na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 29 grudnia 2011
Przesądy wigilijne i nie tylko...

Od dawna słyszałam, że w wigilię baby nie chodzą. Znaczy to tyle, że matencja przywiązywała ogromną wagę do tego kto pierwszy czyli czy kobieta czy mężczyzna, przekroczył próg naszego mieszkania. Oczywiście kobieta to na pecha. Niezwykle pożądanym gościem w dniu wigilii był facet. Podobno dawniej ludzie specjalnie chodzili do znajomych i składali im życzenia, by móc przestąpić próg ich mieszkania.
Był czas, że matencja uskuteczniała chodzenie po swoich sąsiadach wysyłając tatencjusza z życzeniami i oczywiście oczekując rewanżu ze strony sąsiadek. Nie wiem czy przesąd stał się słabszy, czy sympatia ze strony sąsiadek osłabła, ale chyba już sobie dają z tym spokój. A matencja oczywiście ma im za złe, że przecież nic by się nie stało gdyby tak jeden z drugim przyszli powiedzieć wesołych świąt, a oni to pewnie złośliwie nie przychodzą, bo zazdrośni są.
Z czasem przesąd ten zatoczył szersze kręgi i zaczął dotyczyć też tego, kto pierwszy w ogóle złożył życzenia świąteczne, niekoniecznie w wigilię. A potem kto pierwszy zadzwonił przez telefon, niekoniecznie z życzeniami.
Swego czasu SZM biegł rano do matencji i teściowej (która zaraziła się tymi wierzeniami od matencji) z życzeniami, żeby miała już tego faceta z życzeniami za swoim progiem. Dzisiaj ograniczamy się już tylko do życzeń składanych przez telefon i nawet nie pytam czy jakiś obcy facet był już w domu w dniu wigilii. :-)
Podobne, a nawet takie same reguły obowiązują w Nowy Rok, a obowiązywać zaczynają tuż po północy, tak więc niezwykle ważną sprawą jest to, czy na balu sylwestrowym prawie, że jeszcze z lampką szampana w ręce jako pierwsza złoży Wam życzenia (pechowa) kobieta czy (na szczęście) facet.
A potem od rana kto przekroczy próg mieszkania w Nowy Rok. I jeszcze ten telefon nieszczęsny...
I co roku podczas każdego balu, imprezy sylwestrowej pilnujemy oboje z SZM żeby po północy zadzwonić do rodziców i żeby pierwszy składał życzenia oczywiście SZM, bo życzenia faceta nawet przez telefon przynoszą pomyślność, szczęście i powodzenie.
Co do wigilii...
12 potraw to wiadomo, ale że wszystko powinno być podane na stół i nie powinno się podczas wieczerzy wstawać od stołu, by donieść cokolwiek. Ma być tak zastawione by wszystkiego wystarczyło. Tego akurat w mojej rodzinie się nie stosuje, ale słyszałam, że gdzieś tam to funkcjonuje.
Pod obrusem sianko. To wiadomo.
A pod talerzem żywa gotówka. I tu szkoły są różne. Dla każdego przysłowiowy grosik na szczęście, albo jakaś kwota typu 10 zł, której to kwoty nie wolno wydać do kolejnej wigilii.
U nas to jest kwota 10zł na twarz, którą pieczołowicie przechowujemy do kolejnych Świąt i za którą na kolejne święta kupujemy owoce, a w tym roku kupowałam słodycze (i kiepsko na tym wyszliśmy, bo jak się rozwinęliśmy z zakupami to drugie tyle musielismy dołożyć do rachunku)
Łuska wigilijnego karpia na szczęście, którą wkładamy do portfela, bo przynosi powodzenie i pieniądze.
Zakaz suszenia prania w dniu wigilii. Żadne pranie nie powinno suszyć się na sznurkach, suszarkach itp. Bo to wróży śmierć w rodzinie w ciągu najbliższego roku.
Koniecznie trzeba mieć na święta jemiołę w domu, bo bez jemioły cały rok jest goły :-)
Od dziecka powtarzano mi też, że mam być grzeczna, bo co się wydarzy w dniu wigilii to cały rok nas będzie spotykać.


