na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 30 grudnia 2014

jak co roku mogę wpisać, że święta, święta i po świętach...

W tym roku jakoś niezwykle dobrze wyszła mi organizacja, nie biegałam z szaleństwem w oku, nie wpadłam w tak zwany kurzy szał, niczego mi nie brakło, ze wszystkim zdążyłam, nie spiesząc się przy tym. Gdzieś tam podskórnie czekałam na jakiś kataklizm i katastrofę uznając, że to niemożliwe, żeby tak wszystko szło z górki. Ale jednak poszło...

Wigilia z teściami i rodzicami. Po wigilii dojechało moje rodzeństwo. Matencja jak zwykle zadbała o nastrój i atmosferę. Dopiero głośny komentarz dzieci "Babciu, nie kłóćcie się, jest wigilia" postawił ją do pionu. Ręce opadają nam obojgu kiedy patrzymy na jej dziwactwa, wierzenia, zachowania; to jej "ja przecież wiem lepiej, bo widzę", a ostatnio dołączyła się postawa z cyklu "mam tyle lat, że już mogę wszystko komentować wcale się z tym nie kryjąc". Zastanawiam się zawsze ile w tym jest prawdziwej matencji, a ile charakterologicznych zmian poudarowych. I z lękiem myślę co będzie dalej, a na pewno nie będzie lepiej.

Ustaliliśmy sobie plan Świąt, a w tym roku było co planować: wigilia - u nas goście czyli teście, rodzice, rodzeństwo; pierwszy dzień czyli Boże Narodzenie - wolne od gości i wizyt; drugi dzień - zaprosiliśmy do nas rodzeństwo SZM i na obiad sympatię Młodego; kolejny czyli sobota - my w gościach u mojego rodzeństwa, gdzie spotkamy się z moimi rodzicami; i niedziela - znowu w gościnie tym razem u znajomych, żeby nie powiedzieć przyjaciół :-)
Matencja nie potrafiła przyjąć do wiadomości tego, że w tym roku my do nich nie przyjdziemy, a przecież i tak się będziemy widzieć i to dwa razy. Sto razy nas zapraszała, a ja sto razy tłumaczyłam. Nieopatrznie wygadałam się, że w Boże Narodzenie siedzimy w domu sami, bo jak powiedziałam chcemy odpocząć. Posunęła się nawet do tego, że potem w rozmowie z Małą przekazała dla nas wszystkich zaproszenie na kawę. Nóż mi się w kieszeni otworzył. Serio. Zadzwoniłam i otwartym tekstem powiedziałam, że po co dzwoni i zaprasza, skoro ja już wcześniej powiedziałam, że nie przyjdziemy, bo mamy inne plany. Ciężko się rozmawia z matencją kiedy ma się inne zdanie niż ona.
Po wigilii w rozmowie z moim rodzeństwem dowiedziałam się, że oni też do nich nie idą, więc odezwały się we mnie tak zwane wyrzuty sumienia i syndrom dobrej córeczki. Jakże to tak rodzice będą sami w domu, a przecież mają dwoje dzieci i żadne do nich nie zawita w czasie Świąt? SZM chyba myślał podobnie, bo podsunął mi myśl żeby zaprosić ich w drugi dzień na obiad, zanim przyjdą popołudniowi goście. I do południa zadzwoniłam do matencji z taką właśnie myślą, ale jednostronna relacja matencji na temat  ich wzajemnych ansów, dąsów, fochów i tym podobnych perełek skutecznie mnie wyleczyła z tego pomysłu. Samolubnie uznałam, że nie będę kwasić naszej domowej atmosfery ich obecnością i nawet się nie zająknęłam na temat owego zaproszenia. Koniec końców okazało się, że nasi zaproszeni goście do nas nie dotarli (choroba nie wybiera), jednakże jednomyślnie uznaliśmy, że babci nic na temat nie mówimy, bo nie da nam spokoju.

Niedzielni goście też do nas nie dotarli. I tak to mieliśmy trochę luzu...:)))

Generalnie Święta minęły fajnie, leniwie, spokojnie... Pozytywnie. Minusem było tylko wysokie skaczące ciśnienie tatencjusza, które trzeba było kontrolować, a co za tym idzie, liczyć się z licznymi telefonami matencji. Ale daliśmy radę.

