na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 30 grudnia 2013

...a dzisiaj jestem matką wkurzoną, żeby nie powiedzieć dosadniej.

I nie wiem czy nie dobre by były życzenia Iksińskiej. Bo ja rozumiem, że Młody zapycha, że może być zmęczony, ale do jasnej ciasnej jakieś obowiązki względem domu trzeba mieć. Tak, wiem, to nasz błąd, mój bład i to pewnie nie jeden.

Wracam z pracy. Mody dzisiaj zaczynał o 12 więc godzina jakby sensowna na to by się wyspać i jeszcze cokolwiek w domu ogarnąć. W pokoju łóżko zaścielone, ale zaścielone to chyba nadużycie słowne. Rozrzucona, wyrównana kołdra i na to pled. Poduszek nikt nie dotykał. Na podłodze wczorajsze ciuchy, bielizna, tak, tak bielizna(!). Fotel przy biurku zawalony ciuchami. Na biurku tez nie lepiej. Litwa do kompa o którą toczę boje non-stop (żeby wyłączał skoro nie ma go calutki dzień) oczywiście świeci się z daleka. W dużym pokoju ślady bytności, a jakże, a w kuchni jeszcze jak cię mogę, ale i tak całość zostawia wiele do życzenia. A furę śmieci wyniosła pewnie Mała, bo jemu się zawsze śpieszy i jest nie po drodze.
Segregator z dokumentacją i ślady drukowania przy kompie dają mi do myślenia, że może przedłuża robotę? Sama nie wiem.
Czeka nas chyba poważna rozmowa. Która to z kolei? Punt po punkcie musimu ustalić/powtórzyć zasady współżycia społecznego w naszym domu. Pasożytom rodzinnym mówimy stanowcze i zdecydowane NIE.

Musiałam to z siebie wywalić. UFFF!

Rozdzwoniły się telefony z propozycjami wspólnego spędzenia Sylwestra. Że też dopiero teraz sobie o nas przypomnieli...?
Nastawiamy się na dobrą zabawę, może ciężką emocjonalnie, ale jednak zabawę. Damy radę, będziemy silni, w końcu jesteśmy profesjonalistami, bo to przecież moje pracowe środowisko.
***
Młody calutki grudzień zapycha w swojej drugiej pracy, która wpadła mu tak niespodziewanie. Wydawało mu się zapewne, że będzie to praca, lekka, łatwa i przyjemna. Życie i przedświąteczna gorączka pokazały, że to ciężka praca. Zwłaszcza, że zapychał na dwa fronty. Widać taka lekcja mu jest potzebna. Czy ja już tego nie pisałam? Czuję się tak jakbym drugi raz ten sam tekst klepała...
Na linii Młody-SZM ostre spięcia. Mnie też Młody drażni i denerwuje. Ale nic na to nie poradzę, a SZM wybucha i gdera. Ja osobiście gderania nienawidzę, więc staram się nie gderać, ale nie wiem czy tak właśnie myślą o mnie moje dzieci:-) Skoro gderania SZM ja już nie mogę słuchać to co dopiero sam zainteresowany czyli Młody.
Życia mu organizować nie będę, ani też za niego go nie przeżyję. Musi sam uczyć się na swoich błędach.
Mała też przeżywa te nerwówki. Widzę.
***
Tatencjusz dzisiaj z incydentem wysokiego ciśnienia, grubo ponad 200. a matencja mnie rozbraja tekstem, że nie będzie wołać pogotowia, bo tatencjusz nie chce i się denerwuje tym pogotowiem. Że może ja bym przyjechała, to może on mnie posłucha.
Moja asertywnośc wzrasta, więc usłyszała że to nie ja im jestem potrzebna, tylko pogotowie. Że jak bardzo chce to ja mogę im ze swojego mieszkania zawołać karetkę. Skończyło się na podaniu trzech tabletek (kolejno, a nie na raz) na zbicie ciśnienia.
Jak już mu się ciśnienie ustatkowało to matencja strzeliła mu mowę na temat tego, że w przypadku udaru/wylewu liczy się każda godzina. A ona sama jest tym też zainteresowana, bo na kogo potem spadnie opieka jak on będzie leżący i sparaliżowany? Nie wiem czy to był dobry pomysł, ale matencja nie byłaby sobą. Może trzeba mu taki kubeł od czasu do czasu na głowę wylać. Jutro mają iść do lekarza do poradni. Ciekawe czy dojdą.
***
W temacie Świąt z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że w tym roku syn zrobił nam prezenty pod choinkę. Zabawne kapcie, zielone żabki dla mnie i szare pieski dla SZM. Fajne. Nie wiem tylko kto miał więcej frajdy z tych prezentów; on przy kupowaniu czy my z samego prezentu.
Mała nie jest zadowolona z tego naszego prezentu, bo jak sama powiedziała to chyba taki mało przydatny prezent. Dla mnie samej ważne jest że był, a czy mało przydatny czy nie, to już sprawa drugorzędna.
***
Nie podsumowuję minionego roku, jakoś nie mam melodii ku temu. Postanowień noworocznych tez nie robię. No, może jedno - wyeksmitować gdzieś bardzo daleko, za siódmą górę, za siódmą rzekę, nasz niestety dobry znajomy - debet.
***
Zaczynam nowy serial - Czas honoru. Od pierwszego odcinka pierwszego sezonu.

