na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 24 grudnia 2008
Kochani!

Białych,pachnących choinką
Świąt Bożego Narodzenia
spędzonych w ciepłej rodzinnej atmosferze
Wam i Waszym rodzinom
 
życzy Anonimka

poniedziałek, 22 grudnia 2008
Kasa
Doprawdy nie wiem jak ludzie to robią, że starcza im kasy. My jestesmy non-stop permanentnie zadłużeni. Gdyby nie linia kredytowa, to... Ostatnio wpadłam na to, że tę linię trzeba zlikwidować bo tam właśnie siedzi cały problem.

Święta
Nawet mnie tak bardzo nie stresują. Zastanawiam się tylko nad faktem, że dla Małej nie mam wśród prezentów żadnej, ale to żadnej zabawki. Z drugiej strony dziesięciolatka to już nie jest taki dzieciak. Sama nie wiem. Na dobrą sprawę jestem przyblokowana, bo kasy na kolejne prezenty już nie mam, a żadna drobnostka mi jakoś do głowy nie wpada. Nowy zegarek (dorosły, z bransoletką, a nie na pasku), pidżamka, która bardzo się jej spodobała i ciuszek-bluzeczka. Od dziadków dostanie kasę to sobie kupi co tam będzie chciała...

Praca
Kicha totalna. Atmosfera beznadziejna, dodatkowo pogorszona jeszcze dzisiejszym wystąpieniem koleżanki-kierownik. Jutro spotkanie opłatkowe. Niedobrze mi się robi na samą myśl...

Upsss...!!!
...przypaliłam ziemniaki!!!

koniec wpisu
piątek, 19 grudnia 2008
Raz jest dobrze, a raz źle...

Raz pod wozem, raz na wozie...

Musi być od czasu do czasu źle, żebyśmy doceniali ten czas gdy jest dobrze...

- - -
...nie jest dobrze.

I w pracy i w domu. Za dużo się dzieje.

Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę.


O kasę też.
sobota, 13 grudnia 2008
Farmakologia działa. Nie, nie głodzę się. Po prostu jem o połowę mniej i nie podjadam. W moim przypadku to dużo. Organizm chyba się przyzwyczaił do leku, bo już wszystko OK.
*
Prezentowe zakupy prawie zrobione. Prawie, bo nie mam jeszcze upominków dla moich własnych osobistych dzieci :-) Tzn. z grubsza wiem co, ale jeszcze nie kupiłam. Dziś nawet zrobiliśmy podejście do marketu, ale jak zobaczyliśmy co się tam dzieje, to skończyło się na Rossmanie i w nogi.
**
Wigilię spędzamy u moich rodziców. Mam szczerą nadzieję, że nie będę tego żałować, że obejdzie się bez nerwów i szarpaniny. Jak powiedział SZM - najpierw 'wieszają na sobie psy", a potem siadają do stołu i wszyscy udają że jest ok, że nic się nie stało. W zasadzie nic się nie stało, to przecież norma, powinnam się przyzwyczaić.
W pierwszy dzień Świąt zapraszamy Rodziców i Teściów na świąteczny obiad. W drugi dzień - odpoczywamy, chyba że nas ktoś zaprosi :-) bo mnie się koło gości po prostu chodzić nie chce. Święta to też czas odpoczynku.
***
Do końca przygotowań świątecznych zostało już niewiele. Matencja zrobiła już wszystko. Nie mam do niej siły. Z drugiej strony może to i lepiej. Niech będzie aktywna jak najdłużej.
****
Planów sylwestrowych nie mamy. Jakoś specjalnie mnie to nie martwi :-)))
*****
Za 15 minut w drzwiach powinien stanąć Młody. Poszedł z ekipą do klubu. Wierzyć mi się nie chce, że mam już takie duże dziecko. Przecież dopiero co to ja chodziłam do knajpek i na zakazane dyskoteki...

