na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Kochani!

Najlepszego wszystkiego,
a przede wszystkim zdrowia
Wam życzę w tym Nowym Roku.
Ma pełne prawo być lepszy,
ale niech nie będzie gorszy
niż ten rok, który za moment się skończy!

                                   Anonimka

niedziela, 30 grudnia 2012
Święta były się skończyły, ale lenistwo świąteczne trwało, trwało i trwało.
Wstyd przyznać, ale czas spędzałam na kanapie tylko i wyłącznie. Z przerwą na jedzenie. A raczej z licznymi przerwami jedzeniowymi :-)
Od Nowego Roku, a konkretnie od 2 stycznia zakładam sobie szlaban na słodycze, bo jeszcze trochę i w drzwi się nie zmieszczę, ale póki co korzystam ile wlezie, a co mi tam, w końcu raz się żyje! :-)
I tak to...
Naoglądałam się wielu filmów, mam w kompie taką swoją listę filmów, które chcę obejrzeć (nowelizowaną stale) i co jakiś czas SZM przygotuje mi coś-tam do oglądania, ale zanim nadejdzie moment kiedy siądę i obejrzę to minie sto lat, bo TV jest zazwyczaj okupowany przez SZM, a jego raczej nudzą filmy, które ja oglądam. On lubi jak się dużo dzieje, jak się krew leje, jak strzelają i się naparzają:) (rym przypadkowy)
I właśnie w tym międzyczasie świątecznym udało mi się dopchac do TV obejrzałam:
Wszystko, co kocham - oglądałam z przyjemnością, ale od czasu do czasu na przyspieszonych obrotach, bo momentami z lekka rozlazły był. Przyjemnie mi było oglądać scenografię, bo pamiętam te czasy. Młodsza chyba wtedy byłam niż bohaterowie filmu, ale fajnie było przenieść się w czasie...
Medium - bardzo fajny film. Oglądałam nie wiedząc czego się spodziewać, czy to horror (ale ja przecież nie lubię horrorów), czy dramat, bo nie pamiętałam dlaczego chciałam go obejrzeć. Ale naprawdę mi się podobał. A jak potem na samiuśkim końcu jak przeczytałam tak zwaną listę płac to już wiedziałam dlaczego warto było oglądać -  Reżyseria: Clint E. :-)
Jack jakiego nie znacie - też dobre kino, trudny temat i wspaniały Al P. Poza tym filmy oparte na faktach ogląda się zupełnie inaczej. Ja tak mam, bardziej je chyba przeżywam, bardziej do mnie przemawia myśl, że tak było naprawdę.
I obejrzałam jeszcze całe mnóstwo różnych filmów w telewizorni. Różne takie tam świąteczne barachło i inne lekkie, łatwe i przyjemne.
A wczoraj z przyjemnością w środku nocy zaoglądałam się w Szczęśliwego Nowego Jorku. Ja to już kiedyś widziałam i wtedy mi się nie podobało wcale. A teraz, teraz jestem starsza, dojrzalsza, mądrzejsza i podobał mi się baaardzo. Odczytałam go jak przesłanie, wynalazłam sobie analizę ówczesnego społeczeństwa i takie tam różne mądre i poważne rzeczy. A do tego dobra obsada.
Oprócz oglądania filmów trochę też poczytałam. Tę książkę - bo też lubię czytać o tym co się działo naprawdę  :-)
A wczorajszy dzień przedziubałam z drutami w rękach. Dziubałam i dziubałam, a dzisiaj w kościele doszłam do wniosku, że w zasadzie to co już wydziubane i prawie-że-skończone już mi się nie podoba. Ale co se podziubałam to moje :-)

*
Mała zaliczyła pierwsze wyjście do kina z kolegą. Z tym, o którym tyle opowiada.
Fajne jest to, że nie robi za nim maślanych oczu, tylko podaje argumenty dlaczego i za co go lubi. Może dlatego, że podobno to tylko kolega :-)
Nawet gdyby tak było faktycznie to i tak fajnie, że ma takie relacje z płcią przeciwną.

