na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 31 marca 2011
Rozkoszuję się ostatnimi dniami wolnego w domciu. Wrzuciłam sobie farbę na włos i popijam pyszną kawuchę.

Mamy świetnego Zębologa, do którego mam pełne zaufanie. I gabinet blisko. Niestety Zębolog nie użera się już z NFZ i nie ma już usług w ramach kontraktu. Generalnie wiele to nie zmienia, bo NFZ stomatologicznie nie refunduje prawie nic. Przeglądy u naszego Zębologa mamy za friko (pewnie w ramach promocji, he he), ale cała reszta już niestety nie. Po przeglądzie okazało się, że mamy co nieco do robienia, niby nic nikogo nie boli, ale są rzeczy gorsze i takie, które mogą poczekać. Ja nie lubię czekać, lubię wiedzieć, że wszystko jest OK. Robić trzeba nim zacznie boleć, tak uważam. Zabukowałam terminy, zaczęliśmy leczenie i już wiem, że w tym miesiącu na więcej mnie nie stać. Przeliczyłam kasę, upewniłam się co i jak, terminy przebukowałam.

Wpadłam tez na to, że usuwać kamień mogę tam, gdzie kontrakt z NFZ jest. Trochę źle się z tym czuję, bo jakaś taka solidarność, lojalność w stosunku do Zębologa się odzywa, ale biznes to biznes. Zabukowałam już pierwszy termin.
No i szlag mnie trafia, bo przecież składkę zdrowotna płacę, tak?



godz. 17.00
Po zmyciu farby doszłam do wniosku, że grzywka (bo przypomnę że od jakiegoś czasu jesteśmy dwie - moja grzywka i ja - KLIK) zdecydowanie zbyt długa już jest. Poleciałam do fryzjera z myslą, że może w końcu coś jednak z tą reszta długich już włosów dałoby się zrobić, bo zapuszczam i zapuszczam, spinam i spinam to może w końcu coś podziałać. Wydawało mi się, że nie ma babeczki, która ostatnio przypadła mi do gustu i pamiętając Pizdryka Iksińskiej nie zdecydowałam się na cokolwiek więcej niż rzeczona Grzywka. Iksińska - dzięki wielkie :-)))



środa, 30 marca 2011
jak to dobrze, że mnie tam ostatnio nie było, nie ma i jeszcze parę dni nie będzie...
Łomatko!!!
W poprzedniej pracy przepracowałam prawie 10 lat nim zaczęło grzmieć. Zagrzmiało mocno i ostro, no i poleciałam do odstrzału. Udało mi się wrócić do zawodu w ciągu roku. Osiadłam tu gdzie jestem. Wkrótce stuknie mi tutaj dziesiątka. Parę burz przeżyłam. Było ostro, groźnie, dramatycznie, ale rozchodziło się po kościach. Teraz jest inaczej. Mam nieodparte wrażenie, że źle się skończy. Może nie zwolnieniem, ale na pewno na dobre nam to nie wyjdzie.
Oesssu!
Tylko spokój nas może uratować. Tylko spokój. Bo wokół pełno gierek, manipulacji i dwulicowości. Chyba w każdej pracy tak jest.
Kiedyś pisałam już na temat wyboru gimnazjum dla Małej -> KLIK. W skrócie rzecz ujmując Mała chce iść do szkoły spoza rejonu, do której trzeba dojeżdżać. Nie jestem tym pomysłem zachwycona mimo, że szkoła jest podobno fajna (aczkolwiek prowadzona przez księży!). Potem okazało się, że będzie rewolucja szkolna w naszym mieście i dlatego wybraliśmy tak zwane mniejsze zło i zgodziliśmy się na tę szkołę z dojazdem -> KLIK. Dzisiaj wiemy już, że na razie szkolna rewolucja w naszym Mieście została wstrzymana, więc wystarczy by Mała dostała się do tego lepszego pozarejonowego gimnazjum, ale w ramach naszej SypialniMiejskiej czyli spacerkiem, bez dojazdu. A Mała dalej myśli o tej szkole z dojazdem... Niby nic dziwnego skoro koleżanki tam idą, ale miałam nadzieję, że dojdzie do wniosku, że dojazdy nie są fajne, że lepiej sobie pospać niż gnać na przystanek. Nie chcę, żeby zaplątała się w dojazdy, bo autobus tam jeździ raz na godzinę, czyli jak wypadnie z trasy to po prostu umarł w butach, no i po co ma dojeżdżać, wstawać wcześniej, marznąć na przystankach...
Dzisiaj trochę pogoniłam moją Małą-gwiazdę do nauki, bo egzamin tuż tuż i wypadałoby coś powtórzyć, zrobić przynajmniej wrażenie że się uczy i powtarza. Koleżanki, psiapsióły, które wpadły dziś powiedziały, że się uczą. A moja gwiazda nic, echo. Bo przecież ona wie, umie, potrafi... Moja wina, bo jako matka powinnam nagiąć do nauki, ale dziecko mnie przyzwyczaiło, że zawsze samo, zawsze zorganizowane, zawsze piątki.
Dziś rzuciłam Małej tekstem mniej więcej takim:
- że musi coś popracować, powtórzyć, poćwiczyć, bo już czas najwyższy,
- że sama nie wiem czy ją poganiać do nauki, bo jak ją za bardzo pogonię to weźmie się do nauki zbyt mocno i jeszcze się dostanie do tej szkoły z dojazdem.
- że może pogonię, ale tylko trochę, tylko na tyle żeby dostała się do pozarejonowego gimnazjum w ramach SypialniMiejskiej, ale nie będę poganiać zbyt mocno, żeby aż tak nie przejęła się jednak tą nauką...
:-)))
wtorek, 29 marca 2011
Już się przyzwyczaiłam już polubiłam, a tu znowu nowe... Bo aktualizacja Mozilli skutkuje innym widokiem, innym otwieraniem, w ogóle innym.Znowu minie kupa czasu nim się przyzwyczaję.
Musiałam sobie ponarzekać...

