na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 30 listopada 2011
Tyle rzeczy bym chciała..., ale po kolei.
*
Wyjazd w góry bez dzieci.
Moje wewnętrzne ja każe mi się umartwiać z tego tytułu i jak zwykle biegam po mieszkaniu z odkurzaczem, ze szmatą i szaleństwem w oku, co by zostawić chałupę odpicowaną, i wiem że i tak nikt tego nie doceni, że właściwie to chyba robię to bardziej dla siebie, niż dla nich, a przynajmniej takie mam wrażenie. Padam na nos, ale wysprzątam, przygotuję, spakuję i jak zwykle brak mi jednego dnia :-)
Sam wyjazd bardzo udany.
Zamarznięte Morskie Oko robi wrażeniez a baseny termalne wykorzystane na maxa :-)
Pierwszy raz w życiu do eleganckiej imprezy szykowałam się raptem 5-10 minut i w rekordowo szybkim czasie marzyłam o tym, by już iść spać. Mało tego; podczas imprezy podreptałam do pokoju i ustawiwszy komórkowy budzik na 15 minut ucięłam sobie błyskawiczną drzemkę :-)
Mała w tym czasie podejmowała koleżanki na nocnym andrzejkowym mini-party. A Młody bawił się w gronie swoich znajomych.
Wierzyć mi się nie chce, że mam już takie duże dzieci...
*
SZM nadal rośnie w siłę i potęgę i brak mi już taktownych i delikatnych argumentów by mu przemówić do rozumu. Wskazówka na łazienkowej wadze zapintala ile wlezie. Ciuchy, kurtka, koszule, wszystko opięte na maxa. Mam wrażenie, że SZM jest takim gigantycznym pączkiem. Do tego jeszcze totalny brak kondycji.
I nasilone nocne chrapanie. Na szczęście bez bezdechów, ale spanie w towarzystwie wiertarki jest mało przyjemne. Czy ktoś zna dobry preparat przeciwdziałający chrapaniu?
Uratujcie mnie i moje małżeństwo, proszę...
*
Powrót do pracy, do szarej codzienności po tak barwnym weekendzie to prawdziwa trauma i dramatyczne doświadczenie.
W pracy - norma. Z dnia na dzień rośnie mi ciśnienie na widok i z powodu zachowań NiefrasobliwejCioteczki, z którą przyszło mi współpracować, od której mam się podobno sporo nauczyć i w przyszłości ją zastąpić. Szlag mnie jasny trafia na prawie każdym kroku. Nawet rozważam poważną rozmowę z szefostwem w tym temacie, ale to chyba raczej daleka przyszłość, bo jakoś mi tak niezręcznie. Książkę mogłabym napisać o tym co przechodzę.
Ilekroć mam chwile załamania, że ja chyba się do tego nie nadają, że jednak porywam się chyba z motyką na słońce, to potem przychodzi taki moment w mojej pierwotnej pracy, że zaciskam zęby i myślę sobie, że głupotą byłoby nie skorzystać z danej szansy.
*
Samsung Galaxy mini - właśnie sama dobrowolnie z niego zrezygnowałam. Z czystego lenistwa. Nie chce mi się uczyć obsługi, chyba jestem na to zbyt głupia. Mm wrażenie, że nie wykorzystam połowy funkcji. Dla mnie telefon ma dzwonić, obsługiwać sms-y, troszkę grać, ale naprawdę niewiele, robić zdjęcia, budzić mnie rano i to już chyba koniec. Fajnie by było gdyby miał duży ekran, niekoniecznie dotykowy i był Sony Ericssonem :-)
Tak więc póki co użytkownikiem chyba będzie Mała, mimo, że jak powiedziała nie lubi Samsungów :-)
a może to moje matczyne serce każe mi z niego zrezygnować, bo wie, że Mała marzy o nowym telefonie...?
*
Młody załatwił sobie pracę. W ciekawym, interesującym miejscu, gdzie jest spokojnie, elegancko, praca że tak powiem w garniturze (już za chwilkę służbowym, ale póki co jeszcze własnym) i w cieple. Póki co jest fajnie. Minusem jest sam dojazd (w sensie, że w ogóle dojechać trzeba), bo niestety nie jest to blisko domu, ale na trasie dom - uczelnia, więc aż tak źle z tym dojazdem nie jest.
*
Przeżyliśmy dziś wspólną wizytę jednych i drugich rodziców, bo przyjechali ze spóźnionymi życzeniami urodzinowymi do SZM. Daliśmy radę.
*
Zaliczyłam też wizytę u stomatologa, który wykonał na moich zębach kiretaż, cokolwiek by to nie znaczyło :-) Na szczęście cena tej usługi u mojego Zębologa jest niższa niż ta, którą zawiera kiretażowy link.
*
Jutro jadę na dobór nowych soczewek kontaktowych. Przerażona jestem, bo w ostatnim czasie bardzo mi się pogorszył wzrok. Sama widzę, że mam problem z widzeniem i nie jest to wesołe, bo moja wada nie jest mała. Czeka mnie jeszcze wymiana okularów, bo te, które mam i których używam w domowych piernatach już się do niczego nie nadają z tego choćby tytułu, że mają lat tyle co Mała.
A SZM ma jechać jutro z Małą do jej specjalisty, bo kontrola wskazana, a z przyczyn pracowo-obiektywnych ja jechać nie będę mogła.
*
Wigilia już ustalona. Udało mi się. Rodzeństwo bardzo chciało zrobić u siebie, no to się łaskawie zgodziłam, nie będę przecież nikomu w drogę wchodzić, prawda? Zatem nam przypadnie pewnie jakiś obiad świąteczny. Damy radę.
*
Planów sylwestrowych brak. Jednak zestarzałam się, bo jakoś mnie to nie martwi :-)
*