*
Młody przegina lekko pałę imprezową, ale już zapowiedziałam, że od stycznia układy się zmieniają i skoro on nie potrafi zapanować nad swoją słabą silną wolą to ja mu pomogę.
Sesja w niedalekiej przyszłości, zaległy egzamin (o którym SZM nie ma pojęcia) i praca licencjacka w tle to są konkretne argumenty nie do przebicia.
Już sama nie wiem czy on kiedyś znajdzie jakąś dziewoję. Ale Boże mój, gdzie on by ją miał znaleźć - w klubie, dyskotece, knajpie? Jak na rodzica przystało wyobrażam sobie, że najlepsze miejsce do poznania to biblioteka uczelniana, albo korytarz uczelni :-)))
I czy ktoś może mi powiedzieć, potwierdzić, że teraz takie czasy, że się młodzież po domach nie odwiedza, że tylko po knajpach, lokalach się widują? Bo do Młodego do domu nie przychodzi nikt. I już sama go pytałam czy on się może wstydzi nas, domu, sama nie wiem czego... A on twierdzi to, co napisałam powyżej...
I nie wiem czy ja takie stare pokolenie jestem, czy z niego takie dziwadło, bo może chce być taki cool, trendy i taki pozer z niego, a może po prostu nie ma kolegów, takich z prawdziwego zdarzenia. I boję się, że tak właśnie jest...
Bo ten mój syn to jest jednak lekkie dziwadło i sama nie wiem czy chciałabym mieć takiego kolegę jak on.

Martwię się po prostu.

*
SZM - denerwuje się zapowiadanymi zmianami w firmie. Mają być ostre cięcia, roszady, wręcz rewolucja i wcale się nie dziwię, że się denerwuje, bo ja też jak tylko pomyślę, to skóra mi cierpnie. I tylko ta sytuacja jest go w stanie usprawiedliwić.
Bo proszę go już wprost, żeby się za siebie wziął i zaczął cokolwiek robić, żeby zrzucić przynajmniej z 10 kg. Ze względów i estetycznych i zdrowotnych przede wszystkim. A on jak swoja mamuśka, narzeka, planuje i tylko gada co to on nie zrobi, a potem wpycha w siebie jedzenie i leży na kanapie wysługując się wszystkimi wokół (Mała, podaj mi to, Młody przynieś tamto), żeby tylko nie musieć spalić pięciu kalorii.
Bo widzę, że brzucho duże jest i mieści już nie jedno piwo, nie tylko dwa, ale nawet i trzy. I nie chcę tego, bo lampka czerwona mi się zapala to raz, ze względów finansowych to dwa, a ze względu na jego wagę to trzy.
Stres pracowy jest dużym stresem, ale w głębi duszy wiem, że on taki po prostu jest. Nie będę go tu szczegółowo analizować, bo wyhoduję w sobie tylko większą niechęć, a nie o to przecież mi chodzi. Poza tym nie przesadzajmy, SZM ma też zalety. No jakieś na pewno, ale póki co ciężko mi o nich pamiętać, bo te wady przeszkadzaja mi teraz bardziej :-(
Już mu powiedziałam, że jak rozmawia z Młodym to przybiera ton pierdząco-upierdliwego marudy. A on mi na to, że w naszej rodzinie ktoś musi być tym złym skoro ja chcę być taka cool. I dyskutuj tu z takim...
A ja po prostu nie chcę wchodzić w rolę upierdliwego rodzica, z którym się walczy. Chcę by to moje duże (małe zresztą też) dziecko wiedziało, że moje zakazy nie wynikają ze złośliwości, tylko z troski. Boję się, że jak zaczniemy walkę to stracimy kontakt, a nie to chodzi przecież. I nie chcę od razu walczyć, chcę rozmawiać. I jak słyszę, że SZM w tyradzie swojej rzuca argumentem pod tytułem jak się nie podoba to się wyprowadź, to mam ochotę go strzelić ścierą przez ten głupi łeb. Bo na mnie taki tekst podziałałby jak płachta na byka.
A on potem jest cały w pretensjach, że ja go nie popieram... I tak to walczymy ze sobą...
Niejednokrotnie już myślałam sobie, że gdybym kiedyś dawno temu wiedziała jakim on będzie ojcem/rodzicem to może i bym się zawahała wcześniej...
Ironią jest to, że to jest póki co (bagatelka - 21 lat) tak naprawdę chyba jedyny punkt zapalny, który mnie w nim tak bardzo drażni. Relacje SZM - Młody.
Aż się boję co będzie jak dorośnie Mała.