 

 

 

 

sobota, 28 grudnia 2013

A nasz tegorocznySylwester to prawdziwe wyzwanie dla nas samych i jego wszystkich uczestników.
Nie bójmy się słów. Ostro i bezpośrednio.
Albo będziemy wspierać mentalnie żonę faceta, który ma raka,
albo jego samego, jeżeli będzie obecny na samej imprezie, i jeszcze powinniśmy udawać, że nic nie wiemy o  tym raku.
To prawdziwe wyzwanie, co nie?

Ale skoro taka wola żony, i podobno jego samego...

 

Montuję płytę z mp3 i zastanawiam się w jakich okolicznościach przyrody będzie dane nam jej wysłuchać...

piątek, 27 grudnia 2013

TO miejsce umiera śmiercią naturalną i powolną...

Święta, święta i po świętach. Na szczęście w tym roku nie mogę powiedzieć, że się przepracowałam i narobiłam :-)

Matencja niestety odchorowuje świąteczną robotę, rwetes i zamieszanie. Dzisiaj o 6 rano zbudził nas domowy telefon, który się wyłączył po dwóch czy trzech sygnałach. Na domowy dzwoni prawie wyłącznie matencja, ale pewności że to była ona nie mam, bo nie mamy włączonej opcji identyfikacji numeru. Zostało leżeć, usiłować zasnąć i czekać co dalej. Przed 7 zadzwoniła znowu z pytaniem czy już dospaliśmy. Szlag jasny człowieka trafia. Bo nawet gdyby to żadne to spanie bo się zastanawiałam caluteńki ten czas co tak naprawdę się dzieje, a nie chciałam oddzwaniać, nie mając pewności że to dzwoniła ona. Ręce opadają. Aż mam ochotę powiedzieć "a nie mówiłam..."

Święta spędzone raczej w rozjazdach i bez białej szatki w otoczeniu jakoś nie zrobiły na mnie wrażenia. Zestarzałam się czy jak? Sama nie wiem. Bogu dzięki wpadłam na to, by wziąć sobie na dzisiaj wolne. Mogę zatem rozkoszować się leniwym snuciem po domu w pidżamce jeszcze o tej porze...

 

wtorek, 24 grudnia 2013

Choinka od soboty świeci nie mniej jednak nie cieszą mnie jakoś te Święta.
Barszcz prawie gotowy, kapusta z grochem też, kompot z suszonych owoców stygnie na balkonie. Odpuściłam sobie w tym roku pieczenie ciast. Matencja zaopatrzyła nas bardzo mocno i stwierdziłam, że wychodzić przed orkiestrę nie będę.

Jeszcze jutro do pracy, a potem dopiero 30 grudnia. Ale fajnie!

A tymczasem przesyłka dla Was moi drodzy:

 

środa, 18 grudnia 2013

Żeby mi się tak chciało, jak mi się bardzo nie chce...

