na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 31 grudnia 2010
...i jednak siedzimy w domu. :-)))

Wykorzystuję chwilkę, bo SZM pojechał zawieźć Małą do matencji, bo tam z córką rodzeństwa umówiły się wcześniej (przed atrakcjami szpitalnymi jeszcze) na dobrą zabawę.

Młody wczorajszy dzień przespał prawie calutki, a dziś od rana jak skowronek, samopoczucie OK, apetyt wraca, forma fizyczna podobno bez zastrzeżeń i miauczy, że chce iść na tę swoją imprezę...
...przyznam szczerze mam spore obawy. Wczoraj kroplówki, wysoka temperatura i cały zestaw objawów towarzyszących a dziś impreza? Pewnie wyjdziemy na wyrodnych rodziców, ale niestety tego Sylwestra Młody będzie musiał spędzić z nami. Żal mi go, bo zdaję sobie sprawę jak się czuje, ale nic na to nie poradzę.
Mam nadzieję, że nasz domowy wieczór sylwestrowy będzie OK i że nie będziemy potem patrzeć na siebie wilkiem :-) Poki co lecę odgruzować chałupę, bo niestety gołym okiem widać, że trzeba.
Nie chce mi się podsumowywać tego Roku, nie mam weny, nastroju i czasu.


W tym Nowym Roku 2011
życzę Wam
samych dobrych chwil !!!



czwartek, 30 grudnia 2010
Dzisiejsza noc totalnie nieprzespana, bo 1 godzinka szybkiego snu nad ranem się chyba nie liczy.
Jelitkowy wirus dopadł nam Młodego. Cierpiał Młody okrutnie i to w dosyć szerokim spektrum, dość powiedzieć, że zaliczyliśmy liczne atrakcje w postaci wizyty załogi karetki pogotowia w domu, wizyty Młodego na Izbie Przyjęć, tudzież mojej w charakterze nadopiekuńczej mamusi, ale co mi tam, szeregu badań, kilku kroplówek i takich tam innych.
Teraz Młody zalega w swoim pokoju i dochorowuje jeszcze, ale już mam nadzieję nie tak dramatycznie.
Bo ja proszę państwa powiem szczerze mam dość. Co innego spędzić nieprzespaną noc na własne życzenie na obrotowym krześle przed ekranem monitora, a co innego w rozjazdach między domem, a szpitalem.

I planowany prywatkowy Sylwester zmienił nam się w związku z tym w kameralny wieczór w gronie rodzinnym we własnych komnatach.
Przyznam szczerze, że akurat z tego się cieszę. Dziwne, ale prawdziwe. Im bliżej było imprezy tym mniej chciało mi się tam jechać. Wygodny własny dom przedkładam nad imprezę w miły m towarzystwie. Znaczy zestarzałam się? No chyba tak :-)

Nie był wcale zły ten rok, ale ten jego finisz mnie dobija...
wtorek, 28 grudnia 2010
wigilia,
na którą tak niechętnie szliśmy, do której podchodziliśmy bez entuzjazmu była całkiem miła i sympatyczna. Rodzinna i nawet rozśpiewana. Wstyd powiedzieć, ale nie pamiętam, żebym przy jakiejś wigilii kolędowała, czy to sama czy rodzinnie.
W domu u rodziców kolędowania nie było, bo jakiekolwiek próby śpiewu z matencji strony były gaszone lekceważąco przez ojca. Potem wieczorem matencja zwykle słuchała kolęd z kaset i popłakiwała z żalu za domem rodzinnym, młodością, nad samą sobą, za minionymi latami, sama nie wiem za czym. W każdym bądź razie wigilia i kolędy zawsze będą mi się kojarzyć z popłakującą matencją. I obojętnością ojca też.
U nas w domu kolędowania też nie było, bo wigilie prawie zawsze spędzamy w towarzystwie rodziców i tu patrz wpis powyżej :-)
A tym razem moje rodzeństwo w roli gospodarza samo intonowało zaśpiewy, wyliśmy wszyscy jak opętani,  a my dwoje tak jakbyśmy oboje chcieli nadrobić zaległości.
Zaszalałam i zafundowałam moim chłopakom bilety na Dżem symfoniczny, niech jadą, niech mają uciechę. To był prezent niespodziewajka z mojej strony. Małej też dorzuciłam kilka drobiazgów w charakterze niespodzianki, żeby nie było wszystko tak oczywiste w kwestii tych prezentów gwiazdkowych.
Wyrzut sumienia mnie lekki ogarnął tuż przed wigilią, więc z deka za późno, że nie zaoferowałam pomocy, bo mogłam pojechać ciut wcześniej i pomóc coś w kuchni. Fakt, że każdy przynosił swoją działkę, ale jakoś tak... Tylko, że wcześniej na to nie wpadłam, a poza tym byłam jeszcze w pracy, bo skoro wigilia w gościach to po co mi wolne. A wyrzuty sumienia pojawiły mi się po pytaniu matencji czy pójdę tam wcześniej, żeby może coś pomóc. Choćbym i chciała to czasowo nie dałabym rady na pewno. W samą wigilię jeszcze latałam na szmacie, żeby miec tip-top na wszystkich frontach, a rodzinę zagoniłam już dwa dni wcześniej do megaprasowania, które kończyli w dzień wigilii.

