na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
niedziela, 28 listopada 2010
I jak zwykle o tej porze - temat świąt i wigilii.
Najpierw było tak: rodzeństwo zaprosiło matencję i tatencjusza na wigilię do siebie. Uff, pomyślałam, dla nas problem z głowy.
Potem matencja kilka razy podpytywała czy rodzeństwo nas przypadkiem też nie zaprosiło, czy aby na pewno nic nie wspominało na ten temat. Domyślam się, że bardzo tego chciała. Głowy nie dam czy nie dopytywała rodzeństwa tak, by niejako wymusić na rodzeństwie zaproszenie nas.
Potem w wielkiej tajemnicy matencja szepnęła, że rodzeństwo planuje nas zaprosić też. I przyszedł dzień gdy zaprosiło. Dotrzymaliśmy tajemnicy i byliśmy zaskoczeni, powiedzieliśmy, że się zastanowimy :-)
I się zastanawiamy...

Najchętniej zostałabym w domu i zrobiła nam wigilię dla naszej czwórki.
Mam czyste sumienie, bo wiem, że oni u rodzeństwa, że nie siedzą z tatencjuszem sami, więc okazja świetna, ale...
Nie wiem czy za rok, albo kiedykolwiek indziej będzie nam dane jeszcze spędzić wigilię wspólnie razem, biorąc pod uwagę, że matencja i tatencjusz swoje lata już mają.
Nie mam pewności czy rodzeństwo tak naprawdę samo z siebie chciało nas zaprosić czy też zaproszenie jest pod wpływem.
Z czysto ekonomicznego punktu widzenia też wolimy zostać w domu, ale w tym wypadku nie o finanse tu idzie.
U rodzeństwa atmosfera na ogół jest letnia. Towarzysko OK, niby miło, sympatycznie, ale jakoś tak letnio. Oni tacy są, po prostu. Pani domu dba przede wszystkim o porządek, o otoczenie, o szczegóły, i ten jej galopek za estetyką zabija ducha serdeczności. To tak jakbym miała spędzić wigilię we wnętrzu stylizowanym w sklepie meblowym, tam nie ma emocji, nie ma życia, jest tylko ład i porządek. Nie wiem czy potrafię oddać słowami w czym rzecz.
Dzisiaj będąc u matencji powiedziałam jej, że najprawdopodobniej nie pójdziemy na tę wigilię i się zaczęło...
Że rodzina powinna być razem,
że to takie rodzinne święta,
że to wręcz nie wypada odmówić,
że jak to odbierze tatencjusz i co sobie pomyśli,
że to pewnie SZM zarządził, że to jego pomysł,
że jak nie pójdziemy to na pewno zwali się do nas teściowa,
że w takim razie po ichniej wigilii oni z tatencjuszem przyjadą wieczorem do nas,
że dlaczego...?
No i odpowiadałam dzielnie i cierpliwie
że my w czwórkę to też rodzina,
że wypada, owszem, bo oni tez kiedyś odmawiali, ale że to nie rewanż broń Bosze,
że nie dbam o to, co pomysli tatncjusz, bo on się towarzysko nie udziela nigdy (tu wgłębiłam się w szczegóły, o których blogowo pomilczę),
że to nasza wspólna decyzja, mnie się nie chce tam iść,
że to moja sprawa czy teściowa u nas będzie czy nie, nawet zadałam pytanie czy matencja jest zazdrosna że teściowa może będzie u mnie, a ona nie?
że jak mają ochotę to niech przyjadą, czemu nie, mnie to nie przeszkadza,
że po prostu nie podoba mi się tamtejsza atmosfera.
No i matencja powiedziała, że ona wie, że tam jest tak sztywno i chłodno, i że to właśnie my wprowadzamy atmosferę serdeczności i rodzinności, że bez nas to nie to samo i takie tam,  przeróżne argumenty, a potem to już były łzy.
A w ostatnim telefonie znowu łzy i w końcu padło spodziewane przeze mnie "póki żyję zrób to dal mnie".

...i powiem szczerze, że im bardziej ona naciska tym bardziej we mnie opór rośnie.

...ale boję się tego, że jeżeli się uprę, a faktycznie za rok któregoś z nich braknie to sobie tego nie wybaczę. A z drugiej strony, odrobina zdrowego egoizmu chyba nie zaszkodzi. Przeciez nie mogę robić wszystkiego pod jej dyktando, bo to jest wymuszanie.
Nawet jej powiedziałam, że przecież spotkamy się w pierwszy dzień Świąt, bo jak zwykle zaprosimy ich do siebie. Że gdybym jej mówiła, że wyjeżdżamy na caluteńkie Święta to miałaby prawo rozpaczać, ale ona będzie przecież z rodzeństwem, a nie sama z tatencjuszem. Jak grochem o ścianę.


Bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze...



I stał się cud pewnego razu!!!
Po raz pierwszy od nie-pamiętam-kiedy nie zakończyliśmy naszego finansowego miesiąca na debecie. Fakt, że to było dokładnie na styk, ale nie było minusa. I to się liczy!

Babskie spotkanie było po prostu rewelacyjne. Wszystkie moje troski i przemyślenia poszły się lotać, odeszły precz i bawiłam się wyśmienicie. Te spotkania dają mi taka pozytywna energię. To świetna odskocznia. Jak sobie pomyślę ile to już lat się spotykamy... Najlepsze z tego wzystkiego jest to, że najprawdopodobniej za tydzień kolejna imprezka, w stylu parapetówki tym razem. Na caluteńką noc, łącznie z nocowaniem. Cieszę się jak moja Mała, która idzie do koleżanki spać na tak zwane pidżama-party :-)

W dalszym ciągu dietuję, dotychczasowy efekt to 5 kilogramów mniej. Cieszy mnie to bardzo i mobilizuje do dalszej walki. Powinnam sobie spisywać czego nie zjadłam mimo, że mogłam, miałam okazję. Od samego czytania listy pominiętych dań i przegryzek powinnam schudnąć przynajmniej kilogram.

Nie zjadłam na przykład własnoręcznie zrobionych przepysznych drożdżowych pasztecików, które wyglądały tak:



Nie zjadłam też pysznego ciasta, które zrobiła matencja:



ani słodkich kartofelków, które z odkrojonych brzegów tego ciasta zrobiłam ja :-)


poniedziałek, 22 listopada 2010
sobotnie tańcowanie
Wróciliśmy nad ranem wybawieni, wytańcowani i najedzeni (a były pyszności, ale ja tylko to co dr D. pozwala ;-]). Zabawa była bardzo fajna. Ekipa zgrana, naprawdę było fajnie.

zazdrość??? ;-)
Smaczku imprezowaniu dodaje fakt, że SZM zarzucił mi, że wodziłam wzrokiem za jednym takim. No, może trochę.
Czasem tak jest, że ktoś ma w sobie coś i nie daje nam to spokoju. Ale to jakoś tak nawiasem było, mimowolnie chyba. Poza tym gość był OK, dopóki buzi nie otworzył, bo miał brzydkie zęby, brzydki grymas i generalnie wyraz twarzy nie taki, ale ruchy takie jakieś kocie i o te ruchy chyba bardziej szło :-)
Jednak oficjalnie wodziłam wzrokiem, przyznaję, za takim jednym eksponatem, solaryjnie spalonym, z burzą czarnych loków, łańcuszkiem na torsie i postawą "jestem macho", któremu troszkę Bozia poskąpiła wzrostu, bo mógł być ciutek wyższy. Tenże gość był z partnerką dokładnie taką jaką bym mu wymyśliła. Solaryjna frytka, ubrana w czerwoną mini-pachwinówkę i do tego łodpowiednio długa czerń włosa, prostowanego, nie żebym miała cos przeciw czerni i prostowaniu, ale... Jak dla mnie dobrali się jak w korcu maku.

niedzielne lenistwo
Całą niedzielę odpoczywaliśmy.
I z czystego lenistwa nie spełniliśmy obywatelskiego obowiązku. Poza tym jakoś żaden z naszych kandydatów mnie do siebie nie przekonał, a stwierdziłam, że nie będę robić przy urnie toto-lotka.

i szara codzienność dnia...
Pierwszy dzień w pracy po weekendzie to dla mnie zawsze trauma. Ale już do końca tygodnia tylko cztery dni, a w ten piątek z kolei czeka mnie babskie imprezowanie.
Za to jeszcze przed imprezką babską będzie w domu mini-impreza rodzinna w postaci urodzin SZM. Zapowiedziała się już teściowa, przyjedzie też pewnie matencja z tatencjuszem. Niby oficjalnej imprezy nie robimy (rodzinnie ustalone, że świętujemy tylko dzieciom), ale o jakimś cieście i kolacji dla gości pomyśleć trzeba. A wypłata dopiero na koniec miesiąca. Poza tym skłaniałam się ku kolacji w romantycznym  i raczej ściśle rodzinnym nastroju, a tu gość w dom. Nie mogę, nie chcę matce odmówić świętowania urodzin syna.
Za to mam już prezent dla mojego Solenizanta. Prezent, który już mu dawno obiecałam, ale jakoś się nie składało i nawet mi kiedyś przypomniał, że przecież obiecałam i echo.
No to się sprężyłam i już mam. Zamówiona była karafka.
Proszę Państwa oto prezent:




sobota, 20 listopada 2010
Dzisiaj wieczorem czeka nas imprezowe wyjście.
Mimo dietowania mam zamiar się dobrze bawić.
Czas się szykowac, bo ja potem jak zwykle wszystko w biegu i na ostatnią chwilkę.
Przepraszam, że nie zaglądam do Was, ale ostatnio jakoś czasu mi brak na komputerowe życie :-)
czwartek, 18 listopada 2010
Moje dietowanie ma się dobrze. Poprawiło mi to nastrój wydatnie, nie powiem. Wchodzę od jutra w kolejną fazę, znaczy drugą :-)
Zalatana jestem ostatnio, zabiegana. Zgubił mi się jeden dzień. Przekonana byłam, że jutro czwartek, a tu proszę koniec tygodnia!
A w sobotę idziemy się z SZM trochę zabawić., potańcować Impreza wczesnoandrzejkowa w MieścieWojewódzkim. Trochę mam kłopot z tą dietą, bo nie znam dokładnego imprezowego menu, a nawet gdyby to nie spodziewam się tam wielu rzeczy zdatnych do jedzenia dla mnie obecnie. Ale zabiorę sobie coś dobrego do torebeczki i dam radę. I tak dukanowsko zgrzeszę, bo mam zamiar wypić kilka drinków, ale co mi tam.

Młody chyba już dziś lepiej, wczoraj mnie naprawdę zaskoczył takim szlochem, płaczem i w ogóle. Naszpikowany był emocjami na maxa. Dziewczyny, znaczy tej szantrapy (jak pięknie łaskawa była jedna z moich blogokoleżanek ją w komentarzu nazwać) na oczy nie widziałam; to bardziej takie emocje Młodego na odległość. Pod koniec roku dziewczę miało już wrócić do domu, ale jak widać zdążyło jeszcze przed powrotem zrobić w trąbę mojego kawalera.
Mam szczerą nadzieję, że Młody w końcu trafi na dziewczynę jemu przeznaczoną, tę jedyną, bo jak do tej pory jeszcze żadna z dam serca nie została nam przedstawiona. Milczeniem pomijam fakt że nie było tych dam znowu tak dużo.
Diagnozowałam nawet sobie Młodego, że wybiera na sympatie koleżanki z daleka, takie z którymi na gg gada i przez sms-y. No i co to za znajomości... Ta niby była blisko, ale wzięła i wyjechała  daleko więc jakby się to powtórzyło.
Może to i dobrze, że nie ma takiej jednej na stałe, bo jedna taka moja kumpela już się stresowała, że jej syn miał szansę zostać ojcem, więc może lepiej że mnie tego typu atrakcje omijają :-)

Zdziwił mnie Młody, który na pytanie o wspólne spędzanie wakacji/wczasów odpowiedział nieoczekiwanie to zależy gdzie je będziemy spędzać.
I powiem szczerze, że troszkę mi to skomplikowało sprawę, bo cały  czas liczyłam, że nie będzie chciał już jechać z nami i brałam pod uwagę cokolwiek innego niż było przez ostatnie dwa lata, ale w liczbie 2 osoby dorosłe i Mała czyli dziecko lat 13. A co do Młodego liczyłam na to, że załapie się na jakiś wakacyjny studencki wypad. Wychodzi na to, że do chorwackiej przystani (gdzie płacimy i tak za cały apartament niezależnie od tego czy on pojedzie z nami czy nie) to on jednak nie chce bo się nudzi. Ale cokolwiek innego zagranicznego (bo chciałam szukać tanich ofert w Tunezji, Egipcie, może w Grecji, licząc na zniżkę jakąś dla Małej) to on chce.
Masz babo placek.
Nie ma baba kłopotu to przed Gwiazdką myśli o wakacjach, nie?
Nieba by człowiek przychylił Młodemu kiedy w głos szlocha na moim ramieniu, bo dziewczyna wystawiła go do wiatru...
Ech...
wtorek, 16 listopada 2010
Wczoraj w nocy śniła mi się przeprowadzka do Wrocławia. Pojęcia nie mam dlaczego akurat tam, a nie gdzieś indziej. Koniec końców mieliśmy razem z rodzicami kupować jakiś dom, który z zewnątrz cud miód i orzeszki, a od środka Panie Boże uchowaj. I w końcu my wypisaliśmy się z tego interesu. Chyba. Czy jakoś tak. Nie pamiętam dokładnie. Dziwny to był sen i bardzo realny. Bardzo.
A ja się boję takich snów, bo mam jakieś takie wewnętrzne obawy, że one coś wieszczą.