***

czwartek, 11 grudnia 2008
          A jednak. 78kg na starcie. Od wczoraj jestem wdrożona w tryb odchudzania. Wspomagany farmakologicznie. I jest efekt. Nie podjadam, nie ciągnie mnie do jedzenia. Mam odruchy, jedzeniowe takie przyzwyczajenie na zasadzie "jest to zjem", "zjem żeby się nie zmarnowało", "zjem, bo przecież lubię, a to takie pyszne", ale zaraz potem zapala się lampka w głowie - "przecież nie jestem głodna" :-)
          Szczerze mówiąc jestem zadowolona, aczkolwiek jak się naczytam ostrzeżeń z ulotki to włos staje na głowie. Wiem, że możliwe skutki uboczne, że niebezpieczne, że przede wszystkim ruch, dieta i zmiana nawyków żywieniowych. Ja to wszystko wiem. ale z takim farmakologicznym wspomagaczem jest zdecydowanie łatwiej. Jak już żołądek i organizm przyzwyczai mi się do mniejszej ilości jedzenia, do niepodjadania to już pójdzie jak z płatka. Ważyć się będę za tydzień, żeby sprawdzić efekty.

Skutki uboczne?
Wczoraj ewidentnie podniesione ciśnienie.U mnie to akurat pozytywny objaw, bo ze mnie niskociśnieniowiec jest.
Taki lekki rausz, szum i delikatne zawirowania.
Miała być bezsenność, przypływ energii i inne blebloły.
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Jak się dobrze złoży to w najbliższą niedzielę będę miała (reszta anonimowej rodziny również) okazję pomachać szczotką przed kamieniem na lodzie.
Bardzo się cieszę, tylko nie wiem czy będzie tak fajnie jak to wygląda w TV :-)))
*
Mikołaj, Mikołaj i już po Mikołaju. To pierwszy świadomy Mikołaj Małej, która do końca chciała chyba wierzyć, że tak naprawdę to jednak ten Święty przynosi prezenty. Najpierw dopytywała się, że chce znać prawdę, najprawdziwszą prawdę i w ogóle. A potem z tego co widziałam żal jej było, że ten czar prysł, że to nie magia, nie czary, nie niewiadoma, że to wszystko to rodzice.
*
Młody jak co roku nie wykazał żadnej inwencji w kwestii upominku dla kogokolwiek. Mam żal do siebie, że mi taki niedomyślny egoista pod bokiem wyrósł. Chciałabym rozegrać to mądrze, sensownie i taktownie.
Do Gwiazdki nie pisnę słówka, żeby nie było, że wymuszam, że zrobi te prezenty, bo mama kazała. Po Gwiazdce wezmę na rozmowę. Muszę jednak wyjaśnić, że kwestia kasy, pieniędzy ma tu znaczenie drugoplanowe, bo ja jako dziecko do mamy biegłam po kasę na prezent dla taty i odwrotnie. A na własny pierwszy prezent mikołajkowy to spakowałam stojący w szafce w łazience, nieużywany plastykowy komplet pt. mydelniczka, kubek i pojemnik na szczoteczkę. Pięknie zapakowałam i podłożyłam, że niby dla rodziców od Świętego :-))) Pamiętam to jakby było wczoraj.
A mnie chodzi o to, żeby nie pomyślał, że robię mu wykład, przypominam o upominkach dlatego, że dorabia sobie do kieszonkowego i ma swoją własną kasę.
Z ta kasą to też jest problem. Zarabia sam, ciężko, nie ciężko, ale sam. Składa na konto i co chwila wymyśla co kupi. Generalnie nie chcę ingerować, ale jak wymysla bezsensowny zakup pistoletu do paint-ball'a, albo grę, czy gamebox w stylu Playstation III to aż mi się ciśnienie podnosi. Z drugiej strony to jego kasa, niech wyda na swoje przyjemności. Póki co wygaduje przez telefon. Limit mojego doładowania, który miał starczyć na 3 miesiące skończył się już ponad miesiąc temu.
*
Stanęłam na wadze - jest mnie za dużo o 10-12 kg. Coś z tym trzeba zrobić. Ciężko walczyć z własnym cielskiem czy pójść na łatwiznę i potem walczyć o utrzymanie efektu? Druga opcja jest zdecydowanie lepsza:-))
Znaczy Meridia...

sobota, 06 grudnia 2008
Echo nietrafionych wakacji jeszcze pobrzmiewa...
Może jestem w błędzie, ale czuję się naciągnięta na kasę. I nie podoba mi się to. Bardzo. Z resztek sympatii do maużonka mojego rodzeństwa zostają tylko nikłe ślady.