Młody zaliczył ostatni egzamin, znaczy sesja zaliczona pozytywnie!!! UFFF! Wszystkim nam zrobiło się o wiele lżej na duszy.

"Gotowe..." do sezonu 5 zaliczone, teraz pracuję nad sezonem 6, ale to już pójdzie wolniej, bo oglądam przy kompie, a nie na TV.

W piątek czeka mnie babskie spotkanie. Nareszcie. Gotowa już byłam sama zwalić się jednej takiej babce na głowę :-)))

Dzisiejsze odwiedziny naświetliły sytuację pracową. Nie jest dobrze. Ktoś chce nam na siłę uprzyjemnić życie. Jeszcze tydzień luzu przede mną. Praca jest, ale atmosfera już nie ta i same warunki jakby gorsze. Wszystko jeszcze się kotłuje i nic nie jest pewne...

Zestresowała mnie ta sytuacja, bo nie czuję się rekinem branży, nie mam wrażenia, że świat należy do mnie, praca na mnie czeka i w ogóle jest gites.
Zdaję sobie sprawę, że mam 42 lata, mój rynek zawodowy nie jest tak chłonny jak ja bym chciała i obawiam się, że może mnie nie wchłonąć jak już raz mnie wypluje. Nie czuję się już specjalistą w mojej branży, mam wrażenie, że rozmieniłam się na drobne. Studia nic mi nie dadzą, dyplom mogę sobie schować do kieszeni i być dumna z samej siebie. Jestem dobra w rzeczach, które tu i teraz przydają się bardzo, ale w zawodowym świecie zewnętrznym kompletnie nie mają  znaczenia. Gorzka to prawda i bolesna.
Najchętniej poszłabym już na emeryturę. Stały dopływ gotówki, spokój, cisza...



