na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Hmmm... od czego by tu...?

Święta.
Temat wigilii u mojego rodzeństwa to temat nieaktualny. Skomplikowała się sytuacja zdrowotna teściostwa mojego rodzeństwa i jak to oni powiedzieli pięknie: nie będą mieli głowy do robienia wigilii. Nie mnie oceniać jak ja bym postąpiła w obliczu niefajnej diagnozy z widokiem poważnej operacji w najbliższej perspektywie. Faktem jest, że szybciorem wymiksowaliśmy się z tej wigilii, zabierając ze sobą rodziców.
Ulżyło chyba wszystkim. Nam, bo nie bardzo chcieliśmy tam iść, moim rodzicom, z tego samego powodu. I gospodarzom zapewne też, bo spadła im liczba gości i to znacznie. Mają do nas zajrzeć po wigilii. No i dobrze.
A w temacie przygotowań do Świąt. No cóż, poprzednia sobota upłynęła pod kątem sprzątania, prasowania, strojenia choinki. Obiecałam sobie, że umyję okna u matencji, bo ma już 73 lata i zaczynam się niepokoić jej aktywnością. Ubiegła mnie informując, że już posprzątane i pomyte. Mało tego, zrobiła już na wigilię pierogi ruskie, pierogi z kapustą i uszka. Tak więc muszę je tylko ugotować przed podaniem. :-) Ostatnio zapytała czy ma robić kapusty, wywalczyłam, że nie, bo przecież coś zrobić muszę :-)
No więc na wigilii będziemy w czwórkę plus moi rodzice. Teście idą do siostry SZM, ale dzwoniliśmy informując, że gdyby coś się zmieniło to my jednak w domu więc jeśli mają ochotę to bardzo proszę, ale ich zmartwienie jak się wytłumaczą ze swojej decyzji przed córką :-) Stanęło na tym, że jednak pójdą do córki.
Po wigilii dojedzie do nas moje rodzeństwo w liczbie osób 4. I Młody pojedzie po swoją dziewczynę, którą sam z siebie zaprosił SZM. Powiem szczerze, że ja na to bym nie wpadła. I jakoś mi to nie pasuje, ale nie miałam jak go kopnąć w kostkę żeby się przyhamował. Nie wiem więc czy chłopak Małej też nie zajrzy, ale to mniej prawdopodobne, bo z tego co mówi Mała u niego w domu też zjazd rodzinny.
Pierwszy dzień świąt to tradycyjnie uroczysty obiad bożonarodzeniowy. Rodzice, teście i my. Dziewczyna pewnie zostanie na noc więc na obiad się załapie. Więc pewnie do kompletu doprosimy chłopaka. I będzie nas, bagatelka, 10 osób.
Drugi dzień Świąt - jeszcze nie wiadomo, póki co bez planów. Delikatnie wprosili się nam znajomi, u których byliśmy rok temu, ale nie ustaliliśmy jeszcze konkretnego dnia, chcielibyśmy żeby to był drugi, ale czy tak będzie to się dopiero okaże.
Prezenty i upominki to koszmar. Nie mam nic dla dzieci, ani dla SZM, a dla mnie kupić/wymyślić prezent dla niego to wyzwanie. Wychodzi na to, że jeszcze powinnam mieć drobiazg dla dziewczyny i ewentualnie dla chłopaka. Masakra.

Prawo jazdy Małej
czyli zdany egzamin teoretyczny (30zł) i zaplanowany trzeci już praktyczny (140zł każdy). Usiłuję nie liczyć kosztów. Wylanych łez Małej też nie liczę. Jeszcze trzeba jej kilka jazd dokupić. Jedna jazda to 50zł. Kolejna masakra. A może to prawo jazdy nie jest jej pisane...? Musimy ustalić jakiś limit :-)

Zdrowotnie
to różnie... Mała ma termin zabiegu usunięcia guzka z piersi na koniec stycznia. Ja póki co łykam jod. Nie wiem czy cokolwiek to zmieni, ale łykam, bo tak kazali :-) Na szyi jestem sama w stanie wymacać sobie tą zmianę, którą trzeba będzie usunąć. O dentyście usiłuję nie myśleć, a wszelkie znaki wskazują, że powinnam sobie przypomnieć jego numer telefonu. SZM dzisiaj pisał sms, że wypadła mu plomba. Znowu kasa...
Oczy mi się sypią. Noszę soczewki kontaktowe, minusy, poważne minusy. Od jakiegoś czasu mialam zalecone plusy na okularach do czytania. Ostatnio bez tych okularów do czytania ciężko mi się żyje. W pracy jeszcze daję radę, bo mam bardzo dobre oświetlenie w pokoju i spory monitor komputerowy więc i obraz jest duży, ale w domu, do czytania książki, notowania czegokolwiek, czytania przepisów, ulotek itp. okulary konieczne. W styczniu mam badania okresowe to pójdę po porządne lecznicze korekcyjne, bo te co mam to takie tam byle jakie.

