszkę w organizację tego spotkania po latach. Miałam podchodzić z dystansem, ale to silniejsze ode mnie, ja nie lubię półśrodków, albo robię co mogę albo nie robię wcale. Tak samo mam w pracy.
N_C_K ma swoje wzloty i upadki, szkoda energii by opisywać co kobieta robi, a raczej czego nie robi a co robić powinna. Zdecydowanie nie lubi gdy się okazuje, że potrafię coś czego ona nie umie mimo, że powinna i to od dawna. Żenująco kłamie, że nie miała potrzeby, a widzę przeciez ile takich rzeczy było na przestrzeni ostatnich lat i wiem doskonale że zawsze wspomagała się czyjąś pomocą, a ona mi w oczy mówi, że może raz na dwa lata. A czarno na białym w kompie wisi że nawet kilka razy w ciągu jednego miesiąca. Ech, nóż się w kieszeni otwiera.
W domu spokój. Gnuśniejemy przed TV, a ja raczej przed ekranem laptopika Młodego, na którym oglądam "Gotowe...". Czuję brak kompletu mojej rodziny. Dziwne to uczucie, tylko jednego Młodego nie ma, a człowiek czuje pustkę. Nawet do obiadu zabrać mi się nie chce. Mała feriuje na maxa, póki co z psiapsiółką. Grają na gitarach, śpiewają, chichrają się ile wlezie. Wspólny nocleg u nas, więc padły około drugiej w nocy, tak powiedział SZM, bo ja nie doczekałam. On po nocach siedzi i pewnie go nerwy zjadają, bo niepewna sytuacja w pracy nie nastraja do beztroski.
A ja oczy wybałuszam jak ogarniam towarzystwo sprzed lat w kontekście spotkania po latach. Osiągnięcia zawodowe są doprawdy imponujące. Prezes taki i siaki, wiceprezes tego i owego, aktor, dyrektor, bankowiec, lekarz... Na szczęście normalni też są :-)

...czyżby kompleksy ze mnie wyszły?


Ale trzeba jednak do garów. Dzisiaj śledziowo... Coś wymyślę... No to lecę.
poniedziałek, 11 lutego 2013
Gdzie to moje postanowienie noworoczne o nieprzesiadywaniu po nocach przy kompie? Pewnie ma się dobrze, tylko z dala ode mnie...
Kolejna zmiana szablonu, bo małe literki mnie się też nie podobały, a grzebanie w css nie zadowalało mojego poczucia estetyki.

Kolejna próba uruchomienia mojego auta skończyła się fiaskiem. Nie ma rady, skończyły się i umiejętności i wiedza i pomysły SZM. Trzeba jednak do Fachowców, znaczy serwis kłania się w pas. A najpierw trzeba go jeszcze tam doholować, bo cały czas stoi przecież pod domem. Damy radę z holowaniem, żebyśmy tylko trupem nie padli przy płaceniu za naprawę.

Na spotkanie z cyklu "spotkanie po latach" się oczywiście wybieram, ale już teraz wiem, że potem będzie mnie ono kosztować sporo emocji. Mam potem głowę pełną myśli i to jest po prostu silniejsze ode mnie, że tak myślę, dumam, wspominam, analizuję i porównuję. Niezależnie od tego czy efekt jest dla mnie korzystny czy też może nie. Zazwyczaj jednak cudze życie wygląda bardziej kolorowo...

Dzisiejszy dzień upłynął, znaczy niedziela pod hasłem kolejnych odcinków "Gotowych na wszystko".

Caluteńki tydzień walczyłam dietowo. Czwartek to mój pierwszy Tłusty Czwartek, kiedy to nie zjadłam ANI JEDNEGO pączka. Niestety spadku na wadze nie zanotowałam :-( Ani tyci.

Mała od poniedziałku zaczyna ferie. Koledzy siedemnastoletni pojawiają się na horyzoncie co jakiś czas. Zrobiłam wywiad środowiskowy w sprawie jednego, tego bardziej chyba zainteresowanego Małą i wywiad wypadł póki co korzystnie, więc niby się z lekka uspokoiłam, nie mniej jednak nie pozwoliłam Małej na odwiedziny u kolegi. W zamian kolega przyszedł do nas. I tak z jednej strony myślę sobie, że pewnie jestem przewrażliwiona, że nie pozwoliłam, ale z drugiej strony aż tak nie znam ani chłopaka, ani rodziny, a wywiad środowiskowy zawsze może okazać się błędny i niepełny.
Trudno być rodzicem. Zwłaszcza dziewczynki w wieku lat 15.

Jutro z rana Młody wyjeżdża na ferie. Ma póki co zaległy egzamin, ten o którym nie wie SZM i jeszcze do kompletu jeden z tej sesji. Trzymam kciuki za powodzenie, ale to dopiero w marcu. Podobno. Wyjeżdża na tydzień. Już się przyzwyczaiłam do jego nieobecności, tak by się mogło wydawać. Powinnam się przyzwyczaić. Lepiej tak napisać.

czwartek, 07 lutego 2013
A miałam nie przesiadywać po nocy...

