na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 28 lutego 2014

W pracy Dzień Pączka rozpoczęłam degustacją zakupionych pączków w gronie mojej ekipy przedprzesiadkowej. Ekipy zgranej, sympatycznej, takiej, która rozumie się bez słów prawie że. Pączki były z czterech różnych cukierni, więc po kolei zajadaliśmy je oceniając. Wygląd, zapach, smak, zawartość nadzienia, a czy lepszy lukier czy cukier puder, a czy po ugryzieniu wraca czy nie wraca do poprzedniej formy i takie tam inne.
Jak na degustację przystało wrzuciliśmy w siebie po cztery sztuki. Dokładnie rzec biorąc na pierwsze śniadanko w Dniu Pączka zjadłam pączki w ilości sztuk CZTERY. W ramach drugiego śniadania dorzuciłam jeszcze DWIE sztuki. Po południu do gościnnej herbatki skubnęłam JEDNEGO. Wczesnym wieczorem z własnej i nieprzymuszonej woli odmówiłam i zrezygnowałam z pożarcia JEDNEGO pączucha. Natomiast późniejszym wieczorkiem, żeby nie powiedzieć wczesną nocką, już siedząc przy kompusiu wchłonęłam jeszcze TRZY mniamniuśne pączusie.

 

...ktoś mówił coś o diecie? :-)

 

 

wtorek, 25 lutego 2014

Cisza? Rzeczywiście była cisza, nawet dłuższa, jak na moje możliwości :-) Jakoś nie chciało mi się, nie miałam potrzeby pisania, wylewania z siebie emocji. Zaglądałam, ale raczej biernie, na zasadzie czytacza, bez komentarza.

Z kronikarskiego obowiązku powinnam zapisać, że... no właśnie co mi się tu nasunie do zanotowania?
... wypad na kręgle z pracową przedprzesiadkową ekipą zakończony urodzinową rozgrywką karciano-kościaną. Wszystko OK, ale ślad po dawnej traumie przemocowej nadal aktywny, bo na odzywki tego właśnie męża do tej właśnie żony uwagę zwróciliśmy wszyscy. Znamienne, że każdemu z nas było głupio słysząc i każdemu przypomniała się sprawa sprzed kilku lat.
... nowa sympatia Młodego - młodziutka, bo jeszcze licealistka, ale jak praktyka pokazuje różnica wieku 4-5 lat to żaden dramat. Może mu się coś wykluje...
... o sympatii Małej nie wiem czy pisałam. Pełnoletni, mieszkający w sąsiednim mieście, ale jednej z najdalszych dzielnic, dojazd zajmuje ok. 1 godziny, więc spotykają się rzadko. Na razie chyba na zasadzie kolegowania, bo nie wiem czy przytulaski wchodzą w grę, czy to tego typu związek, czy jeszcze nie.
... Mała angażuje się w harcerstwo. Coś wspomina, że chciałaby na obóz. Problem w tym, że obóz jest w tym samym czasie gdy my mamy zaplanowany urlop, więc wspólny rodzinny wypad się oddala.
... Matencja jest po incydencie szpitalnym. Spędziłyśmy na izbie przyjęć kilka godzin. Kamienie w woreczku żółciowym. Teraz zalecona dieta, za dwa tygodnie do kontroli i zobaczymy co dalej.
... zapalenie płuc tatencjusza wyleczone. Aczkolwiek słaby jest i szybko się męczy. Oczywiście nic sobie nie da powiedzieć, bo przecież jemu nic nie jest. Słyszy dramatycznie źle. I też sobie nie da powiedzieć, że jest źle, jemu się wydaje że tylko troszkę. A on gdyby mógł to zjadałby słowa z ust rozmówcy, bo tak się wpatruje. No i nie słyszy. Muszę go doprowadzić do laryngologa po skierowanie na aparat słuchowy.
... kolejny weekend studencki za mną. Grupa mocno zintegrowana, jest naprawdę fajnie. A świadomość, że towarzystwo odmłodziło mnie rocznikowo o dobrych kilka lat jest bezcenna :-))) Warto było iść na te studia :-)
... w pracy połapałam prawie wszystko. Mam wrażenie, że panuję nad tematem i wiem o czym mówię. Do pełnej przesiadki jednak daleka jeszcze droga. Powinnam powiedzieć szefostwu prosto z mostu że nie takie były ustalenia, że miało to trwać góra rok, a trwa już ponad dwa i jeszcze końca nie widać. Mało tego - szykuje się kolejna zmiana, ale tym razem mało korzystna dla nie. Powrót do źródeł, bo w przedprzesiadkowym dziale brak rąk do pracy. Ja wiem, że to czysta bujda, ale na głos powiedzieć nie mogę, bo to nie będzie politycznie poprawne. Nie chcę krzywdy N-C-K, ale męczy mnie ta sytuacja. Dzisiaj delikatnie podpytałam szefostwo, ale dalej nic nie wiem. Męczy mnie ta sytuacja.
... a teraz TAAAA_DAAM!!! Kończy się miesiąc, za chwilę wyplata, a u nas na koncie NIE MA debetu! To historyczna chwila! Faktem jest, że miesiąc był krótki i że wpływy na konto były fajne, ale liczy się fakt!
... wierzyć mi się nie chce, że to już luty się kończy... ten czas goni jak szalony...

