na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 19 listopada 2008
Zebranie w szkole.
Nie było rozdzierania szat, rwania włosów z głowy i wygłaszania wielogodzinnych tyrad. Nie.
Świadomość, że komputer jest odłączony od neta boli bardziej. Mam taką nadzieję.

Rozczarował nas oboje.
Zapewnienia, że jest OK były. Nasze zapytania czy aby na pewno, bo niech nam może lepiej dozuje złe wieści, bo jak spadną na nas jak grom z jasnego nieba to nie będzie dla nas miłe, a dla niego tym bardziej.
Utwierdzał nas w przekonaniu że jest OK. Godzinę przed wywiadówką z jednej jedynki zrobiły się trzy.
I to mnie wkurzyło. Nie fakt, że je ma, ale to że kłamie. W żywe oczy, bo jak się okazało jest ich nieco więcej niż trzy. Zapracował na nie solidnie siedząc non-stop przy kompie i kłamiąc cały czas, że jest OK. A myślałam, że mam rozsądne, mądre, duże, prawie dorosłe dziecko...

Krótko mówiąc dramatu nie ma, ale dobrze też nie jest.

Odłączenie od neta i ograniczenie użytkowania kompa. Znaczy szlaban.

Wiem - ciężkie jest życie ucznia.

Bycie rodzicem też. Naprawdę.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Wczoraj stworzyłam kategorię Anonimka wyrodna córka, dziś może powinnam Anonimka wredna matka...?
wtorek, 18 listopada 2008
Tak sobie siedzę i analizuję... Żałuję, że nie zrobiłam kategorii "matencja". Wiem, że sporo o niej piszę, ale byłoby namacalnie :-)

Wczoraj rajd po sklepach z Młodym. Trzeba gościa przyodziać. Przy okazji wpadła mi w oko (i ręce) kurtka za śmieszne pieniądze. Oczywiście czarna :-)
Jeszcze buty mi potrzebne. Do spodni. Za małe pieniądze również :-) Ale buty wszystkie w stylu "kota w butach", a ja potrzebuję do spodni, sportowe, na małym obcasie, raczej krótkie, a nie takie po kolana.

Taki rajd po butikach zawsze mnie dołuje. Tyle pięknych ciuchów, tyle chciałabym, potrzebowałabym tyle mi się podoba... Nie jestem maniaczką ciuchów, ale przychodzi taki kryzysowy dzień gdy zdaję sobie sprawę, że skład mojej szafy pozostawia wiele do życzenia. I przekłada się to na nastrój.
Co robi Anonimka gdy jest sfrustrowana?
Ciekawe czy ktoś wie...
--  --  --  --  --
...dorobiłam jednak kategorię... Sprawdziłam. chyba nie jest tak źle. 12 wpisów na 93 to chyba nie jest tragedia.
niedziela, 16 listopada 2008
Wizyta (nerwowa, jak zwykle) rodziców plus telefon z żalami od Teściowej to dostatecznie wybuchowa mieszanka. Chodzimy wszyscy potem podenerwowani i każdy powód jest dobry do wybuchu. Młody spędza masę czasu przed kompem. Przeszkadza nam to obojgu. W środę zebranie w szkole, się okaże jaki z niego kryształ. Ale szlag mnie trafia kiedy SZM zaczyna się nakręcać i wyrzuca z siebie słowa, obietnice, groźby, których na pewno nie spełni i nie dotrzyma. I jeszcze się oburza jak mu zwracam uwagę... Fakt, może nie powinnam na głos. Wiem, nie powinnam.

