na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Jak już napisałam w komentarzach pod poprzednią notką sekretny egzamin Młody ma już zaliczony. Bogu dzięki! Kamień z serca mi spadł. Zobowiązałam jednak dziecko do zachowania tajemnicy, żeby potem się nie wydało, że cokolwiek zatajaliśmy przed SZM. :-)

Nawiązując do komentarzy muszę powiedzieć, że monologi N_C_K nieustannie mnie wkurzają, albo wręcz rozbawiają, bo na nic innego mnie nie stać, nie ma sensu kruszyć kopii, bo N_C_K jest po prostu niereformowalna. I wciąż ten sam tekst, że na nic nie ma czasu, a roboty całe mnóstwo.

Ostatnio nie mam weny do pisania tutaj, jakoś mi już chyba nie po drodze z blogiem, ale tak piszę sobie z czystego obowiązku, bo jak wena mi wróci to będę żałować, że nie pisałam, że mi umknęło to i owo :-) Nie mam weny do przemysleń, wywodów i dsyput więc mam wrażenie, że te moje notki takie byle jakie są, ale co mi tam, se klikam co mi do głowy przyjdzie.

Weekend upłynął mi bardzo pracowicie i z lekka imprezowo. Sobotnio - to najpierw trochę pracy w terenie, czyli przycinanie przyblokowej zieleni (a zakwasy od tego cięcia mam do dzisiaj). Potem generalne porządki w szafach, przekładanie wszystkich ciuchów, wyciąganie z pudeł odzieży letniej. Segregowanie itp. Dostało mi się w spadku troszkę ciuchów od jednej takiej mojej młodej zagramanicznej ciotki i bardzo jestem zadowolona, bo właśnie tego typu rzeczy (głównie tuniki i wszystko inne co zakrywa tyłek) były mi potrzebne.
Przejrzałam nasze/swoje szafy i doszłam do wniosku, że w kwestii imprezy weselnej - jesteśmy przygotowani. Trzeba sprawić chłopakom nowe koszule i jakieś coś dla Małej. Dla mnie ewentualnie buty. Na jesieni czeka nas wesele nr dwa i wtedy chyba trzeba będzie coś mocniej pokombinować, bo goście będą ci sami co na weselu nr 1 ;-)
Niedzielnie - cała fura prasowania, bo kolejne już schnie na suszarkach. Potem szybki rajd do sklepów obuwniczych, bo jak się nagle okazało SZM został praktycznie bez butów. TZN. zostały mu tylko buty do garnituru, a cała reszta to albo w reklamacji, albo się właśnie rozsypała, rozkleiła i czas by to zanieść do szewca. Zaliczyliśmy więc kilka sklepów obuwniczych. I usatysfakcjonowani wróciliśmy do domu. Usatysfakcjonowani byliśmy oboje, bo mnie się trafiły sandałki/koturny! I zaraz po powrocie szybkie szykowańsko i wio na imprezkę towarzyską z cyklu roczek chrzesniaka. Wieczorem powrót do domu i uskutecznianie prasowania w moim wydaniu ciąg dalszy. Jeszcze jedno pranie do powieszenia i możemy tydzień pracowy witać... :-)
I od poniedziałku czyli... dzisiaj - u nas pogrom chorobowy.
Młody - jelitówka, wymioty, biegunka i silne bóle brzucha od rana. Teraz już po podaniu leków niby lepiej, ale temperatura trzyma. Podsypia. Jutro miał jechać na majówkę do Czech. Ma szczęście, że dopadło go jeszcze w domu, a nie tam na miejscu, albo jeszcze w drodze do celu. Teraz leży i dogorywa. Ma nadzieję, i to go chyba trzyma przy życiu, że pojutrze będzie mógł wyruszyć. Oby.
SZM - też chory, była szybka biegunka, a właściwie czyszczenie jelit z szybkością wodospadu, silne bóle brzucha, ból głowy i temperatura. Leży i śpi.
My - kobitki - póki co jesteśmy OK. Chociaż Mała rano coś mówiła, że brzuch pobolewał, ale przeszło i póki co jest dobrze.