 

PS
Patriotyzm lokalny, zainteresowanie tematem i zwykły ludzki odruch każe mi wrzucić ten link. Oby te czasy nie wróciły.
Ciary mi szły po plechach gdy patrzyłam na ukraiński Majdan.

 

środa, 05 lutego 2014

Wczoraj obejrzałam ostatni odcinek szóstej serii Czas honoru. Żal, że to już koniec. Fabuła serialu, dzieje bohaterów - temat do przemyśleń. Sam serial ma minusy, rzeczy, które mnie drażnią, ale plusów jest tyyyle, że przymykam na minusy oko ;-)

Dzisiaj siedzę sobie w domciu, niechcący wyszedł mi dzień wolnego. Korzystam, bo dlaczego nie. Od rana przy kompusiu, zgłębiałam fachową literaturę pracową (przesiadkową) czyli to był czas na tak zwane samokształcenie. N_C_K jest fachurą, ale w temacie ogólnym, bo szczegóły i niuanse, nowości, ją przerastają, nie przykłada do tego uwagi.  Mentoring w wykonaniu N_C_K zostawia trochę do życzenia:-) Sama ogarniam więc tematy i sprawdzam, czy to co powiedziała ma być faktycznie tak jak mówiła.

SZM w podróży służbowej na Wschodzie Polski. Ma nadzieję, że go nie zasypie. A ja może w końcu ogarnę się i wezmę za coś konkretnego.

 

= = = = =
godz. 21:41

Aby uniknąć efektu odstawienia (od seansów z CzH) wspólnie z SZM oglądaliśmy Wilka z Wall Street. Leonardo jak zwykle OK. Oglądało się go całkiem fajnie, jednak sam film trochę przydługi. Bite 3 godziny.

 

poniedziałek, 03 lutego 2014

Dzień urlopu zaczęłam od porannej pobudki, niestety. Obiecałam Małej zawieźć ją do szkoły razem z wielkim projektem, który do transportu w autobusie się raczej nie nadawał. I już było po porannym wylegiwaniu się :-(
Skończyłam wspomnianą biografię Michaela D. Nastawiłam się na historyjki, smaczki, kąski, plotki i wyznania, a tu tylko echo! Ale i tak czytało się dobrze.

Wczorajsza niedziela, niby leniwa, a w ferworze zmagań obiadowych strzeliłam jeszcze gołąbki na tak zwane "zaś". Kapusta czekała już chyba ponad tydzień, ale jakoś nie mogłam się za nie zabrać. Strzeliłam gołąbki i w międzyczasie farsz mięsny, może do pierogów albo czegoś innego.
Potem sama z siebie jeszcze poszłam do kościoła. Czułam taką potrzebę, sama sobą jestem zdziwiona, może się starzeję, a może taki nawyk, no nie wiem.
A po południu niespodziewajka czyli odwiedziny znajomych, takie krótkie kawka/herbatka ale bardzo miłe.

Dzisiaj, mając na to czas, przeanalizowałam nasze finanse i postanowiłam wdrożyć jakiś bliżej nieokreślony, ale dobrze brzmiący z samej nazwy "plan naprawczy":-). Nie wiem co nam z tego wyjdzie, ale będziemy starali się wyjść trochę na prostą z tego debetowego życia. Musimy po prostu wdrożyć dyscyplinę finansową, a nie tylko o niej gadać. Nie wiem co nam z tego wyjdzie.
Nie mamy ręki do pieniędzy, nie potrafimy oszczędzać, odmawiać sobie czegoś, żyjemy chwilą tu i teraz, a potem to jakoś to będzie. I żyjemy ponad stan, bo zawsze nam brakuje. A ja źle się z tym czuję, bez żadnego zaplecza finansowego na tak zwaną czarną godzinę. Tak dalej być nie może.
Przeanalizowałam wydatki stałe, na to wpływu już nie mam, płacić trzeba, bo wiadomo rachunki rzecz święta.
Wyzerowałam konto oszczędnościowe, bo co to za oszczędności  na jednym rachunku (zdecydowanie pozorne, żeby się nazywało, że są), skoro na drugim rachunku wali po oczach czerwony minus.
Główne założenia mojego planu:
1. nie płacić kartą
2. może wdrożyć w życie stary sprawdzony system kopertowy - tygodniowy? A na pewno ustalić limit na tygodniowe wydatki.
3. nie robić zakupów spontanicznych, tylko przemyślane
4. przyjąć do wiadomości, że nie mamy linii kredytowej i wydawać możemy tylko tyle ile mamy na koncie, bez zadłużania się
Fajnie się czyta i wydaje się takie proste, łatwe. Jeszcze muszę pilnować SZM, który lubi ni z gruszki ni z pietruszki dokonać jakiegoś świetnego zakupu. Póki co dramatu nie będzie, zamrażarka jest pełna (SZM się wykazywał ["takie ładne mięso było, że aż żal nie kupić"], aż dostał zakaz kupowania czegokolwiek do zamrażarki z uwagi na brak miejsca), więc będzie łatwiej. Luty to krótszy miesiąc, więc obyśmy dali radę...

