na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 31 marca 2014

Dzisiaj wolno i leniwie bez egzotycznych atrakcji.
Czas na porządki, na odreagowanie, odespanie zaległości.
Jestem dumną mamą Małej, która miała świetną okazję wykazać się znajomością języka. Nauka trwa co prawda ledwo 6 miesięcy, ale uważam, że to iż była w stanie dogadać się, jest świetnym dowodem na jej zdolności językowe.
I oczywiście chwalę ją (i się nią) na każdym kroku :-)

Czas wracać do codzienności. Miłego popołudnia!

Nasza panna z dalekiego kraju została ugoszczona polską kuchnią, tym co jemy my. Ograniczenia czasowe i ograniczone możliwości pakowania w siebie jedzenia zmusiły nas do wyborów i rezygnacji. Co zjadła?

1.
pieczone drobiowe skrzydełka w marynacie miodowo-piwnej, frytki, sałatka piklowo-warzywną a (Biedronka),
dodatkowa atrakcja - grzyby marynowane własnoręcznie przez SZM,
deser - ciasto karpatka, domowe jogurtowe muffiny.

2.
z szerokiego wachlarza możliwości które zostały przez nas przygotowane na śniadanie młoda dama skosztowała:
chleb, polskie wędliny plasterkowane, kiełbaski na ciepło z musztardą, dżem truskawkowy, ogórki zielone, herbata
obiad:
kotlet schabowy, ziemniaki (potłuczone z odrobiną masła), mizeria, ćwikła czyli tarte buraczki z chrzanem, ogórek kiszony
kolacja:
przysmażone ruskie pierogi z kleksem śmietany i maślanką w kubeczku

3.
śniadanie w zasadzie podobne, bo niczego nowego nie skosztowała
obiad, tym razem restauracyjny, ale udało nam się trafić na kuchnię polską i duży zestaw różnorodności czyli: pierogi ruskie, gołąbki w sosie pomidorowym, kiełbasa z rusztu, kapusta kiszona zasmażana, ziemniaki zapiekane z serem żółtym, kotlety schabowe i tradycyjny restauracyjny zestaw surówek czyli marchewka, buraczki i kapusta biała z dodatkami.
kolacja: nowości to jajko na twardo z majonezem, kiełbasa wiejska podwędzana, twarożek ze śmietaną, szczypiorkiem i rzodkiewką.
W ramach zupełnie przypadkowych wieczornych atrakcji: kawa Inka (z mlekiem oczywiście, pół na pół) oraz kisiel i budyń. Była jeszcze nauka przygotowywania tych specjałów, zakończona właśnie przed chwilką :-)

Panna niechcący uświadomiła mi/nam, że wrzucamy w siebie jedzenie szybko, bezmyślnie chyba nastawieni na czas i szybkość. A ona jedzenie celebruje. Je maleńkimi kawałeczkami, dokładnie gryzie każdeńki kawalątek i nie łączy składników. Czyli najpierw zjada mięso, potem ziemniaki, a na końcu surówkę.
Dodatkowa atrakcja to nauka obsługi sztućców.

:-)))

czwartek, 27 marca 2014

Od jutra stajemy się homestay'em dla jednej młodej osóbki z bardzo daleka. Nie wiem czy dobrze to ujęłam, ale w każdym bądź razie stajemy się stancją, bazą noclegowo-posiłkową, a zarazem opiekunem przez kilka dni jednej panny z bardzo daleka. Siedzę i dumam co by tu przygotować do jedzenia i gdzie tę gościówkę zawieźć, co jej pokazać, czym się pochwalić... Biorąc pod uwagę jej napięty grafik wiele czasu na pokazanie jej czegokolwiek to nie mamy.
Dylematy kulinarne mam cały czas. Typowe tradycyjne polskie danie, polska potrawa. Jakie macie typy?

wtorek, 18 marca 2014

Zdrowotnie

Od pewnego czasu znowu mam problemy z kręgosłupem. Schylam się i nie jestem w stanie się wyprostować. Dzisiaj ni stąd ni zowąd znowu. Cały odcinek lędźwiowy mam obolały, usztywniony, dochodzenie z pozycji zgiętej do wyprostowanej trwa i trwa, a nawet nie zawsze jest możliwe. Mam szczerą nadzieję, że przejdzie. Tydzień temu przeszło. Rano wzięłam bardzo silne leki, wracając z pracy zakupiłam stary dobry plasterek. Boję się, żeby nie powtórzyła się historia sprzed chyba lat trzech kiedy to skończyło się zastrzykami i długim zwolnieniem. Oby nie.

