na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 26 kwietnia 2011
I po Świętach... Na szczęście już po!
Nie złożyłam Wam życzeń świątecznych, nie wykonałam ważnych telefonów z życzeniami, jakoś bokiem mi te Święta przeszły.
Z obowiązku wyciągnęłam kilka dekorów coby mieszkaniu nadać nieco świąteczny charakter. Bo w głowie już miałam tapety, aranże wnętrz, dodatki i żal mi było że nie mogę tego wolnego od pracy czasu poświęcić na prace remontowe. Nie czułam tych Świąt, nie przemówiła do mnie magia, metafizyka, duchowość ani żadne takie. Brutalnie mówiąc przemówił do mnie obowiązek. Po prostu.

w kuchni
Nie mogę powiedzieć, że się strasznie mocno przygotowywałam, bo tak nie było. Nie sprzątałam też jakoś bardziej, bo jutro zaczynamy działać remontowo więc nie miałoby to najmniejszego sensu. Kulinarnie przedświątecznie wyżywał się raczej SZM, a nie ja. Ograniczyłam się do upieczenia keksu (keksa?) i żeby tradycji stało się zadość babki drożdżowej (bez posypki i z mniejszą ilością cukru, tak by pasowała do szynki). Matencja zrobiła nam odpowiednik mazurka. A ja jeszcze sałatki: jarzynowa (czyli standard) i z tuńczykiem.
Za to SZM był w swoim żywiole; cuda wyczyniał z mięsami, gotował szynkę, upiekł boczek, ze schabu wyczarował roladę ze śliwką, na świąteczny gościnny obiad upiekł karczek, a na poniedziałek przepyszne bitki z sosem, no i do tego kluski :-) Pyszności po prostu.
Oczywiście jak zwykle przesadziliśmy z ilością jedzenia, dzisiaj pakowałam do zamrażarki co się dało. Do końca tygodnia obiady mam już zapewnione. A to się akurat dobrze składa, bo jutro zrywamy tapety w pokoju Małej :-))
Poza tym od jutra wracam do dietowania, bo dopada mnie poświąteczny efekt jo-jo. Wiem, powiecie nie jedz tyle, ale moje życie składa się z etapów odchudzania i zapuszczania włosów.

w salonie
Sprosiliśmy sobie całą rodzinę, która zjeżdżała do nas etapami, tak, że po południu już był stały komplet. Nie miałam serca do tej imprezy. Nie chciało mi się tam siedzieć i uśmiechać, słuchać wywodów i dysputów politycznych i innych. Większość czasu spędziłam w kuchni, mimo, że wcześniej sobie wszystko przygotowałam, ale jakoś szło mi jak po grudzie. Jednakże przeżyłam, dałam radę. I obiecałam sobie, że nie dam się już wciągnąć w taka imprezę. SZM przypomniał, że podobno rok temu, też tak mówiliśmy...

u pedagoga
Irytuje mnie kiedy rodzice prawie nie interesują się swoim dzieckiem będąc z nim w gościnie. Mały człowiek (19 miesięcy), który jak sami rodzice mówią ma zaskakujące pomysły, robił sobie co chciał, bo niby skąd miał wiedzieć, że czegoś nie wolno. Szczęśliwa mamusia podawała mu do zabawy czego tylko mały zapragnął i nie ważne czy ta rzecz stała na półce czy leżała na podłodze. Szafki w kuchni, kuchenne szuflady stały dla małego otworem. Jestem miła i serdeczna, a nawet wyrozumiała, ale do czasu. Nie cierpię kiedy ktoś przekracza granice.
Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której przychodzę z dzieckiem do kogoś i nie reaguję. To, że ktoś ma małe dziecko i przychodzi z nim w gości nie oznacza wcale, że wszyscy i wszystko ma być pod jego komendę.
Żałowałam, że ostatnio rzadko się widujemy, ale już przestałam. Poczekam, aż mały dorośnie :-)