wtorek/środa godz. 2:39
Próbowałam oglądać Czarnego Łabędzia. Z akcentem na fakt, że próbowałam. To chyba nie jest dla mnie film. Dobrnęłam do 30-stej minuty i odpuściłam. A moja Mała jak się okazało już go oglądała. Ja zabrałam się za oglądanie tylko dlatego, że wyczytałam, że lekki smrodek się robi wokół Oskara dla Portman, podobno większość filmu przetańczyła jej dublerka, tylko wkleili buźkę Portmanowej. I obejrzałam film o efektach specjalnych w tym filmie -> KLIK .
W końcu zobaczyłam Lektora. Snuje się, nawet trochę ciągnie, ale w sumie jest całkiem OK.
niedziela, 27 marca 2011
Spotkanie rodzinne zaliczone.
Biję się w piersi, ale jakoś tak bez przekonania :-) Postąpiliśmy niepedagogicznie i niewychowawczo. Pozwoliliśmy naszym dzieciakom zostać w domu i wymyśliliśmy na to konto sensowne ale fikcyjne usprawiedliwienia.
Rodziny sobie człowiek nie wybiera, nawet tej najbliższej. Jeżeli nie ma sympatii to nawet więzy krwi nie pomogą w kontaktach codziennych. Młody mimo, że zbliżony wiekowo poczuł się zwolniony z obowiązku uczestnictwa w wizycie niejako w formie rewanżu, a Mała zazwyczaj się nudzi, bo najmłodsza i nie ma towarzystwa.
Dawniej przymuszałam Młodego do wizytowania, bo rodzina, bo rówieśnicy, bo wypada, bo takie tam inne, ale kiedy się okazało raz i drugi, że druga strona odpuszcza - to ja też poczułam się zwolniona z obowiązku.
I dziś świat się nie zawalił.

Siedziałam tam i przysłuchiwałam się rozmowom. To niemożliwe, że ludzie z mojej grupy wiekowej, no może ciut starsi (ale taki mały ciut), każdą dyskusję kończą tematem związanym z ich stanem zdrowia. Ileż można słuchać na temat ich objawów, badań, wyników, i tym podobnych rzeczach. Nie uważam żebym była nieczuła, ale siedziałam, słuchałam i w głębi duszy umierałam z nudów.
piątek, 25 marca 2011
*
...apetyt dopisuje mi tak, że sama się obawiam o to, co będzie dalej. Wczoraj wieczorem czekolada mleczna, caluteńka, dzisiaj serek Brie plus oliwki.
Uprzedzając pytania - nie, nie jestem w ciąży! :-)))
*
"Gotowe..." oglądam w dalszym ciągu, obecnie sezon 5.
*
Strasznie chce mi się babskiego spotkania. Plotek, paplaniny, krzyków, chichów, drinków, kuchennych szeptów w oparach papierosów. Dawno już się nie widziałyśmy, naprawdę dawno...
*
Masakra w pracy zmieniła się w dramat. Zwalniają? Nie, nie zwalniają, ale tak umilą nam życie, że sami się zwolnimy. Tak usłyszałam dzisiaj. To chyba dobrze, że mnie tam nie ma, lepiej chyba było nie wiedzieć.
*
SZM mnie dzisiaj zadziwił - też sobie wziął wolne :-)
*
Zaliczyłam wizytę u med-specjalisty  który mnie z lekka wkurzył. Specjalista owszem dobry, słowa nie powiem, ale podejście do kasy - całkowicie bez klasy. Nie po raz pierwszy, więc nie ma mowy o mylnym zrozumieniu się, tudzież dobrych intencjach.
Nie wdrażając się w szczegóły nakreślę krótko.
Med-specjalista ma gabinet, w którym odbywają się wizyty prywatne i te w ramach NFZ. Do tego gabinet fizykoterapii, prywatny, plus nazwijmy to sklep z zaopatrzeniem medycznym. Podczas wizyty pacjent ZAWSZE dostaje zalecenie skorzystania z fizykoterapii (płatnej) i w miarę potrzeb jest kierowany do sklepu.
Moje wizyty są ZAWSZE w ramach kontraktu z NFZ.
Kiedyś na moją sugestię, że skorzystam z innego sklepu dowiedziałam się, że na czymś pani doktor zarobić musi, bo NFZ płaci za mało, więc jestem jakby nie fair nie korzystając z TEGO sklepu.
Przy kolejnej wizycie było parę wtrętów na temat fizykoterapii w innym niż TEN wskazany gabinet, że jakże to tak i w ogóle dlaczego.
Dzisiaj przy temacie fizykoterapii w innym gabinecie umarł temat dalszego badania mnie w ramach tej jednej konkretnej dzisiejszej wizyty.
Nie wiem czy dla zaspokojenia własnej ciekawości nie zadam sobie trudu i nie sprawdzę u źródła, czyli w NFZ, za jakie procedury płaci NFZ w ramach jednej wizyty u specjalisty.
Nie wykluczam, że tak jest, ale wcześniejsze teksty med-specjalisty sugerują, że mogło być inaczej.
*
Odwiedziłam dzisiaj matencję. Nie było tak źle. Ośmielę się rzec nawet, że było OK. Pewnie dlatego, że dawno mnie tam nie było...
*
Mała powiedziała mi ostatnio, że matencja i ja psujemy jej obraz rodziny. Zamarłam wręcz gdy to usłyszałam.
Okazało się, że to nie chodzi o nasze relacje tylko o to, że matencja obgadywała do mnie ostatnio ciocię B i wujka S. Nikt nie jest kryształowy, idealny. Ani my, ani wujostwo. Sytuacje są różne, nie ma białe, czarne. Usiłowałam matencji coś wytłumaczyć, musiałam jej nawet przyznać rację. No i Mała powiedziała, bo ja myślałam, że oni są tacy fajni, a Wy mówicie to i owo. Kolejna lekcja życia dla dziecka.
A mnie kamień spadł, bo już myślałam, że chodzi jej o nas dwie.
*
tematy mi się wyczerpali.... :-)))