niedziela, 02 lutego 2014

Wczoraj zagospodarowałam sobie moje blogo-miejsce nową szatką. Jakoś tak mnie wzięło na porządki w świecie realnym i przeniosło się to i tutaj.
W realu, w pracowym świecie udało mi się nieco uporządkować trochę przestrzeni w kierunku przeze mnie pożądanym. Najpierw zrobiłam mały kipisz w pracowych przesiadkowych szafkach kuchennych, bo tam tylko dziada z babą brakowało. I siłą rozpędu zaszałałyśmy razem z N_C_K w gabinecie szefostwa (za zgodą i przyzwoleniem oczywiście) i poprzestawiałyśmy tam co nieco w szafkach. A potem jeszcze ja trochę podziałałam w naszym pokoiku... To jeszcze nie jest to, co bym chciała, ale nie mogę tak wprost ustawiać wszystkiego wedle siebie. Mimo, że N_C_K cały czas powtarza, że oddaje stery w moje ręce.
Wczoraj na rozmowę rodzicielską zwiadowczą nie wkroczyłam, ufam Małej. Chłopak fajny, na szczęście wyższy od niej, bo do tej pory nie wiem dlaczego, ale gustowała w niskich egzemplarzach :-) Jeden minus - mieszka godzinę drogi stąd. Musi dwoma autobusami do nas jechać. Póki co Mała mówi, że fajny kolega, więc może na kolegowaniu się skończy, ale poznali się w czwartek, już umówili na sobotę, a jak wychodził od nas to już obstawiali najlepszą formę dojazdu, więc chyba się jeszcze pojawi, niekoniecznie w objęciach amora :-)
Młody poznał jakąś dziewczynę, co do której miał nadzieję, że coś z tego będzie, ale odezwał się do niej były chłopak o ona podobno musi to przemyśleć, więc powiedzieliśmy że on w takim razie niech też przemyśli czy pchać się w taki bigos. Pecha ma ten mój młody mężczyzna. Trzymam za niego kciuki, bardzo bym chciała, żeby w końcu znalazł tę swoją połóweczkę.
I mamy niedzielę lutową... SZM z Małą w kościele, ja wstawszy późno z łóżka, zostałam w domu i pilnuję kurczaka, którego SZM wstawił do piekarnika, no i robię rosół; Młody dogorywa w łóżku, bo o 13 niestety wybywa do pracy. I taka to leniwa niedziela póki co.
Czas honoru póki co odpoczywa ode mnie :-) A ja czytam biografię Michaela Douglasa.

Miłej niedzieli Wam życzę!

sobota, 01 lutego 2014

Stopiło się było wszystko co było. Odwilż, znaczy się. I dobrze, bo wnoszonego do domu piachu z ulicznego chodnika miałam już po dziurki w nosie. Jakkolwiek by człowiek butów przed wejściem do domu nie otrzepał i tak sypało spod butów w ilościach hurtowych. A dzisiaj - ciepełko załatwiło problem zalegającego błota śniegowego.
Pod koniec tygodnia SZM ma wyjazd służbowy do Rzeszowa. Nie wiem czy z rozpędu nie zabiorę się z nim :-) Dla własnej rozrywki, a jemu dla towarzystwa, może nawet bezpieczeństwa, bo we dwoje zawsze raźniej. Zwłaszcza przy takich ilościach śniegu.
Mała na jednym ze spotkań harcerskich poznała nowego podobno fajnego kolegę, który właśnie u niej gości. Wrażenie, to pierwsze całkiem OK. Za chwilę chyba wkroczę na tak zwany zwiad, czyli pogawędkę rodzicielską. ...a może nie...
A poniedziałek mam wolny! Hura, hura, hura! Nikomu nic jeszcze nie powiedziałam, bo to wolne dla mnie, i tylko dla mnie, wolny beztroski czas:-)
Dietuję, dietą prawie dukanową, a może raczej o mało co dukanową, ale zawsze to jakieś ograniczenie. Na razie 2,5 kg zgubiłam. I w nagrodę dzisiaj nieco się złamałam; najpierw wchłonęłam kawałeczek ciasta, za jakiś czas drugi (bo stał taki samotny i smutno mu było samemu), a potem jeszcze dietowy deser w moim wykonaniu czyli biały chudy serek i dżem truskawkowy niskosłodzony.
Zrobiłam sobie przerwę od "Czasu honoru", bo mnie Iksińska wystraszyła zespołem odstawienia, więc przyzwyczajam się powoli do tego, że serial wkrótce się skończy, bo pierwszy odcinek szóstego sezonu już za mną... :-)