na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 28 listopada 2014

Mała jest dzieckiem, osobą słabowidzącą, z oczopląsem. Mimo wszystko radzi sobie świetnie. Wszelkie dysfunkcje wynikające z wady kompensuje sobie bardzo skutecznie. Świętnie się uczy, jest mądra, rezolutna i w zasadzie do tej pory nie miałam żadnego, absolutnie żadnego problemu wynikającego z jej dysfunkcji. Tyle tytułem wstępu. Lekcje plumkania są na wyraźną prośbę Małej, która od stycznia marudziła już wyraźnie że bardzo by chciała umieć plumkać. Pani korepetytorka przynosi zeszyty z nutami i moim zadaniem jest je skopiować, by Mała mogła sobie ćwiczyć. Po pierwszej lekcji okazało się szybko, że dla dobrego komfortu Małej nutki/strony powinny być powiększone, bo Mała ma problem z rozróżnianiem czy nutki są na linii czy pomiędzy liniami. Z lekcji na lekcję nutek na pięciolinii przybywa, niestety.
Dzisiaj był chyba te zły dzień Małej, bo pierwszy raz mi się zdarzyło słuchać jak płacze, szlocha, że przez to, że nie widzi, a raczej słabo widzi,  to świat jej się zawala, że nie chce takiego życia kiedy nie może robić tego, co by chciała (architektura, projektowanie wnętrz, cienkie kreski i słaby wzrok albo nauka gry na instrumencie). I po co ona ma iść n studia, jak już teraz wie, że sobie nie poradzi, bo siedząc w pierwszej ławce ma problem z odczytaniem tego co jest na tablicy jeżeli tablica jest nieco dalej. Była na jakimś konkursie i właśnie nic nie widziała. O tym konkursie mi wcześniej nie mówiła... Straszne rzeczy mówiła, płakała bardzo. I na jaki kierunek ja mama iść na te studia, co ja mogę robić, żeby mi ten wzrok nie przeszkadzał...?

Serce mi się pęka.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Im więcej czasu mija od mojego ostatniego biegania, tym bardziej mi się go chce. Sama sobie tłumaczę, że chyba gdzieś popełniłam błąd i stąd ten ból głowy. Wczytałam się w przeróżne artykuły na temat biegania i chyba spróbuję jeszcze raz, zgodnie z tymi wskazówkami planu dla początkujących, albo wypróbuję system slowjogging.
Zapodane u Iksińskiej filmiki z ćwiczeniami wrzuciłam w ulubione z silnym postanowieniem wykorzystania ich w praktyce. Nie wiem tylko jak się to postanowienie przełoży na tą praktykę :-)

Póki co zakończył się był weekend, podczas którego nie biegałam, nie ćwiczyłam, ale wpakowałam w siebie całą masę czekolady. I jak tu schudnąć...?

Święta coraz bliżej, dowodem jest obecność słynnego Kevina w programie TV. Czas myśleć o wigilii, o prezentach, porządkach... Moim silnym postanowieniem tegorocznych Świąt było wyprzedzenie matencji w temacie produkcji pierogów i uszek na wigilię. Niestety, matencja była szybsza. Pierogi i ruskie i z kapustą już mam w zamrażarce, wszystkie zrobione przez matencję. Uszka będę robić później. Postaram się zrobić je samodzielnie.
Wigilię spędzamy u nas, z teściostwem i moimi rodzicami. Moje rodzeństwo na samą wigilię nie dotrze (zajrzą do nas wieczorkiem na szybkie odwiedziny z cyklu jak tam było na wigilii?), bo druga połówka będąc jedynym dzieckiem swoich rodziców, nie zostawi ich samych na wigilię. Zastanawiam się co by było gdyby moje rodzeństwo też było jedynym dzieckiem, czyi rodzice siedzieliby sami podczas wigilii? Czy żeby móc spędzić wspólną wigilię u nas w domu, gościć swoje rodzeństwo i rodziców pozostaje mi modlić się o rychłą śmierć rodziców drugiej połówki mojego rodzeństwa? To taki czarny humor mi się włącza, ale jednocześnie z lekka mnie ta sytuacja drażni.
Czas zacząć wymyślać prezenty. Nienawidzę wymyślać prezentów. Serio!

Trzeba by jednak skończyć to klikanie i iść spać, bo rano wstanę nieprzytomna. A szkoda, bo jeszcze kilka rzeczy by mi się chciało naklikać.

...że impreza firmowa się odbyła i było nawet fajnie, ale jeszcze do pełnej integracji z załogą mi trochę brakuje, aczkolwiek jest zdecydowanie lepiej niż zaraz po przesiadce.

...że Ona, jedna moja koleżusia jest po poważnym zabiegu na kręgosłup.

...że dzisiaj w nocy ratowaliśmy Młodego, bo akumulator w starym aucie odmówił posłuszeństwa. Szykuje się wydatek chyba.

