na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 29 listopada 2012
Sezon świąteczny uważam za otwarty:-)
Udało mi się zakupić dzisiaj maleńką część prezentów gwiazdkowo-mikołajkowych.
Bosze, jak ja nie lubię tych Świąt, tych dywagacji, gdzie, u kogo, kto przyjdzie, kto zrobi obiad, a co podać, co komu kupić i dlaczego oni nie chcą przyjść...

Wigilia jednak w domu. Zaproszone teściostwo i moi rodzice, którzy zapewne przyjdą do nas, ale póki co czarują, że nie wiedzą co mają zrobić, bo dostali zaproszenie i od nas i od rodzeństwa. My sami zapraszaliśmy też do nas rodzeństwo, nawet z ichnim teściostwem, ale odmówili. Ich strata.
Najgorsze jest wymyślanie tych prezentów. Żeby było trafnie, ładnie i za małe pieniądze.

W pracy póki co jest OK. Zgłębiam powolutku temat. Najważniejsza jest systematyczność, której nie ma N_C_K. Mam wciąż wzloty i upadki, momenty zawahania i myśli po co mi to było, ale generalnie chyba jest in plus mimo wszystko. Oby tak dalej!

Ani się spostrzegłam a tu jutro już koniec tygodnia... Ech!


poniedziałek, 26 listopada 2012
nie mam weny...
niedziela, 25 listopada 2012
Zaliczyliśmy świetny przedandrzejkowy wypad na Podhale. Wyjazd turystyczno-edukacyjno-imprezowy :-) Wyjazdy firmowe SZM są fajne, bo i towarzystwo OK i finanse w normie, jak to zwykle bywa z wyjazdami firmowymi. Latka lecą, sama widzę, bo już na parkiecie nam się nie chciało szaleć. To chyba pierwszy taki imprezowy wyjazd kiedy to nie przetańczyliśmy wspólnie ani jednego kawałka. Towarzystwo fajne, takie które lubię, a z którymi spędzamy ostatnio sporo wyjazdów, więc i pogadać jest o czym. Niestety zarwane noce to minus takich imprez :-)

Prezentowo postanowiłam nie rozpieszczać SZM i póki co dostał płytę (teraz chodzi po domu w słuchawkach z błogim uśmiechem na ustach), a książkę od dzieci (solidarnie oboje partycypowali w kosztach). Portfel i pachnidło zaś leżą głęboko schowane w szafie, czekając na Mikołajki i Gwiazdkę...

Rodzeństwo zaprosiło nas na Wigilię. Niestety SZM autorytatywnie stwierdził, że on tam nie chce iść. Był dwa razy z rzędu, a teraz chce w domu, bo chce zaprosić swoją mamę. I szlag jasny mnie trafia, bo brak mi argumentu na nie. Doprosimy jeszcze moich rodziców, a SZM w szczodrości swej zaprosił jeszcze rodzeństwo z ich przyległościami. Jak przyjdą wszyscy to padnę chyba, bo będzie nas 4+4+2+2+2= 14 osób.

W październiku czeka nas wesele w rodzinie, wyjazdowe. Dzisiaj okazuje się, że w sierpniu też. Niechcący usłyszałam jak SZM powiedział do matencji, że my chyba na to sierpniowe nie pojedziemy. I szlag mnie trafił znowu, nie omieszkałam mu zresztą od razu powiedzieć, że takie decyzje podejmuje się wspólnie. I pewnie zrobię wszystko, żeby pojechać. Dla zasady :-)