Boże Narodzenie
przeżyliśmy bez bólu i szaleństwa. Obiad świąteczny z rodzicami i teściową, który przeciągnął się do wieczora nie był nawet taki zły. Oboje usiłowaliśmy się hamować, nie dyskutować na drażliwe tematy, nie stąpać po polach minowych, itp.

a drugi dzień Świąt
obie z Małą przechorowałyśmy na maxa. Dopadł nas wirus grypy jelitowej. Mała w nocy już zaczęła wymiotować. Ja dopiero rano. Obie leżałyśmy jak nietomne, co chwilę biegając do łazienki. Bóle brzucha, nudności, wymioty - to Mała, a ja bez bólu brzucha, wymioty, nudności, ale za to z biegunką. Okropność.
Po południu Mała zaczęła już dochodzić do siebie, a ja niestety nie.
Caluteńki dzień wyjęty z życiorysu, utrata wagi 3 kg (niby dobrze, ale  jakim kosztem i wiadomo że chwilowo). Cały dzień przeleżany, przedrzemany, w pidżamie i łóżku. Rano bolał mnie kręgosłup od tego ciągłego leżenia.
Nie zdecydowałam się na pójście do pracy (a powinnam), caluteńki dzień przesiedzieliśmy w domu oglądając filmy i drzemiąc jeszcze po troszkę.
Wyspałam się w sumie za wszelkie czasy to i teraz siedzę i klikam, bo spać mi się nie chce.

I tak święta, święta i po świętach...

A oglądaliśmy m.in.:
Papieżycę Joannę - polecam, długo, ale dobrze się ogląda
Agora - też bardzo dobry film
Kołysanka - kompletnie nie moja bajka
Opowieść wigilijna - bajka raczej dla dorosłych, bo postacie duchów sa tak przerysowane, że dzieci i to niekoniecznie te małe mają pełne prawo czuć się nieswojo :-)
Duże dzieci - nawet fajna komedia


= = =
dopisek z godz. 06.19

przez to chorowanie tak się wsypałam, że ho-ho...
Teraz to już tylko pod prysznic i biegusiem do pracy.
Oj chyba ciężki to będzie dzień, alem sama sobie winna... :-)))

piątek, 24 grudnia 2010
Wszystkim Czytaczom i Odwiedzającym
życzę
spokojnych, rodzinnych, radosnych Świąt!
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Jednak wczorajszy wyjazd zakupowy podarowaliśmy już sobie zmęczeni wyprawą sobotnią.
Dziś udało mi się wyskoczyć do jednego centrum handlowego i zrobiłam kilka zakupów. Jeden z nich w stu procentach był iniezaplanowany i z pewnością stanowi malwersację finansową w naszym domowym budżecie, ale usprawiedliwiłam sama siebie, że coś mi się od życia należy i że jak już coś znalazłam, takie  co i ładne i pasuje to żal nie brać i przegrzałam trochę kasiorki. Poza tym świetnie się kupuje jak człowiek zrzucił kilka (a dokładnie calutkie 5!) kilo, patrzy w lustro i pyszczycho mu się śmieje do tego co widzi.