doły i doliny
Moja psyche powoli spada w głęboki dół. Wiele rzeczy się nakłada.
Praca, w której wciąż się kotłuje i jak pomyślę, że znów i wciąż to aż wracać mi się do niej nie chce. Pomaga jedynie myśl, że wracam tylko na jeden dzień i do kolejnego poniedziałku mam wolne.
Waga - nie muszę stawać na wadze, żeby wiedzieć, że czas wrócić do dietowania. Prawdziwego i bez oszukiwania. Zaprzepaściłam sporo tego, co zyskałam. I zła jestem na siebie. Za to myślenie, że skoro coś złego się dzieje, to osłodzę sobie życie czekoladką, batonikiem, ciasteczkiem itp.
Wizyta JednejTakiej powoduje moje głębokie frustracje w stosunku do własnej osoby. Bo ona jest prawie idealna, zgrabna, zadbana i dopracowana. Fakt, że SZM mówi, że mało kobieca, ale jakoś mało mnie to pociesza, poza tym on nie wie, że jej osoba wprowadza mnie w stany głębokiej wyglądo-depresji.:-)
Kasa, jak nie wiadomo o co chodzi to wiadomo, że o kasę, a raczej jej brak. Ale o tym później.
SZM, któremu tylko amory w głowie...
Młody, którego często mam ochotę potłuc, pokruszyć i jeszcze raz ulepić na nowo.
Ech...
Moje piękne niebieskie szpile w dalszym ciągu są dziewicze...
Sporo tego.

Młody
odstawia czasem takie house-numery, że klękajcie narody. Kłamać nie potrafi, ale kłamie patrząc prosto w oczy. Bez mrugnięcia. Zająknięcia. Dla zasady? Dla sportu?
W naszym domu nikt nie pali papierosów. Czasem, imprezowo popalam ja, ale na babskich imprezach, a nie w domu czy też przy innej okazji.
Ostatnio Młody zapalił papierosa w oknie w swoim pokoju. Do mojego nosa doszedł znajomy zapach wchodzę do pokoju, Młody leży, okna już zamknięte. Zaprzecza. Cały czas mówi, że przecież już (?!) nie pali. Chucha mi na życzenie, ja czuję dym, a on idzie w zaparte, że nie i nie. Dopiero przyparty do muru spasował. Powiedziałam co myślę i zapowiedziałam głośno, że nie życzę sobie takich występów, żeby to był ostatni raz, bo jak nie to inaczej będziemy rozmawiać, ale w głębi duszy pomyślałam, jak, w jaki sposób i czym mu mam zagrozić w razie gdyby zaszła taka potrzeba. I poczułam swoją bezsilność.


finanse
Puste konto oszczędnościowe po sfinalizowaniu transakcji zakupu auta, świadomość konieczności jego ubezpieczenia i coraz krótszy czas do wakacji oraz głęboki debet na koncie bieżącym doprowadza mnie do nerwicy. Tak, jestem nierozsądna i niegospodarna. Zawsze mi brakuje, nie pamiętam czasu gdy było OK. Non-stop jadę na debecie, nie wiem co bym bez niego zrobiła. Zawsze myślę, że jakoś to będzie i póki co mi się udaje. Wiem, mogłam się wstrzymać na przykład z tym remontem (tapety i inne materiały kosztują i to całkiem sporo), ale jakoś nie żałuję. Jak już zrobimy to będzie cudnie. Taką mam przynajmniej nadzieję.