Te ich choróbska/jelitówki wyratowały mnie przed matencją, do której zjechała siostra i którą trzeba by z tą cioteczką odwiedzić/zaprosić. A tak mam doskonałą wymówkę. Nie żeby mnie cieszyły ich choróbska, ale to jest ta dobra strona tej sytuacji.

Edukacyjną rozmowę z Małą zaliczyłam. Edukacja odbyła się pod tytułem jak to robić, żeby się cenić i szanować, żeby inni wiedzieli, że TA dziewczyna jest czegoś warta, że nie na wszystko można sobie przy niej pozwolić, że trzeba trzymać odpowiedni (wysoki znaczy się) poziom, dystans i w ogóle. Wiem, wiem, gadka-szmatka...

Uskuteczniam takie gadki szmatki do jednego i drugiego co jakiś czas, niby poważnie, ale z przymrużeniem oka. Mam cichą, ale silną nadzieję, że cokolwiek w tych głowach zostaje.

Od dwóch tygodni dietuję. Złamałam się wczoraj z okazji roczkowej, ale i tak jak na moje możliwości zjadłam niewiele. Efekt jest i to cieszy. 5 kg mniej. Ze startowej wagi - powiem to szeptem i na ucho - 82 kg (nigdy w życiu tyle nie ważyłam, no chyba że w ciąży...) zeszłam póki co do 77. Cel to 72 kg. Jeszcze 5 kg. Zatem do dzieła, ale póki co wznoszę toast lampką Kadarki.

Niby weny nie miałam, ale się naprodukowałam, że hej!


wtorek, 23 kwietnia 2013
...ale mamy roboty pani Anonimko, no mówię Pani jakie urwanie głowy, na nic nie ma czasu, człowiek nie wie w co ręce włożyć; bo wszystkim się wydaje, że tu taka plaża, nic się nie dzieje, że ja tylko telefon i papieros, ale sama pani widzi, pani Anonimko jak to wygląda i niech pani sama powie, bo przecież pani widzi ile to roboty, ile papierów i na nic nie ma czasu...

Bosze, daj mi cierpliwości, spokoju i wytrwałości.

*
Paznokieć SZM uratowany. Pani w salonie kosmetycznym zajmującym się podologią powiedziała, że da radę i nie ma tragedii. Wyskoczymy z kasy, ale obejdzie się bez zrywania :-) Założy mu jakieś klamry czy coś w ten deseń i powinno być OK. Brzmi pozytywnie.

*
Dzisiaj od Małej usłyszałam komunikat: "Mam chłopaka".
Ratunku, help me pliiiiz!
I brawa dla niej za to, że sama z tym do mnie przyszła :-)

*
Młody ma w piątek egzamin, ten o którym SZM nie wie, że jest do zdania.
Wszelkie trzymanie kciuków i przesyłki pozytywnych energii mile widziane :-)

*
:-)
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Obiecanki cacanki. Mieliśmy od początku wiosny mykać na rowerach, ale póki co nawet nie są przygotowane do działania. I pewno nie będą, bo w środę SZM czeka zabieg chirurgiczny. Musi mieć zerwany paznokieć z palucha. Żal mi go bardzo, bo przyjemność raczej średnia, żeby nie powiedzieć żadna, a ból pewny. Oby tylko dobrze się wszystko goiło.

Takie mam jakieś wrażenie, że ten rok się nam pod górkę zaczął. Nie chcę na ten temat wiele pisać ani myśleć, żeby nie przyciągać złej energii, ale tak mi gdzieś tam z tyłu głowy jakiś duszek szepcze. a może to dlatego, że przyzwyczajona jestem do tego, że do tej pory jakoś pozytywnie było. No nie wiem... Sama zawsze mówię, że musi być czasem źle, żebyśmy mogli doceniać to, kiedy jest dobrze.

Tłucze mi się w mózgownicy przez cały ten czas konieczność tego mojego badania. Bo non-stop zastanawiam się i myślę, jaki będzie wynik. Bo przecież wiadomo, że jeżeli cokolwiek się tam złego znajdzie to moje/nasze życie nie będzie już takie samo na pewno. Trzymam kciuki za to żeby nie było kłopotów.