środa, 23 marca 2011
Bosze, Ty widzisz i nie grzmisz?

Zobaczcie najpierw to: KLIK

Nie wiem jak wy, ale ja jestem zbulwersowana brakiem obycia językowego kobiety, która predestynuje do miana światowego kreatora mody.
No wiem, może mi ktoś rzuci, że ona nie musi znać angielskiego, że może zna francuski, niemiecki, ale jakoś mnie to ruszyło. Wstyd mi za nią. Jak już nie zna to niech nie improwizuje, tylko zda się w całości na tłumacza. Bo jak dla mnie to żenua totalna.

A może to dlatego, że generalnie baby nie lubię i mnie drażni nawet jak mówi po polsku? :-)))
Wczoraj wzięło mnie na maxa i odpicowałam chałupkę. Znudziło mi się siedzenie z pilotem w ręce, poczułam powiew wiosny i nawet z łuszczącymi się balkonami zrobiłam jako-taki porządek, tak że pranie schło mi już na świeżym powietrzu.
Tyle razy sobie obiecywałam, że nie kiwnę palcem w pokoju Młodego, ale jak zwykle się złamałam.
Powinnam jeszcze otworzyć naszą komodę książkową i dokonac tam segregacji i porządku.

Psychicznie przygotowuję się do wiosennego remontu. Musimy odświeżyć przedpokój i pokoje dzieci. Odświeżyć, znaczy tapety zerwać i położyć na nowo. Dotychczas mieliśmy tapety do malowania, tym razem pewnie tez tak zrobimy więc dochodzi nam jeszcze malowanie :-) Gdyby nie to, że obawiam się przeciążenia i zdrowy rozsądek mi mówi, że to byłaby głupota ewidentna bardzo chętnie wykorzystałabym ten wolny czas na ten remont. Do tego potrzeba jednak dwóch par rąk :-)

Czeka mnie dzisiaj (pierwsza z kilku zaplanowanych) wizyta u stomatologa, gdzieś tam podskórnie już się denerwuję, bo dawno nie byłam i się odzwyczaiłam. Potem to już pójdzie siłą rozpędu, wiem co mnie czeka, bo jestem po przeglądzie.

Poprzedni tydzień pobytu w domu "umilały" mi stuki-puki w wykonaniu sąsiada, który remontował mieszkanie. Od dzisiaj stuka-puka-wierci-tnie ekipa wymieniająca okna w naszym bloku. Podobno to tylko dziś i jutro, ale potem pójdą do klatki obok i też pewnie będzie słychać. Skończą okna, zaczną drzwi wejściowe do bloku. A potem domofon. Ale za to jak pięknie będzie później...