środa, 20 kwietnia 2011
Moi chłopcy nadal walczą z balkonem, który przybiera coraz ładniejszą postać. Dzisiaj już pierwsza warstwa farby schnie:-)
Zaraz po Świętach zaczynam szaleństwo tapetowania u dzieci. Dzisiaj Mała poszła ze mną do sklepu z tapetami. W jej pokoju miała być piękna soczysta wiosenna zieleń. Wyszedł zakupiony przepyszny wrzos w charakterze tła, uzupełniony fioletami, bielą i szarością; paski i kwiatki - KLIK:-)
W związku z tym trzeba zmienić rolety w oknie, narzutę na łóżku i kilka, ale tylko kilka innych drobiazgów. I przewiesic półki ścienne - SZM na pewno się ucieszy z konieczności dziurawienia (jak on to mawia) ścian, na pewno marzy o tym żeby móc wiercić w ścianach.
Powinno być fajnie. Na pewno dziewczęco i delikatnie, ale młodzieżowo :-)
Potem do sklepu podreptał Młody. Z całej ściany tapet wybrał te dwie, o których myślałam, że wybierze :-)
Jeszcze nie kupiony, ale już został wybrany jasny popiel na tło i wiadomo, że będzie kontrastowa ściana głębokiego bordo plus grafitu. Na tejże ścianie ma być jakiś mega-poster w ramie. Najprawdopodobniej czarno-biały :-)
W związku z tym muszę czymś przykryć łóżko/wersalkę i zakupić tenże poster. Marzy mi się łóżko w graficie, albo czerni i do tego białe i bordowe poduchy.
Czy Wasza wyobraźnia to ogarnia? Moja jeszcze nie tak bardzo, ale powinien nam z tego wyjść młodzieżowy męski pokój :-)
...a gdzie moje planowane pomarańczowe akcenty? Wszystko przez to, że nie mogłam trafić na ładną pomarańczową tapetę, ale może jeszcze trafię. Wszak jeszcze nic nie kupiłam:-)

Przedpokoju nie ogarnęłam, ale wszystko przede mną...
Bogu dzięki, że fiolety zakupione i już koniec, kropka, przepadło.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Weekend był naprawdę ładny i wiosenny.

sobota
Zaliczyliśmy wizytę na cmentarzu, pomyliśmy groby po zimie. Zajrzeliśmy do matencji, wypiłam szybką kawę poganiana spojrzeniami SZM, którego chyba piekł tyłek od taboretu na którym siedział, bo tak mu spieszno było :-) Myślałam, że go trzepnę pod stołem.
Potem szybki obiad po powrocie. Dzieciaki w tak zwanym międzyczasie miały posprzątać chałupkę. Zastanawialiśmy się czy wykonają plan czy nie, bo Młody spał i spał, odsypiał nocne imprezowanie studenckie.

- - -
Cały czas nie mogę się przyzwyczaić do myśli, świadomości, że jego po nocy nie ma, że gdzieś tam sobie chadza i baluje. Sama siebie za te myśli ganię, bo przecież ja w jego wieku też używałam życia. W końcu było nie było facet ma prawie 20 lat. A ja jak ta kwoka nadopiekuńcza się trzęsę...
- - -

Po obiedzie wybyliśmy na pierwszy wiosenny spacer. Trójką tylko, bo Młody jakoś się nie palił do takiego wyjścia. Spacer wyjazdowy, plenerowy, ale między ludźmi. W dodatku zabraliśmy ze sobą znajomych. Było miło, kawa wypita w plenerze smakuje zupełnie inaczej.
Wieczorem przyssałam się do książki. Takie tam polskie romansidło "Cała zawartość damskiej torebki", która koniec końców trochę mnie na końcu rozczarowała, ale dobrze się czytała. Jak się tak przyssałam to w łóżku wylądowałam naprawdę późno, nawet jak na moje możliwości.

niedziela
zwlokłam się z łóżka oczywiście późno, bo przecież ponad pół nocy czytałam. SZM ranny ptaszek, jak zwykle zaliczył poranną mszę i pichcił już obiad w kuchni, a ja z godziny na godzinę przekładałam wyjście z palmą do kościoła. W końcu zmusiłam się i poszliśmy w trójkę na 16.00.