I tak w ogóle...
Portfel powinien być inny niż czarny, bo podobno w czarnym portfelu kasa się nie trzyma, tylko przelatuje przez palce, albo jej po prostu wcale nie ma.
Nie wolno niczego na kimś szyć; podszywać, zaszywać, fastrygować itp. Nie wolno, bo podobno... zaszywa mu się zdrowy rozsądek  rozum :-)
Wolno tylko i wyłącznie wtedy gdy delikwent trzyma jakąś nitkę w zębach. I nie ma to być nić dentystyczna, zdecydowanie wskazana jest krawiecka :-)))
Powrót do domu tuż po wyjściu po zapomnianą rzecz - przynosi pecha. Jak już trzeba wrócić to koniecznie należy w domu, za progiem na chwilkę przysiąść i policzyć do 10.
Ubranie czegoś (patrz ciucha) na siebie na lewą stronę - przynosi szczęście. Oczywiście lewostronnie ubrać należy się nieświadomie, a nie celowo :-)
Swędzi wewnętrzna strona dłoni prawej - na tak zwane szeroko rozumiane witanie się, czyli kogoś spotkam, ktoś przyjedzie.
Swędzi wewnętrzna strona dłoni lewej - to na pieniądze. I tu szkoły są dwie; albo je dostaniemy, albo je wydamy :-)

I długo by tak można chyba jeszcze i pewnie każdy ma coś do dorzucenia ze swojego podwórka...

O kotach czarnych, kominiarzach itp. nie piszę, bo to wszyscy chyba znają.
środa, 28 grudnia 2011
sukcesy konsumenckie
Co by nie mówić lubię popularne sieciówki. Być może dlatego, że jeszcze się nie przejechałam negatywnie na ich przepisach. Póki co jest OK.
Plecak szkolny Małej kupiony we wrześniu, dwa lata gwarancji. Dzisiaj sfatygowany, popruty na szwach, z przetartym dnem - wymieniony na nowy, inny, lepszy, z kolejną gwarancją:-)
Spodnie moje, kupione przed Świętami, które w praktyce okazały się być jednak zbyt duże - zamienione na mniejsze. Tu troszkę musiałam nakombinować, ale liczy się efekt, korzystny dla mnie, oczywiście :-)
Poza tym w końcu dorobiliśmy się nowego odkurzacza.
Stary, prawie 15-letni chodzi jak czołg, słyszy go chyba całe osiedle. Za każdym razem zastanawiam się ile jeszcze pociągnie.
 Ale to już czas przeszły :-)

nocne niepokoje
Znowu telefon w nocy. Tatencjusz ma znowu wysokie ciśnienie. I brak mi słów, bo po co ta matencja do mnie dzwoni? Po to by odpowiedzialność przerzucić na mnie? Zdrowy rozsądek nakazuje zadzwonić po pogotowie, ale tatencjusz nie pozwala, a ona go słucha. Żeby się nie złościł, żeby nie odstawił cyrków, żeby mu ciśnienie nie skoczyło jeszcze bardziej. Już sobie obiecałam, że przy kolejnej okazji tego typu po pogotowie zadzwonię ja. Od razu. I po prostu ich tylko poinformuję, że karetka już jedzie. Niech go wezmą, przebadają i może przemówią do rozsądku. Może zacznie brać leki regularnie, a nie tylko wtedy gdy mu strach tyłek ściśnie. Argumenty, że na coś trzeba umrzeć i że najwyżej go trafi, jakoś do mnie nie przemawiają, nie są zabawne. I żadna rozmowa z nim, bo od razu słyszę w słuchawce, że tak, tak, już wiem, będę brał, poprawię się.