Młody wczoraj zaliczał ostatnie podejście do egzaminu. Jak mu nie pójdzie to dopiero w czerwcu będzie walczył. Trzymam kciuki, ale nie wiem czy to cokolwiek da. Pewnie zjadały mnie nerwy i stąd ten napad sprzątania :-)))

Wczoraj się naprałam, dziś czeka sterta prasowania i jeszcze taka jedna drobna stertka rzeczy do pozaszywania, ale to chyba później, bo muszę wyciągnąć z szafy maszynę.

Jakoś nie idzie mi to pisanie, takie bleblanie tylko jakby na siłę...
No to spadam stąd. Do miłego!


godzina 13.08
Ależ ten czas pędzi...

Kolejna rocznica za mną. Marzec 2008 rok  to początek blogowania tutaj. Trzy lata...
A ten pierwszy, już praktycznie nieaktywny, został zainicjowany we wrześniu 2004 roku. We wrześniu dokładnie 20-go minie siedem lat...
wtorek, 22 marca 2011
Wczorajsze odwiedziny służb medycznych zaskutkowały faktem, że siedzę sobie w domciu w dalszym ciągu. I dobrze mi z tym.
W dalszym ciągu czuję się obolała, budzę się z bólem kręgosłupa, ale nikt się nie spodziewał, że będę biegać jak młody bóg. Do pracy wracam dopiero w kwietniu!


poniedziałek, 21 marca 2011
Tak jak zapowiadałam umówiłam nas rodzinnie na wizytę do matencji w niedzielne popołudnie. Sobota minęła pod znakiem zakupów, obiadowania, sprzątania, "Gotowych..." i wieczornej wizyty towarzyskiej.
A moi chłopcy wybrali się na wycieczkę i Dżemowali :-) Wrócili zadowoleni na maxa.

W niedzielę rodzinna sielanka została przerwana...
Oj emocji było, a było!
Młody sprawia cały czas wrażenie jakby był nieobecny, albo dopiero co się obudził z głębokiego snu, niczym niedźwiedź. Zagrożenie typu narkotyki raczej(?) odrzucam, ale necik, komputer i sms-y - owszem! To jest to. Poza tym sprawa charakteru, usposobienia, osobowości...
Już mu kiedyś strzelałam mówki, że chciałabym mieć syna, na którym można polegać, który ma słowo, które coś znaczy, itp. Odcinaliśmy przeszłość grubą kreską, zaczynaliśmy z czystym kontem.
W piątek wieczorem Młody wychodził na bilarda; pytam kiedy wróci (i w duszy proszę Boga by wykazał się inteligencją i powiedział asekurancko i sprytnie, że np. przed północą), a on mówi, że za półtorej godziny. A wraca po godzinach trzech. I nie wiem czy nie wrócił dlatego, że dostało ode mnie syczącego sms-a. W usprawiedliwieniu słyszałam, że długo czekali na stół, a słówko magiczne pod tytułem "przepraszam" nie padło. Mógł wysłać sms-a do mnie z info, że wróci później? Mógł. Nie wpadł na to :-(

Nie zrobi niczego z własnej inicjatywy. Jeżeli proszę to zrobi, ale nie wiem czy już, tu i teraz czy też będę musiała sto razy prosić i przypominać. Jak nie powiem, nie przypomnę - dupa blada, nie zrobi. Jest tak mało domyślny, uczynny, że ręce mi opadają i wstyd mi, że takiego wychowałam. Brakuje mu sprytu, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie włącza zdrowego rozsądku. Ludzie chwalą, że miły, że grzeczny, ale to kurde, nie wszystko. Brak mu po prostu tego fragmentu inteligencji, który odpowiada za domysł, improwizację, spontaniczność.
Drewniane to moje dziecko.
I wiem po kim... taki właśnie jest mój tatencjusz. Niestety.
Może tym bardziej trafia mnie szlag, że widzę w nim cechy dziadka i aż się tego boję.

Awantura była mocna. Soczysta. Krótka, ale dosadna. Oboje z SZM wyładowaliśmy swoje frustracje, powiem szczerze.
Młody nie potrafi się bronić. Od dłuższego już czasu zastanawiam się czy kiedyś się nam, albo samemu SZM postawi. Nie, nie próbuję go, ale tkwi we mnie taki lęk, co wtedy będzie. Bo wiem, że będzie źle.


 
1 , 2 , 3