Wczoraj nadejszła wiekopomna chwila i zabrałam się za pieczenie pierniczków. Samo pieczenie to pryszcz. Wymiękłam przy zdobieniu. Wydawało mi się, że spoko-loko, ale szlag jasny  (sorki!) mnie trafił za kolejnym podejściem i potem już tylko smarowałam lukrem kolejne ciasteczka, mając świadomość, że ja tu spędzę kupę czasu na bawieniu się z ozdobami tych drobinek, a domownicy i inni po prostu chapsną je do gębuli i tyle je widzieli. Poza tym miałam nadzieję, że wspólne pieczenie z Małą, ale młoda latorośl się była wypięła na mnie. To jej powiedziałam żartem (z lekka makabrycznym):
- jak umrę to będziesz żałowała, że ze mną nie piekłaś pierniczków.
- nie będę!
- to cię będę straszyć i wołać - dlaaaczegoooo nie chciałaś piec pierniczkóóóóów?
ale jakoś nie zrobiło to na Małej wrażenia. Po godzinie przybiegła beztrosko pytając czy może są już jakieś do zjedzenia. To mi się nóż w kieszeni otworzył i zjadliwie powiedziałam, że są owszem, ale na święta. I nie dałam! (a dzisiaj już wymiękłam, niech jedzą...)
Tak więc ozdobione artystycznie znalezione na blogu MOJE WYPIEKI pierniczki są przecudnej urody, ale ja takich nigdy w życiu nie wykonam.
Już się pogodziłam z tą myślą i potrafię z tym żyć. :-)))
niedziela, 19 grudnia 2010
...w zasadzie już po porządkach.
Choinka już u nas stoi i się świeci. A to oznacza, że porządki już zrobione. Jeszcze pranie schnie i troszeńkę go  czeka w koszu na swoją kolej, a ogromna sterta prania czeka na wyprasowanie, ale to już mały pryszcz.
prezentowy szał ciał
Zaliczyliśmy dzisiaj zakupowe szaleństwo w pogoni za prezentami.
Przed wyjściem z domu zarządziłam wypisanie na kartkach od drobnych po te najgrubsze zachciewajki, żebyśmy wiedzieli w którą stronę w ogóle iść i śmiem twierdzić, że to był dobry pomysł.
Część prezentów już udało nam się zakupić.
Problemem w pewnym stopniu jest fakt, że mamy pewną kwotę w ramach której mamy kupić dzieciom upominki od matencji i tatencjusza dla wnuków.
No i póki co zakupiliśmy te prezenty od nich właśnie. A za swoimi, znaczy tymi od nas musimy jeszcze połazić, pogłówkować...
Przy okazji dziś jeszcze trafiliśmy prezent dla teściowej (kuferek na biżuterię, który sama bym chciała też dostać, tak mi się podoba), a nawet prezent dla SZM.
świąteczne racje i refleksje
Rację ma Młody, który powiedział, że kiedyś to było fajnie, bo była magia świąt, czekało się na te prezenty jak na czary.
Rację ma też SZM, który powiedział, że kiedyś to było proste jak drut, bo dzieciaki pisały listy, szło się w zabawki i wychodził człowiek z furą calutką prezentów, a teraz to się trzeba nalatać, naszukać, nagłówkować... dlatego ten pomysł ze spisaniem zachciewajek :-)
Póki co choinka stoi i się świeci, a z boku zapakowane prezenty. Gdzie te czasy gdy człowiek w nocy w ukryciu, tajemnicy i ciszy je pakował, żeby dzieci nie widziały...?
co jeszcze?
*   Jutro z rana jeszcze jeden rajd, mam nadzieję, że ostatni. Prezenty od nas dla naszych własnych osobistych dzieci gdzies tam czekają w sklepach aż je znajdziemy :-)
*   Zakupy spożywcze, ale tu już w grę wchodzi mój ulubiony sklep w czarne kropki, albo inny podobny ten na L.