Teraz ogaraniam się idę odsypiać zaległości, a jutro znowu do pracy...
czwartek, 22 listopada 2012
Długo mnie nie było...
Po porządkach w zdjęciach wzięłam się za inną fotopracę. Rzeźbiłam sobie fotoksiążkę z fotkami paryskimi. A rzeźbiłam długo, poprawiałam, dopieszczałam, więc czasu na blogowanie nie starczyło. W końcu książka została zamówiona i zostało mi już tylko czekać :-) To będzie dla nas świetna pamiątka.
Sama nie wiem dlaczego, ale Paryż zrobił na mnie ogromne wrażenie, już pisałam, że teraz gdzie nie spojrzę potykam się o jakieś fragmenty paryskie. A to kolejna reklama sklepu -> TAM, a to nowinka jakaś gdzieś, ploteczka, info w wiadomościach na przykład, że na Champs E. uruchomiono iluminacje świąteczne, a jak już kupiłam sobie gazetę z podręcznym kalendarzem na 2013 rok to kalendarz w środku ozdobiony jest fotkami z Paryża :-) Może moje wrażenie paryskie jest wielkie, bo w innych wielkich miastach nie byłam, a może dlatego właśnie, że to akurat był Paryż :-)
Finansowo jesteśmy nadal w czarnej głębokiej dziurze, do tego jeszcze zachwiała się stabilność i pewność pracy SZM, więc póki co nie planujemy żadnych wakacji, nie wykonujemy żadnych wiążących finansowo ruchów, żeby się nie uwiązać. Mam szczerą nadzieję, że z wielkiej chmury mały deszcz, bo u nich co i rusz coś się dzieje, ale kto ich tam wie. Tyle razy się SZM udawało, nawet awansował, ale kto wie co będzie dalej? Nikt, więc lepiej na zimne dmuchać.
A moje towarzystwo pracowe właśnie rezerwuje sobie wyjazd. I z jednej strony żal mi, ale z drugiej nie wiem czy chciałabym na wakacje z tym towarzystwem pracowym, bo odrobina higieny psychicznej się na pewno przyda. Mimo, że ekipa sprawdzona i fajna.
Głębokim szeptem tylko powiem, że być może, uda nam się znowu załapać na firmowe wyjazdy SZM, tak zwane wakacyjne i to by było super. Minus taki, że to wyjazdy bez dzieci, że będzie to kolejny rok bez wczasów typowo rodzinnych, ale coś za coś. Może to ja tak demonizuję, a im, dzieciom znaczy się, tego nie brakuje. Poza tym Młody i tak już chyba z nami nie chce jechać, nawet się wypowiedział w tej kwestii, a Mała jak pojedzie ze swoją psiapsiółką na obóz np. do Bułgarii, a potem tak jak poprzednio do rodziny góralskiej SZM to powinna być zadowolona.
Ruchów żadnych nie wykonujemy, ale pomarzyć przecież można...

Z wizyty u chirurga stomatologicznego póki co zmuszona byłam zrezygnować, bo dostałam okres, a sama pani med-specjalistka wyraziła się dosłownie "musi pani nie mieć okresu". Więc nie pojechałam, za to dzień wolnego przydał mi się na dzień kolejny, bo matencja trafiła do szpitala na tak zwane łyżeczkowanie macicy więc potowarzyszyłam jej, bo wiedziałam, że tego własnie jej trzeba; towarzystwa i zaopiekowania. I mialam rację, bo teraz jest mi dosłownie rzec biorąc mega-wdzięczna, bo jak przyznała, denerwowała się na maxa. Nie musiał nic mówić, znam ją jak własną kieszeń. Widzę też, że to już nie jest ta sama przebojowa matencja, która sam ogarniała całą masę spraw. To jest już starsza zagubiona matencja, którą trzeba za rączkę poprowadzić, troszkę nakierować. Kiedyś ona ze mną, teraz ja z nią...

W niedzielę SZM ma urodziny, pojechałam więc dzisiaj za prezentem. Dylemat miałam przeokropny, ale dzięki systemowi zapisywania udało mi się chyba spełnić oczekiwania i nawet uzyskać element zaskoczenia, mam nadzieję. Okaże się w niedzielę. Zaszalałam i kupiłam kilka rzeczy. Podeszłam do sprawy ambicjonalnie, bo mam wrażenie, że SZM robi z tego tak zwaną próbę dla mnie czy uda mi się coś wymyśleć, no i co to takiego będzie, czy się postaram. Denerwuje mnie takie podejście do sprawy, ale nie mogę dać plamy. Więc finansowo zaszalałam, ale niech ma. On też się stara w stosunku do mnie. W głębi duszy muszę przyznać, że jemu łatwiej, bo zawsze celuje albo w kierunek - biżuteria, albo - perfumy, kiedyś jeszcze bielizna, a ostatnio ciuchy, ale z ciuchami to różnie bywa, na ogół wymieniamy. A ja kupiłam...:
Książkę - po pierwsze po to, by skłonić go do czytania, bo jak robiłam porządki w naszej biblioteczce to ciałem swoim bronił niektórych pozycji deklarując, że przecież on czyta i będzie je czytał, po czym książkę którą "zaczął czytać" po tygodniu odłożyłam z powrotem na półkę, bo się po prostu zakurzyła. A sama widzę, że nie czyta, że czas spędza z pilotem TV w garści, że jest maniakiem filmów, a nie książek, ale może właśnie to go zainteresuje, bo lubi fantastykę... A poza tym - sama chętnie przeczytam :-)
Portfel, bo ten, który ma obecnie już się po prostu rozsypuje i wstyd mi jak go wyciąga.
Pachnidło, bo lubię jak on pachnie, a on też lubi pachnieć.
I jeszcze płyta (analogowa!), którą kiedyś sto lat temu oglądał i odwiodłam go od zakupu, argumentując, żeby dał innym szansę :-) A analogowa, ponieważ ostatnio SZM wskrzesił nasz stary dobry gramofon i zorganizował sobie tak zwany kącik słuchacza :-)