A po taaakim świętowaniu poniedziałkowy powrót do pracy to był lekki dramat. W pracy znowu miałam chwilę załamki. Bo tak to - kadry i place to stanowisko samodzielne, jednoosobowe i w momencie gdy jest się w tak zwanej "czarnej doopie" dopada mnie panik, włącza się kontrolka pod nazwą "po cholerę mi to było?!", i nawet nie ma kogo zapytać i do kogo biec po pomoc. I najbardziej dołuje mnie ten ostatni fakt. Taką załamkę miałam kiedy N_C_K była na urlopie a ja szykowałam się do kontroli, a dzisiaj/wczoraj znowu, bo N_C_K wyszła wcześniej do domu, a ja zostałam szukając tego i owego, co to mi/nam się nie zgadzało. Wiedziałam, że jest błąd, ale nie potrafiłam go zlokalizować. Znalazłam jednak. Maleńką satysfakcję mam, że błąd był po jej stronie i dopiero mozolne sprawdzanie krok po kroku jej poczynań naprowadziło mnie na trop. Ale to uczucie tej wewnętrznej paniki, paraliżu umysłowego i rozpaczliwej bezradności podszytej brakiem wiary we własne siły to jest po prostu okropne. I biję się z myślami, czy ja tego naprawdę chciałam...

Dzisiaj, bo to już dzisiaj czeka mnie wizyta u dowcipnego pana doktorka i wymiana osprzętu mirenowego. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie OK.

:-)))

wtorek, 23 grudnia 2014

tym razem króciutko:

 

życzenia :-)

niedziela, 14 grudnia 2014

Sprawę porządków świątecznych mamy chyba załatwioną. Jeszcze tylko wyprać zmienioną już pościel, potem zmiana ręczników i znowu pranie i wtedy będę wiedziała, że do wigilii zostanie standardowe sprzątanie :-)
Furę całą prasowania załatwiłam dzisiaj i wczoraj. Wczoraj zdecydowanie więcej. Dzisiejszy dzień to raczej słodkie lenistwo z serialem "Jak poznałem Waszą matkę" w tle.

Gęsta atmosfera w domu raz się przerzedza, a raz wzmacnia. Jestem tym już z lekka zmęczona.

Plany Sylwestrowe są, ale szału ni ma. Ekipa zeszłoroczna, skromna, ale sprawdzona. Trzeba tylko pamiętać by wcześniej umówić sobie jakiś transport powrotny, jeżeli impreza będzie poza domem, co nie jest takie pewne.

Pracowo odpuszczam, bo czuję że spalam się zupełnie niepotrzebnie a i tak nikt tego nie docenia, nawet jeżeli widzi (no może dobrym słowem od czasu do czasu), a już na pewno nie przekłada się to na finanse. Zresztą sektor w którym pracuje nigdy nie przekłada jakości pracy na jakiekolwiek finanse, bo tak po prostu ma i tyle. Taki urok pracy w budżetówce.
A z N_C_K będę się jeszcze mordować caluteńki ten Nowy Rok. Tak sobie teraz myślę, że niepotrzebnie mnie tak wcześnie wmanewrowali w tę przesiadkę. Z drugiej jednak strony, co zrobiłam i co poznałam to moje. A nie chwaląc się odwaliłam kawał porządnej roboty. Więc może jednak dobrze.

Podsumowując ten czas świątecznej gorączki:
- porządki - zrobione
- choinka i inne ozdoby - stoi i wiszą
- prezenty obcym dzieciom - zakupione
- prezenty moim rodzicom - zakupione
- prezenty naszym dzieciom - dla Małej nieoczekiwanie wpadł mi zakup instrumentu pod tytułem organy za całkiem sensowne pieniądze (LIDL) i to już widziała, korzysta i ma; chciałabym dla niej jakąś drobnostkę choćby, ale jakąś niespodziewajkę pod choinką. A dla Młodego myślę kasiorkę, plus jakiś gadżet kosmetyczny typu zapach czy coś w te klocki.
- prezentu dla SZM nie mam i chyba sobie w tym roku nie robimy, jakoś tak rozmawialiśmy, muszę jeszcze doprecyzować co i jak.
- prezenty dla teściostwa - to działka SZM, więc nie moja bajka, przypominam mu co chwilę, ale jak widać ma czas...
- zakupy rybne - częściowo zrobione, resztę jutro dokończy SZM.
- zakupy mięsne - moja działka, plan na ten tydzień.
- zakupy warzywne i inne - w następnym tygodniu.
O czym mogłam zapomnieć...? Za czym będę biegać z szaleństwem w oku po sklepach...?