- - -
nie potrafię skupić się na treści mszy, na tym co dzieje się w kościele, co mówi ksiądz. Wszystko wykonuję mechanicznie, jak wyuczone gesty i słowa. Od czasu do czasu coś tam kontrolnie rzuci mi się w uszy, i dlatego właśnie chyba nie mam takiej wewnętrznej potrzeby chodzenia do kościoła.
Stoję tam, na tej mszy i myślami błądzę w całym bezkresie mojego jestestwa. Zastanawiam się czy to tylko ja taki antychryst jestem czy reszta też tak niby stoi niby lewituje. Stoję w tym kościele i myślę...
Podsumowuję tydzień,
planuję następny,
zastanawiam się co zrobić na obiad,
o jaki ładny płaszczyk ma ta pani,
jakie zrobić zakupy,
czy temu księdzu trudno wytrzymać bez seksu,
co sprawia, że faceci decydują się na włożenie sutanny,
ja to jednak jestem człowiek małej wiary,
a co mnie czeka w najbliższym tygodniu,
co komu na prezent kupić,
tak, te buty mi się podobają, ale po co mi takie znowu postawię w szafce i tyle, bo przecież w moich niebieskich szpilkach jeszcze nie wyszłam ani razu, wystarczy mi świadomość, że je mam i w każdej chwili mogę je założyć,
no zakonnice mają zdecydowanie gorzej,
fajna ta dziewuszka,
Małej koniecznie muszę kupić taki szaliczek,
do spowiedzi trzeba będzie podejść,
ale przecież jeszcze wisi nade mną poprzednia pokuta, żebym tylko nie zapomniała... i tak to zleci te 40-50 minut.

- - -
Popołudniu doczytywałam książkę, ale oczy samiuśkie mi się zamykały. No i się zdrzemnęłam, a SZM obudził mnie na potyczki X-Factora. Poleżałam, dojrzałam, spanie mi odeszło, a w poniedziałek do pracy trzeba wstać... Ależ się męczyłam z tym zasypianiem.

poniedziałek
Jednak bez sprzątania przedświątecznego się nie da. Będę musiała nieco odgruzować duży pokój, który jest pokojem z dużym balkonem.  Albowiem dzisiaj zaczęliśmy prace remontowe tegoż balkonu. Tak, wiem, że to nie najlepszy czas, wkrótce Święta i w ogóle rozbebeszanie chałupki miało się zacząć w maju. Z zaskoczenia okazało się, że nasz balkon łuszczy się prawie cały, nie dość że się łuszczy to jeszcze te łuski farby sypią się i śmiecą. Dzisiaj po pracy troszkę popracowałam chytrze nad wizerunkiem obsypanego balkonu i na to SZM się był zawzion, wsiadł w auto, pojechał do Castoramy po specyfik-cud-malina-do-łuszczących-się-ścian i zaraz po powrocie zaczął samodzielne drapańsko ścian. Jutro będą walczyć we dwóch (SZM i Młody) i mam nadzieję, że drapanie skończą.
Młody ma wolne po świętach i mam ogromną ochotę wykorzystać go do przeprowadzenia akcji pod tytułem "tapetujemy". Mogę zaczynać nawet już we wtorek po Świętach.

Przed nami w maju komunia. Prezenty komunijne już zostały zakupione, zdążyły dotrzeć drogą pocztową. Jeszcze tylko kartka z życzeniami i zamówić kwiatki.

Dzisiejszy dzień w pracy dał mi w kość. Brak jednego członka zespołu jest teraz odczuwalny natychmiast. Źle się pracuje. Nie jestem przyzwyczajona do rozgrywek i taktyk. Ja lubię prosto z mostu i na odwal.
SZM powiedział mi dzisiaj bardzo mądrą rzecz: Nie pokazuj jak robić, niech sami dojdą do tego, czego już nauczyłaś się Ty. Musisz sama zadbać o to, by wiedzieli, że Ty potrafisz to zrobić, ale żeby nie wiedzieli JAK to robisz.


A teraz zwijam żagle, bo oczy mi się kleją.

