na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
sobota, 30 marca 2013
Nie idzie mi ostatnio pisanie. Najpierw kolorowy zawrót głowy ze spotkaniem sentymentalnym po latach, a potem natłok myśli pospotkaniowy. I ani się obejrzałam - Wielkanoc. Choć jak dzisiaj rano zerknęłam za okno to zastanowiłam się czy może nie ubrać choinki.
Święta tradycyjnie - czyli śniadanie i obiad u nas razem z teściostwem i rodzicami. Do kompletu dołączy jeden zagramaniczny wujek, ale przeżyjemy, damy radę :-) Popołudnie wielkanocne spędzimy u rodzeństwa SZM na oblewaniu okrągluchnej 50-tki. Poniedziałek mieliśmy spędzić w domu we własnym towarzystwie, ale dzisiaj zdecydowaliśmy się zaprosić gości. U nich - nietypowa sytuacja - on w szpitalu z diagnozą, która rokuje albo nie.

Nie idzie mi to pisanie...

W pracy raz lepiej raz gorzej. Raz myślę sobie - na co mi to było, czy ja to kiedyś ogarnę wszystko, czy będę umiała sprostać temu sama? Czy przypadkiem nie zarzucam sobie sama pętli na szyję? Może lepiej było siedzieć w kącie i grzecznie podziękować za ofertę, mówiąc, że matematyk nie była nigdy moją mocną stroną. Jestem dokładna i skrupulatna, a także porządnicka, nie lubię mieć zaległości, lubię mieć zrobione i mieć wszystko pod kontrolą, ale czy to znaczy że na pewno dam radę...
Jak pomyślę, że to jeszcze 3 długie lata to w zasadzie mam mieszane uczucia. Że dobrze, bo mam sporo czasu do nauki. Że źle, bo męczę się okrutnie psychicznie. Że nie chciałabym aby ktokolwiek z mojego powodu miał nieprzyjemności, a przesunięcie N_C_K na inne stanowisko nie byłoby przyjemnością dla niej, a dla mnie w takim układzie też zdecydowanie nie. Nie chciałabym pracowac z przyklejoną łatką "tej, która wygryzła N_C_K". Ale perspektywa własnego pokoiku z biureczkiem i komputerkiem oraz praca na samodzielnym stanowisku brzmią całkiem milutko. I wtedy odzywa się gdzieś tam głos - ale dlaczego dopiero za 3 lata... Mam szczerą nadzieję, że za te trzy lata moja psyche uzna się za gotową do działań na froncie K-P.

Nie mam weny...

Nasze Święta już są blisko. Ale bez szaleństwa. I bez skakania po oknach, bo dopiero co były z początkiem marca myte i firany zmienione. Dzisiaj dzieciaki posprzątały jak zwykle, a jutro z lekka poprawię, też jak zwykle :-) W wazonie gałązki kręconej wierzby ozdobione stosownymi zawieszkami. Na półkach moje ulubione włóczkowe puchate kurczaki.
Na balkonie stoi już biały barszcz, a nawet dwa, bo zrobiłam dwa wielgachne gary, żeby go nam nie zabrakło :-)
Jutro SZM będzie szykował mięsa (pieczeń z karczku i bitki wołowe w sosie). I upiecze sernik z rosą (właśnie zauważyłam, że nie wrzuciłam tego przepisu do mojego wirtualnego notatnika). Tak się nazywa to ciasto, bo na ser wykłada się bezę i ona się miejscami skrapla, jak rosa. Wyjmę też jakieś ciasto z zamrażarki, bo sporo go tam jeszcze jest. Wyjęłam też z zamrażarki do obiadu kapustę z grochem. Wi-gi-lij-ną!
Pokroimy jarzyny (już ugotowane i obrane z łupin) na sałatkę jarzynową. I SZM zrobi sos chrzanowy. Zastanawiam się czy nie zaszaleć i nie zrobić poduszeczek serowych. Jak mnie jutro weźmie wena to rach-ciach! ukulam trochę. Ale nie nastawiam się, że na pewno.

A zaczniemy od przygotowania koszyczka do świecenia, w południe dziewczę moje czyli Mała idzie ze święconką.

A tymczasem oczy mi się zamykają...
Kochani, nie wiem czy jeszcze do Świąt tu zajrzę, więc na wszelkie wypadek ŻYCZĘ WAM:

Wiosennych,
radosnych,
rodzinnych,
spędzonych w miłym towarzystwie
Świąt Wielkanocnych.