...a teraz lecę nas pakować, bo jutro wybywamy w świat >>>

wtorek, 06 listopada 2012
Ostatnio u mnie medycznie... bo wzięłam się za siebie.
Zaliczyłam neurologa z wynikiami rezenansu i prześwietleń, który zlecił konsultację u ortopedy. Poszłam z kręgosłupem, a dowiedziałam się, że na zdjęciach miednicy, a konkretnie stawu biodrowego widoczna jest jakaś wysepka kostna i musimy sprawdzić co to, żeby za parę lat nie wymieniać biodra. Termin do ortopedy? W grudniu proszę dzwonić to podamy termin styczniowy, bo do końca roku już nie ma wolnych terminów w ramach NFZ.
Prywatnie nie idę, w końcu składki płacę, zagrożenia życia nie ma więc uzbrajam się w cierpliwość.
Zaliczyłam chirirga naczyniowego bo liczyłam się z koniecznością operacji żylaków. Okazało się, że to nie żylaki tylko niewydolność naczyniowa. Leczenie to podkolanówki przeciwżylakowe, które mam sobie kupić i Otrex. O operacji zapomnieć, bo brzydko wyglądająca stopa jest miejscem nieoperowalnym, nie nadaje się też do ostrzykiwań. A co do podudzi można je ostrzykiwać (bez refundacji NFZ, więc za kasę moją własną osobistą), ale bez gwarancji powodzenia i tego, że nie pojawią się gdzieś indziej.
Kontrola w styczniu. W grudniu dzwonić po termin na styczeń bo - patrz wyżej.
Dzisiaj specjalnie wzięłam dzień urlopu, żeby udać się do kolejnego specjalisty - chirurga stomatologicznego, bo mam do usunięcia włókniaka na wewnętrznej stronie policzka, którego sobie sama wypracowałam (włókniaka, a nie policzek) przygryzając od środa co nieco. Mam taki paskudny zwyczaj podgryzania policzków, walczę z tym, ale jakoś słabo...
Spędziłam tam pół dnia i po badaniu zostałam poinformowana, że termin zabiegu za dwa tygodnie, bo to trzeba na sali operacyjnej, a nie w takich tu warunkach. Pani doktor poszła do kalendarza i już przy samym ustalaniu powiedziała, że jednak tu. A ja zgłupiałam i nie zapytałam jak się ma to ustalenie do tego, co mówiła wcześniej.
Psioczę zawsze ile to kasy idzie na stomatologa, ale siedząc tam, w tej publicznej placówce zdrowia, widząc jak siedzimy, jak się ma nas za nic, jak nie liczy się nas czas, a do tego za tymi jednymi drzwiami są cztery stanowiska, a przy każdym z nich gromadka studentów, a lekarze tylko koordynują i zarządzają i nikt nikogo nie pyta o zgodę czy zgadzamy się  być królikami doświadczalnymi studentów, doszłam do tego, że warto jednak płacić. A tam wrócę, bo po pierwsze mój Doktor Ząbek umawia się ze mną już sto lat na taki zabieg, a po drugie jeżeli mam opcję nie płacić to ją wybieram, bo fundusze nasze wołają o pomstę do nieba.