Tatencjusz po dzisiejszej wizycie u specjalisty jutro kładzie się na oddział. Robię dobrą minę do tej gry, ale w środku cała jestem rozdygotana, bo jakieś kiepskie przeczucia i obawy się mnie uczepiły.

Brakuje drugiego auta w rodzinie. Matencja prosiła, żeby być z nimi przy przyjęciu do szpitala. Wiem, że to bezsens i totalnie niepotrzebne, usiłowałam się wyplątać z tego, ale nie dało rady. Muszę zerwać się z pracy i podjechać tam i z powrotem. Bez auta nie da rady. No, niby da radę, ale potrwa to na pewno o wiele dłużej.


niedziela, 14 listopada 2010
*
Po długich weekendach najgorsze są powroty do pracy.
Dla mnie też.
Coś się we mnie przepaliło, wypaliło. Był czas, że szłam do pracy z ochotą, z zapałem, że mi się po prostu chciało. I nie chodzi tu o samo zajęcie w sensie praca, ale raczej o środowisko pracy, w sensie towarzystwo, współpracownicy. Od pewnego czasu mi po prostu nie zależy. Idę bo muszę, bo trzeba jakoś zarobić na chleb. Zdaję sobie sprawę z faktu, że otoczenie głupie nie jest i widzi we mnie zmianę, że trochę stoję z boku, że nie angażuję się az tak jak przedtem. Jedna osoba nawet mi powiedziała, że ma wrażenie że wszyscy wokół mnie strasznie wkurzają, a ja spinam się na maxa, żeby nie pokazać jak bardzo. I to chyba tak jest...
Znaczy syndrom wypalenia zawodowego.

**
Sam weekend minął nam miło i sympatycznie.
Trochę z gośćmi, a trochę w gościach.
Trochę zorganizował się nam Sylwester, prywatkowo, domowo. I fajnie, bo nie mieliśmy pomysłu.

***
Sprawa przyszłorocznych wakacji już wisi nad nami. Zaczynają się rezerwacje. Zapytałam, zahaczyłam o termin, cenę i wszystko gra i buczy, ale nie wiem jak będziemy stali finansowo, bo parę innych rzeczy pojawiło się na horyzoncie, a na to też trzeba kasy (przydałaby się zmiana auta, remont kuchni też byłby na miejscu), no i nie wiem czy ja chcę jechać znowu w to samo miejsce.
Sprawa póki co wisi. Terminy uzgodnione, ceny też, trzeba tylko potwierdzić, ale w moim mniemaniu więcej jest przeciw niż za. i jak zwykle sama nie wiem czy na pewno.





piątek, 12 listopada 2010
Niestety - najwyższy już czas zabrać się za siebie. Waga startowa ciągle rośnie. Jeszcze troszkę i zmieni początkową cyfrę a to nie jest fajne...
Odkładanie startu tej diety w nieskończoność i moje ciągłe myślenie "jeszcze sobie zjem, bo przecież już wkrótce dieta" to nie najlepsze sposoby na zrzucenie wagi.
A czuję się obecnie jak wieloryb. Gdyby nie to, że źle się czuję w tym ciele to pewnie machnęłabym ręką, ale jest mi naprawdę źle. Więc uznałam, że od jutra, bo nie ma na co czekać.
I to nic, że jutro goście, bo co to komu przeszkadza, prawda? Zwłaszcza, że Ona jest już w głębokim trakcie procesu gubienia zbędnych kilosów.
Książkę już mam, założyłam sobie nawet blogowy dzienniczek odchudzania, motywację w głowie ułożoną mam, chęci ogromne też, chęci to chyba największa część z tego całego zestawu :-)
Nie pozostaje mi nic innego jak po prostu zacząć.
Trzymajcie zatem kciuki.

...a to moje rozpoznanie terenu:



wtorek, 09 listopada 2010
Mała lat 12 ma teraz czas powrotu do swojego dzieciństwa. Najwyraźniej jest to teraz temat przewodni w dyskusjach psiapsiółek klasowych.
...a czy ja byłam grzeczna?
...dużo/mało płakałam?
...a jakie było moje pierwsze słowo?
itp.
No to wyciągnęłam jej "Album małego dziecka", w którym ma wszystko opisane czarno na białym, rzetelnie i po kolei. Odrysowane stópki, rączki, wklejone włoski, pierwsza Gwiazdka, urodziny i tak dalej. Mała była zachwycona. Pobiegła do pokoju z lekturą na już i teraz.
...a potem przyszła z mokrymi oczami, bo się wzruszyła. Nie była mi w stanie powiedzieć dlaczego płakała. Ma oczka w bardzo mokrym miejscu i rzeczywiście wrażliwiec z niej przeogromny.

Tak, to była TA chwila, dla której warto było te wszystkie rzeczy  spisywać.
:-)))
 
1 , 2