...że Mała uczy się plumkać na pianinie i w związku z tym SZM zaszalał i zamówił jakiś instrument za niebotyczny pieniądz. I szlag mnie jasny trafia, bo z niej muzyk chyba taki sobie i na dobrą sprawę mogłaby plumkać na tym, co ma teraz, ale tatuś jest chyba sam napalony na to, co zamówił. A jak się dziecku odwidzi to zostanie z tym instrumentem jak ten osioł.

...że podjęliśmy decyzję o remoncie łazienki. Rezygnujemy z wanny na rzecz głębokiego brodzika. Takie stanowisko prezentujemy dzisiaj, ale do realizacji daleka droga i wszystko się zdarzyć może :-) Planowane kucie najszybciej późną wiosną.

...że SZM ciągnie na chorwackie wakacje. No i ...że szlag mnie jasny trafia, bo on zachowuje się tak jakby nie wiedział jakie mamy wydatki.

...że czeka nas andrzejkowy rekreacyjno-imprezowy wyjazd. A ja się będę stresować, bo podczas naszej nieobecności Małą czeka wycieczka szkolna i będę mogła porządnie wyprawić dziecka, jak każda matka powinna :-) Wiem, wiem, to pierdoły, ale mnie to stresuje.

...że ostatnio mam problemy ze spaniem, i pewnie dlatego nawet mi oko nie drgnie teraz, a pora późna.

...że koniec klikania już na pewno i  - dobranoc Państwu mówię, bo rano umrę z niewyspania. :-)

środa, 12 listopada 2014

Moje bieganie chyba odchodzi w niebyt.
Znowu boli mnie głowa. Nie na taką skalę jak poprzednio, ale podobnie, tym razem z drugiej strony. Teraz prawa jest brana pod uwagę :-) Głowa, kark, czasem mam wrażenie, że ucho albo nawet i zęby. Sama już jestem głupia czy nie przesadzam. RTG wykazał zmiany i być może że podczas biegu dochodzi do ucisku tu i tam i pojawia się ból. Najpierw drobna sztywność karku, taka zwiastunowa, nasilająca się przy ruchach obrotowych, tkliwa czasem przy dotyku mięśni, a potem już stały ból, który zmienia natężenie, ale wciąż jest obecny z tyłu głowy, za uchem. I autentycznie mi żal, bo samotne bieganie spodobało mi się na serio.

Jesteśmy po towarzysko pracowitym weekendzie. I powiem szczerze dobrze, że się skończył. Nie nadaję się do wiecznego balowania. Gościnne imprezy domowe były całkiem OK. Natomiast impreza plenerowa w pracowym towarzystwie budzi we mnie uczucia mieszane. Mam takie wrażenie, że zmienia się w zawody pod hasłem: kto kogo szybciej zamroczy alkoholem. I takie tam inne. Ale może przesadzam...

Wyrzut sumienia, mój dyżurny wyrzut sumienia związany z kontaktem z matencją (a raczej brakiem tego kontaktu i chęci z mojej strony) jest jak zwykle obecny i na swoim miejscu. Honorowym, że tak powiem.

Do Świąt coraz bliżej, temat lepienia pierogów i uszek już się przewinął w rozmowie z matencją. Ambicją i planem moim było/jest lepić sukcesywnie samej i zamrażać, bo ostatanio matencja się nalepiła i cierpiała z powodu bólu pleców. Obiecałam sobie, że robię Święta, a matencja ma w związku z tym wolne. Na razie wdrażam plan w życie - opróżniam więc sukcesywanie zamrażarkę, bo te pierogi i uszka, które mam zamiar lepić, gdzieś muszę zmieścić. A tu matencja dzwoni, że zacznie lepić... Nie skończyłyśmy tamtej rozmowy, bo mieliśmy gości i nie byłam w nastroju do przegadywania jej.

Pod koniec listopada SZM ma urodziny. Prezent! Muszę wymyślić jakiś upominek. Macie jakieś fajne pomysły?

Kocham roboty remontowo-budowlane. !@##$%%$%^!
Mam nadzieję, że słychać ironię.

Mam dzisiaj wolne z racji tego, że dzisiaj nadszedł ten dzień gdy ekipa Fachmanów, która mi ostatnio toaletę zdemolowała zjawiła się by doprowadzić ją do stanu jako-takiego sprzed awarii. Tym razem ekipa była jednoosobowa (poprzednio było dwóch) i już nieco mniej rozgadana w temacie swoich możliwości i moich koniecznych remontów. Przedtem słyszałam, że to i to już do wymiany, a tego tam to się tak po prostu to nie da zrobić, to trzeba rozkuć/wykuć, i na pewno nie jest to takie proste jak ja sobie myślę. Teraz się okazało, że to co było do wymiany trzeba spryskać specyfikiem i będzie gites, a rozkuwać/wykuwać to nie ma sensu. W ogóle należałoby się zastanowić czy to, po co oni (bo na początku był Fachman i PanKierownik) przyjechali to robić, bo "jak sobie pani weźmie kogoś prywatnie żeby pani to wykończył i położył kafelki to daremna ta robota teraz". Zrobiłam z siebie kompletną kretynkę, do której trzeba mówić drukowanym literami, która głucha jest na sugestie wszelkie i koniec końców skończył, zrobił, zamurował. Poprzednio dopytywałam czy kładzie kafelki, czy da mi namiar itp. to się nasłuchałam jaki to zarobiony jest i jaka to kolejka do niego stoi. Dzisiaj temat odpuściłam, bo wstępnie mam nagranego pana, który być może zrobi co trzeba i to za mniejsze pieniądze. Ponieważ nie naciskałam na jego namiary - sam mi zaproponował, że da numer telefonu :)