Finanse
jestem chyba bardzo kiepskim gospodarzem-finansistą, bo jak zwykle jestem na minusie. Nie mamy niskich dochodów, wiem o tym, ale jakoś tak się dzieje co miesiąc, że zawsze nam brakuje. Kończymy miesiąc na minusie i jak wpada wypłata to od razu na starcie jest jej mniej, bo musimy uzupełnić debet. I tak w kółko. A powinniśmy przecież co miesiąc do oszczędności dorzucać cokolwiek. Te finanse to mój koszmar. Nie mogę sobie z tym poradzić, a SZM mi nie pomaga. Bo o ile ja byłabym w stanie zacisnąć pasa to on nie. Nie bierze pod uwagę odmawiania sobie czegoś. Jest taki jak jego mamuśka. Identyko. A mnie ręce opadają.

Pracowo
czarna dupa, roboty mnóstwo i to nie samej pracowej, tylko tej obok. Czuję się jakbym ciągnęła dwa etaty. Mam nadzieję, że jak uda nam się dokończyć projekt i go zamknąć to odetchnę, bo póki co to masakra jest. Zamiast wyjść o 15 to ja wychodzę ok. 17-18, bo muszę dociągnąć pewne sprawy, wszystko posprawdzać itd. Ostatnia akcja poza-pracowa też była absorbująca. Jeszcze chwilka i mam nadzieję, że będzie luźniej. usiłuję nie pamiętać, że z początkiem roku mam całe mnóstwo roboty czysto pracowej. Taki los. I już widzę, że chcą mi dorzucić jeszcze coś, duże COŚ. I na bank dorzucą. Ale ja z kolei mam zamiar zaraz napisać o podwyżkę w związku z tym dużym COSIEM. A czy mi dadzą to się okaże.

Domowo
to mam wrażenie, że jestem matka-harcerka. Już nie taka kwoka co to dba by zawsze był obiadek i wszyscy wszystko mieli jak trzeba zaopatrzone. Dzieci duże, dadzą sobie radę, więc niejednokrotnie odpuszczam obiad. Poza tym u nas teraz takie czasy, że obiad jadamy zwykle między 18 a 19. Bo wtedy jesteśmy w komplecie. Mała często po szkole ma zajęcia, albo spędza czas z chłopakiem u niego, albo gdzieś poza domem. Ja ściągam do domu ledwo włócząc nogami ok. 16-17. Zazwyczaj bez pomysłu na obiad. Wymyślam po drodze. Szybkie zakupy i do domu. Dobrze, że mieszkam blisko pracy. Jemy przed 19 tak zwaną obiadokolację. Zazwyczaj, bo są dni kiedy obie z Małą szykujemy sobie wcześniej, bo wiemy, że chłopaki będą późno.

Anonimka matka-harcerka
Rozbestwiłam się tym, że Mała jest tak super zorganizowana i nie muszę jej pilnować, kontrolować i przypominać. I momentami mam wyrzuty sumienia, że za mało uczestniczę w jej życiu, że jest zostawiona sama sobie, że ją zaniedbuję. Powiem szczerze, że często mam takie uczucie, ale albo nie mam czasu na to by się nad tym pochylić, albo ogromnym kosztem to robię i okazuje się, że niepotrzebnie dramatyzuję.
Przy okazji wizyt u lekarza robiłyśmy sobie takie wypady do cukierni, do sklepów, taki babski czas. I chciałabym jeszcze, bo potem nie będzie kiedy, a czas mija...
Młody się trochę ogarnął. Przestał warczeć i szczekać. Dzisiaj wysłałam mu numer konta i od grudniowej wypłaty oczekuję przelewów na jego konto oszczędnościowe. Jeszcze tylko żeby zaczął ćwiczyć pamięć, bo póki co kiepsko z tym, tzn. co trzeba i dla niego ważne to pamięta, ale o obowiązkach, powinnościach itp. zapomina.
Szlag jasny mnie trafia gdy wchodzę do pokoju a tam kubki, spodki, talerzyki, skarpetki i ogólny sajgon jest. Jak już wyniesie naczynia z pokoju to nie wstawi ich do zmywarki tylko do zlewu. Bo na przykład zmywarkę trzeba by najpierw wypakować.
Kolejny szlag mnie trafia przy wycieraczce i brudnych butach, które się tam piętrzą i nie ważne czy myję czy pyszczę i ustalam kolejkę mycia, nikt sam z siebie się nie ruszy by cokolwiek zrobić w tym temacie, jeżeli ja nie przypomnę.
Mam dosyć bycia cerberem. I zastanawiam się czy to ze mną jest coś nie tak, że wymagam od nich aktywności czy tak źle wychowałam sobie te dzieci. Nawet nie oboje, bo Mała (pewnie dlatego, że dziewczyna) ruszy się zrobi, nie mogę tak na sto procent narzekać, bo ona jest pomocna i jeszcze sprzątnie za Młodego, ale sam Młody to beznadziejny przypadek. Potknie się, przeskoczy, a nie podniesie. No chyba że czegoś chce :-) Pewnie bierze wzór z tatusia czyli z SZM, bo oprócz tego że gotuje bo lubi i tylko wtedy gdy ma na to ochotę, to w domu nie robi za wiele. A może to ja jestem rozbestwiona... Bo tak na przykład na te sobotnie świąteczne porządki wszystkich postawiłam w stan gotowości i wypaliło jak trzeba.