Zaliczyliśmy Dzień Otwartych Drzwi szkoły, do której bardzo chce iść Mała. Pojechaliśmy. Szkoła widać, że ma dobrego Gospodarza. Ale Gospodarz ten chadza w sutannie i właśnie nie wiemy czy to dobrze czy też źle.
- SZM obawia się, żeby dziecko z tejże szkoły nie wyszło skrzywione w kierunku mohera i wiadomego radia, a ja sama nie wiem co mysleć.
- Mnie przerażają dojazdy. Mimo, że samochodem z zegarkiem w ręce to tylko 5-7 minut. Niestety Mała będzie dojeżdżała autobusem, a to już nieco dłużej, bo inną trasą.
W świetle ostatnich wydarzeń w pracy nie biorę pod uwagę możliwości dowożenia jej samochodem, mimo, że przecież wkrótce będziemy mieć dwa auta :-) Musiałabym się spóźniać, bo ja do pracy na 7. Może przyhaczy się do jakiejś koleżanki, ale na to nie ma co patrzeć w myśl starej zasady umiesz liczyć? Licz na siebie.
- W szkole nie ma stołówki, ale Mała i tak nie korzysta z obiadów.
- Nie ma basenu, ale w tych, które bierzemy pod uwagę też go nie ma.
- Widać, że w szkole kasiora jest. Nowe okna, drzwi, ławki, rolety, ekrany mitimedialne i inne bajery, szafki, gry-piłkarzyki, stół bilardowy, nawet nowe boisko z tartanem. Tak, mieli się czym pochwalić.
- jest też obóz integracyjny za małe pieniądze, którego termin nam niestety nie bardzo pasuje, bo Mała będzie tam zaledwie kilka dni, a potem wyruszamy na nasze wczasy.
- Mnóstwo kółek zainteresowań.
- Nie znam nauczycieli.
- Nie wiem jaka atmosfera.
- w moim mniemaniu są tam dzieci rodziców, którym się coś chce, którzy są zainteresowani rozwojem dziecka. ale z drugiej strony może to szpanerzy i za wysokie dla nas progi?
- Myślę sobie, że co do kadry to Gospodarz w sutannie nie pozwoli sobie na to, by mieć kiepskich fachowców. Ale czy tak jest w rzeczywistości nie wiem.

A Mała zachwycona.

Gdyby tam można było dojść na piechotę to ja bym też pewnie była... a na piechotę nie da rady. Na pewno.
Zdecydowaliśmy - chce - niech idzie, jej wybór.
Niech się tylko dostanie.


piątek, 15 kwietnia 2011
*
Pracowy tydzień już się wreszcie skończył. Było ciężko, a będzie jeszcze gorzej. I psychicznie, i fizycznie chyba też...
Przede mną od poniedziałku ciężkie wyzwanie, którego nie ukrywam trochę się obawiam. Końcówka tego tygodnia też nie była fajna, bo rozgrywki interpersonalne jakie odstawia nasza dyrekcja są po prostu poniżej pasa, a nawet jeszcze niżej. Mam wrażenie, że teraz to już sprawa honoru by udowodnić, że dyrekcja ma rację. Nie wdaję się w szczegóły, bo 1 - że nie mogę, 2 - że nie chcę, a 3 - nic z tego nie wyniknie. Gdzieś tam w środku zdaję sobie sprawę, że to też nasza wina, że poniekąd odpuściliśmy trochę, ale wystarczyło pogonić nas do roboty, a nie wprowadzać gierek taktycznych i wycieczek osobistych.

**
Jakiś czas temu autor tej radiowej strony -> KLIK zwrócił się do mnie z prośbą o umieszczenie linka na blogu. Zamieściłam, bo jakoś ujął mnie swoim mailem. Muszę jednak przyznać, że dzięki niemu zaczęłam słuchać radia podczas pobytu w blogosferze. Polecam Wam szczerze tę radiową stronkę - RADIO 81.