rodzicielskie dylematy pedagogiczne
Mała ma grono koleżanek szkolnych, ma tez koleżusię podwórkową, z którą zaprzyjaźnia się coraz bardziej. Koleżusia niestety nie jest uczennicą piątkową, nie ma idealnych wzorcowych rodziców, bo tato pije. To generalnie rodzina z jakąś mroczną historią w tle. Nie znam ojca, mamę tylko na dzień dobry. Mała gdyby mogła spędzałaby u koleżusi caluteńki dzień. Koleżusia ma pieska, więc w pewnym sensie jest wytłumaczenie, ale czy aby na pewno o to chodzi? Koleżusia ma jeszcze swoją koleżankę, która jakoś nie przypadła mi na oko od pierwszego razu. Koleżanka jest rok starsza, bo gdzieś w podstawówce powtarzała klasę. Najpierw były we dwie, a teraz w te ferie tak we trójkę rządzą.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Mała jest mądra, wie, że koleżusi rodzina jest troszkę pokaleczona, że nie zachwyca nas ta przyjaźń, ale sama mówi mi takie argumenty, takie sensowne, tak pedagogicznie akuratne, że ręce opadają. Bo co mam jej powiedzieć, że czego się boję? Coś tam próbowałam tłumaczyć. A ona mi na to, że przecież to nie jest winą tych dziewczynek, że mają rodziny takie a nie inne, że przecież nie są przez to gorsze, że ona je bardzo lubi, że są naprawdę bardzo fajne itp.
Powiem wprost. Nie jestem zadowolona z tej przyjaźni z koleżusią. O tej drugiej dziewczynce nie wspomnę.
Bo mam wrażenie, że koleżusia pociągnie Małą w dół, bo nie ma ciągot do nauki, bo absorbuje ją, bo Mała mogłaby ten czas spędzić na jakimś ciekawszym zajęciu, albo w innym towarzystwie. Bo ilekroć Mała wraca od koleżusi caluteńka śmierdzi domem palaczy. Bo nie wiem czy nie robię krzywdy tamtej drugiej dziewczynce, ale tkwi we mnie jakieś wewnętrzne przekonanie, że dziecko, które powtarzało klasę ma na pewno jakiś problem ze sobą, albo będzie go miało w przyszłości i obawiam się że pociągnie ze sobą Małą. Bo boję się, że przez te dziewczynki Mała wpadnie w jakieś złe towarzystwo, nabierze złych nawyków.
Wiem, że piątki na świadectwie nie są żadną miarą, ani gwarantem czegokolwiek, ja to wszystko wiem! Wiem, że nie powinnam tak myśleć, ani mieć takich obaw. Nie powinnam dzielić koleżanek na gorsze, lepsze, na odpowiednie i mniej właściwe. Ale wolałabym gdyby Mała tak blisko trzymała się raczej swoich szkolnych koleżanek.
Nawet jej dzisiaj powiedziałam, że nie powinna się tak od tamtych szkolnych odcinać w czasie ferii i kurczowo trzymać koleżusi, bo doczeka się, że tamte wykluczą ją ze swojego grona, bo pomyślą, że przecież ona ma swoją koleżusię i ich nie potrzebuje.

problem medyczny
Młody zaliczył już podejście numer dwa do swojego problemu medycznego. Za pierwszym razem wydawało się, że już wszystko OK. Minęło trochę czasu i sprawa się odnowiła. Teraz niby koniec sprawy, ale patrzę i mam wrażenie, że to jednak jeszcze nie koniec. Jutro podjedzie do specjalisty, zobaczymy co on powie.

odwiedziny duszpasterskie
u nas jutro. Jak ja tego nie lubię. Jakie odwiedziny, inspekcja raczej, albo spis ludności i poborca podatkowy w jednym. Ech!
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Leniwie płynie ten drugi dzień Świąt...

Wczorajszy dzień przeżyliśmy bez strat :-) Moi rodzicie, teściowa + moje rodzeństwo z potomkami. Było tłoczno, gwarno i wesoło. Najpierw dla nas obojga nerwowo, bo one dwie znaczy matencja i teściowa to dla nas jak płachta na byka, po prostu mieszanka wybuchowa. Pomyślałam nawet, że więcej nerwów chyba wprowadza teściowa, zwłaszcza jej postawa życiowa pod tytułem: ważna jestem ja, a reszta świata jest tylko po to, by mnie było dobrze. Hasło życiowe mojej matencji nie jest takie proste do sformułowania.

Co do kwestii prezentowej, a właściwie braku prezentów ze strony Młodego. Matencja zadała nam pytanie co w sumie dostaliśmy i od słowa do słowa wyszło na jaw, że Mała maleńkie upominki zrobiła (dezodoranty dla facetów i lusterko dla mnie), no i że Młody nas olał sikiem prostym lub panoramicznym, jak kto woli. Mam nadzieję, że dotarło do niego. Bo to nie chodzi o wielkie prezenty, te hipotetyczne prezenty to mają być drobiazgi, symbole bardziej, dowody pamięci i chęci, bo przecież wiem, że z kasą krucho. Bo to nie o to idzie, że ja się domagam, ja jestem z lekka przerażona faktem że on nie czuł się zobligowany, nie czuł potrzeby, chęci sprawienia komuś znaczy nam, radości.

A dzisiaj już leniwie, spokojnie, powoli...