kulinarnie
Na ostatnim spotkaniu babskim zachwyciłam się kaszą bulgur podaną w sałatce:
kasza, kukurydza, groszek, brokuł, filet z kurczaka podsmażony w przyprawie grillowej; wszystko razem wymieszane i polane sosem jogurtowym, posypane prażonymi pestkami dyni.
I na jeden z ostatnich obiadów wymyśliłam błyskawiczne danie kasza bulgur z sosem grzybowym, tzn. pieczarki do blendera/szatkownicy, to samo cebula i już leci na patelnię baza do sosu, potem dodałam zmielone suszone grzyby, chwilkę poddusiłam, dodałam siemienia lnianego zamiast zasmażki/mąki i śmietanę. I do tego kasza bulgur po ugotowaniu wymieszana z łyżką masła. Pychota! SZM powiedział sos pyszny, kasza mu nie smakuje, woli gryczaną. Trudno, dla mnie pychota.
Wczoraj podałam deser serowo-owocowy. Serek biały, śmietana, miód, płatki typu crunche - zblendowane układam na dno szklanego naczynia. Na to wykładam zblendowane owoce, w zależności od tego jakie mam - miałam kiwi, banana, dodałam garść świeżego szpinaku.
Dzisiaj wersja ryżowa: ugotowany ryż, śmietana, miód, wszystko razem zblendowane na dno naczynia, a na górę zblendowane kiwi i banan, tym razem bez szpinaku.
Wczorajszy deser ze względu na białą bazę był podobno lepszy :-)
Tak mnie ostatnio ciągnie do blendera :-)

Biegowo
ostatnio się troszkę opuściłam, bo mówiąc szczerze wracałam z pracy tak późno i tak zmęczona, a pogoda była tak okropna, że nie chciało mi się po prostu wychodzić z domu. Ale z ostatnich zawodów przywiozłam choinkę, która już ustrojona rozświetla mi balkon. Cudna jest!
Muszę wziąć się w garść, bo na Festiwal Biegowy w Krynicy już się zapisałam, a tamte biegi same się nie przebiegną :-)

Dylematy mieszkaniowo-meblowe
Nasze dzieci mają pokoje osobne, każdy swój, ale obydwa małe, malutkie. Wersalka, biurko, komoda, szafka i koniec. Młody ma meble systemowe, których już nie produkują, nie ma więc możliwości dokupienia czegokolwiek, a przydałaby się szafa, bo w komplecie on ma tylko połówkę szafy, a to zdecydowanie za mało. W pokoju u Małej na jednej ze ścian stoi ogromna szafa, prawie jak wnękowa. Są w niej nie tylko ciuchy Małej, ja mam tam firanki, pościel, maszynę do szycia w torbie, chłopaki garnitury, my wszyscy kurtki zimowe, a na samej szafie stoi 5 dużych kartonów (SZM, Młodego, Małej, torebki, torby turystyczne). Szafa ma lat tyle ile mieszkamy na tym mieszkaniu. Została kupiona niby do naszej sypialni, którą planowaliśmy mieć, ale potem zdecydowaliśmy, że lepiej żeby dzieci miały osobne pokoje. A szafa została. Nadchodzi czas zmian w pokoju Małej, bo łóżko się sypie i wspomniana szafa również.
Problem w tym, że z logicznego punktu widzenia powinno się najpierw powiększyć powierzchnię meblową Młodego, czyli dokupić/zmienić szafę, i wywalić, albo zmienić na mniejsze, biurko. Poprzekładać część rzeczy z szafy, która stoi w pokoju Małej i dopiero wówczas dokonywać jakichkolwiek zmian w pokoju Małej. A konieczna jest wymiana łóżka, biurka, szafy. I tu mam zagwozdkę, czy inwestować w jego pokój? Bo może być tak, że za chwilę powie, że się wyprowadza. No i nie wiem. Na szczęście nie ma też teraz kasy więc problem się z lekka oddala, ale w przyszłym roku dostane pożyczkę to wróci :-)