Pracowo

Stopniowo ogarniam wszystko. Porządkuję, wprowadzam nowe rozwiązania, albo takie których nie ma a być powinny. Pracownikom się nie bardzo podoba. Nie dyscyplinuję na siłę, wprowadzam tylko zasady które wszędzie indziej są normą, a u nas do tej pory nie były. Wiem, że włożyłam kij w mrowisko, ale dam radę, będę silna i cierpliwa. Sama z siebie jestem dumna, że spokojnie i cierpliwie po kolei każdemu tłumaczę dlaczego tak, a nie inaczej i z czego to wynika. Im bardziej oni nabzdyczeni tym bardziej ja opanowana, ale z sympatią, a nawet uśmiechem i zrozumieniem. N_C_K wymięka, bo ciśnienie jej skacze, a ja wolę kiedy ona głosu nie zabiera, bo ton i sposób mówienia w takich sytuacjach ma taki, że ja tez bym się nabzdyczyła na ich miejscu :-) Ona sama myślała chyba, że odpuszczę i dam sobie spokój, bo "przecież do tej pory było dobrze i nikt się nie czepiał".
Może nie powinnam tak mówić, myśleć, ale bardzo bym chciała mieć jakieś kontrole póki ona jeszcze firmuje wszystko swoją osobą. I nie o złośliwości tu idzie, ale o samo obycie z kontrolami :-) No i wiedzę co trzeba jeszcze zmienić :-)))

Domowo

Jest OK. Muszę tylko wymyślić jakiś szybki obiad dla SZM. Macie pomysły na szybkościowe obiady? Poza jajecznicą oczywiście :-)

 

 

niedziela, 16 marca 2014

Przepowiednie speców od meteo niestety się sprawdziły. Ale moje świeżuteńko umyte okna z kroplami deszczu na szybach są i tak o niebo lepsze i piękniejsze od tego co było zanim zabrałam się za ogarnianie domowego świata. Bo tych kropel by nie było chyba widać :-)))

Impreza rodzinna z cyklu urodziny Małej zaliczona. Nikt mnie niczym nie zadziwił, wszyscy wkurzali jak zwykle. Jak widać mało rodzinne ze mnie zwierzę.
Atrakcją była obecność sympatii Młodego. Osobiście uważam, że to za wcześnie na prezentację rodzinie, ale zapytał mnie o zdanie jakby za późno, bo już ją zdążył zaprosić :-)
Na wszelki wypadek się nie przyzwyczajam do dziewczyny.

Moje babskie spotkanie jednak chyba zaliczę, bo SZM powiedział, że on nie widzi problemu, bo ogarnie towarzystwo Małej sam, a mnie zawiezie na spotkanie. Muszę jednak temat przemyśleć, bo jakiś wyrzut sumienia mnie gryzie...