Od stycznia zakładam kłódkę na lodówkę, postanawiam coś ze sobą zrobić, bo znowu nabrałam ciałka. Ciężko na to zapracowałam i ważę ile ważę. Zresztą waga dla mnie nie jest ważna, liczą się obwody, a one już mi się nie podobają, źle się z nimi czuję i to jest ten najważniejszy sygnał. Moje życie dzieli się na etapy bycia na diecie i niebycia :-) Ale póki co może pójdę sobie wrzucić coś na talerzyk, może serniczek?

niedziela, 25 grudnia 2011
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej powiedziałam wróciwszy do domu. A zaraz potem dodałam, jak dobrze, że nie musimy teraz czekać aż goście pójdą do domu i sprzątać po całej imprezie. :-)
Wigilia w gościach jest super, serio! Może wejdzie to do tradycji rodzinnej, że rodzeństwo robi wigilię? Nie mam nic przeciwko :-)
Było fajnie, spokojnie, rodzinnie, serdecznie, swobodnie.
Najedliśmy się oczywiście na maxa, bo wszystkiego się chce spróbować. Mówi się, że wszystkiego tylko po troszkę, ale z tych troszków to się robi całkiem spora ilość.
Prezenty przypasowały, sprawiły radość, a to najważniejsze.

*
Niestety zawiódł mnie nasz Młody.
Na całej linii. Nie doczekaliśmy się od niego nawet czekolady. Argument, że nie ma kasy odpada, bo sama osobiście dałam mu kilka dni temu 20 zł ot tak, w głębi duszy myśląc, że gdyby właśnie nie miał nic to może tę drobną kasiorkę właśnie wykorzystać na jakiś mini-upominek. A wczoraj dostał od dziadka jeszcze kasę, więc gdyby tylko chciał...
Niestety z żalem muszę przyznać, że wychowałam syna egoistę, któremu obce jest uczucie chęci sprawienia komuś przyjemności. Nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. I przyznam szczerze, nie wiem jak to rozegrać. Jak już go kiedyś określiłam jest rodzinnie aspołeczny. Widzę, że traci w oczach SZM. Przyznam szczerze, że jego brak empatii drażni mnie też. Mam wrażenie, że ważne są jego potrzeby i jego oczekiwania, cała reszta jest mu chyba obojętna, a jeżeli on sam okazuje, że jednak nie, to chyba tylko dlatego, że tak wypada.
Sama mu wcześniej podpowiedziałam, że Mała ma dla niego upominek i fajnie by było gdyby on dla niej też coś miał. Byłam na tyle głupia i naiwna, że w przypływie dobroci serca powiedziałam, że ja jej coś kupię za niego. Kupiłam, dałam do podpisania, a za kilka dni kiedy Młody powiedział, że ma pomysł na upominek dla niej (a ja już kupiłam więc pomysł był upadł) powiedziałam mu, że wszyscy wiemy, że Boże Narodzenie jest w grudniu więc trzeba wcześniej tak gospodarować kasą by móc kupić jakieś upominki bliskim.
SZM zadbał już o to, by Młody odczuł, że coś jest nie tak. Przy rozpakowywaniu w domu prezentów zapytał:
- a ten deo dostałem od kogo?
- (w oddali słychać) ode mnie
- Aha, od Małej. A co dostałem od Młodego?
- ... (cisza, a Młody czerwony jak burak)
- Nic, jak zwykle znaczy się.
Kurtyna opada.

sobota, 24 grudnia 2011
...aż wierzyć mi się nie chce, że mam luz. Zazwyczaj czasu mi brakuje, a tu dziś ... obym tylko nie zapeszyła :-)
Wigilia w gościach to trochę roboty odpada, ale goście u nas w pierwszy dzień i to już od obiadu więc jednak trochę jest. Jedzenia całe mnóstwo. Jak zwykle za dużo.
W zamrażarce gotowe uszka i pierogi z kapustą, a także zwykłe ruskie, które zrobiła matencja.
Na balkonie dwa ciasta, które zrobiła matencja. A także kapusta z grzybami, którą zrobiła również matencja.
Stoi też barszcz czerwony i kapusta z grochem zrobione przeze mnie własnoręcznie. I fasola do barszczu, bo tak też lubią moi chłopcy. I kompot z suszonych owoców dla SZM, bo tylko on go lubi.
W lodówce stoją słoje ze śledziami, które przygotowywał SZM. Buraczki w postaci ćwikły, które zrobiła matencja. Upieczony boczek, który przyrządzał SZM. I opiekana makrela w zalewie, kupiona, gotowa, ale przepyszna, bo ze sprawdzonego źródła. Cała szuflada różnych rodzajów plasterkowych wędlin i do tego oczywiście kiełbasa, bo bez kiełbasy się nie da po prostu :-)
W kuchni teraz jeszcze stoi babka drożdżowa w keksowej formie i stygnie, bo tyle co ją wyciągnęłam z piekarnika.
W barku słodyczowym dwie puszki z kolorowymi pierniczkami, niestety kupnymi i przyznam szczerze ich smak na kolana nie powala, ale SZM się nimi zachwycał. Do tego masa zakupionych słodyczy, bo tam już niczego nie było, więc Święta były doskonałym pretekstem do uzupełnienia zapasów.
I w szafce z alkoholami specjalny świąteczny zestaw czyli przepalanka i krem kawowy roboty SZM, a do tego Kadarka, jedno z moich ulubionych win.
O owocach w hurtowej ilości nie wspomnę.
Za chwilę SZM będzie robił swój firmowy sernik i przygotuje do pieczenia na obiad świąteczny karczek. A potem zostanie mu tylko usmażyć pstrągi i możemy jechać na wigilię :-)