A co nas czeka...?
Najpierw SZM na zabieg.
Potem ja na badanie.
W międzyczasie uroczystość pierwszych urodzin dzieciątka, którego SZM jest tatą chrzestnym, potem weekend majowy, który najpewniej spędzimy w domu, bo SZM raczej mobilny chyba nie będzie, potem urodziny mojej chrześnicy, a potem poweekendowo-majowy wypad w góry. Wyjazd planowany w lutym, przekładany chyba trzykrotnie. Może SZM już będzie OK, a jak nie to znowu go przełożymy.

W rozmowie z SZM wyraziłam swoje wątpliwości odnośnie mojej przesiadki pracowej. I SZM rzucił mi argument, o którym zapomniałam, którego nie brałam pod uwagę, a który w jego obecnej sytuacji pracowej jest dosyć istotny. W razie tak zwanych cięć/redukcji/reorganizacja/jak-zwał-tak-zwał przesiadkowa posada jest zdecydowanie pewniejsza niż moja obecna. I jakby na to nie patrzeć tym argumentem wrzucił mi trochę wiatru w żagle. Poza tym jak sam powiedział - jak już sobie wyprowadzę wszystko na prostą po N_C_K to będzie gites i jak sobie sama wszystko zorganizuję tak będę miała.

Młody umawia się z jakąś nową koleżanką. I widzę, że zaanagażowany jest dosyć mocno, aczkolwiek jak sam powiedział: to jest na razie koleżanka, i jest fajnie.

Od poniedziałku 15-go usiłuję dietować, a przynajmniej nie jeść słodyczy i takich tam różnych innych rzeczy, no i podstawa czyli ŻP. Fajerwerków nie ma, ale dumna jestem z siebie, że wytrwałam, rano stanę na wadze (bo póki co ciemna nocka) i zobaczę czy są jakiekolwiek rezultaty. Obstawiam minimum minus dwa kilo, bo na tyle się czuję. Dwa kilosy tygodniowo mniej to chyba całkiem dobrze by było... Oby!

A teraz już truchtam w kierunku łóżeczka. Dobranoc
niedziela, 21 kwietnia 2013
Zrobił się ze mnie maniak serialowy. Seriali polskich :-)
Obejrzałam wcześniej już "Przyjaciółki" i "Lekarzy" i oglądało mi się tak raczej średnio. Nie specjalnie było się czym zachwycać. Za to teraz, czyli przez kilka ostatnich dni, z prawdziwą przyjemnością oglądałam od samiuśkiego początku "Prawo Agaty" i mogę śmiało powiedzieć, że podoba mi się bardzo. Począwszy od muzyki, przez zdjęcia, scenografię, kostiumy, fabułę aż po ciekawą obsadę. Tytułowa bohaterka nie jest dla mnie ikoną urody, ale ma swój urok. Czasami pobrzmiewa w niej ton Niani Frani, ale wspaniałomyślnie wybaczam jej to. Tak, jestem fanem "Prawa Agaty". :-)
piątek, 19 kwietnia 2013
Moje biorytmy jakoś nie pasują do faktu, że to właśnie koniec tygodnia. Mam doła. Takiego ogólnego.
Debet na koncie kwitnie w najlepsze i szlag mnie trafia. Nie jesteśmy dobrymi gospodarzami kasy, ktorą posiadamy. Wydajemy za dużo. Tak, wiem i co z tego wynika. wielkie i ogromne nic. Zero. Nul. A raczej minus.
Wakacyjne plany Małej zaczynają się krystalizować. Mała bardzo chce jechać na obóz z Koleżusią. Obóz (kolonia znaczy się) jest zagraniczny z firmy ojca Koleżusi. Włochy. Muszę tam jechać zapisać ją, a wcześniej dowiedzieć się wszystkiego konkretnego. Przede wszystkim czy Biuro-Organizator da mi fakturę. Bo to jest pytanie podstawowe, od którego zależy czy w ogóle będę brać pod uwagę ten konkretny wyjazd.
Cały czas jestem w dole, mega dole w związku z sytuacją pracową. Gdyby mnie ktoś drugi raz zapytał czy chcę przesiadać się na to drugie stanowisko to chyba zdecydowanie bym zaprzeczyła.
Moja obecna praca jest po prostu mniej zobowiązująca, zwłaszcza finansowo. Nie zostają mi żadne zaległości, albo coś zrobię, albo nie. Nawet jak czasem nie zrobię to da się przeżyć :-) Warunki pracowe znaczy ludzie - zdecydowanie na plus obecnego zajęcia.
w każdej chwili mogę sobie prysnąć jeżeli cokolwiek potrzebuję załatwić bez wiedzy całej góry dyrekcji znaczy się. Kwestia urlopu nie jest tak ściśle określona i uwarunkowana jak w nowym miejscu.
Na dobrą sprawę jedynym plusem przesiadki na chwilę obecną jest kwestia stanu mojego kręgosłupa, ale znowu nie przesadzajmy, nie jest tragicznie. I finanse, ale tu tez nie ma co szat drzeć, bo specjalnej różnicy i wielkich kokosów to nie będzie na pewno. A odpowiedzialność nieporównywalna.
Tu i teraz jestem pewna tego co robię, co mam zrobić. w nowym miejsc czuję się jak dziecko we mgle.
I cały czas zastanawiam się czy nie wycofać się jeszcze bardziej oficjalnie. Póki co zakomunikowałam, że połowa czyli kadry jest OK, ale te płace to mi nie pasują wcale. Tylko czy ten co to usłyszał weźmie to na poważnie, do serca, czy może pomyślał, że to chwilowy kryzys...
Ufff.
I na co mi to było...