Dlaczego gdzieś mi zniknął ten dreszczyk świętowania, te emocje, czas oczekiwania... Z ręką na sercu przyznam się, że odetchnę po świętach...

piątek, 12 grudnia 2014

Przygotowania do Świąt w toku. Dzisiaj SZM zakupił ryby na kolację wigilijną i śledzie do marynowania do słoików. Stoją słoje z gotowymi już śledzikami. Marynowane w occie ze śmietaną i opiekane w zalewie. Mam tylko nadzieję, że będą OK.
Młody umył dzisiaj okna u siebie i u Małej, jutro powieszę świeże firanki. Myślę, że jutro umyjemy resztę okien i w ten sposób załatwimy sprawę tzw. generalnego sprzątania z okazji Świąt. Nie szaleję z tymi porządkami, bo sprzątam na co dzień ale lubię wiedzieć, że w czasie Świąt wszystko jest OK.

SZM chyba ma chyba trudny okres. Andropauza znaczy się. #$$%T%^&YTYR!

 

poniedziałek, 08 grudnia 2014

Bardzo gęsta, esencjonalna wręcz, atmosfera w domu z lekka się normuje. Wcale to nie znaczy, że cokolwiek w temacie SZM i dzieci się zmieniło. Po prostu trochę czasu minęło i tyle. Nienawidzę tych chwil, dni, kiedy rozmawiamy ze sobą ze ściśniętym gardłem, kiedy dusimy słowa, kiedy jest tak źle, że myślę sobie nawet nie napiszę o czym. Bo oczywiście wszystko co złe to ja, o mnie, ze mną, i przeze mnie. I sama już głupieję, że może faktycznie jest ze mną coś nie tak, bo wina zawsze leży po obu stronach i nawet jeżeli uważam, że główna przyczyna leży po jego stronie to wcale to nie oznacza, że ja jestem ta doskonała. Tak, jestem tego świadoma, ale nie wiem czy SZM o tym wie. Obstawiam że nie.
Łapię się coraz częściej na tym, że zmilczam to, co chciałam powiedzieć, bo uznaję, że nie warto kruszyć kopii, zaczynać dyskusji itp. Ale myślę też że może robię źle, bo na własnej piersi wyhoduję sobie tyrana i despotę, przyzwyczajonego do tego że on ma zawsze rację. Ale gdybym tak za każdym razem walczyła o wszystko, żeby było po mojemu czy też inaczej, to kłócilibyśmy się nie wiem ile razy tygodniowo. I przecież nie może być zawsze po mojemu, no nie? Wielokrotnie stosuję technikę podjazdową, zmilczam, unikam tematu a i tak potem robię tak jak ja bym chciała. To taka moja strategia, na unikanie otwartych konfliktów. Sama nie wiem czy dobra.

Nie chce mi się więcej klikac na jego temat. Szkoda nerwów i energii.

Powędrowaliśmy dzisiaj do sklepów po światełka na choinkę, oczywiście zaliczyliśmy jeszcze sto innych miejsc, nie tylko to konkretne. Zaszalałam i sprawiłam sobie sama prezent. Od kilku lat wszelkie dostane pieniądze z okazji różnych pakowałam na osobny rachunek i cały czas się mocno zastanawiałam co ja sobie sprawię za tę kasę. Dzisiaj uznałam że nadszedł TEN dzień i korzystając z promocji zrobiłam sobie prezent :-) moj_upominek_2014Tak, mam taki samiuteńki, ale z białego złota. Bardzo mi się podoba, zwłaszcza, że kiedyś dostałam już zawieszkę

zawieszka_diament

...tak więc mam prawie komplet i cel do dozbierania - kolczyki  :-)))
I humor mi się poprawił... :-)