*
Sylwester nasz już zaplanowany, ustalony. U znajomych, siedzący, statyczny, stateczny. Bez rewelacji i wodotrysków. Młody w pracy, a Mała u koleżusi.
Zrobiłam już dzisiaj masę ciasta; masę czyli dużo bo dla nas w gości, dla nas do domu i dla Małej do koleżusi.
Jutro jeszcze tylko przygotuję obiecane crumble czyli nasz paryski deser, wskoczę w jakąś szykowną kreację i rok się skończy.
Podsumowań póki co nie będzie ;-)

*
...a jutro - do pracy, rodacy!


czwartek, 27 grudnia 2012
Zaoglądałam się serialowo i ani się obejrzałam a tu świta panie dziejku...

Święta, święta i po świętach... rzec by można.
Wigilia przeszła gładko, bez sensacji, rewelacji i fajerwerków. Teściowa drażni mnie samą swoją obecnością, a teksty rzuca takie, że szlag mój własny osobisty mnie trafia, ale odpuszczam jej, bo nie warto strzępić języka, drażnić nerwów i psuć nastroju. Dorosłam :-) Jestem ponad to.
Zdecydowaliśmy się na wigilię w domu odrzucając zaproszenie mojego rodzeństwa, ze względu na teściową, bo SZM chciał spędzić Święta ze swoją mamą. A ta jego mama zebrała się do domu ekspressowo wręcz. W myśl zasady, zjeść co zjeść, zebrać prezenty i komu w drogę temu czas. Nawet nie doczekali do zmiany dekoracji z potraw wigilijnych na słodkie. Ich strata.
I jak przystało na wigilię u nas w domu - wspólnego kolędowania nie było. Ale udało mi się przewalczyć telewizor i kolędy leciały z radia. Mimo wyraźnej sugestii teściostwa w stronę TV. Mój dom, moje zasady.
Boże Narodzenie - u moich rodziców, tam spotkaliśmy się z rodzeństwem. Bez jakiegoś zachwytu, ot jak to wizyta. Zabrałam aparat ale nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Zauważyłam, że jak nam dzieci podrosły to już nie pstrykamy tylu fotek i chciałam to nadrobić. I porobić pamiątkowe fotki dla nas, z rodzicami, takie wspólne. I zapomniałam.
A dzisiaj najpierw totalne lenistwo, potem szybki, błyskawiczny wręcz, wypad do rodziców, ale jak się okazało rozminęliśmy się z zagramaniczną rodzinką, z którą to chcieliśmy się spotkać. Więc pod pretekstem umówionego spotkania czmychnęliśmy do domu, gdzie uskutecznialiśmy lenistwa ciąg dalszy.
Straszne jest to, że człowiek musi kłamać i wymyślać. Prościej jest powiedzieć matencji, że jesteśmy gdzieś umówieni, zaproszeni, aniżeli powiedzieć, że po prostu chcemy już iść do domu. A nie daj Boże żeby się dowiedziała, że jutro mamy wolne, a przecież mamy, wtedy to już umarł w butach i robi się mało przyjemnie i niedyplomatycznie. Bo dlaczego już idziemy skoro nie musimy?
środa, 26 grudnia 2012
refleksje pracowe
...tyle myślę na ten temat, że w końcu muszę to przerzucić do bloga...