Idę coś poszaleć do kuchni, bo Młody za chwilę wychodzi...
wtorek, 16 kwietnia 2013
Wizyta u kostnego specjalisty zaliczona.
W badaniu TK zalecono kontrolę dostałam więc skierowanie na kolejne TK za ok. 3 m-ce. I dodatkowo w promocji skierowanie na scyntygrafię kości.
Niby jestem dobrej myśli, nic mi nie dolega, nie boli, ale dreszczyk tak zwanego nerwa jest. I oczywiście włącza mi się myślenie pod tytułem przecież mnie się to zdarzyć nie może.
Bo niby dlaczego ja, skoro w wywiadzie medycznym jestem czysta? A przynajmniej tak mi się wydaje...
znowu pokiełbasiłam...

ufff, udało się odzyskać dane.

Sto lat temu kiedy stało się tak, że zniknęły mi wszystkie wpisy na blogu i nijak nie potrafiłam ich przywrócić obiecałam sobie solennie, że już nie będę wrzucać wpisów bez tytułu. Dlatego je numeruję, żeby nie zapomniec o tytule. Tytuł - ważna rzecz, bo przez tytuł zawsze jest szansa wejścia w edycję wpisu i skasowania go. I coś mnie właśnie przed chwileńką podkusiło, żeby podzielić się z Wami taką jedną perełką z Youtube. I zachciało mi się wrzucić caluteńki filmik, a nie tylko link do niego.
Filmik na bloga wskoczył, owszem, ale za to zniknęły wszystkie inne wpisy. Na szczęście dałam radę go skasować, ale co się strachu najadłam to moje.
A perełkę tę możecie zobaczyć TAM.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Auto odebrane, szyby już w komplecie, a konto odchudzone.
Szlag jasny mnie trafia, bo doprosić się nie mogę nagrania z monitoringu sklepowego, na którym wszystko będzie zapewne widać jak na dłoni. Nie mam zamiaru wnioskować o ściganie sprawcy, bo zdaję sobie sprawę jak wygląda praca policji. Obywatelski obowiązek tym razem chowam do kieszeni. Ja chcę tylko znać okoliczności zdarzenia. Celowo czy przypadkiem? Jeden czy kilku? Znany mi czy niekoniecznie?