Totalne lenistwo i bezsiła. Niemoc. Brak werwy, energii, chęci i czegoś-tam-jeszcze. Okropność. I nie wiem sama z czego się to bierze.
Zazwyczaj o tej porze to u nas w domu totalny blask był wszechobecny, choinka stała pięknie ustrojona, a prezenty już pochowane spozierały z kąta. W tym roku amba totalna. Na Mikołaja jeszcze poszło gładko jakoś. A teraz to dramat jakiś.
Chałupa nie ogarnięta, ozdoby jeszcze w piwnicy, jakieś mam takie wrażenie, że jeszcze jestem w głębokiej czarnej d... . Dziurze znaczy się.
Istotną sprawą jest, że w pracy teraz gorący okres, bo zamykanie roku, bo to, śmo i owo. Gdzie te czasy gdy lajtowo wymykałam się na pobliski ryneczek w poszukiwaniu prezentów...?
Czy ja na pewno zmieniam sobie tę przesiadkę na lepsze?
Czy ja na pewno właśnie tego chcę?
To są zasadnicze minusy przesiadki.
I jeszcze konieczność przyjścia do pracy w sobotę, bo "trzeba zamknąć rok" jeszcze przed świętami. Cokolwiek by to nie znaczyło.
Mam szczerą nadzieję, że przyjdzie taki moment, gdy będę się czuła komfortowo i nie będzie we mnie stresu, że padnie jakieś pytanie, a ja nie będę miała pojęcia o co chodzi. Sama widzę, że jest coraz lepiej, ale ile nerwów mnie to kosztuje to tylko ja wiem.

Porządki świąteczne.
Nie szaleję, bo mi się nie chce. Fajnie jest gdy calutki dom błyszczy i pachnie świeżo wypucowany, ale... Z całych porządków zrobiłam tylko kuchnię, gdzie umyłam okno i zmieniłam firankę. W reszcie pomieszczeń okna były myte pod koniec listopada i to musi wystarczyć. Jak mnie natchnie to może zmienię firany, ale coś czuję, że chyba nie. Porządki robimy na bieżąco więc dramatu nie ma. W sobotę trzeba po prostu gruntownie ogarnąć chałupkę. Poza tym przynieść z piwnicy ozdoby świąteczne i wystroić domostwo ociupinkę.
Świąteczna kuchnia
Na Wigilię idziemy do matencji więc problem gotowania niby odpada, ale rodzina domaga się kapusty z grochem, więc zrobię. Znaczy jest na liście do zrobienia.
Poza tym zrobione przez matencję pierogi i uszka już marzną w zamrażarce.
Na tzw. gościnny obiad będzie rosół z makaronem, mięsiwo w postaci udek z kurczaka i kotletów schabowych. I jakaś surówka z marchewki albo kapusta z grochem.
Na drugi dzień jesteśmy zaproszeni do rodzeństwa SZM. Więc szykować nic nie trzeba i to jest duży plus:-)
SZM już zrobił śledzie, czekają już w słoikach. Ryby do smażenia też już w zamrażarce.
Ciasta świąteczne
Musimy upiec sernika. Znaczy SZM będzie piekł, a ja mu pomogę. Może. Reszta ciast to już matencja. Ale w rozsądnych ilościach.
Małej obiecałam jakieś ciasteczka typu pierniczki, to chyba jutro, albo w piątek. Muszę tylko znaleźć jakiś przepis na pierniczki miękkie, bo nie ma czasu na to by czekać aż zmiękną.
Prezenty
Mała - do wydania zostało jeszcze trochę z kasy z przyznanego jej limitu prezentowego i kilka pozycji z tzw. listu do Mikołaja,
Teściowa - ?, może koszula nocna?
Chyba powinnam dokupić kilka drobiazgów dla rodzeństwa, zarówno jednego jak i drugiego, gdzie idziemy w gości. Może po butelce dobrego wina?
Duchowo
Chciałabym jeszcze do spowiedzi skoczyć. Problem w tym, że nie zrobiłam jeszcze pokuty z poprzedniego razu, ale to bardziej zakręcona sprawa.


I tyle...
Nie chce mi się tych świąt.
W ogóle nie czuję tej atmosfery.
Już bym chciała żeby było po.