piątek, 14 marca 2014

Jak przystało na kobietę pracującą i matkę-Polkę urlopik pracowy poświęcam na ogarnianie mieszkania. Jednakże sama widzę, że albo zmądrzałam, albo posunęłam się w latach (co jakby jedno z drugiego wynika), albowiem to, co normalnie kiedyś machnęłabym w jeden dzień, ciągnąc nosem przy podłodze i kończąc całość około północy, teraz rozsądnie i rozważnie podzieliłam sobie na dwa dni. :-)
Udaję, że nie słyszę i nie wzruszają mnie komunikaty meteo, że od soboty (jutro znaczy się!!!) zmiana pogody i żegnaj piękna słoneczna wiosenko, która tak pięknie zachęcasz do przecierania okien. Robię swoje i tyle. Przy okazji niejako zaglądam też w kilka strategicznych miejsc, które niespecjalnie zmienią swoje oblicze, ale moja psyche poczuje się znacznie lepiej gdy będę mieć świadomość, że tam zajrzałam. Detektyw Monk mi się włącza.
Młody wczoraj ogarnął swoje królestwo, umył okno, posprzątał, odkurzył, zmienił pościel. Nie tak do końca zmienił, bo na razie zdjął, ale jeszcze nie założył świeżej :-) Pewnie trochę to potrwa. Tak, wiem on musi mieć podane czarno na białym, że ma zrobić to i to. Boleję jednak nad tym, że musiałabym mu codziennie zostawiać kartkę z listą zadań, bo sam nie wpadnie na to, że trzeba coś zrobić. Mała jest jego totalnym przeciwieństwem. a przecież wychowują się w tym samym mieszkaniu, w tej samej rodzinie...

Wczoraj dostałam informację o terminie babskiego spotkania. Sam termin niespecjalnie mi odpowiada, ale postaram się choć na trochę zajrzeć, z wiadomych względów.

Idę kończyć ogarnianie...

czwartek, 13 marca 2014

Jak zwykle jeżeli już zaglądam do bloga to albo nie mam weny, albo mi się w głowie kotłuje i w zasadzie nie wiem od czego zacząć...

matencja
Czytam teraz książkę Szapołowskiej. Nie porywa, nie wciąga, ale daje do myślenia. Autorka opisuje czas gdy umierała jej mama. To nie jest temat ani radosny ani łatwy. Cały czas zastanawiam się czy jest/będzie we mnie tyle empatii, troski i współczucia. I odsuwam daleko myśli, że być może będę musiała się o tym przekonać.
Matencja posuwa się w latach, tatencjusz również. Jedno ma lat 71, a drugie 74 więc mają do tego pełne prawo. A ja coraz bardziej jestem przerażona sobą, swoim podejściem do tego że się starzeją, że będą wymagać opieki, troski, że to starzenie się jest coraz bardziej widoczne. Moje podejście do tematu nie wynika z braku empatii, ale raczej z wewnętrznego braku zgody na taki stan rzeczy, bo ciężko jest mi się pogodzić z faktem, że ta codziennie widziana przeze mnie służbowo starość zaczyna dotykać mnie prywatnie...
Wczoraj zaliczyłam kolejne odwiedziny. Wysłuchałam po raz enty narzekań matencji. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, nie zajmuję stanowiska, po prostu słucham usiłując co jakiś czas zmienić temat. Jak zwykle ja o czymkolwiek a widzę że ona tylko czeka kiedy będzie mogła wstrzelić się w zdanie. Staram się pogodzić z tą sytuacją, naprawdę. W myśl tego co mi napisałyście, że przyjdzie czas gdy będzie mi tego brakować.

moje studiowanie
powoli dobiega końca, czego szczerze żałuję. Samo studiowanie bardzo fajne, a okoliczności towarzyszące (czytaj grupa i ekipa hotelowa) też. Trochę mi żal, że to już koniec. Złapałam się na tym, że przeglądałam ofertę kolejnej edycji studiów podyplomowych na zasadzie gdzie by tu może...? :-) Złapałam bakcyla znaczy się. To taka fajna odskocznia. Przyjemne z pożytecznym.