***
Wkrótce Niedziela Palmowa, a zaraz potem Wielkanoc. Na Wielkanoc sprosiliśmy sobie gości; na śniadanie teściostwo i matencjostwo, a do obiadu dołączy do nas jeszcze moje rodzeństwo.
Nie odstawiam gruntownego sprzątańska, nie pucuję okien, nie zmieniam firan. Ogólnie jestem na NIE.

****
Zbieram siły do tego, by w maju ruszyć z tapetowaniem.
Szukam inspiracji do wyboru kolorów... Bardzo mnie ostatnio kręcą popiele jasna i ciemne z mocnymi soczystymi pomarańczami (dla Młodego) i zielenie piękne soczyste, trawiaste wiosenne, groszkowe (dla Małej). Jeszcze coś muszę wymyślić  do przedpokoju, który jakby nie było jest wizytówką mieszkania. Teraz jest wiosenna jasna zieleń, więc powinnam iść w inny klimat, żeby była wyraźna zmiana :-)


edit 20.47

Chyba po raz pierwszy wyszłam z pracy z dołem-gigantem, kacem moralnym, mega-deprechą i czym-tam-jeszcze.
Twarz-maska, której trudno zmusić się uśmiechu, bo policzki aż bolą. I głowa pełna myśli w stylu "ale o co w tym wszystkim chodzi?..."
Marzę o wróżce, która się pojawi - zaproponuje zmianę pracy i uwolnię się od tych psycho-rozgrywek. Nie mam w sobie dość siły by rzucac się w wir poszukiwania pracy. A może jeszcze nie osiągnęłam tego stanu, gdy robi się wszystko by coś zmienić. Duży i już jedyny plus tej całej sytuacji pracowej to brak dojazdu do pracy. Cokolwiek bym nie zmieniła będzie łączyło się z dojazdami. Widać jeszcze mnie tak nie docisnęli...

... miałam ewidentną potrzebę relaksu, odmóżdżenia się, znieczulenia... No i się znieczulam.
:-)))
Skutecznie nawet ;-/
czwartek, 14 kwietnia 2011
* filmowo
Ostatnio oglądaliśmy film Uczeń czarnoksiężnika - polecam, naprawdę bardzo mi się podobał. Lekki, łatwy, przyjemny, trochę naiwny, ale ma fajne efekty i Nicolasa Cage :-)
A dzisiaj oglądaliśmy Mamma Mia! (po raz sto-siedemdziesiąty-któryś-tam) - bardzo go lubię. Dzisiaj oglądalismy go z Małą, która zaliczała go po raz pierwszy, ale piosenki Abby przypadły jej do gustu od razu.
Walczę w dalszym ciągu z szóstym sezonem "Gotowych...", ale już w mniejszych dawkach, tak bardziej spokojnie :-)))

** pracowo
Źle się pracuje kiedy masz wrażenie, że toczy się wojna w białych rękawiczkach i wiesz, że ktoś czyha na Twoje potknięcie.
Kiedy byłaś wychwalana pod niebiosa za tę część Twojej pracy, którą Ci właśnie zdjęto z barków, a którą usiłuje się teraz zdeprecjonować i udowodnić ogółowi, że tak naprawdę to właściwie żadna sztuka.
Jestem zmęczona tymi rozgrywkami...