*   ... i pieczenie. Sernik będzie robił SZM i to w sam dzień wigilijny, żeby był jak najbardziej świeży. Potem posmaży rybki, nasze ulubione pstrągi, które zabierzemy ze sobą w wigilijne gości.
W środę klasowa wigilia u Małej, więc we wtorek trzeba trzasnąć babeczki, które życzy sobie piec razem ze mną Mała. A w międzyczasie chciałabym jeszcze machnąć pierniczki, bo się strasznie napaliłam, nawet miód sztuczny już kupiłam, ale samo pieczenie jakoś się rozmywa.
No i keks, który obiecałam SZM.
Przypomniało mi się, że powinnam wrzucić przepisy na blog kuchenny, bo tych akurat tam nie ma, bo chciałam zalinkować a tu echo.
*   ... i zostało oczywiście gotowanie. Bo to nic, że idziemy w gości, ale w domu też coś trzeba przygotować. Kapustę z grochem (dla chłopaków), rybę po grecku (dla mnie), sałatkę jarzynową (dla SZM), barszcz czerwony (dla nas wszystkich), nie wiem co jeszcze... Rodzinny obiad na pierwszy dzień świąt, przede wszystkim :-))), ale to chyba za wcześnie.
*   Jeszcze muszę przemyśleć nasze kreacje wigilijne, wszak w gości idziemy :-)
Trza być eleganckim na maxa.
wyrzut sumienia
Jeszcze musiałabym zaliczyć jedną przedświąteczną wizytę towarzyską, tudzież podesłać tam Młodego. Wyrzut sumienia mnie gryzie, bo zaniedbałam, czuję się winna, ale ta  wina nie przekłada się na akcję i działanie. Nie mam czasu na odwiedziny matencji, a co dopiero osoby obcej, starszej, bo starszej, ale obcej.
Żadne usprawiedliwienia do mnie nie przemawiają, zawaliłam, wiem. Więc wypada albo podjechać, albo zadzwonić.
A dzwonią mi w uszach moje słowa, które padły na pogrzebie małżonka tej Pani, że będziemy odwiedzać, pamiętać.
Źle się z tym czuję. Źle.
mitenkoprodukcja
Z tymi rękawiczkami, mitenkami tak się rozpędziłam, że jedne już poszły w świat w prezencie urodzinowym dla jednej nastolaty, drugie schną na kaloryferze i będą w paczce świątecznej, innej nastolaty, a trzecie kończę i będą już dla mojej nastolaty znaczy Małej.
Nawet mi się spodobało takie produkowanie, bo to małe jest, robi się na grubych drutach, szybko przybywa więc przyjemność duża.
Lecę kończyć tę trzecią parę, bo zajrzałam tu tylko na chwilunię, w zasadzie tylko wyspowiadać się z jadłospisu dziennego, ale troszkę się zasiedziałam.
czwartek, 16 grudnia 2010
świąteczne pole walki
Wczoraj nawiozłam od matencji pierogów i uszek, wszystko już siedzi w zamrażarce.
Jutro mam wolne to zabiorę się za sprzątanie, może z rozpędu uda mi się ubrać choinkę. Wariacji sprzątaniowych nie robię, nie mam zamiaru, nawet na okna nie wskakuję, bo pogoda mnie całkowicie usprawiedliwia :-)
Poza tym całkiem niedawno odstawiłam sprzątańsko na maxa i czuję zwolniona z obowiązku. Wychodzę z założenia, że sprząta się jak jest potrzeba, a nie dlatego, że są święta.
...i tej wersji będę się trzymać :-)))
Jeszcze muszę sfinalizować kwestię prezentów. O ironio nie mam pomysłu na prezenty dla własnych dzieci i osobistego maużonka :-( no i dla teściowej, bo z doborem rozmiaru pidżamy (bo reszta dziadków zaopatrzona w pidżamy) mogę miec problem ze względu na jej gabaryty, nie takie znowu małe, powiem wcale nie złośliwie :-)
A rodzinna wigilia zapowiada się póki co całkiem przyzwoicie, zobaczymy jak będzie naprawdę.