A Sylwester - okazało się, że u znajomych w miłym (pracowym) gronie, ale też jakoś mnie nie zachwyca to wyjście... Nie mam nastroju.

Rodzinnie
...między nami lepiej. Widzę, że SZM też się stara.

Kobieco, a raczej mirenowo
To chyba trzeci rok Mireny (a może raczej czwarty? ale na pewno nie piąty).
Mam wrażenie, że stopniowo powrócił do mnie normalny okres. Nie jest tak obficie jak dawniej, ale jest mocno i normalnie. Muszę podejść do kontroli, bo zastanawiam się czy to może znaczy, że ta Mirena nie działa już tak jak powinna? Nie chciałabym się mocno zdziwić, że Mirena już nie działa.

i teraz to już na pewno tyle.

nabeblałam co mi slina na klawiaturę przyniosła...

 

środa, 11 grudnia 2013

SZM w delegacji na drugim (no prawie) końcu Polski więc jakby mam wolne. Fakt, że domowe zaległości i lista rzeczy do tak zwanego zrobienia rośnie, ale dzisiaj mam ochotę popisać tu nieco... A robota nie zając, nie ucieknie :-)

Młody
nieobroniony, wciąż jeszcze jeździ na konsultacje do pani promotor. Zostało ostateczne tak zwane klepnięcie, że już jest gites i można druknąć. Tydzień temu pojechał i się dowiedział, że pani jeszcze nie zdążyła sprawdzić, więc tak jakby jechał na darmo. Ale nic to. Sam sobie winien. Podobno ma się bronić w lutym, ale czy tak będzie faktycznie, nie wiem. Rozważa też zmianę kierunku, nie tak znowu diametralnie, ale jednak coś innego. Może ta przerwa wyjdzie mu na dobre. Trzeba doszukać się w tej sytuacji jakichś pozytywów :-)
Dosyć szybko znalazł zajęcie w jednej z sieciowych księgarni. Nie jest to praca na etat, ale parę groszy zawsze mu się przyda. Trochę mu ciężko, bo jednocześnie ciągnie swoje jeszcze studenckie zajęcie. Z jednej strony mi go żal, ale z drugiej strony niech widzi że życie nie jest łatwe.

Mała
w szkole radzi sobie dobrze. Póki co nie ma problemów sercowych. Tamten etap z kolegą z MiastaWojewódzkiego się wziął zakończył. Kolega przeprowadził się jeszcze dalej, zeżarła ich odległość, a do tego chyba trochę im/jej przeszło. Ale rozdartych szat i dramatu nie było. Owszem, smutno, przykro, ale jakoś tak rozsądnie. Inna sprawa, że to Mała wychodziła z inicjatywą dania sobie luzu. Nawet mu na pożegnanie jeszcze szyła jakąś naszywkę, żeby mu nie było tak przykro, jak to określiła.
Zaliczyła wyjazd na rekolekcje. Jechała mała grupa chętnych z dużej grupy dzieci/młodzieży do bierzmowania. Mała wróciła zadowolona, uskrzydlona, uduchowiona i w ogóle. Najważniejsze, że jej się podobało.
Sprawa Koleżusi cały czas kładzie mi się cieniem na sercu i głowie. Mama Koleżusi nie zdecydowała się na powrót do domu. Z tego co mi mówiła Mała to Koleżusia robiła kilka podchodów w jej kierunku, żeby niby naprawić między nimi relacje, żeby było jak dawniej, ale sama Mała nie jest tym specjalnie zainteresowana. Więc ja nie naciskam, nie ingeruję, proszę tylko o delikatność z jej strony. To są ich relacje, nie moje.
Minusem braku kontaktów z Koleżusią jest teraz fakt, że wszystkie koleżanki Małej mieszkają daleko, a ta Koleżusia była praktycznie cały czas pod ręką. Plusem jest to, że Mała sama dojrzała do prawdy, że Koleżusia nie jest dobrym materiałem (cokolwiek by to nie znaczyło)  na jej psiapsiółkę.