Minusem mojej przesiadki pracowej jest fakt, że mam wrażenie, że pracy mam o wiele więcej niż przedtem. Papier/dokument to do siebie ma, że jak go nie zrobisz, nie opracujesz to go nie ma, więc zaległości i niedoróbki zawsze będą czekac. Poza tym terminy obowiązują. Inna sprawa, że rzeczy nowe są bardziej czasochłonne i absorbujące.
Wiele myślę ostatnio na temat tej mojej przesiadki... Nic się nie odzywam, nie komentuję, ale myślę tak że czacha mi dymi i paruje.
Bo czuję przezskórnie, że termin ewidentnej przesiadki będzie jednak dosyć odległy, bo szefostwo na ostre cięcie mimo zapowiedzi wcześniejszej się jednak raczej nie zdecyduje. I to mi chyba bardziej pasuje, mimo wszystko...
Bo - po pierwsze będę mieć więcej czasu na ogarnięcie tematu, a jakiś czas temu pogoniona przez szefostwo N_C_K wzięła się faktycznie do roboty i umożliwiła mi rzetelną pracę i przyswajanie nowych wątków.
Bo - po drugie im dłużej będę razem z nią tym chyba lepiej dla mnie, bo więcej doświadczenia pod parasolem ochronnym zdobędę.
Bo - po trzecie nie będę postrzegana przez ogół firmowy jako ta, która wygryzła N_C_K, a tylko zastąpiła ją zgodnie z upływem czasu.
Minus pierwszy - jest taki, że samodzielne stanowisko póki co raczej odległe i kasiora za tę pracę też. A pracuję rzetelnie i to raczej więcej i rzetelniej niż N_C_K, bo przecież chcę ogarnąć cały temat i zrobić porządek tam gdzie trzeba (a trzeba w wielu miejscach...).
Drugi minus - to fakt, że z dotychczasową ekipą coraz mniej nam po drodze. Bo i czasu mniej i tematów jakby. Bo muszę trzymać język za zębami, bo tajemnica służbowa mnie w pewnych kwestiach obowiązuje, a oni taktownie nie dopytują. I sama widzę jak się oddalamy, bo coraz mniej czasu razem. Kiedyś ktoś to pięknie określił mianem "samotność na górze"...
Trzeci minus - to konieczność dostosowania się do terminów, konkretny charakter zajęcia, a w tym przypadku koniec roku to nie jest czas na zabawę, niestety. Póki co traktuję ten czas jeszcze lightowo, bo wszystko firmuje N_C_K i to ona za to bierze kasę, ale po ostatecznej przesiadce to się zmieni.
I przerażenie mnie ogarnia, gdy okazuje się, że jeszcze czegoś nie kumam jak trzeba, i zwątpienie w samą siebie też, i pytanie "na co mi to było?". Tylko na wycofanie się jakby za późno nieco już jest.
I samą siebie przekonuję, że trzeba do przodu, że warto, że będzie dobrze...
...ale ile mnie to kosztuje tylko ja wiem, bo nikomu ani słowem na ten temat się nie zająknęłam.
No to wywaliłam co mi na wątrobie leży...




niedziela, 23 grudnia 2012
No i ani się człowiek obejrzał a tu Święta za plecami. :-)
Być może z lenistwa mojego osobistego, być może tak po prostu wyszło, ale na pewno nie z czystej taktyki i rozsądku, wyszło na to, że w tym roku w przygotowaniach do Świąt brała czynny udział cała nasza rodzina.
Najpierw w porządkach, potem w prasowaniu, bo pranie to jednak moja działka, a wczoraj w porządkach ostatecznych i ubieraniu choinki. Jedynie zakupy robiłam sama, ale dźwiganie ich z auta do domu było już wspólne :-)
I prezenty udało mi się w tym roku wcześniej zorganizować i jakoś aż mi tak dziwnie, że nie biegałam z szaleństwem w oku po sklepach...
Kulinarnie jesteśmy prawie gotowi.
I jest gites!
Jutro niestety musimy do pracy, ale oboje liczymy na to, że puszczą nas do domu wcześniej :-)

Wszystkim zaglądającym do mojego zakątka życzę:

Kochani!
 