Zadzwoniła dzisiaj do mnie moja dawna wychowawczyni ze szkoły średniej. To była jej reakcja na moje życzenia świąteczne. Zwykle ucinamy sobie pogawędkę. Dzisiaj powiedziała, że jestem chyba jedyną uczennicą, która do tej pory o niej pamięta. Lubię kobietę, więc pamiętam o niej co roku. Mało tego, planuję umówić się z nią na kawę, niech no tylko zrobi się cieplej :-)

Jutro impreza babska, tym razem u mnie.
Będę jutro po pracy biegać z szaleństwem w oku przeklinając w duchu pomysł zorganizowania tego u siebie, ale dam radę :-) W historii naszych spotkań różne były okazje: kupno samochodu, wybudowany dom, skończone studia, zmiana pracy, nawet rozwód. Jutro znowu będziemy świętować rozwód w naszym gronie. Świętować to chyba nietrafione słówko.

W lutym zakupiłam bilety na jeden taki koncert. SZM obiecał, że ze mną pójdzie. Dzisiaj dostałam informację, że tenże koncert odwołany, przeniesiony, bo artysta chory. Zatem domagam się od nich zwrotu kasy, bo drugi termin mi nie za bardzo pasuje, a poza tym chyba aż tak bardzo mi nie zależy. A SZM miał iść ze mną tylko dla towarzystwa.

A egzamin, który Młody miał w głębokiej tajemnicy przed SZM poprawiać, nadal jest do poprawy. W sumie to się nie dziwię, bo jakoś nie widziałam, żeby się to moje duże dziecko przykładało do nauki. Pewnie mu się wydawało, że wystarczy się pokazać i wykazać chęci.
Brrr!
!, 2, 3, 4, ... tylko spokojnie... tylko spokojnie matko Młodego.



poniedziałek, 08 kwietnia 2013
Tydzień zaczął się kiepsko, a nawet źle.
W nocy jakiś-ktoś pewnie wracał z imprezy i nie mógł znaleźć chyba kosza na śmieci, więc uznał, że pustą butelkę po piwie wrzuci do mojego auta. Przez tylną szybę.
^&*(&*$%#$!!!

Potwierdziłam nasze uczestnictwo w imprezie weselnej, która szykuje się nam w czasie wakacji. SZM niechętny, dzieci ku mojemu zdziwieniu - oboje na tak.
Dzisiaj matencja usiłowała dopiąć się transportowo do tej imprezy. Wymyśliła, że jedno z nich zostanie doczepione do auta rodzeństwa, a jedno do naszego i mają problem podróży z głowy. Niby tak, niby OK. Taniej, wygodniej.
Jestem może wyrodną córką, ale mnie ten pomysł nie podoba się wcale.
Po pierwsze przejazd 350 km to jest czas w aucie spędzony z matencją non-stop (bo to ona na pewno by trafiła do naszego auta).
Po drugie tak zwane wstępowanie do wujków i ciotek, które występuje zwykle w drodze do celu też mi raczej nie jest na rękę, zwłaszcza pod dyktando matencji. Pewnie i tak wstąpimy, ale bez dyktatu pod tytułem "zrobicie jak chcecie, ale moim zdaniem..."
Po trzecie - moje/nasze plany nie obejmują powrotu do domu po uroczystości, bo tym weselem zaczynamy nasz urlop wakacyjny.
Po czwarte i najważniejsze SZM by mnie chyba udusił własnymi rękami, gdybym się była zgodziła. nie dość że wymuszam na nim to wesele, to jeszcze zapewniam mu podróż w towarzystwie matencji.
Matencja przyjęła do wiadomości, ale czy odpuści to nie wiem.
Już wiem, że tematem dyżurnym rozmów z matencją na najbliższe miesiące będzie - w co się ubrać na wesele, czy w ogóle jechać, bo przecież tatencjusz to, śmo i owo. Brrr!


niedziela, 07 kwietnia 2013
Wczorajszy dzień był pod znakiem odwiedzin fajnych znajomych. Pierwsze odwiedziny u nas, noclegowe. Nie mogliśmy się nagadać. Czas tak szybko płynął, że zdziwiliśmy się śpiewem ptaków za oknem. Trelowały aż miło. O 3.30. Pobudka o 9, śniadanko, kawka, pożegnanie. Potem odsypianie. A teraz wracamy do świata żywych.

 
1 , 2