studiowanie Młodego
nadal trwa, bo przecież się nie obronił. Praca złożona, podpisana, niestety komplikacje formalne wydłużają cały proces. Nie mam już siły słuchać, że w lutym, że na pewno w marcu itp. Byle zdążył do lipca, by mógł aplikować na magisterkę, bo jak nie to moje pokłady cierpliwości wyczerpią się na pewno. Ma szczęście, że cały czas pracuje a raczej dorabia sobie w swoim stałym miejscu, bo jego bezczynnego siedzenia w domu chyba bym nie zdzierżyła. I tak mnie trafia, bo nijak nie potrafię go zmusić do dyscypliny i porządku. SZM mówi, że przesadzam, ale mnie osobiście i prywatnie szlag jasny trafia gdy po raz setny proszę o coś, on potwierdza a i tak ma mnie w głębokim poważaniu. I to o drobnostki idzie. Porządek w pokoju, bo w jego mniemaniu jest. A ja walczę ze sobą, by nie posprzątać tego co widzę. A co widzę? Skarpetki znajdowane koło łóżka i bynajmniej nie te czyste :-) Szklanki, kubki, talerzyki po spożyciu, na biurku totalny misz-masz, na krześle sterta ciuchów. Listwa przy kompie włączona prawie non-stop, mimo próśb o jej wyłączanie podczas jego nieobecności. Do tego jeszcze brak inicjatywy do czegokolwiek w domu. My do południa w pracy, on w domu, bo pracuje popołudniami więc w zasadzie mógłby powalczyć z obiadem, prasowaniem, porządkiem przy wejściu do domu (wycieraczki, buty), ale po co? Prawda?
Może to ze mną jest coś nie tak, może to ja jestem zbyt porządnicka, za wiele wymagam, no sama już nie wiem.
Pewnie drażni mnie po prostu ten jego stan zawieszenia...

Mała
tymczasem bawi na wycieczce w stolycy :-) Pogodę mają jak na zamówienie. Zaliczają po kolei różne atrakcje. Niewidzialną wystawę, Muzeum Powstania Warszawskiego, Centrum Nauki Kopernik no i samo miasto. Dzwoni zadowolona więc jest OK. A ja jestem pod wrażeniem, że dzwoni :-)))
W sobotę czeka nas domowa impreza rodzinna bo Mała w tym tygodniu świętowała swoje urodziny (rocznik 98 ubiegłego stulecia). Wierzyć mi się nie chce, że ten czas tak szybko płynie. Wspominałam sobie jak bardzo byłam szczęśliwa po porodzie. Jak bardzo chciałam będąc już mamą syna, urodzić córkę. Za każdym razem gdy czytam na innych blogach teksty/eseje/analizy o dzieciach z okazji ich urodzin obiecuję sobie że też taki popełnię, ale nic na siłę...

SZM
i cóż... w zasadzie nie wiem co napisać, że ok? Tak całkiem ok to raczej nie jest. Nie ma żadnych dramatów i okoliczności towarzyszących, ale trochę ścieżki nam się rozchodzą. Jesteśmy uszczypliwi w stosunku do siebie, krytykujemy się, mam wrażenie, że jedno na drugie działa trochę jak płachta na byka. O Boże, tak to chyba pisałam o moich własnych rodzicach! A za nic w świecie nie chcę powielać tego co mają oni.
A SZM jest śmiertelnie poważny, nie ma już tego poczucia humoru, które kiedyś miał, wszystkich wkoło krytykuje, wszystkim zwraca uwagę, wie zawsze najlepiej, a mnie szlag trafia jasny gdy on mówi tonem autorytatywnym, że "to coś jest bez sensu/niefajne/itp.". Maleńkim sukcesem moim staje się to, że czasem już powie "według mnie/moim zdaniem/jak dla mnie to coś jest ...". Czepiam się? Być może, ale to on sam krytykował swoją kochaną siostrunię (a raczej jej styl bycia i wypowiedzi), w którą sam stopniowo się zamienia.
Coraz częściej łapię się na tym, że nie chce mi się z nim dyskutować, spierać, opowiadać. A to zły objaw. Wiem. Bo najgorsza jest obojętność, a mnie się po prostu przestaje chcieć starać. Gdyby on opisywał tę sytuację pewnie by napisał, że ja się w ogóle nie staram :-)
To temat rzeka, te relacje między nami... Pocieszam się tylko, że tak pewnie jest w każdym związku.