A rodzice...
...już sama się zastanawiam jaki temat poruszyć, który będzie bezpieczny, który nie będzie pretekstem do wyśmiewania ojca przez matencję.
   Dziś ostentacyjnie w pewnym momencie zamilkliśmy oboje, a oni między sobą zawzięcie dyskutowali. Nie chciało mi się być buforem. Zapytałam tylko czy przyjechali po to, by się tutaj, u nas kłócić czy spotkać z nami. Wrodzona/wpojona lojalność wobec matencji kazała mi mówić do nich WY, a nie zwracać się z tym pytaniem bezpośrednio do niej. A ona i tak kończy mówiąc, że ona się przecież nie kłóci ona tylko nam opowiada jaki jest ojciec i co robi, albo czego nie robi. Doszło do tego, że wszyscy traktujemy ją jak świętą krowę, nikt nie zwraca uwagi, nie powie złego słowa, a ona ma jeszcze pretensje, że się za nią nie wstawiamy. Nawet jej do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy po drugiej strony barykady...
Leniwa niedziela rozpoczęta wspólnym rodzinnym wylegiwaniem się i oglądaniem filmów. Indiana Jones i Mamma Mia. Super. Obiadek pyrka na kuchni. Błogie lenistwo...

przerwane telefonem i zapowiedzią odwiedzin rodziców.
Znaczy kataklizm nadciąga.
Nie zastanawiam się czy się pokłócą, tylko o co...

I błogostan trafił szlag.
Ech...
niedziela, 09 listopada 2008
Zaliczyłam spotkanie towarzyskie w babskim gronie. Nie to co zwykle, to grono nowe, zebrane spontanicznie przez jedną przyjezdną. Powiązania na zasadzie ktoś z kimś kiedyś chodził do klasy, a wszystkie znamy przyjezdną. Rocznik ten sam. 
Jakież splątane są losy ludzkie...
Były dziewczyny  wolne, po rozwodzie, ale z dziećmi. Fakt, że dzieci duże, ale jednak.
Były dzieciate mężatki, czyli raczej standard.
Jedna wdowa. Od czterech miesięcy.
Cały czas o niej myślę...
środa, 05 listopada 2008
To miało być w odpowiedzi na komentarz Veanki, ale się rozpisałam nieco...

...wiesz Veanko, przeczytałam ten komentarz już wczoraj, ale do teraz składam w głowie odpowiedź na Twoje słowa...
Bo to po trosze jakbyś napisała o moich rodzicach. Jakbyś poruszyła tę strunę, której gdzieś tam w podświadomości nie chcę ruszać. Zdaję sobie sprawę z tego, że ojciec święty nie jest, on jest z gatunku tych co się niby nie odzywają, ale jak się odezwie to w pięty idzie.
Już sama nie wiem co robić, jak robić, żeby było dobrze. Matencja być może oczekuje z mojej strony dzikiej awantury i postawienia do pionu ojca. Bo kilka lat temu tak robiłam. Ale teraz jakbym patrzyła na to z innej, drugiej strony i widzę że i ona się zmieniła. Ja wiem, że w interesie ich obojga jest odcięcie się od tego, co było, niewracanie do przeszłości w myśl zasady że liczy się tu i teraz. Ja to wiem, ona nie. Przynajmniej raz w tygodniu słyszę, że mu nagadała. Problem w tym, że jemu to gadanie z jednej strony wpada do ucha, a z drugiej wypada. Poza tym skoro przez 40 lat małżeństwa pewne sprawy stały tak, a nie inaczej to jakże ona może oczekiwać, że teraz nagle się zmienią.
To jest po prostu sytuacja bez wyjścia. Jeszcze kilka lat temu mówiłam, że najlepiej by było gdyby ojciec umarł. Wtedy byłby spokój. Wiem, że to brzmi teraz strasznie, ale był taki czas, że myślałam tak naprawdę. Teraz boję się tego czasu gdy opadną z sił, gdy będą skazani jedno na drugie, gdy problemem będzie wyjście z domu, gdy ojciec już na dobre zrezygnuje z pracy. Boję się, że dojdzie do nieszczęścia. Boję się tego, że ona kiedyś przesadzi do tego stopnia, że jemu puszczą nerwy.
Był czas, że on jej dawał do wiwatu, teraz też daje, ale w moim odczucie jakby mniej, a ona teraz jakby odpłaca mu pięknym za nadobne. Mało tego, mam wrażenie, że w naszej, mojej obecności, matencja pozwala sobie na więcej, specjalnie prowadzi tak rozmowy, żeby mu dopiec, przypiec, zwrócić uwagę, wyśmiać. Czerpie z tego dziką satysfakcję, a na zwracaną uwagę odpowiada, że przecież żartowała. Stracili prawie wszystkich znajomych. Wszyscy się odsunęli. Doprowadzili do tego, że my idziemy tam niejako z obowiązku. Każdorazowy kontakt z obojgiem to jak siedzenie na minie - czekam kiedy wybuchnie. Czasem bawię się w sapera i zagaduję, łagodzę, zmieniam temat; czasem po prostu wychodzę z komentarzem, że jak chcą się kłócić to beze mnie. a potem słyszę, że ja zamiast stanąć po jej stronie to wychodzę. Problem w tym, że ja nierzadko mam ochotę stanąć po stronie przeciwnej.
I mój problem, problem mojej psyche tkwi w tym, że gdzies tam w głębi duszy mam ogromne poczucie winy za to, że własnie tak myślę... Że wychodzi na to, że jestem nielojalną córką w stosunku do matki. Że powinnam nie patrząc na nic stanąć ślepo murem za nią. A nie staję.
Staram się nie być stroną. Uczę się tego dopiero, bo od zawsze byłam po jej stronie, od zawsze wiedziałam, że ojciec jest jaki jest i że mama jest w tym związku osobą poszkodowaną.