Kolejna zmiana szablonu, tym razem chyba lepiej. Denerwują mnie jeszcze żółte literki po lewej stronie, ale może się przyzwyczaję, a jak nie to zostaje pogrzebać w css-ie, przypomnieć sobie co nieco z czasów kiedy się produkowało szablony.

Szykuje mi się wspomnieniowa impreza wyjazdowa. Towarzystwo z tak zwanych szkolnych lat młodości. I z jednej strony fajnie jest się zobaczyć po latach, powspominać. A z drugiej sama nie wiem czy na pewno chcę tam być. I chciałabym i boję się. Mieć ciastko i zjeść ciastko. Dla swojej higieny psychicznej powinnam chyba zrezygnować z tego wyjazdu, bo obawiam się, że moje analizy potem, po takim spotkaniu każdorazowo będą wychodziły mi na minus, dla mnie oczywiście. Bo ja tak mam, że potem po tego typu spotkaniach dumam, myślę, analizuję, porównuję (i to nie o kwestie materialne idzie) i zazwyczaj wyniki wychodzą mi na moją niekorzyść. Niestety. Więc dla higieny i mojego błogiego spokoju nie powinnam jednak brać udziału w tym spotkaniu, ale z drugiej strony żal nie jechać, bo takie imprezy nie odbywają się codziennie, prawda? Póki co nie wiem sama.

Młody ma kolejny problem zdrowotny. Z lekka krępujący. Nie bójmy się słów - hemoroidy. Medspec powiedział podobno, że wiele osób na to choruje, że gabaryty problemu nie są wcale takie duże. Zapisał smarowidło. I jakieś tabletki. Dał skierowanie do Głównego Specjalisty. Póki co do Głównego nie dotrzemy, bo wiadomo terminy, a poza tym teraz kiedy problem dokucza to trzeba we wszelki możliwy sposób zniwelować dolegliwości.

W kwestiach medycznych - mam dylemat. Zlecono mi TK z kontrastem. Nasłuchałam się już że podobno po kontraście mogą się robić jakieś komplikacje i już na wszelki wypadek się boję :-)

Weny na dalsze klikanie brak i dobrze, bo wkrótce będzie świtać...


poniedziałek, 04 lutego 2013
Zimowy wyjazd kuligowy zaliczony :-)
Kto by przypuszczał, że spotka nas taaaka zima... Było miło, sympatycznie, bo na tych wyjazdach zazwyczaj jest fajnie, aczkolwiek nie wiedzieć czemu wszyscy lub prawie wszyscy, poszliśmy spać o przyzwoitej porze czyli ok. pierwszej w nocy, bo się nam już oczy zamykały samoczynnie. Z wyjazdu zadowolona też jest Mała, którą zabraliśmy ze sobą. Na szczęście Mała miała tam towarzystwo w swoim wieku :-)
Na szczęście w drodze powrotnej nie musiałam siadać za kierownicę, mimo, że wcześniej tak ustaliliśmy. Nie zdawałam sobie sprawy, jakoś do mnie nie dotarł fakt, że droga do naszego celu wiedzie przez góry :-)
I nie powiem, strach mnie lekki ogarnął w drodze do celu kiedy jeszcze warunki drogowe były w normie. A jak rano zobaczyłam co się na świecie dzieje to już w ogóle źle mi było ze świadomością, że to ja mam jechać. Od czasu pamiętnej wyprawy do fryzjera, kiedy to w drodze powrotnej wpadłam w poślizg, nie miałam jakichś specjalnych okazji do bycia kierowcą, bo moje auto nadal stoi unieruchomione (żartuję, że mój Anioł Stróż na wszelki wypadek je unieruchomił jak zobaczył ile się musiał natrudzić w tamtym dniu). I odczuwam jednak jakiś taki lęk przed jazdą w zimowych warunkach. Do tej pory wydawało mi się, że niczego się nie boję, że dam radę cokolwiek by to nie było. A teraz już tak nie myślę... I bardzo się ucieszyłam kiedy SZM zdecydował się jednak jechać. Atrakcje z wypychaniem auta spod pensjonatu zaliczyliśmy dwukrotnie, ale podjazdy na oblodzonej jezdni nas na szczęście ominęły, bo zdecydowaliśmy się na zmianę trasy w drodze powrotnej.

Pensje nasze wpłynęły na konto, wypełniły dziurę debetową, poszły zlecenia domowych płatności i tyle. Została ociupinka. Kasa była i się zmyła. Ech... Mam wrażenie, że przepływa nam ten pieniądz między palcami. Z drugiej strony muszę samej sobie przypomnieć, że mam zrobioną wypaśną kuchnię za którą dałam sporo więcej niż planowałam, że ten debet się nie wziął tak z niczego. Frustrujące jest to, że ten debet się tak za nami wlecze i wlecze...
Ot, zasiedziałam się, zmykam do łóżka, bo jutro do pracy trzeba wstać. A poza tym i tak jakoś nie mam weny.