życie pracowe
jest OK. Współpraca z N_C_K mimo wszystkich tych drobnych czy mniej drobnych minusów układa się dobrze. Mogę robić po swojemu i wedle swojego uznania. Robić porządki, nadrabiać (jej) zaległości też po swojemu, no i sama :-))) A jak za wiele pracuję to ona mnie wyhamowuje więc pracoholizm mi nie grozi :-) Mam możliwość dopytywania u niej o to, czego nie wiem, ale i tak nie omieszkam potem sprawdzić czy tak na pewno to powinno być :-) W ten sposób wiem czego ona nie wie. Tak zwanym minusem dodatnim ostatnio zaobserwowanym przeze mnie jest to, że ona uważa że ja i tak wiem lepiej :-)))

życie pozapracowe
Tradycyjnych spotkań babskich w tym roku jeszcze nie było. To z lekka niepokojące jest. Moje życie studenckie zapewnia mi rozrywek towarzyskich wystarczającą ilość (i kradnie trochę czasu) i pewnie dlatego nie jestem inicjatorką kontynuacji tych spotkań. Spodziewam się, że do świąt wielkanocnych już się raczej nie spotkamy więc to będzie najdłuższa chyba przerwa w naszej historii (a tradycja trwa już od 2000 roku).
Za to spotkanie ex-studentek (licencjat i magisterka wspólne) się odbyło, w tym roku jedno, ale zawsze to coś. Nie za bardzo chciało mi się jechać, przyznam szczerze, ale koniec końców dotarłam. Nie żałuję. 3 godziny w miłym towarzystwie, dobre jedzonko, wspominki, ploteczki i tak zwana aktualizacja danych czyli normalne spotkanie babskie :-)
Smutny jest brak kontaktu ze strony rodzeństwa. Nie, to nie jest tak, że jesteśmy obrażeni czy coś. Po prostu żadna ze stron nie jest zainteresowana podtrzymywaniem kontaktów tak zwanych towarzyskich poza rodzinnymi czyli raczej obowiązkowymi :-) I tak na przykład widzieliśmy się ostatnio nie wiem nawet kiedy, a spotkamy się teraz na imprezie urodzinowej Małej. My tam byliśmy chyba na urodzinach dziecka jesienią zeszłego roku, widzieliśmy się na pewno na wigilii, a potem to już chyba nie... no chyba że u matencji gdzieś po drodze, nie pamiętam dokładnie ale tak mi się wydaje. Kontakt telefoniczny jak najbardziej, ale spotkania oko w oko już nie. Smutne, ale prawdziwe.

Życiem politycznym na świecie, a zwłaszcza w Europie zajmować się tu nie będę aczkolwiek przyznam szczerze, że to, co dzieje się na Ukrainie powoduje, że strach mnie ogarnia i obawa, że historia może się powtórzyć...

A dzisiaj mogłam sobie tak pozwolić na wystukiwanie w kawiaturę, bo mam urlopik (jeszcze stary, ha ha!) i postanowiłam nadrobić zaległości. A teraz już biorę się za okna, bo świata przez brudne szyby nie widzę, zwłaszcza jak świeci słonko. Młodego zagoniłam do okna w jego pokoju, a ja biorę się za duży pokój.

Miłego dnia Wam życzę!

środa, 05 marca 2014

Pracowo

Caluteńki tydzień sama. Bez N_C_K. I jest fajnie. Dobrze. Spokojnie. Mimo tego, że sama muszę się uporać z problemami, że sama muszę szukać rozwiązań. W calutkim biurze jest spokojniej, nie ma zamieszania, chaosu, paplaniny. Za to radyjko w kompusiu gra mi cichutko do ucha. Naprawdę jest OK. :-)
Mimo tego, że wewnętrznie czekam kiedy coś z nienacka da mi w łeb. Bo zazwyczaj tak bywa, że jak już mi się wydaje, że wszystko OK to coś spada na łeb.