                                  Anonimka
poniedziałek, 25 marca 2013
Wróciłam. Żyję. Wypadku ani tragedii żadnej na szczęście nie było, za to było mroźno i to bardzo. Więc już wiem, że taki czas i taka pogoda to na zwiedzanie kiepski pomysł. Wycieczka bez towarzystwa SZM to też średnia przyjemność. Bo co innego jechać z ekipą sprzed lat, albo ekipą koleżanek bez SzanMenża, a co innego w towarzystwie zwykle imprezowym sielsko-małżeńskim.
Oczywiście głupie myśli mnie naszły w stylu że niby jak SZM by umarł to tak będę jeździć bez niego... Tfu, tfu...! Wiem, kretyńskie te myśli, ale zawsze mnie prześladuje myśl, że to ja zostanę sama.
Wróciłam zmęczona i zmarznięta. Wycieczki bez noclegu to jednak nie moja bajka. Jedna noc - to 5 godzin podróży w jedną stronę, potem zwiedzanie caluteńki dzień i druga noc - powrót. A potem caluteńki dzień odpoczynku i regeneracji. Niedzielę przespałam caluteńką z przerwą na obiad.
Zdjęć zrobiłam mnóstwo, ale jeszcze są w aparacie.
A i tak Paryż podobał mi się zdecydowanie bardziej :-)

- - - - - -
W temacie spotkania sentymentalnego - ludzie w mailach piszą, że też ich myśli jeszcze wciąż i wciąż krążą wokół tamtego weekendu i tego co było nam dane razem przeżyć przed laty. Bo to był fantastyczny okres. I cudem jest to, że po latach byliśmy tacy sami, bez znaczenia było to, co kto robi, gdzie mieszka, czym się zajmuje. Byliśmy po prostu sobą. Czuję niedosyt, ale może tak lepiej.
Myślałam, że to tylko moja chora psyche tak mnie ciągnie myślami w tamtą stronę. Dobrze, że inni przyznają się do tego samego :-)

- - - - -
Tyle się działo, że zapomniałam, że Święta tuż, tuż. Tradycyjnie Wielkanocne Śniadanie (i obiad) będzie u nas razem z teściostwem i rodzicami. A po południu my idziemy w gości. Wybraniamy się od gościny u rodziców w Poniedziałek, bo chcemy po prostu odpocząć. Najwyraźniej nie spotkamy się z moim rodzeństwem, ale jakoś mi nie żal. Rozeszły nam się ostatnio dróżki i to dosyć mocno.

- - - - -

piątek, 22 marca 2013
Zła jestem na siebie i to bardzo. Tak strasznie w psyche wryło mi się to spotkanie sentymentalne, że już jestem zmęczona po prostu tym tematem. Sama usiłuję się świadomie odcinać od tego tematu. Przygotowania do spotkania to był dla mnie naprawdę mocny okres. Wszystko i wszystkich ogarnąć to nie było proste. Do tego stres czy się uda i jak będzie. Teraz powietrze schodzi, ale psyche wciąż pracuje. Za każdym razem śni mi się różnie, ale zazwyczaj cokolwiek związane z tematem sentymentalnym. I nie łączą się z tym spotkaniem żadne tam miłości i romansidła, o nie. To był dla mnie czas ważny, czas prawdziwych przyjaźni, które nie zdarzają się co dzień. Skończyło się lekkim zawieszeniem w czasie i przestrzeni, ale to była skomplikowana sprawa i zdecydowanie nie na otwartego bloga.
Samo spotkanie było super, ale odczuwam pewnego rodzaju niedosyt kontaktów, rozmów, informacji ze strony współbiesiadników. Ludzie się rozochocili, chcieliby więcej, może nawet częściej, ale ja się z tego wymiksowuję. Zbyt wiele mnie to kosztuje i czasu i emocji.
Myślami wciąż jestem jeszcze tam, a tu trzeba wrócić do rzeczywistości, do pracy, do domu, do SZM, który wykazał się wspaniałą cierpliwością i tolerancją kiedy ja w ferworze przygotowań byłam praktycznie non-stop zajęta.
I ten dzisiejszy wyjazd na który najpierw się ochoczo zgodziłam, a potem mi przeszło, ten wyjazd wcale mi nie jest na rękę. Po prostu nie mam ochoty. Ale z drugiej strony liczę gdzieś tam podskórnie, że po tej wycieczce moja psyche już zajmie się czymś innym i odpuści sobie temat spotkania sentymentalnego.
Trzymajcie proszę kciuki żebym wróciła cało i zdrowo, bo wciąż mi się tłucze w mózgu myśl, że przecież miała nie jechać, nawet jej się za bardzo nie chciało, ale pojechała zamiast kogoś i zginęła w wypadku. Brrrr....