SZM
z dnia na dzień jest coraz większy. Ostatnio dokupił nowe koszule, bo w starych guziki trzymały się już tylko chyba siłą woli, tak były napięte. Osobiście nie wierzę w to, że SZM sam dobrowolnie zacznie się skutecznie długofalowo odchudzać. Zrywy są co jakiś czas, ale on zbyt mocno kocha jedzenie, ma z tego zbyt wielką frajdę i trudno mu z niego dobrowolnie zrezygnować. No i to piwko... Pomijając względy estetyczne martwią mnie kwestie zdrowotne, bo przecież cały czas gdzieś mi tam siedzi w głowie ten irracjonalny wewnętrzny lęk, obawa, że zostanę sama...
Relacje między nami są raczej dobre, ale bez fajerwerków. I tu rzekłabym, że ta jego masa ciała ma znaczenie, bo ja po prostu podskórnie jestem na niego wściekła o to, że jest taki gruby. I że nic z tym nie robi. Mnie też wagi nie ubyło, ale do jego grubo_ponad_sto mi brakuje i to sporo.

Matencja
szykuje się do wigilii, którą zdecydowali się z tatencjuszem robić w domu. Moja gadka szmatka na temat tego, żeby się tak nie zarabiała, bo potem żal serce ściska, jak ona ledwo żyje, zaskutkowała tym że owszem, matencja ulepiła sto tysięcy pierogów i uszek, ale już nie narzeka że cokolwiek ją boli, a wręcz kwitnie zdrowotnie gdy ja tam zawitam. Niezupełnie o to mi chodziło.
Wkurza się Matencja na siostrunię swoją, która nęka ją telefonami. Codziennie, nawet kilka razy dziennie. Aż chce mi się powiedzieć - no coś Ty? Przecież ja to znam z autopsji, sama tak do mnie wydzwaniałaś. Celowo piszę w czasie przeszłym, bo ostatnio już tak nie jest. I taka moja natura, że jak wydzwania to się wkurzam, a jak przestaje to się martwię i zastanawiam dlaczego.

Święta
jak już wspomniałam - wigilia rodzinna u matencji i tatencjusza. W pierwszy dzień czyli Boże Narodzenie na obiedzie rodzice i teście goszczą się u nas, a po południu my gościmy się u mojego rodzeństwa. Drugi dzień to najprawdopodobniej totalne lenistwo w domu. Kanapa, pilot i TV :-) Cyba że uda nam się wyjść na jakiś spacer, ale raczej w to nie wierzę, bo my kanapowi jesteśmy, nie ma co ukrywać. No chyba że nas ktoś d siebie zaprosi, ale jakoś się nie spodziewam :-)
Planów sylwestrowych też nie mamy. Czekamy aż nas ktoś zaprosi, bo organizować imprezy u siebie to mi się po prostu nie chce. :-)

Pracowo
jest OK. Są dni gdy mam ochotę zakneblować N_C_K bo buzia jej się nie zamyka i potrafi gadać non-stop na dosłownie każdy, ale to każdy temat. Są dni, że fajnie nam się pracuje, aczkolwiek bałaganiarstwo, niechlujstwo i brak staranności wkurzają mnie bezustannie, ale przyznać muszę, że N_C_K oddaje stery w moje ręce i mam w zasadzie wolną rękę. Przyzwoitość jednak nakazuje mi się pohamować ze zrobieniem totalnego porządku:-)
Tak, czekają mnie jeszcze dwa lata, bo przecież kochany rząd wydłużył był nam czas pracy do przejścia na emeryturę. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo ogarniam cały czas temat i porządkuję, uzupełniam zaległości. Z drugiej strony chce mi się luzu i swobody od jej przywar. Pomijam kwestie finansowe, bo to też istotna sprawa, ale póki ona jest to wiadomo, że nic się nie zmieni.

Studencko
wciąż do przodu i jest OK. Studia naprawdę fajne i interesujące. To jest coś co mi się w pracy przyda i podane jest fajnym językiem w  interesujący sposób. Do tego atrakcje noclegowe i wymiana doświadczeń zawodowych w kuluarach, nawiązywanie kontaktów zawodowych itp.