Zdrowych, pogodnych, radosnych,
spędzonych
w serdecznej rodzinnej atmosferze
Świąt
i
obyście pod choinką znaleźli
swoje wymarzone prezenty

                           Anonimka


= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =
poniedziałek 24.12.2012  godz.01.56

Nie byłabym sobą gdybym nie posiedziała nieco dłużej. Taka ze mnie sowa. Pozaglądałam tu i tam, poczytałam co u Was słychac, pouzupełniałam zaległości... a wszystko pod pretekstem przygotowania karpiowych łusek :-)
A'propos jakie tradycje/zwyczaje/zabobony wigilijne kultywujecie?
U nas:
- pod obrusem sianko tradycyjne,
- pod talerzem indywidualnie kasa czyli pieniądz żywy, a najlepiej papierowy, który koniecznie musi zostać niewydany do kolejnej wigilii
- gdzieś w domu jemioła, w myśl zasady, że "bez jemioły cały rok jest goły"
- dla każdego przygotowana (ładnie oklejona taśmą klejącą, albo zapakowana w maleńki papierek) łuska karpia, którą nosi się potem w portfelu przez caluteńki rok co by kasa zawsze była :-)
- podobno ważną sprawą jest kto pierwszy przekroczy próg domu, powinien to być mężczyzna, bo to na szczęście :-)

...zaraz, zaraz, czy ja rok temu o tym już nie pisałam?
a jednak tak.

Jak się człowiek na blogowisku powtarza, to chyba już mega źle z nim jest. :-(((

Dobranoc, a może dzień dobry?



czwartek, 20 grudnia 2012
Jestem kompletnie nieprzygotowana do końca świata...

wtorek, 18 grudnia 2012
Gdyby nie spięcie najpierw na linii SZM - Młody a potem SZM - ja, to właściwie można by rzec, że popołudnie było udane.
Jak zwykle SZM czepia się Młodego, o bzdetę, bzdurę, a ode mnie wymaga żebym go popierała. Przyjęłam już politykę nieodzywania się, ale to też go drażni, bo nie czuje we mnie oparcia. I nie będzie go czuł, bo szlag mnie jasny trafia kiedy słysze jak się piekli. On sobie nawet nie zdaje sprawy z tego jaki przybiera ton. Zawsze jest wszystkowiedzący, mentorski podszyty agresją na zasadzie ja i tak wiem lepiej a ty mi nie podskoczysz. Może ja przesadzam, może jestem nadwrażliwa, ale jeżeli Młody mówi, że na wszelki wypadek nie mówi tego czy śmego, bo wie że tata się będzie czepiał, to chyba coś jest na rzeczy. A SZM oczywiście jest głuchy, ślepy i oczywiście wie lepiej. Nie przemawia do niego żaden argument, bo on swoje wie.

I boleję nad tym bardzo i sama nie wiem czy walczyć jak lwica o małe, czy odpuścić. Czy może ja faktycznie jestem przewrażliwiona...

Szkic sytuacyjny z dzisiaj:
Młody odebrał swoja komórkę, dzwonił jakiś znajomy, którego numeru nie miał zapisanego i który musiał mu się przypomnieć kim jest. Ma dla niego jakąś propozycję biznesu, interesu. Nie wiadomo o co chodzi. Młody umówił się na spotkanie. Chyba, bo już sama nie wiem.
SZM naskoczył na Młodego tak jakby już właśnie zdeklarował się na wspólne nie-wiadomo-co. ...a co się nagadał to jego. I wszystko byłoby OK, bo przesłanie było logiczne i rzeczowe i miał rację, ale sposób przekazu był karygodny. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam, że Młody tylko odebrał telefon, a on tak po nim jeździ jakby już się zdeklarował.
A potem jak Młody wyszedł z pokoju to oczywiście usłyszałam od SZM, że jak zwykle on na mnie nie może liczyć, i że on już więcej więcej się nie odezwie, nie zabierze stanowiska, nie będzie się interesował itp., ale ten tekst już na mnie nie działa, bo SZM zawsze tak gdera. No to się wkurzyłam i powiedziałam: postaw kropkę i się faktycznie już nie odzywaj.