Finansowo jestesmy w czarnej dupie i to głęboko, a mam wrażenie, że SZM wcale się tym nie przejmuje. Szlag jasny mnie trafia, bo ledwo wypłaty na konto wpłyną a już ich nie ma, bo zapełniają dół wykopany przez debet. Debet to piąty członek naszej rodziny. Rzec by można, że honorowy. I nikt z zewnątrz by mi nie uwierzył, że taki mamy opłakany stan kasy domowej. Ja biadolę, że do wakacji z tej czarnej dziury nie wyjdziemy, a SZM wzrusza ramionami i mówi, że przesadzam. Ja wrzucam program oszczędniościowy, a on beztrosko podchodzi do sprawy.

Wspominałam też ostatnio, bo poprzednią noc spędziłam przy kompie robiąc porządki w naszej fotogalerii domowej. Od końca 2009 roku. Co się naoglądałam to moje. Co nawspominałam to też moje. Liczba zdjęć do wywołania znowu urosła, ale przyjdzie ten czas gdy to zrobię, bo papierowe fotki mają klimat, nie to co wrzucone na ekran kompa czy TV. I bardzo dbam o to, byśmy mieli takie papierowe wspominki.

Jak zwykle wróciłam od lekarza z migreną, żeby nie mówić pospolicie z bólem głowy :-) Ale przymknęłam oko na pół godziny i zapadałam w głęboką drzemkę i lepiej mi zdecydowanie. Zawsze jak wracam z takich medycznych fabryk to umieram.
Teraz lecę do kuchni, a potem na test z języka w ramach dobrowolnych zajęć dodatkowych, które właśnie w tym tygodniu kończę. Trzymajcie kciuki, proszę!
sobota, 03 listopada 2012


...i wzięło mnie sentymentalnie, może dlatego, że Iksińska napisała, że jest dinozaurem Bloxa, czy jakoś tak, a może... nie wiem sama czemu...

Pierwszy wpis w blogosferze popełniłam 20 września 2004 roku i na tamtym starym Anonimowym blogu od tej pory popełniłam 1440 (jeden tysiąc czterysta czterdzieści!!!) wpisów.
A 22 marca 2008 przeniosłam się tutaj i od tamtego czasu zaliczyłam ile wpisów? Bagatelka - 710.
Razem okrąglutkie 2150 wpisów.
Tyle w kwestii statystyki.

Wydawać by się mogło, że wpisy o niczym.
A to kawał mojego życia...
Bagatelka - 8 lat.
Jak zaczynałam Mała (lat 6) chodziła do przedszkola, a Młody (lat 13) był gimnazjalistą.
Dzisiaj ona jest w drugiej klasie gimnazjum, a on na drugim roku studiów.
Ja miałam lat  35, a dzisiaj mam 43... Kawał czasu...


Połowę wieczoru spędziłam na wyszukiwaniu ewentualnych szkoleń za unijną kasę.
Podyplomowe studia skończone, we wrześniu.
Szkolenie zawodowe skończone, jeszcze w czerwcu.
Za chwilkę skończę szkolenie moje własne osobiste z języka obcego.
Marzy mi się doszkalenie z prawdziwego zdarzenia z zakresu przesiadki pracowej, ale tak od a do z. Kadry i płace z akcentem na płace, bo kadry opanowałam. Tak mi się przynajmniej zdaje.
I bardzo chciałabym uczyć się francuskiego...

Ten pęd do szkoleń, to chyba chore jest, co? Da się leczyć?

Pierwszy raz od wielu lat 1 listopada nie byłam na cmentarzu. Ani 2-go.
Bo pogoda była do bani i zdecydowaliśmy, że bez sensu męczyć się w deszczu, jak na piątek zapowiadają  ładną pogodę. A w piątek SZM miał wolne, a ja nie. Więc oni sobie pojechali na cmentarze, a ja nie... Może jutro nadrobię zaległości...

Dietowo walczę wciąż...

Wykonałam pierwszy krok do rodzeństwa w kierunku rodzinnej wigilii u nas. Czekam na odzew. Marzy mi się po cichu, żeby zdecydowali się oni i wówczas nam przypadnie obiad świąteczny w pierwszy dzień Świąt, a w drugi będziemy leżeć, pachnieć i mieć wszystko w głębokim poważaniu :-)

czwartek, 01 listopada 2012
Jakiś czas temu przeczytałam wywiad z Chustką, nie dotarłam jednak do jej bloga. U Iksińskiej przeczytałam, że Chustka umarła. Dotarłam do tego bloga dopiero teraz. I czytam, czytam a w gardle mam gula...

Nie doceniamy tego co mamy.