Uwaga uwaga!
właścicielu tego bloga - sto lat już nie zaglądałam na pocztę, ale obiecuję się poprawić. Serio!
środa, 03 grudnia 2008
Wczoraj, znaczy w poniedziałek, najpierw umierałam, może nie tak dosłownie, ale czułam się bardzo bardzo źle. Odliczałam w pracy godziny do pójścia domu. A potem jak już do niego przyszłam to szlag mnie jasny trafił w progu, bo się okazało, że SZM, który miał właśnie wolny dzień (jechał rano z Małą do kontroli do specjalisty) nie pofatygował się, żeby cokolwiek zdziałać w kwestii obiadu. Nie robiłem obiadu, bo nie wiedziałem co sobie zaplanowałaś. Tak mi powiedział! A wiedział, że czeka mnie jeszcze wizyta u ortodonty z Małą. Opanowałam złość, wściekłość i całą resztę. Zbolałym głosem (wcale nie udawanym) poinformowałam, że kiepsko się czuję i idę się położyć. I poszłam. SZM jeszcze zapytał a co zrobić na obiad? Pojęcia nie mam, rzekłam, zrób co chcesz i zapadłam w sen. Nie dane mi było odpoczywać w pełni i zrealizować plan wysłania SZM z Małą do ortodonty. Matencja zadzwoniła, że tata źle się czuje. Trza było zewlec cielsko i jechać na rozmowy. Bo on do lekarza nie ma po co jechać. SZM jednak wylądował u ortodonty z Małą, a ja u rodziców. Wrócilismy wieczorkiem i padłam po prostu na twarz w progu. Spałam do rana.

Dzisiaj, wtorek znaczy się, niby wolne, ale telefon z pracy ściągnął mnie na chwilunię. I co to za wolne? A potem razem z SZM wykonaliśmy rajd po sklepach, marketach, galeriach. Od rana do 15.30 czyli prawie dniówka :-)
Zaszalałam, bo sprawiłam sobie cudny ciemnozielony szal. Za więcej niż 10 zeta, bo jak mi powiedział SZM, podoba Ci się to bierz, bo kupujesz tylko rzeczy takie za 10-15 zł.
Złapałam się na tym, że ostatnio sporo przykrych rzeczy mi mówi. Zastanawiam się czy robi to świadomie. Bo przecież w gruncie rzeczy nie kłócimy się i wydaje się, że jest OK.
On zarzuca mnie że za dużo sprzątam. Że kupuję sobie taniochę. Że przekładam z szafki do szafki. Że przesiaduję przy necie.
Ja jemu, że mi nie pomaga. Że wpadnie w nałóg alkoholowy, że tu piwko a tam drink to pierwszy krok do uzależnienia.
I tak sobie od czasu do czasu powyrzucamy co komu leży na wątrobie.

Zmieniłam zasady domowej organizacji. Już nie jestem Zosią - Samosią. Zaprzęgam towarzystwo do roboty.
Przedtem wychodziłam z założenia, że zamiast zawołać i czekać aż ten ktoś coś zrobi, szybciej będzie zrobić samej. Teraz wołam. Domagam się zaangażowania w prace domowe i robienia porządku po sobie. Wymaga to ode mnie nie lada cierpliwości, bo ja lubię już, tu i teraz, ale staram się bardzo :-) Przy czym wszystko odbywa się bez awantur, w tak spokojnej atmosferze, że aż sama siebie podziwiam :-) Cokolwiek by nie trzeba było zrobić w domu - robimy albo wspólnie, albo ktoś inny, a nie ja, a jeżeli już ja to wtedy ktoś inny pt. SZM, musi robić cos innego :-))) Koniec z niedocenianym wyzyskiem!