Za każdym razem spalam się wewnętrznie, bo mam najszczerszą ochotę wywalić mu od razu przy Młodym kawę na ławę jak to SZM się beznadziejnie zachowuje i w ogóle że mam wrażenie, że traktuje swojego syna jak zło konieczne i nie wiem czy wynika to z zazdrości (nie wiadomo o co, a może o lepszy start), czy z braku sympatii do niego.
Dusze temat w sobie, a potem odpuszczam, bo wiem, że znowu się pokłócimy. Usłyszę, że jestem nad wyraz mądra, a czasem przemądrzała...
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Wczoraj miałam zamiar się jeszcze troszkę rozpisać, ale pora późna była i SZM się przebudził i jeszcze dopytywał dlaczego nie śpię o tej porze, więc dałam se luzu :-)
Porządki w fazie końcowej. Nie mamy jeszcze choinki, a dla mnie jej obecność jest wyznacznikiem odległości do Świąt. Choinkę ubierzemy pod koniec tego tygodnia, najpewniej w sobotę. Póki co jeszcze prasowanie czeka, mało, bo mało, ale zawsze coś. I jeszcze pranie do wieszania. Czasem mam wrażenie, że my nic innego nie robimy tylko brudzimy i pierzemy:-)

Czy ja już Wam pisałam, że prawdziwą pamiątką, którą sobie przywieźliśmy z wycieczki do P. jest przepis na deser?
Polecony przez francuską kelnerkę, która zapewniała, że to będzie delicious, deser, który my na nasze potrzeby nazwaliśmy paryską szarlotką, a jak pogrzebałam w necie to się okazało, że nazywa się to crumble i może być nie tylko z jabłkami.
Deser był wyśmienity, smakował wybornie, od czasu wycieczki do P. robiłam go już wielokrotnie, stopniowo udoskonalając. Polecam, bo warto. Mój przepis jest TAM.
I przy okazji wrzucania przepisu na deser wrzuciłam tam też przepis na kultowy placek mojej mamy, bez którego Święta Bożego Narodzenia w mojej rodzinie po prostu nie istnieją. Proszę Państwa - ta-daaam! - placek z kremem.

Wszelkie serwisowe prace i naprawy mojego auta w związku z incydentem parkingowym zostały już zakończone. Od weekendu jeżdżę już własnym samochodem i tęsknię...
Do hamulca, który łapie od razu i auto staje dęba w miejscu (a moje dopiero jak głębiej depnę).
Do jasnych reflektorów, takich naprawdę świetlistych (bo moje takie nie są).
Do wysokiego siedziska kierowcy (mam nisko zawieszone auto, więc wiecie-rozumiecie...).
Do takiej fajnej, grubej, dobrej do trzymania kierownicy (no comments)
Do zrywu jaki ma auto rocznik 2012 (bo mój rocznik 1999 już nie jest taki wyrywny).
Do sprawnego zamka centralnego (bo ja mimo centralnego i tak w kółko muszę obejść auto, bo mi nie łapie tu i tam).
Do samopodnoszącej się klapy bagażnika (wow!).
Do ładnej, kolorowej i jasnej deski rozdzielczej (!).
Do nowego...
Ech...
Krzywdę mi zrobili, a nie przyjemność dając w użytkowanie takie auto. A nigdy na swoje nie narzekałam... :-)
Ale pomarzyć zawsze można, no nie...?