weekendowy wyjazd
marzy mi się weekendowy wyjazd we dwoje, mogłby to być prezent z okazji rocznicy ślubu, która czeka nas na wiosnę. Muszę coś podszepnąć SZM.

imprezowanie Młodego
Jutro Młody na jakieś imprezowanie integracyjne studenckie się wybiera, mam mieszane uczucia, ale tłumaczę sama sobie, że gdyby był w akademiku nie miałabym na to żadnego wpływu, a gość jest przecież pełnoletni, nawet bardzo, bo mu stuknie w przyszłym roku 20 lat.
...a ja wciąż w głębi duszy traktuję go jak małolata.
Bo chyba wszystkie mamy tak mają, a poza tym, z niego taki dzieciuch jeszcze jest.
:-)))

wakacje tuż tuż
temat wakacji już rozpoczęty, rezerwacje poczynione, nitki towarzyskie wysnute, ale co z tego wyjdzie - nie wiem





niedziela, 12 grudnia 2010
Wczorajsza duża kawa wypita po godzinie 18.00 zaowocowała prawie nieprzespaną nocą. Miło się siedziało póki byli goście, ale jak drzwi się za nimi zamknęły to mnie się nawet nie ziewnęło. I przesiedziałam tak (oczywiście przy kompie) chyba do piątej rano. Dziś za to kiepsko się czuję, bo niestety czuję ten brak snu :-(
To już nie te lata kiedy człowiek mógł nie spać i na drugi dzień funkcjonował normalnie.
Tiaaa... Nawijam jak własna babcia.

...ale nie będę deletować.

*
Snujemy się po domu, SZM jeszcze poleguje, odsypia  naszą wieczorną imprezkę ze znajomymi.
Śnieg pada, szaro, smutno, zimno, mokro...
Wieczorem kurturarne wyjście, idziemy się odchamić ździebko, ale wcale mi się nie chce. Nawet głośno tego nie mówię, bo SZM gotów wziąć to na poważnie i zrezygnować z takiego wyjścia.
Już raz nam się tak zdarzyło :-)))

*
Dietuję dalej, ale muszę wziąć się w garść.
Miło gdy patrzą, chwalą, gdy SZM powie, że robi się z Ciebie laska (cytat dosłowny!!!), ale to jednocześnie prowokuje mnie do drobnych grzeszków, a wiem, że to nie tędy droga. Tak więc od dzisiaj wracam do normy.
Zapisuję cały czas co jem (na tamtym blogu), bo tak mi wygodnie, bardziej mi siada na psyche świadomość, że wieczorem muszę się przed sobą wyspowiadać z tego co zjadłam. I łatwiej mi uporządkować który to jest dzień, ile zostało do końca etapu itp. Bo ja niczym alkoholik żyję dniem dzisiejszym, ważne jest dla mnie żeby przeżyć ten jeden konkretny dzień zgodnie z zasadami dietowania.
Na początku nie było łatwo, bo moje łakomstwo słodyczowe było przeogromne, ale z czasem zrobiło coraz lepiej, a jeszcze jak widać efekty to już w ogóle.
Teraz tylko muszę zwracać uwagę na te pokusy, że skoro tyle schudłam to przecież ta odrobinka mi nie zaszkodzi.
I muszę zwiększyć dawkę witamin, bo lecą mi paznokcie.

Ale nic to, miło jest patrzeć do lustra i uśmiechać się do samej siebie :-)))

*
W pracy znowu nieciekawa atmosfera, rozliczanie z czasu pracy, wykonanych zadań, ale nikt nie widzi ile robimy ponad to, co powinniśmy. Wygodnie jest opierać się na działaniach poza zakresowych, ale jak przychodzi co do czego to rozlicza się nas tylko z zakresów obowiązków i jest możliwość, że dowiemy się że robimy za mało, o ironio... Ech. Żeby jeszcze chociaż płacili dobrze, to machnęłabym ręką na te wymagania, ale tu jest wręcz odwrotnie.

*
Jutro spotkanie grona eks-studentek. Myślę, żę będzie miło, ale fajerwerków się nie spodziewam.
Może wyjaśni się sprawa Sylwestra, pomysłu rzuconego na ostatnim spotkaniu. Nie lubię kiedy ktoś rzuca propozycję i potem udaje że jej nie było. Niech się wcale nie odzywa jeżeli tak ma być. Niestety w tym gronie takie rzeczy się zdarzają. Nie biorę tych słów na poważnie, ale denerwuje mnie taka postawa. Kiedy słyszę po raz kolejny, że musimy się spotkać rodzinnie, to nóż mi się w kieszeni otwiera, bo w domyśle brzmi zaproście nas do siebie. Tak się spotykamy od czasu obrony magisterskiej i jakoś do spotkania nie doszlo, nawet już mieliśmy termin i ugadaną knajpę (żeby nikt nikogo nie musiał zapraszać), ale się rozeszło po kościach. Z racji docinków naszych mężczyzn upominających się o obiecane spotkanie oblewackie tytuły mgr-ki obiecałam sobie, że raz jeszcze rzucę terminem, może między Świętami a Nowym Rokiem, może nawet u nas, bo zawsze to jakieś jedzenie w domu jest po Świętach, ale z drugiej strony myślę sobie, że poczekam jak się sytuacja rozwinie.