niedziela, 20 listopada 2011
weekendzie. Rach ciach i już po!
Obejrzane w domu filmy. Najpierw Bez smyczy. Komedia. I szczerze powiem, że do sterty prasowania akurat. Dobrze się ogląda. Serio. Sama się zdziwiłam, że mi się spodobało :-)
Drugi film to Królowa. Zupełnie inny klimat. Podobał mi się. Polecam.
Przeczytana już książka - Apelacja Grishama. Lubię Grishama, lubię filmy z sali sądowej i książki takie lubię też.
We wspomnianym wcześniej kinie zaliczyliśmy Wyjazd integracyjny. Różne opinie o nim słyszałam. Po osobistym obejrzeniu mogę powiedzieć, że mnie ten film nie zachwycił. Aczkolwiek kilka tekstów i sytuacji w głowie mi zostało, więc może aż tak źle nie jest. Drugi raz bym jednak nie poszła. A w ogóle to chciałam zobaczyć Listy do M., ale wyszło jak wyszło...
A muzycznie smakuję teraz muzykę Michała Lorenca. Cudna jest! Ma facet łeb do motywów muzycznych...


środa, 16 listopada 2011
Najsampierw zaległości:-)

Koncert JMJ - super!!! to temat na przemyślenia, ale w skrócie to:
- realizacja fantazji i marzeń z lat dawnych, z lat siermiężnej Polski kiedy taki koncert to był po prostu kosmos w najczystszej postaci. Odbiorca w wieku poważnym, znaczy zbliżonym do naszego :-) Seniorzy też byli. I małolaty, też, ale w ilościach śladowych. Publika jak dla mnie z lekka sztywna, mało ekspresyjna i spontaniczna, ale to pewnie ze względu na wiek, bo może to już nie wypada...
Podsumowując - warto było.