Takiego lenia jak w tym tygodniu to już daaawno nie miałam. W środę zaczęłam cokolwiek w kwestii porządków, okna, firany itp. natomiast finisz dopiero w sobotę się był odbył i cały ten majdan tak sobie stał i wołał o pomstę do nieba. Pod koniec tygodnia to już był dramat, a nie bałagan, bo też nie miałam wcale pędu do czegokolwiek i ten syf tylko narastał. Dopiero w sobotę zabrałam się do roboty, zaganiając rodzinkę do pomocy, każdy dostał swoją działkę do zrobienia i robotą nam się aż paliła...
środa, 12 grudnia 2012
Tak sobie piszę takie byle co bo mi żal nie umieścić wpisu przy takiej dacie, kiedy wszyscy wokół się zachwycają i jojczą nad niezwykłością daty i faktu, że do kolejnej tego typu bardzo daleko.
:-)))
*
Obejrzałam "Lekarzy" caluteńkich. Świetna bajka w kontekście tego co się w obecnej służbie zdrowia dzieje. Powienien to być obowiązkowy film edukacyjny, razem z "Na dobre i na złe" dla studentów medycyny. Niech się uczą jak podchodzić do pacjenta, do zawodu itp. Życie sobie, filmy sobie. Miło pooglądać. Wyobrazić sobie, że tak mogłoby być.
Teraz oglądam "Paradoks", ale jakoś mnie nie wciągnął więc po drodze w trakcie drugiego odcinka sobie klikam :-)
*
Święta blisko, coraz bliżej...Sprzątanie domowe w trakcie, jutro ciąg dalszy. Dzisiaj zrobiona kuchnia (wiele roboty nie było, he he!), wszystkie zdjęte firany czekają na pranie, a sterta suchego już prania na prasowanie.
Uszka i pierogi wszelkie przywiezione od matencji siedzą w zamrażarce.
Sprawione dzisiaj przez SZM ryby właśnie się zamrażają...
W kwestii prezentów powinnam cokolwiek dokupić dla teściowej, bo w świetle wszystkiego jej koszulka nocna cokolwiek skromnie wygląda. No i może coś dla dzieci jeszcze, bo jakiś taki niedosyt czuję ja, a nie wiem jak dzieci. :-)
*
Pracowo póki co raz z górki a raz pod górkę. Do bezbolesnego zwolnienia stanowiska przez N_C_K jeszcze całe mnóstwo czasu. I mój nos mi mówi, że tyle czasu potrwa moja przesiadka. Bo w mojej firmie radykalne cięcia stosuje się niezwykle rzadko. Więc póki co do przyswojenia wiedzy mam całe mnóstwo czasu. I nie będę się pchać przed orkiestrę. Póki co to N_C_K jest za wszystko odpowiedzialna, więc nie ma sensu żebym ciągnęła i usiłowała na gwałt robić porządki wszędzie. Muszę sobie tak poukładać, żeby w miarę bezboleśnie ponadrabiać zaległości i wyprowadzić cały ten bajzel na prostą. ale nie za wszelką cenę.
Szefostwo utrzymuje mnie w przekonaniu, że przesiadka oficjalna nastąpi zdecydowanie wczesniej, ale dopóki się to nie stanie nie biorę tego pod uwagę.
Rozważałam nawet czy w ogóle cała ta gra przesiadkowa jest warta świeczki, ale jak wyliczyłam na emeryturę przejdę dopiero w roku 2035 więc jakkolwiek by na to nie patrzeć chyba jednak warto się przemęczyć... :-)
*
Dramatu i niesprawiedliwości losu w najbliższym otoczeniu widzę ciąg dalszy. Najpierw diagnoza rakowa u współmałżonka. Potem zgon rodzica. Teraz kiepski stan drugiego rodzica. I do kompletu przerzuty w temacie tego raka u współmałżonka.
Jak znaleźć słowa pocieszenia...?
*
 
1 , 2