Póki co Sylwester nam się zorganizował w formie prywatki, miał być tu na miejscu, blisko domu, ale impreza przeniosła się spory kawałek dalej, do innego miasta, nie tak znowu blisko, ale jesteśmy zmotoryzowani przecież. Rok temu wracałam, to teraz też dam radę. Grono fajne, zabawowe, bez sensacji, więc powinno być OK. Jednak jestem ciekawa czy to eks-studenckie grono w ogóle pociągnie temat.

*
W tym tygodniu muszę skończyć sprawę prezentów, żeby potem nie biegać z szaleństwem w oku.
Kartek świątecznych jeszcze nie wysłałam.
Jakaś taka rozlazła jestem. Rok temu kiedy miałam na głowie studiowanie, byłam bardziej zdyscyplinowana, a teraz cały czas wydaje mi się, że na wszystko mam czas.

*
No to się wyklikałam...


czwartek, 09 grudnia 2010
Ależ sama jestem pod wrażeniem ileż to rzeczy wykonałam dzisiaj. Fakt, że lista tych do zrobienia jeszcze wielgachna jest, ale jak na jeden dzień i to po pracy to dużo:
- zakupiłam jeden upominek świąteczny
- dokończyłam rękawiczki - mitenki, pięknie spakowałam calutki prezent
- zrobiłam 60 ruskich pierogów
- zrobiłam nie wiem nawet dokładnie ile sztuk, ale z ponad połowy kilograma mąki wykonałam drożdżowe paszteciki, a z tego co mi zostało ciasta słodkie bułeczki z konfiturą
- zaliczyłam burzliwe i długie (2 godziny) zebranie wspólnoty
- pojechałam do matencji
- ugotowałam pierogi
- mimo diety zjadłam 3 pierogi ruskie

SZM w delegacji, wraca jutro. A ze mnie teraz wychodzi zmęczenie i oczy same mi się zamykają. Dobranoc zatem.
uparłam się na te rękawiczki jak nie wiem co. A dziś zrobiłam inne od początku do końca, ale to ma być dodatek do prezentu, bo Mała na urodziny psiapsiółki idzie. Jak dam radę to jeszcze mam jedna kandydatkę do takich rękawiczek, ale najpierw muszę skończyć te dla Małej. Tak naprawdę to są mitenki, te rękawiczki bez palców.

Wypadałoby może okna umyć korzystając z chwilowego ocieplenia, ale jakoś nie mam melodii do tego, a jeszcze na sobotę jesteśmy umówieni ze znajomymi. W ogóle mi to nie pasuje, ale co zrobić... W niedzielę wyjście kulturalne zaplanowane już dawno, bilety w torebce już są, więc  ten weekend z przygotowań świątecznych odpada jakby ...

Martwię się trochę Młodym. Żeby nie powiedzieć kłamca, mogę powiedzieć fantasta i bajkopisarz. I żeby to jeszcze chodziło o jakieś poważne rzeczy. A tu bzdety, drobnostki. I zawsze powtarzam, czy zdaje sobie sprawę, że my mu nie wierzymy, że sam osobiście na ten brak zaufania mocno się napracował. Małe kłamstwa rzucane od niechcenia, na odczepnego, po to, by uniknąć dyskusji, kłopotów. Nigdy nie wiem czy aby na pewno było tak jak powiedział. Upiększanie opowieści ma w genach po tatencjuszu, te kłamstwa to chyba też. Już mu powtarzam, że sam widzi jak wszyscy wokół pokpiwają z dziadka i jego opowieści dziwnej treści, więc niech sobie to weźmie do serca.

Pogoda u nas dzisiaj była mleczna, mgła przez calutki dzień. Zrezygnowałam z jazdy do matencji, a mam pilną potrzebę. Może jutro...
SZM jutro startuje na służbowy wyjazd w góry, a pogoda taka że niech ją kopnie gęś. Już raz im to przełożyli, bo śniegi były okrutne, a teraz się pojawiły mgły i ślisko.
 
1 , 2