Mam szczerą nadzieję, że pomijając zupełnie inne relacje rodzinne w mojej osobistej rodzinie, to oprócz tego jeszcze  lektura tego bloga pomoże mi za lat 10-15 uniknąć popełniania takich samych błędów :-)

a szczerze mówiąc jestem psychicznie zmęczona tym wszystkim.

(grzeczna dziewczynka, która siedzi we mnie mówi - skoro ja jestem zmęczona to co ma powiedziec matencja?)
poniedziałek, 03 listopada 2008
Dzisiejszy wolny od pracy (zawodowej) dzień przeleciał mi błyskawicznie. Sporo rzeczy udało mi się zrobić, sporo jednak zostało jeszcze. I to mnie złości, bo nienawidzę takiego wykańczania na raty. To, co zostało to jednak w większości poletko SZM, muszę więc uzbroić się w cierpliwość, wytrwałość, bo jak znam SZM trochę to wykańczanie potrwa.

Cmentarne Święto przeszło jakby bokiem. Fakt, byliśmy na cmentarzu, ale jakby kurcgalopkiem. Co roku obiecuję sobie spacer, smakowanie atmosfery, spacer wieczorem gdy cmentarze już prawie puste. w tym roku również się nie udało. Nie mam o to pretensji, w tym roku zagonieni panelowo byliśmy, ale marzy mi się powtórka sprzed lat takiego spaceru tuż przed zamknięciem cmentarza. Powinnam sobie włączyć w komórce przypominajkę, żeby odpowiednio ustawić SZM :-)

Bogu dzięki omijają nas póki co sprawy szpitalno-zdrowotne. Tak sobie pomyślałam dziś, że nie doceniamy tego, co mamy. Jestesmy zdrowi, nikogo nie mamy w szpitalu, nie mamy problemów z cyklu - jaki stan i jakie rokowania. Tak mnie naszło, bo mojego rodzeństwa teść właśnie po udarze leży w szpitalu, a rodzeństwa SZM teść po zawale. Jak to dobrze mieć świadomość, że jest OK.