I jak tak sobie podsumowałam to dochodzę do wniosku, że dobrze mi z tą matencją. Ona czuje się potrzebna i spełniona kulinarnie, rodzicielsko i w ogóle, a ja mam same korzyści. I dobrze mi z tym skarbem moim. Mój skrab czyli SZM, który lubi kucharzyć.
A ja w kwestii Świąt... zrobiłam wszelkie zakupy, oporządziłam wstępnie kuchnię i mieszkanie, ubrałam choinkę. A wczoraj zagoniłam dzieci do pomocy i posprzątaliśmy chałupkę, Młody poprasował co było do prasowania, ścięłam się z SZM, że nam nie pomaga (a dzisiaj widzę, że chyba jednak przesadziłam, ale mówi się trudno, było, minęło), bo robił sobie porządek w szufladzie z narzędziami, o co prosiłam już ze sto lat temu, to on akurat wczoraj musiał. Ale dobrze, że w końcu zrobił.
I tak to mamy już Święta...

Wszystkim Wam zaglądającym
do mojego kącika
życzę
zdrowia, spokoju, serdecznej rodzinnej atmosfery
i tej chwili niespokojnego oczekiwania
najpierw na pierwszą gwiazdkę,
a potem na to, co znajdzie się dla Was pod drzewkiem.
Cieszcie się tymi Świętami,
czerpcie z nich radość
i... po prostu odpoczywajcie!

                     Anonimka
poniedziałek, 19 grudnia 2011
zapytał mnie SZM. Co bym chciała czy co chcę, bo to jest delikatna ale jakże istotna różnica :-)
Przyznam, że mam kłopot z wymyśleniem.
No to lecimy z tym koksem, raz, dwa i trzy:
  • duże podręczne dwustronne lusterko
    (Mała kupiła mi takie, ale małe niestety, więc muszę się ucieszyć i troszkę odczekać nim kupię duże)
  • weekend w SPA
  • wizytę u kosmetyczki; jakieś oczyszczanie, nawożenie też :-)
  • botki na lekkim obcasie (wiem, butów w prezencie się nie daje)
  • nowy portfel (bo ten co mam jest bardzo fajny, ale czarny, a właśnie się dowiedziałam, że z czarnego kasa ucieka :-) )
  • nową torebkę (nie wiem jaką konkretnie, ale mam ochotę na nową, wiadomo że musi być duża :-) )
  • puchaty szlafrok (z takiej mięciusiej frotki)
  • cień jasny beż (metalizowany do rozjaśniania mojego podkrążonego oka jednego i drugiego też :-) )
  • róż w odpowiednim odcieniu (odpowiednim to brzmi dobrze, prawda?)
  • ładną elegancką białą bluzkę (żaden konkret, coś co wpadnie mi w oko i przyda się na każdą okazję)
  • aparat fotograficzny (tak, tak!)
  • wycieczkę do Paryża, Budapesztu (ale pojechałam po bandzie, co?)
  • małe autko (nowsze niż ta moja/nasza stara Honda)
  • okulary korekcyjne (wiem, że to nie powinien być prezent, ale zawsze mi szkoda kasy na nowe, bo te sprzed lat są jeszcze dobre, a używam ich tylko do przejścia z łazienki do łóżka)
  • bielizna (pod tytułem ładny stanik, czarny, bo ja kocham czarne staniki)
  • nowa wyremontowana kuchnia (to już przesada, ale chciałabym)
  • ???
  • ...
A tymczasem zbieram dupcię sprzed monitorka i lecę do fryzjera poprawić to co tamten spieprzył, a może raczej zrobić coś żeby było widać, że w ogóle byłam u fryzjera, bo po działaniu tamtej pani niewiele było widać, ale biorąc pod uwagę sytuację niezadowolonej zapłakanej Małej to chyba nawet pozytywnie dla mnie. No to lecę a Wy trzymajcie kciuki, proszę!