Wczoraj zaliczyłam odwiedziny u matencji, bo wyrzuty sumienia mnie gryzły, że dawno nie byłam. To jest chore. Najpierw mnie żre, że przecież to mama, wiec powinnam dbać, dzwonić, bo przecież w każdej chwili może przyjść moment że jej zabraknie. A jak już się zbiorę w sobie, pojadę, posiedzę, matencja oswoi wizytę, wyczerpie swoje tematy dyżurne i już zaczyna się tamet-rzeka czyli tatencjusz. A ja w duszy sama sobie złożeczę, że przyjechałam...

 

wtorek, 04 marca 2014

Na poprawę nastroju wczoraj zupełnie przez przypadek znalazłam dwa fajne miejsca, w które z prawdziwa przyjemnością się wczytywałam i oglądałam.
Jedno miejsce jest TU, a drugie TAM.
Nie wiem sama co takiego ma w sobie to miasto, że czuję do niego taką miętę. Cały czas się zastanawiam czy to kwestia tego konkretnego miasta, miejsca czy może faktu, że tak na dobrą sprawę to jedyne zagramaniczne miasto "z tych co to trzeba", które zwiedzałam. Bo i tamten wyjazd był fajny, i ekipa towarzysząca, i gospodarze, i pogoda. O samym miejscu nie wspomnę. Same ochy i achy więc jak tu nie wzdychać... :-)

 

 

poniedziałek, 03 marca 2014

Zaliczona kościelna uroczystość bierzmowania Małej. Świadek - Młody. Nie wiem dlaczego zeżerał mnie jakiś taki troll wewnętrzny, że może powinnam zaprosić dziadków (czytaj: głównie matencję), ale skutecznie gasiłam go w sobie. Jakieś moje chore poczucie winy, się pojawiło że może Małej przykro, bo do innych dzieci być może zjechała rodzina... No nie wiem sama, ale jakoś tak miałam. Sama na siebie byłam za to zła.

Wcześniej zaliczyliśmy też spotkanie integracyjne mojej ekipy pracowej przedprzesiadkowej. Spontanicznie i nieplanowanie wyszło że spotykamy się u nas. I było fajnie. Nie wiem czy nie zawdzięczamy faktu takiej wzmocnionej integracji mojej przesiadce, bo już się tak często nie widujemy, więc i pogadać nie za bardzo jest kiedy.

W wyniku różnych zdarzeń chyba się wyklaruje moja sytuacja pracowa w temacie przesiadki. Możliwe są różne przesunięcia kadrowe, ale brane jest pod uwagę to, bym mogła zostać tam gdzie powinnam, by móc ciągnąć mój program naprawczy :-)
Przesiadkowe miejsce pracy ma to do siebie, że przewija się tam mnóstwo ludzi, każdy przychodzi, gada, bajki opowiada, szefostwo też, wcale nie jest lepsze :-) Prawie że pracowa kafejka. Ale źle się w takich warunkach pracuje. Serio. To znaczy nie jest źle, ale jak coś trzeba zrobić konkretnego to ja potrzebuję ciszy i skupienia a tu co chwilę wchodzi jedna z drugą i pociska pierdołki. Muszę wprowadzić sobie potem jakąś dyscyplinę, godziny przyjęć czy coś w te klocki. Bo na dłuższą metę nie dam tak chyba rady.
Niejednokrotnie myślę sobie czy na pewno tej przesiadki chcę. Czy nie lepiej było siedzieć w zacisznym kącie przedprzesiadkowym i nie stresować się niczym. Teraz doceniam to, co było wcześniej. Aczkolwiek ta sytuacja teraz też ma swoje plusy. Denerwujące jest to, że ta zmiana ciągnie się tak długo, ale ma to też swoje plusy, bo ogarniam temat wciąż i wciąż, a przecież jestem/byłam świeżynką kadrową i płacową na maxa. Muszę sama siebie podtrzymywać na duchu i utwierdzać w przekonaniu że dobrze zrobiłam decydując się na tę zmianę. Teraz już raczej odwrotu nie ma. Chyba ambicja nie pozwoliłaby mi na rezygnację. No nie wiem...