Wczoraj wytargaliśmy z piwnicy nasze czarne płyty i adapter, bo mam płyty z muzyką JMJ. Mam, tylko jeszcze ich nie znalazłam:-)

Odwiedziny rodzinne. Niestety rodzeństwa się nie wybiera. Rodzeństwo mojego męża jest po prostu jedyne w swoim rodzaju. W myśl zasady nie ruszaj g..., to nie będzie śmierdziało. Lepiej się nie odezwać, zacisnąć zęby i schylić głowę w udawanym milczeniu niż narazić się na niepotrzebne nikomu nerwy, bo dyskusje i ja wiem lepiej są na porządku dziennym. I nie idzie tu o żadne ważne sprawy, a o normalną towarzyską rozmowę. Myślałam, że tylko ja tak mam, ale jak widzę SZM przyjął moją strategię, bo jak do tej pory czekałam tylko nie czy, tylko kiedy, zacznie się gorąca dyskusja. Odwiedzają nas tak rzadko, że jesteśmy w stanie to z tym żyć :-)

Sprawy pracowe. Mają się dobrze aczkolwiek mam wrażenie, że jestem wykorzystywana do zrobienia czarnej roboty, jak to niby ten praktykant-uczniak. Ale daję radę. Wiem, że takie coś też mi się przyda, bo poznam każdy zakamarek tej pracy, a porządki robię przecież sobie na przyszłość :-) Usiłuję sama siebie wyhamować, ale taka już jestem i tak mam, że jak widzę bałagan, nawet w papierach to zakasuję rękawy i biorę się do roboty. I to jest silniejsze ode mnie; jak wiem, że jest coś do zrobienia to po prostu to robię.

Zostałam wysłana na szkolenie, i to jak się okazało z nieco innej działki, niby pokrewnej, ale jednak nie. I mam nieodparte wrażenie, że szefostwo będzie chciało mnie w ten temat ubrać, a przyznam szczerze, że nie uśmiecha mi się to, bo mam już sporo nowych tematów do ogarnięcia. Teraz przez uczestnictwo w szkoleniu zostałam wciągnięta w temat, ale już widzę, że moja dzialka w tej materii będzie niewielka i że sa osoby które mają więcej do powiedzenia w tej kwestii, ale jak widać na szkolenie wysłano mnie. Inna sprawa, że jak patrzę chłodnym obiektywnym okiem szefostwa na pracowników to ja też chyba wysłałabym samą siebie. Pisałam kiedyś, że jestem skromna? Chyba kłamałam :-)
Nie wiem tylko czy uda mi się teraz z tego tematu jakoś dyplomatycznie wykręcić.

Nie chcę zapeszać, ale zdaje się, że Młody załatwił sobie pracę, dodatkową, umowę-zlecenie, pieniądz średni, ale miejsce chyba atrakcyjne. On się cieszy, a my z nim. W najbliższych dniach sfinalizuje sprawy papierkowe. Póki co piszę to tak cichutko, szeptem prawie...

Jutro zebranie u Małej. Poprzednie przegapiłam jako ta wyrodna matka, ale jutro zamierzam stawić się i zbadać grunt jak ta moja gimnazjalistka sobie radzi. Z tego co mówi to całkiem OK, ale ucho matki głodne jest informacji ze źródła.

Było mi dane zagościć w pracy u SZM. I powiem szczerze - w mojej firmie chyba lepiej. Chyba? Na pewno!
Teraz już wiem jak bardzo siedzącą ma pracę. To jest temat na ustalenie dyscypliny spacerowej jako pierwszego kroku w kierunku zgubienia ogromnego brzucha SZM. Codziennie o ustalonej porze pół godziny aktywnego spacerowania. Na początek. Od poniedziałku. Bo jego rytm dnia nie wygląda najlepiej. Od rana praca - a potem powrót i obiad + kanapa z pilotem TV w ręce - i już mamy noc.

Za dwa tygodnie czeka nas wyjazd w góry. Firmowy, więc za maleńkie pieniądze. Już się cieszę. Mała też, bo zaprasza sobie dwie psiapsiółki na pidżama-party. A nas czeka atrakcji moc, ale o tym kiedy indziej.