- - - - -
godz. 19.46
No już po. Byłam, wróciłam. Żyję. Póki co jest OK, ale jak zwykle zaraz po powrocie musiałam włożyć głowę pod kran, zmyć wszystko i teraz czekam aż wyschną. Zawsze bawi mnie staranie  fryzjerek z suszeniem, układaniem, zawsze mówię nie trzeba, a one na to, oj trzeba, trzeba, tylko troszkę. A dziś się pani nastarała, nakropiła, nawcierała wszelkich specyfików, cudów-wianków, a ja tak po prostu łeb pod kran :-)

I wyliczanki mojej ciąg dalszy:
  • bilety na Stinga (chciałaby dusza do raju, ale budżet i sumienie nie pozwala, a bilety dwa, bo sama bym przecież nie pojechała :-) )
  • wycieczka do Warszawy (ze szczególną uwagą na Muzeum Techniki i Powstania Warszawskiego)
  • fajna czapka i szalik (w dowolnym białym kolorze :-) )
  • sportowa kurtka zimowa (z odpinanym polarem)
  • ładne czarne szpileczki (znowu buty...)
  • mały podręczny telewizor do kuchni (ale znowu nie taki zbyt mały :-) )
  • ...

cdnpn
(czyli ciąg dalszy na pewno nastąpi :-) )


A Wy jakie macie zachciewajki?





niedziela, 18 grudnia 2011
Najpierw codzienne życie:

Nie wyobrażam sobie życia bez szybkowara, zginęłabym bez niego :-) Machnęłam dzisiaj szybki obiad mimo tego, że zwlokłam się z łóżka baaardzo późno. A wszystko przez to, że zasiedziałam się przy necie, zaczytałam się i pognałam myślami już daleko hen tam gdzieś.
Pojechaliśmy do marketu, byłam w głębokim szoku, bo to SZM wołał żeby jechać. No to pojechaliśmy i jestem bardzo zadowolona, bo kupiliśmy Małej kurtkę zimową. Kurtka się podoba bardzo, zostanie dołożona do reszty prezentów pod choiną.

Potem jak zwykle czyli o matencji:

Uniknęliśmy wizyty moich rodziców. Wiem, to brzmi okropnie. Powinnam się cieszyć, a przynajmniej nie pisać, że udało nam się że nie przyjechali. Mieli przyjechać na chwilkę. Tak mówiła matencja. I wiem, że na pewno nie siedzieliby długo, nie sa kłopotliwymi gośćmi; nigdy nic nie chcą i szybko znikają. Jak powiada tatencjusz gość jest dobry rzadko i krótko :-)
Przerasta nas jednak gęstość atmosfery podczas tej wizyty, poziom iskrzenia między nimi, nasycenie jadem i toksynami, które biją od matencji w stronę tatencjusza. Do tego nasze nerwowe wyczekiwanie kiedy i co powie matencja. Zastanawianie się jaki podjąć temat żeby nie wpaść na pole minowe. A prawie każdy temat jest powodem do tego by mogła mu wytknąć nieudolność, złośliwość i całą masę innych rzeczy. Bo naszą obecnośc traktuje jako bufor dla niej, by mogła mu bezkarnie wytykać, a z naszej strony oczekuje poparcia, poklasku i tak zwanego bycia po jej stronie. Bo przecież to ona jest ta poszkodowana, to on jej życie zepsuł, zrujnował, zszargał nerwy itp.

i na koniec trochę psychoanalizy:

Boże, nie chcę żeby moje dzieci traktowały mnie jak zło konieczne, nie chcę być taka jak moja mama. Dlaczego ta kobieta nie zdaje sobie sprawy z tego że nam wszystkim zatruwa życie. Nawet wnuki to widzą. Wiedzą, że dziadek święty nie jest, że rzadko się odzywa, ale jak coś powie to w pięty idzie, ale widzą, że babcia gada jak nakręcona i że najczęściej to ona się czepia, albo nie odpuszcza.
Może nie jestem obiektywna, może nie potrafię wczuć się w jej sytuację, może powinnam być bardziej empatyczna, serdeczna, sama nie wiem. I źle mi z tym.
Mam wrażenie, że matencja nie powinna obarczać swoimi małżeńskimi, rodzinnymi problemami całej rodziny. Ale z tego co widzę nikt z nas nie ma odwagi jej tego powiedzieć. I nie wiem nawet czy nie za późno już na to. Przecież nie oczekuję, że cokolwiek w tej kwestii się zmieni.
Lękiem napawa mnie myśl, że od stycznia matencja zmienia abonament telefoniczny i nie będzie miała już absolutnie żadnego limitu rozmów. Teraz już terroryzuje nas telefonami, a co będzie potem? Chyba sprawię sobie identyfikator numeru dzwoniącego...
Coś w tej mojej rodzinie, domu rodzinnym znaczy się, domu z którego wyszłam, coś tam musiało być nie-halo, bo w kwestii Świąt pierwsze skojarzenie jakie mam to: matencja, która w blasku choinki siedzi, słucha kolęd z magnetofonu i płacze. Płacze, bo wspomina swoje święta jak była młoda. Zawsze mówiła to w taki sposób, że wiadomo było, że tamte święta były lepsze, i że jej samej wtedy było lepiej. Nie kojarzę tych świąt z radością, z rodzinnym świętowaniem, z byciem razem. Kojarzę je z tym, że tatencjusza nie ma (zawsze sam był sobie sterem i okrętem, więc pracował kiedy chciał i kiedy było mu wygodnie), a ona siedzi, słucha i płacze. Bardzo możliwe, że nie było to tak często jak mi się wydaje, ale zapamiętałam to bardzo mocno jak widać. Ciekawe czy moje rodzeństwo również...
Trauma chyba, co?

Nasza choinka już stoi i świeci:-)
Najbardziej lubię jej blask przed Świętami, naprawdę mam wrażenie, że świeci jaśniej i radośniej niż po Świętach. Może dlatego, że wczesny blask sugeruje, że u nas już świątecznie, już blisko, jeszcze tylko troszkę i będzie świątecznie, a może już jest świątecznie, natomiast po Świętach nie ma już tej magii oczekiwania. Po Świętach to ja właściwie wyczekuję momentu kiedy w końcu będzie można ją schować. Ja bym chowała zaraz po Nowym Roku, ale rodzina protestuje.
Stroiłam sama, osobiście i własnoręcznie. Chętnych do pomocy jakoś nie było, a ja powoli, nieśpiesznie, celebrowałam sobie tę czynność. Przyszedł ten czas kiedy mogę wybierać które bombki zawieszę, a których nie chcę w tym roku. Zawsze mieliśmy deficyt ozdób choinkowych, ale z biegiem lat w końcu mamy zapas bombek. Mamy w miarę porządną choinkę i całkiem sporo bombek (które nie są "w spadku", a zostały zakupione) i całe mnóstwo światełek. Już drugi rok mamy 500 lampek (3 komplety po 100 i jeden na 200 światełek)! Aż żałuję, że nie mam fotki :-)
W kącie pokoju od kilku już dni stoją zapakowane prezenty i tak sukcesywnie dokładam to, co dokupię. Portfel dla matencji zakupiony, a grosik włożony [dzięki za przypomnienie!]. Jeszcze teściowa.

Jak co roku przy Świętach czuję dyskomfort z powodu Młodego. Zastanawiam się czy stanie na wysokości zadania i pomyśli o nas, o jakichś drobiazgach dla nas.
Mała ma już zakupione upominki, wiem, bo widziałam schowane w biurku. Sama jej podpowiadałam co kupić chłopakom, bo nie miała pomysłu :-)
A co do Młodego nie zdziwiłabym się gdyby się okazało, że po prostu echo, znaczy zero pomyślunku. W zeszłym roku chyba coś-tam mu mówiłam na ten temat. Jednak w tym roku uznałam, że za stary jest na przypominajki.

Jakaś taka rozmemłana ta sobota była. Bez sprzątania, bo jakoś tak wyszło. Z wyjazdem na zakupy do centrum handlowego, późnym obiadem. I trochę filmowa...
Dokańczaliśmy oglądanie "Piekielnej zemsty" i potem siłą rozpędu jeszcze cały "Czerwona planeta". Nie zachwyciły mnie. Nicholas Cage jest dla mnie pewnego rodzaju gwarantem, że film będzie fajny, ale tym razem jakoś ta "Piekielna zemsta" nie przypadła mi chyba do gustu. A "Czerwona planeta" przewidywalna do bólu, przynajmniej dla mnie.
Za to "Jak zostać królem" - rewelacja, bardzo fajnie się oglądało, z przyjemnością, że tak powiem.
I jeszcze "Kac Vegas 2". Nie lubię komedii, nie jestem ich miłośnikiem, ale przyznam, że z zainteresowaniem oglądałam, żeby zobaczyć co jeszcze mogli wymyślić :-)