środa, 05 listopada 2014

Temat łazienki póki co nietykany. Udaję, że problemu nie ma. Wszystko zostało zabezpieczone, więc póki co nic na siłę, ale nie wiem jak długo ta prowizorka się utrzyma. Prowizorki podobno trzymają się najdłużej :-)

SZM co chwilę dręczy mnie pytaniem co z wakacjami? A ja sama nie wiem, nie mam planów, potrzeby, zachciewajek itp. I szczerze powiem szlag mnie trafia kiedy on tak pyta i pyta. Dla świętego spokoju powinnam się zgodzić na to, czego chciałby on czyli Cro, ale... sama nie wiem.

Na jogę poszłam, spodobało mi się, wykupiłam karnet więc motywator jest :-)
Poza tym zaczęłam znowu biegać.
Moje przebieżki są na razie minimalne, tycie-tycie. Ale i tak jestem niesamowicie dumna z siebie, bo progres jest; ostatnio udało mi się bez przerwy, bez marszu, sam tylko czysty bieg przez 2 km! :-)

Mała ma kryzys szkolny. Nauczyciele są do bani, szkoła jest do bani, a matura to w ogóle niepotrzebna. Mam nadzieję, że to przejściowe. Na szczęście kontakt ze sobą mamy dobry. Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć, że "'a jakaś ona tak ze swoją mamą nie rozmawia', 'koleżanki mi zazdroszczą że mam taki dobry kontakt z Tobą' itp. A to cieszy... :-)

Relacje z SZM szczerze powiem są różne. Raz jest lepiej, raz jest gorzej.
Dzieci też widzą, że 'tata jest męczący i gdera'. Ciężko jest być między młotem a kowadłem. On wymaga bym w dyskusjach z dziećmi była po jego stronie. Mogę być, ale tylko wówczas gdy jestem do tej jego strony przekonana. I to mu już nie odpowiada. Potem słyszę, że ja chcę być tą dobrą, lepszą, a on ma być tym złym, bo ktoś musi wg niego. I zaraz potem płynie stała litania, że on mi daje wolną rękę i sama będę decydować co jest dla nich (dzieci znaczy się) dobre i będę mogła mieć pretensje tylko do siebie, bo on się do niczego nie będzie już wtrącał. I tak w kółko...

Praca - walczę ze swoim pracoholizmem. Samej sobie tłumaczę, że roboty nie przerobię. Przestałam zostawać po godzinach. To pierwszy stopień poprawy :-) N_C_K z lekka zabrała się do pracy, ale aż się boję o tym pisać, żeby nie zapeszyć, więc klikam to cichutko, szeptem...

Relacje pracowe z ekipą przedprzesiadkową z lekka się już rozluźniają. Nie mam czasu (i chyba aż takiej wielkiej ochoty to też nie mam) na to żeby stale i regularnie tam bywać. Ostatnio jak dotarłam, to miałam wrażenie, że brak nam tematów do rozmowy. Węższe zaprzyjaźnione grono jeszcze się trzyma, bo integrujemy się też pozapracowo. I nie wiem czy moja przesiadka nie jest też impulsem do tych spotkań pozapracowych...

Ekipa z babskich spotkań też mi się rozlazła, bo ja z nimi tylko na tych spotkaniach, a one ze sobą w pracy też, więc wiadomo.Niby wszystko jest OK, ale widzę że to nie to co dawniej...

Zdrowotnie towarzystwo znajomych rówieśników się sypie. Co i rusz słyszę, że to i owo nawala, to i tamto zdiagnozowane...
Jedna Ona, o której pisałam kiedyś więcej, a teraz mniej, leży właśnie w szpitalu z diagnozą która wymaga operacji kręgosłupa. Nie jest wesoło...

Matencja szczepi się WZW B, bo czeka ją zabieg usuwania kamyczków z woreczka żółciowego. Tatencjusz póki co trzyma się, ale do lekarza na kontrolę też nie chodzi więc jak kiedyś pierdyknie cokolwiek... Matencja sypie się psychicznie, jest coraz bardziej zagubiona, nieporadna... Teściowa dziecinnieje, albo taka się staje, albo odgrywa rólkę takiej bezbronnej, nieporadnej starszej pani. I do tego teść z początkiem, leczonej na szczęście, depresji.I do tego wszystkiego jak wisienka na torcie - SZM z otyłością, której jakoś nie ma ochoty się pozbyć. Bagatelka ok. 20 kg :-(

Ufff.... się naklikałam...