Miało być błyskawicznie, a rozpisałam się, że ho-ho. CZekam na telefon, bo lecimy jeszcze z kodami Orange do kina. Nawet nie wiem na co. Się okaże.
środa, 09 listopada 2011
Poniedziałkowe szaleństwo przyszafowe sprawiło, że motywacja wzrosła mi baaardzo mocno i od dzisiaj ustawiłam sobie dyscyplinę dietetyczną. I nie zjadłam całej fury słodkich pyszności u matencji i dumna z siebie jestem okrutnie. A głodna teraz o tej porze, w środku nocy jestem niemożebnie. Ale wytrwam. W myśl zasady - im bardziej głodna tym szybciej luźne spodnie :-)

U rodziców znowu manewry wojenne. Nie mam siły ani ochoty na opisywanie i analizowanie. Moja aktywność kończy się na wysłuchaniu relacji przez telefon. Bez potakiwania. Jakiegokolwiek.

Muszę urobić Małą na jeszcze krótsze włosy. I powinnam tak zrobić, żeby ona sama tego zapragnęła :-)

Brak mi motywacji dla SZM, żeby zabrał się za siebie i zaczął patrzeć na to, co je, bo jego waga, a co za tym idzie również wygląd woła o pomstę do nieba. Tak, SZM jest już okrąglutki, calutki.

Weekend spędzony przyjemnie - książki, filmy, robótki dziewiarskie. Miło.

Elegancka kolacja z firmowej okazji zaliczona. Fajerwerków nie było. W skali 1 do 10 oceniam na 7. Męczą mnie drętwe mowy i przemówienia, śmieszą i denerwują taktyki polityczne kadry zarządzającej.

Na piątek już się nam zapowiedzieli Goście. Coś trzeba przygotować, bo to Goście bardzo rzadko nas wizytujący, praktycznie tylko z proszonych okazji, a bardzo blisko spokrewnieni. I jeszcze bardzo specyficzni, zwłaszcza jedna połowa. Zawsze przy bliskim kontakcie z nimi zastanawiam się czy Gość i SZM pokłócą się już teraz czy dopiero za chwilę.

Sobota póki co wolna, ale za to w niedzielę...
Niedziela będzie dla nas!



czwartek, 03 listopada 2011
Szybciutko mija ten tydzień, oj szybciutko. Ani się człowiek obejrzał a już jutro piątek.
Zaliczam szósty sezon "Gotowych...".
Kończę robić na drutach czapo-szal.
Prasuję.
W tak zwanym międzyczasie jeszcze po prostu żyję :-)

*
Mała dzisiaj zaliczyła wizytę u fryzjera i jak dla mnie wygląda lux. Cieszy mnie to, że sama dojrzała do decyzji o ścięciu włosów, bo calutki dom mieliśmy usłany z jej włosów. Taka się z niej zrobiła teraz panienka. Chociaż gdyby to ode mnie zależało to ścięłabym je jeszcze krócej. Ale wszystko jeszcze przed nami. ;-)

**
Nie mam pomysłu na prezent urodzinowy dla SZM, a to już pod koniec miesiąca.

***
...
(nie mam weny)
wtorek, 01 listopada 2011
Wszystkich Świętych - dzień popularnie zwany Świętem Zmarłych czy jakoś tak inaczej. Plany sobie życie sobie.
I tym razem bardzo dobrze. Bo wg planu miałam na tym cmentarzu spędzić pół dnia, bo najpierw z moją osobistą rodziną, a potem z matencją (bo tak się z nią umówiłam), a potem na wieczornym obiecanym spacerze znowu z SZM. Jak się okazało matencja spacerowanie szlakiem nagrobnym zaliczyła wczoraj, więc dzisiaj zostałam niejako zwolniona z obowiązku.
Rano najpierw rodzinne śniadanie, a potem spacer po cmentarzach, po powrocie msza (na którą udało mi się mimo oporów wyciągnąć Młodego - śmiać mi się chce kiedy on zaczyna dyskusję biblijno-katechetyczną używając tych samych argumentów co ja w jego wieku, hi, hi!) i powrót do domu na obiad. Po obiedzie wzięło mnie kulinarnie i na szybciora machnęłam dwie blachy drożdżowych bułeczek ze śliwkami.



Pyszności!
Ktoś coś mówił o diecie? Jaka dieta?

I nie wiem czy wybierzemy się na ten wieczorny cmentarny spacer bo tak po prawdzie nie wiem czy chce mi się z domu wychodzić...