Niniejszym ogłaszam, że w Anonimkowym domu już świąteczna atmosfera! Okna co prawda jeszcze nie pomyte (a są w planie), ale choinka już stoi. Ubrana! I część zapakowanych już upominków świątecznych stoi na regale. Sobotnie porządki, połączone ze zmianą pościeli, skończyły się uporządkowaniem piwnicy i przystrojeniem choinki.
Czy choinkę się ubiera czy stroi, a może przystraja?
Żeby nie było tak pięknie to dodam jeszcze, że wielka góra prasowania stoi i straszy. Okna wołają o mycie, firany o zmianę dekoracji.
Kulinarnie jesteśmy do przodu, ale tylko dzięki matencji. Pierogi już pomrożone u nas w zamrażarce. Uszka jeszcze w zamrażarce matencji ale muszę je już odebrać, bo matencja potrzebuje miejsce w swojej. Obiecywałam sobie, że całe lepienie zrobię własnoręcznie, że matencja ma odpoczywać, a my celebrować przygotowania świąteczne itp. Matencja do roboty i lepienia rwie się na potęgę, więc w końcu uznałam, że jak chce to niech ma. Z drugiej strony myślę, że ma przy okazji zajęcie. Nam, w domu zostanie pieczenie pierniczków, ale tylko jeżeli Mała będzie chciała, bo ja bez tego przeżyję :-)

Za rok o tej porze moja przesiadka pracowa dotrze do celu... Jeszcze tylko trzeba przeżyć ten rok :-) I ustalić termin urlopu, bo jakoś chyba jeszcze tego nie zrobiłam.

A tak a'propos urlopu... Planowaliśmy wbić w nasze stałe miejsce w Chorwacji, ale jak się okazuje - nie ma już wolnych miejsc. Już teraz. Widać więcej jest takich chętnych, niestety.
I żal mi bardzo, bo gdzie ja znajdę taką kwaterę żeby mieć morze prawie pod balkonem/tarasem, z łagodnym zejściem do wody, niby z dala od centrum, ale w razie czego spacerkiem w 10 minut da radę dojść?

 

piątek, 05 grudnia 2014

Wczorajszy dzień nie zapowiadał takiego emocjonalnego doła, jakiego zaprezentowała nam wieczorem Mała. Były łzy, były nerwy, były wyrzuty i ostre słowa w kierunku taty, który nie omieszkał się obrazić a za wszystko obwinić oczywiście mnie. Usiłuję wspierać to moje dziecko, pokazać jak bardzo ją kocham, jak mi zalezy, i nie ważne czy będzie pięknie grała i świetnie widziała, czy będzie miała same piątki czy prześlizga się na zasadzie ledwo-ledwo. A SZM mnie po prostu wkurza. On jest zasadniczy do bólu. Niby nic nie mówi, nie robi, ale jak się odzywa to i sens jego wypowiedzi jest do bani i ton jest nie do zniesienia. Na zasadzie Ja się przecież nie obrażam, ale... . W domyśle to co nie jest po mojej myśli jest na pewno przeciwko mnie.

Jeszcze wczoraj Mała była skłonna rezygnować z lekcji. Odwołaliśmy zakup instrumentu za poważne pieniądze. I mam wrażenie, że to jej właśnie ulżyło, bo czuła się przytłoczona, zobligowana do postępów. Dzisiejsza lekcja się odbyła, umówiła się na kolejną. Może grać na starym pożyczonym instrumencie póki co tym co ma. A kiedyś, potem zobaczymy czy warto inwestować.

Wypłakując mi się w rękaw szlochała o stresie szkolnym, o wiecznym ciągłym ostatnio  podenerwowaniu, stresie, że nie wie jakie rozszerzenie wybrać, co robić w przyszłości. Że właściwie to jest do bani, nic jej nie wychodzi i takie tam inne.

Burza hormonalna i cierpienia dorastającej młodej osoby ją chyba dopadły. A do tego jest wrażliwa, więc wszystko przeżywa bardziej. I zdziwiłabym się gdyby w tym wszystkim odnalazł się jak należy SZM. Niestety zdziwienia nie było. A właściwie to było, bo przecież nie omieszkał mi wygarnąć, że to że on się nie potrafi dogadać z córką to moja wina, bo to ja tak nastawiam do niego dzieci. Ja. Szkoda słów i mojego nocnego klikania na roztrząsanie tych bredni.

Za to z Małą już chyba lepiej. Pracuję nad nią bardzo mocno. I szlag mnie trafia jak pomyślę o SZM i jego relacjach z dziećmi. Nieba by im przychylił ale do rozmów, relacji i kontaktów nie nadaje się wcale. WCALE.

 

Jak wszystko wokół jest OK to człowiekowi pisać na blogu jakoś się nie chce. Jak tylko trochę frustracji się ukaże, nerwów na horyzoncie i stresu to już pędzikiem do blogoświata krwi złej upuścić sobie biegnę. Tak to jest.

 

Na koniec zagadka - kto lub co to jest pingwin?