...
wypisałam się i to całkiem sporo.
No i chyba wyczerpałam limit czasowy przy kompie.
Mamy awarię routera (pojęcia nie mam czy tak się to pisze) i nie mamy w domu wi-fi. Internet tylko na tradycyjnym kabelku.
Młoda mnie pogania i wena mi uleciwszy...
Może to i dobrze wezmę się w końcu za jakąś robotę pożyteczną.

 

 

środa, 04 grudnia 2013

Coraz rzadziej piszę... nie mam weny, ochoty, czasu... A może nie jest mi aż tak źle bym potrzebowała wyżalać się blogowo. Bo faktem jest, że blog był/jest dla mnie formą terapii, lekiem na zło, chandrę, deprechę. Ileż to już lat wyrzucam z siebie myśli w blogosferze. Ile razy mądre słowa komentujących sprowadzały mnie do pionu albo podnosiły na duchu. Dlatego pewnie nie zdecydowałam się na radykalne cięcie w postaci zamknięcia bloga. Nigdy nie wiadomo kiedy znowu przyjdą niezbyt dobre dni, kiedy człowiek będzie miał ochotę schować się przed światem, wyżalić do poduchy i udawać, że go nie ma.

Święta coraz bliżej. Matencja zdecydowała się na zrobienie wigilii u siebie. Zaprosiła Rodzeństwo i nas. Nie byłam i nie jestem tak do końca przekonana czy ja na pewno chcę tam iść na wigilię, czy chcę by matencja ją robiła, ale zagryzę zęby i dam radę. Problem w tym, że mam spore obawy, z którymi podzieliłam się z matencją wczoraj. Matencja co roku robi hurtowe ilości pierogów i uszek, kapusty, ciast wszelkiej rozmaitości i rozdaje mnie i Rodzeństwu, Rodzeństwu i mnie. Zamiast zrobić tyler ile trzeba na samą wigilię i plus ok. 10-20 % to ona robi naprawdę spore ilości. Fajnie jest potem mieć w zamrażarce pierogi, uszka, kapusty. Ale matencja jak się tak narobi to potem ledwo żyje, boli ją kręgosłup, jest mega zmęczona i tuż po wigilii oczy ze zmęczenia zamykają się jej same. I nie jest to fajne, bo staje mi wówczas całe to jedzenie w gardle, bo wolałabym chyba zadowoloną matencję bez tych pierogów. A może tak mi się tylko wydaje. Nie wiem.
W każdym razie wigilia u matencji, w składzie matencja, tatencjusz, Rodzeństwo z dziećmi swoimi (bo PrawowitaPołowaRodzeństwa niestety musi pracować) no i my. Może jeszcze jedna ciocia (siostra matencji), która się lekko wprasza, bo nie za bardzo ma się gdzie podziać. Mąż zmarł, a dziecko za oceanem. Taki urok.

Traumą są dla mnie upominki mikołajkowo-świąteczne. Co tu wymyślić... Sugestie samych zainteresowanych z listu do Mikołaja bardzo nam pomogły i dzisiaj w jedno popołudnie załatwiliśmy mikołajkowo nasze dzieci. Z racji tego, że z przyczyn technicznych Mała musiała prezent dostać już dzisiaj (bo na wymianę są trzy dni, a potem już tylko gwarancja) zdecydowaliśmy, że upominki mikołajkowe dostaną już dzisiaj. Tak więc gdyby kto pytał, bo Mikołaj u nas już był :-)

W pracy powiem szczerze - niefajnie. I to nie ze strony N-C-K, tylko szefostwa. Zachowują się tak jakby nie mieli do mnie zaufania. Nie dopuszczają mnie do wszystkiego. A potem wchodzą i gadają od czapy tak jakbym o wszystkim wiedziała. Nie roztrząsam, przechodzę nad tym do porządku dziennego.
N-C-K na emeryturę przejdzie pod koniec 2015 roku. Czy starczy mi sił, cierpliwości, wytrwałości...?

No właśnie jak sobie mogę ponarzekać i wyżalić się to od razu jakiś słowotok mi się włącza, więc klepię i klepię w tą klawiaturę mimo, że na początku wydawało się, że nie mam o czym pisać.