czwartek, 15 grudnia 2011
Nie obyło się bez wizyty u fryzjerki. Odstąpiłam Małej swój termin, bo nie dało rady. Rano ja użyłam na jej włosach prostownicy i to co zobaczyłam nie było fajne, bo krzywo po prostu były ścięte, więc nie miałam już żadnych dylematów.Doprawdy jestem w szoku jak można tak krzywo i sama na siebie zła, że coś mnie podkusiło. Powinnam sobie napisać na lodówce wielkimi literami Nigdy więcej!
Teraz mamy na głowie pięknie wystylizowaną, wycieniowaną bombkę :-) A ja dopiero w przyszłym tygodniu, bo tak na już to nie ma siły dostać się do tej Naszej Prawdziwej Pani Fryzjerki.

Poczytałam o wyroku w sprawie brutalnego zabójstwa, o którym kiedyś czytałam. Wczytałam się w szczegóły i przypomniałam sobie perypetie Młodego, jego postawę obywatelską i związane z nią konsekwencje. ...tu nie chodziło o narkotyki, ale i tak serce mi zamarło. Nawet nie próbuję myśleć co czuje tamta matka.


środa, 14 grudnia 2011
Cały dzień miałam do duszy, bo Mała zaczęła dzień od pytania czy może nie iść do szkoły, bo te włosy to koszmar. Przyjmując swoja strategię odpowiedziałam, że może zostać, ale tylko dzisiaj. A Mała mi odpisuje, że jednak pójdzie, bo potem będzie miała wyrzuty sumienia. W głębi duszy na taką właśnie odpowiedź liczyłam :-)))
Powiedziałam jej tylko, żeby nie robiła dramatów, bo wszyscy będą biegali oglądać jak wygląda ta Mała, która jest niezadowolona z fryzury. Jak wróciła ze szkoły to sama się zdziwiłam, bo nie wiem czy moja wyobraźnia podsuwała mi takie tragiczne obrazy, czy może włosy już się ułożyły jak trzeba, faktem jest, że nie wyglądała źle. Było nawet OK. Użyła rano prostownicy, założyła efektowne kolczyki i efekt wyszedł całkiem fajny. Jednakże wskazane jest użycie prostownicy, żeby podkreślić efekt prostego cięcia. Bo samo cięcie jest proste, ascetyczne wręcz bez żadnego, absolutnie żadnego stopniowania. Mała ma teraz długość włosów równą dokładnie do brody, ledwo co czyli prawie nic wystaje zza ucha jak za nie założy włosy. I całość przycięta równiutko, prosto; plus lekko skośna skromna grzywka. Włosów jest mało, są proste, więc leżą tuż przy głowie, a użycie prostownicy poprawia efekt wizualny. I te kolczyki widoczne spod tych włosów poprawiają wizerunek. Naprawdę mi się spodobało, wygląda tak nowocześnie, czadowo. Mam wrażenie, że sama zobaczyła, że nie jest aż tak źle. Rano była mowa o pójściu do innego fryzjera, żeby coś naprawił, ale doradziłam spokój, opanowanie i przeczekanie. Trochę mi lżej na duszy, ale nauczkę mam na przyszłość wielgachną. Jak mawia matencja "tanie mięso psy jedzą", co teraz już chyba nie ma przełożenia na praktykę, ale kiedyś to święta prawda była. Już nie będę oszczędzać na głowie.
Na jutro mam zamówioną wizytę dla siebie, zamawiałam ją jeszcze grubo wcześniej niż dowiedziałam się, że trafię tam gdzie trafiłam wczoraj i jeszcze dziś rano miałam ją odwoływać, ale teraz dochodzę do wniosku, że jednak spróbuję, niech pogłaszcze mi włosy specjalista z prawdziwego zdarzenia, bo teraz to oprócz tego, że zmniejszyły mi się gabaryty (wcześniej miałam "łeb jak sklep") to wizyty u fryzjera nie widać. W każdym razie w pracy nie zauważył nikt :-)
Za chwilę jadę do matencji, bo już obiecałam jej wczoraj.
SZM obiecywał umyć okno w kuchni, ale jak wraca z pracy to już ciemno jest więc mycia zdecydowanie nie ma, a ja dziś rach-ciach wzięłam i umyłam i w końcu powiesiłam firany w pozostałych oknach. Teraz jeszcze tylko choinka, kulinaria i Święta mogą przyjść. A no i kupić jeszcze upominki dla matencji i teściowej. Brak mi pomysłów.

 
1 , 2