Tak całkiem Ok to nie jest, bo oczywiście przewija się non-stop w mojej głowie sprawa moich rodziców. Ja już się zastanawiam nad sobą, czy to może ze mną jest coś nie tak, może to ja mam skrzywienie jakies na tym punkcie. Matencja jest coraz gorsza. Ojciec nie zostaje dłużny i żyją tak jak pies z kotem. Ona zdaje sobie sprawę, że przestałam być stroną w tym konflikcie i jest w pewnym sensie urażona, obrażona, ale generalnie nie daje po sobie znać. Muszę jednak wysłuchiwać niekończących się tyrad na temat ojca, jego postępowania, zachowania, charakteru itp. Wszystko to w rozmowie telefonicznej. Matencja podnieca się opowiadając, krzyczy do słuchawki, przeżywa to wszystko raz jeszcze. A ja mam wrażenie, że zbieram baty za ojca. Usiłuję się nie dać, przerywam, raz spokojnie, a raz nie. Za każdym razem myślę sobie - kobieto wrzuć na luz.
Gdybym powiedziała jej to wszystko co myślę o całej tej sytuacji to dostałaby na pewno jakiegoś ataku. I obraziłaby się na mnie śmiertelnie. Wynika z tego, że boję się jej reakcji... Nawet gdybym to zrobiła; wywaliła całą kawę na ławę i tak by to niczego między nimi nie zmieniło. Moje argumenty by do niej nie trafiły, nie przyjęłaby ich do wiadomości.
Dziś powiedziałam żeby dała spokój, bo przeciez wiem jaki ojciec jest.  I usłyszałam, że ona właśnie nie wie czy ja wiem.
A potem Młody zapytał  mnie czy dziadkowie zawsze się tak kłócili. Powiedziałam, że nie, ale szczerze mówiąc chyba zawsze. Może nie aż tak bardzo, ale z tego co pamiętam zawsze o coś trwała batalia.  Teraz wiek, stan zdrowia i wszystkie doświadczenia minionych lat robią swoje. Matencja po udarze, a ojciec nie dosłyszy. Czego nie usłyszy to zmyśli, zgaduje, domyśla się. Byc może wiele rzeczy konfliktowych wynika z tego właśnie, tak twierdzi matencja, ale ojciec do lekarza nie pójdzie. Aparat słuchowy załatwiłby sprawę od ręki. Wszyscy to wiemy, tylko ojciec utrzymuje, że my przesadzamy, że nie jest przecież źle. On ma za uszami sporo, ona też. Żadne z nich nie jest bez winy. Tylko dlaczego mnie się wydaje, że to ona przesadza...

Idą Święta. Znowu się zacznie. Chyba zdecyduję się zrobić je u siebie, znaczy Wigilię. Pięknie by było tak - wigilia u nas, my, rodzice, przeżyłabym nawet teściową. A potem w pierwszy dzień Świąt jakas wycieczka całodniowa gdzieś, może w góry, może nie, nie wiem gdzie. Najchętniej wyjechałabym na calutkie Święta; wyjechała, uciekła... i umarła z powodu wyrzutów sumienia, że rodzice sami zostali. Takie mam jakieś nienormalne poczucie przyzwoitości, że w takie ważne dni nie powinnam zostawiać ich samych, że skoro maja dzieci to nie powinni być sami, a ponieważ moje rodzeństwo się nie za bardzo takimi rzeczami przejmuje, więc na posterunku zostaję ja. I zadręczam sama siebie. Ileż razy ja już o tym pisałam, ileż razy analizowałam...
niedziela, 02 listopada 2008
Jeszcze kilka spraw wagi lekkiej do skończenia nam zostało, ale to już taka prawie kosmetyka. Bardzo się cieszę, bo zrobiliśmy naprawdę sporo. Mieszkanie w panelach. Pokój Małej wymalowany i przemeblowany. Mały przedpokój wytapetowany. Jutro oprócz kosmetyki przydałoby się okna umyć. Mam nadzieję, że dam radę. :-)
Panelował nam specjalista i nadziwić się nie mogę, bo my we dwójkę duży pokój  (20m2) robiliśmy cały dzień, a ona sam machnął całą resztę w półtorej dniówki. Fachura.