- - - - - - - - -  -
godz. 16.24
co mogła zrobić Anonimka, żeby się odstresować, zająć ręce, a może i mysli? No co takiego? Tak, oczywiście zgadli Państwo wszyscy., co do jednego. Wzięła i ogarnęła caluteńkie mieszkanko, włącznie ze zmianą pościeli. I teraz właśnie za momencik idę zrzucić zmęczenie, bo wchodzę do wanny a właściwie pod tzw. szybki prysznic w wannie. I lepiej mi na duszy może nie bardzo, ale na ciele na pewno. :-)
No i przedświątecznie ogarnięta chałupa cieszy bardzo! :-)
środa, 20 marca 2013
Fakt, dawno mnie tu nie było...
Po pierwsze:
Utonęłam w ferworze przygotowań do spotkania sentymentalnego. Miałam się tak bardzo nie angażować, a skończyło się na tym, że to ja ogarniałam całe towarzystwo, że byłam w tej maleńkiej grupce, która wszystko ustalała, obliczała, informowała itp. Wciągnęło mnie to bardzo, bardzo mocno. Samo spotkanie było naprawdę fajne. Nie chcę pisać szczegółów, ale było wspaniale, fantastycznie i w ogóle całkiem fajnie. Zjechali się ludzie z różnych stron Polski, i nie tylko. I mimo zajmowanych stanowisk, życiowych doświadczeń, upływu lat zostali tacy sami, tacy jak dawniej, tacy jakimi ich pamiętam.
Cały czas myślami jestem z nimi, tam jeszcze na tym spotkaniu.
Bałam się porównań, depresji i w ogóle spadku mojego dobrego samopoczucia. Było jak zwykle - czyli moje mega-zaangażowanie w imprezę ale przed nią samą. Natomiast podczas samej imprezy uchodzi ze mnie powietrze i już nie jestem tak bardzo aktywna. Pocieszające jest to, że nikt nie miał problemu z rozpoznaniem mnie :-)

Po drugie:
Moja córka jest już 15-latką. Urodziny zaliczone.

Po trzecie:
Matencja dzisiaj świętowała swoje okrągłe urodziny. I jak zwykle zamieszanie. Bo najpierw nie obchodzi urodzin tylko imieniny, a potem dzwoni i zaprasza na kawę z okazji urodzin. I w ogóle nerwowo było dzisiaj. Obecność teściowej i innych gości, a także ich zachowanie nie pomagało.

Po czwarte:
mamy zaproszenie na wesele. Nie wiem tylko czy pojedziemy. Mamy czas do czerwca na podjęcie decyzji. Osobne zaproszenie dla Młodego. z osobą towarzyszącą. A on mi mówi, że w tym czasie będzie na Woodstocku. Jaki Woodstock?! Kto i kiedy o tym mówił...?

Po piąte:
czeka mnie kolejny aktywny weekend, wycieczka zagramaniczna. Jadę zwiedzać Wiedeń. Niespodziewanie, bo jako zawodnik rezerwowy. Sama, bez SZM. Najpierw chciałam i się cieszyłam, a teraz im bliżej piątku tym mniej mi się chce. A gdzieś tam w środku to najbardziej się boję, żeby tylko jakiego wypadku nie było...

Po szóste:
Dopada mnie deprecha zawodowa.
N_C_K ma do wypracowania jeszcze TRZY lata. TRZY lata tak zwanego przyuczania się do stanowiska w totalnym nieładzie i chaosie. Męczy mnie ten bałagan i brak organizacji, spychoterapia i lenistwo, a także ciągłe marudzenie ile to roboty jest.
I męczą mnie dylematy. Czy ja naprawdę chcę pracować licząc te płace? Czy nie lepiej mi było w ciszy i spokoju jak do tej pory? Czy to jest na pewno awans dla mnie? Jak wygląda moja wartość na rynku pracy? Co ja potrafię? W czym jestem lepsza od innych?

Po siódme:
nadal tyję, jem na potęgę więc tyję, nie zrzuciłam nawet grama, oponka wciąż mi rośnie i rośnie. Samej siebie nie lubię. Czekam tylko do wiosny i muszę na rower - fruuu...!

po ósme:
idę odsypiać zaległości z weekendowego spotkania sentymentalnego, bo powinnam być pełna energii na najbliższy weekend. Póki co zaczyna mnie boleć gardło (wrzaski na spotkaniu sentymentalnym) i chyba leci mi coś z nosa (oprócz wrzasków były też przeciągi).

po dziewiąte:
koniec wyliczanki :-)