*** domowo
Kłuje mnie w serce fakt, że Młody nie ma drygu do tego by chcieć komuś zrobić przyjemność, docenić kogoś. Nie mogę dojść do tego co siedzi u niego w głowie.
Szeptem po cichu przyznam, że liczyłam na jakiś kwiatek, życzenia, cokolwiek od naszych dzieci. Mała zareagowała spontanicznie, składając życzenia i wręczając mi pieniądze ze swojego portfela, bo podobno planowali rezerwację stolika w naszej ulubionej knajpce. W natłoku zajęć rezerwacji nie dokonali bo coś tam i pieniądze miały być dla nas na kolację :-) Kasy oczywiście nie wzięłam, powiedziałam, że może niech kiedyś nas zaproszą na lody. Głowę mam jedna i daję ją, że pomysł i inicjatywa wyszły od Małej. Kasa tez pewnie była jej, nie wiem czy Młody cokolwiek o tym wiedział.
Kiedy wróciliśmy z wymiany kosztownego drobiazgu Młody już był w domu i na dzień dobry zamiast życzeń usłyszeliśmy pytanie "Wymieniliście?". I tyle. Koniec. Zbieram się w sobie na poważną rozmowę, ale nie chcę żeby to wyglądało na to, że dopominam się życzeń. Nie może tak być, żeby on był tak bardzo rodzinnie aspołeczny. Nie mam pojęcia jak to rozegrać.
No i po rocznicy. Staż nam leci dalej :-)
Wczorajszy dzień miły, sympatyczny, ciepły emocjonalnie, z niespodzianką, ale bez gości :-) Goście zadzwonili z życzeniami :-))
SZM wrócił wcześniej z pracy, czekał więc na nas gotowy obiad, szampan się mroził, wino chłodziło, lody czekały w zamrażarce, a w wazonie kwiaty i tuż obok kosztowny drobiazg dla mnie.
Wykazałam się przytomnością umysłu i nauczona doświadczeniem (KLIK 1 oraz KLIK 2) nie zwlekając zapytałam (ale bardzo, bardzo grzecznie) o możliwość wymiany drobiazgu.
Wieczór spędziliśmy w gronie naszym rodzinnym, popijając pyszne trunki, zajadając lody i serwując sobie domowy seans starego kina  pt. "Ślub i wesele Anonimki i SZM". Ludzie - jaki to czad był! Młody oglądał po raz pierwszy, a przynajmniej tak mówił. Bawiliśmy się wspaniale. Wspomnienia, anegdoty, historie z życia wzięte, łącznie z liczeniem ilu gości weselnych już nie ma wśród nas. To był wspaniały wieczór! I taki zupełnie nieplanowany, spontaniczny...

Kosztowny drobiazg - to był sznur pereł.
Nie uważam się za osobę przesądną, ale od zawsze mam wdrukowane w psyche, że "perły to na łzy i nieszczęście". W świetle moich wewnętrznych strachów i obaw nie chciałam prezentu, dzięki któremu cały czas gdzieś tam podskórnie będę czekać na te łzy. I wymieniliśmy. Uff!!!


poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Dopada mnie powoli, ale skutecznie, oblepia, obłapia, ciągnie do siebie taki totalny dół...
...bo w pracy to dramat w czterech aktach; najpierw uwalą, że niby kara, potem wychwalą, znaczy że kryształ, a potem nakażą zmiany, w efekcie których ten, który zawala najbardziej wychodzi na tym najlepiej, a kryształy już niekoniecznie
...bo czuję, że troszkę mi dupcia spuchła, kilogramów chyba przybyło, a spodnie się z lekka wypełniły, więc dietuję na nowo, a jeść mi się chce i to bardzo, ale o tej porze? A w domu cudownie pachną dukanowe bułeczki, których recepturę dzisiaj sobie wymyśliłam
...bo na tą spuchniętą dupcię ciężko sobie osobiście zapracowałam wchłaniając niczym jamochłon ogromne ilości czekolady. Tak, biję się w piersi, ale od tego bicia moja opuchlizna nie zmniejsza się
...bo tęskno mi do wolnego, do pracy już chodzić mi się nie chce
...bo domowy kurek z kasiorką musiałam przykręcić, a tyle rzeczy by się zdało kupić, a wszystko oczywiście niezbędnie potrzebne
...bo remontu dzieciowych pokoi mi się chce, ale wolnych weekendów już mi brakuje (Święta, długi weekend, komunia, urodziny, itp.)
...bo pomysłu na te pokoje nie mam, wędruję często do sklepu z tapetami, bo po drodze do domu mam, ale nijak nie potrafię wymyślić co by tu zrobić, żeby ładnie w tych pokojach było, żadna wena twórcza się mnie nie łapie
...bo przedpokój musi być odświeżony, bo na suficie farba od tapety odchodzi, a mnie się tak po prawdzie po prostu nie chce
...bo marzy mi się nowa kuchnia, caluteńka, ale na takie remonto-kaprysy to muszę poczekać naprawdę baaardzo długo; czekać i kasę zbierać :-)
...bo w środę ta nasza rocznica, a dziś doszliśmy do wniosku, że kolacja to nie bardzo dobry pomysł, bo się oboje odchudzamy to niby co tam mamy zjeść :-), SZM coś brzdąka, że w domciu posiedzimy i nie wiem czy tak tylko gada, a zrobi jakąś niespodziewajkę czy po prostu tak posiedzimy w domu
...bo nie mam dla niego żadnego upominku i teraz nie wiem czy wcześniejsze ustalenia obowiązują, a głupio mi będzie gdy on z czymś wyskoczy, a ja nic
...bo już coś czuję przez skórę, że goście (znaczy matencja z tatencjuszem) nam się zwalą na łeb, a to przecież nasze święto, a nie ich
...bo jutro mogą być przerwy w dostawie wody dzisiaj wyczytałam w ogłoszeniu, a nie cierpię nie mieć wody
...bo padam na pysk i chyba wiem dlaczego; dzisiaj po pracy ulepiłam 70 pierogów, z czego 50 zamroziłam na zapas, przygotowałam zupę na jutro, obrałam ziemniaki (dzisiaj bo jutro kłopoty z wodą), posprzątałam na mokro podłogi i upiekłam dukan-bułeczki
...bo pracuję nad Małą, żeby nie chciała do tego Gimnazjum z dojazdem, ale efekty mojej pracy dosyć mizerne są

...bo sama już nie wiem co, ale jakoś mi się marudzić chce, ale pisać już chyba nie...


EDIT      13.04.2011 godz. 00.58
Dlaczego dałam tej notce tytuł 18.04? Musiało być późno i źle mi się zerknęło w kalendarz - o tydzień za daleko :-)
Miał być 11.04, ale niech już zostanie jak było...
środa, 06 kwietnia 2011
Masakra w pracy trwa.
Źle mi się pracuje. Od momentu przyjścia rano odliczam czas do końca dniówki. Tak ma już być zawsze? Stopniowo uczę się asertywności. Najlepiej mają się ci, którzy nie wychodza przed szereg, nie potrafią, nie wykazują chęci i umiejętności. Nie daj Bosze pokazać, że coś potrafisz! Pokażesz raz i masz przerąbane.

Test szóstoklasisty Małej już napisany. Nie jest źle, ale do maksymalnego wyniku 40 punktów jej trochę brakuje. Zaplątała się trochę w matematyce. Powiedziała, że 34 punkty to już ma na bank, reszta się okaże, bo sama osobiście sprawdzała. Sprawa wyboru szkoły nadal otwarta...

W przyszłym tygodniu świętujemy z SZM rocznicę ślubu. Pójdziemy sobie gdzieś do knajpki na romantyczną kolacyjkę. Usiłowałam dzisiaj ustalić z SZM fakt, że nie robimy sobie upominkow. Będziemy mieć wkrótce jeden wspólny upominek - drugie auto, i póki co niech nam to wystarczy.
Wierzyć mi się nie chce, że tyle lat już za nami...
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Pomysł na prezent pilnie potrzebny.
Dla kobiety.
Na okrągłe 50 urodziny.

Kobieta nie pracuje zawodowo,
nie uprawia sportu,
nie pije alkoholu,
nie pali,
lubi się dobrze ubrać,
lubi oglądać filmy,
książek raczej nie czyta,
nie ma prawa jazdy,
kocha wycieczki po centrach handlowych :-)

Limit cenowy 50-100zł.


Pomóżcie koleżance w potrzebie!
 
1 , 2