* * *
PS

Vasaro - nie mogę się do Ciebie dostać, zgubiłam klucz, zapomniałam hasła czy też coś zupełnie innego?
* * *
Jakiś czas temu znowu znalazłam na poczcie przeterminowany klucz do bloga. Przepraszam, ale rzadko zaglądam na pocztę. Czy mogę prosić raz jeszcze?
* * *
Przepraszam, że nie zaglądam do Was, a nawet jak zajrzę to nie skomentuję, ale jakoś mi to komentowanie nie idzie.
* * *
...
poniedziałek, 01 grudnia 2008
Myślałam, że już się wypisałam, że blogowanie mi przeszło. Nie mam już takiego pędu do pisania, do biegania po blogach (za co przepraszam), jakoś chyba mi przeszło, albo też tak mi się wydaje.
...dawno nie pisałam...
*
Widzę jak czas ucieka. Patrzę w lustro i z żalem stwierdzam, że mija czas, że mija szybciej niż bym chciała. Kryzys wieku średniego mnie chyba dopada...

To tylko kilka zdań, ale w mojej psyche dzieje się o wiele więcej.
*
Kryzys organizacji domowej też. Dowiedziałam się ostatnio od SZM,  że tylko przekładam rzeczy z miejsca na miejsce i że na tym polega moje życie rodzinne.
Pomijając wszelkie aspekty emocjonalne zdałam sobie sprawę ze swojego błędu organizacyjnego. Przestałam być Zosią-Samosią. Nie czekam aż się domyślą. Sama ich wołam i zarządzam co i kto ma robić. Do tego postanowienie absolutnego nieruszania szafki z ciuchami SZM, w której ma notoryczny bałagan.
Usłyszałam też, że robię się taka jak własna matka, znaczy się matencja. I że zachowuję się jak staruszka.
I nie było kłótni żadnej, nie.

Nawet nie wiem pod jaką kategorię rozmowy podciągnąć takie komentarze.
*
Babskie spotkanie - świetna sesja terapeutyczna. Gdyby było nas mniej byłoby intymniej, bardziej terapeutycznie :-)
...a tak bylo bardziej rozrywkowo :-)))
*
Andrzejki - drugi raz się nie dam namówic na taką imprezę. Niby miło i sympatycznie, ale generalnie drętwo. ...i jak zwykle czułam się jak siódme dziecko stróża, znaczy gorsza:-)

...czyli nic dziwnego, prawda?
*
SZM dojrzał do zagramanicznych wojaży wakacyjnych. Jeszcze tylko kwestia funduszy i unormowania się sytuacji u niego w pracy i w zasadzie możemy planować wyjazd. Cieszę się bardzo.

Bardzo, to może zbyt mocne określenie, ale się cieszę, to fakt.
*
Matencja nie doczekawszy się z naszej/mojej strony zaproszenia na wigilię dziś zadzwoniła i zaprosiła nas do siebie.
Nie miałam odwagi poruszać z SZM sprawy Świąt, odwlekałam ile się dało.
I tak; z jednej strony wolę iść do matencji i uniknąć teściów u siebie na wigilii, strawię ich u siebie w pierwszym dniu Świąt, zaproszę jednych i drugich na obiad.
Wigilia u rodziców - do przyjemności nie należy.
Wyjście optymalne - wigilia w ścisłym naszym gronie rodzinnym, naszej czwórki. Niestety nie do przejścia. Moja chora psychika nie pozwoli mi na to, by rodzice na wigilii zostali tylko we dwójkę, a na to, że rodzeństwo zaprosi ich do siebie liczyć nie mogę.

I tak oto jak co roku magia Świąt Bożego Narodzenia już się roztacza wokół mnie... :-(
*
Do Mikołaja niewiele zostało, a ja nie mam prezentu dla Małej.
... dramat mamy w czterech aktach, bo dziecko moje do tej pory wierzy w Świętego. Niby wierzy niby nie, sama za bardzo nie wie i dlatego od dwóch tygodni podpytuje i bada teren. Kiedyś powiedziałam jej, że niegrzecznym dzieciom prezenty kupują rodzice, bo wiedzą że do ich dzieci Święty nie przyjdzie, a te naprawdę grzeczne dostają prezenty od Świętego :-)
Uświadamianie jest długotrwałe i staram się to robić jak najmniej boleśnie, bo pierwszą reakcją była rozpacz w oczach i podkowa pod nosem.

I teraz mam za swoje, bo lista życzeń jest taka, że musiałabym chyba pożyczkę wziąć i nie wiem czy by mi starczyło.
*
uff!
się wypisałam.