na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 24 kwietnia 2014

Egzaminy gimnazjalne trwają. Jutro ostatni dzień - języki. Póki co Mała raczej zadowolona. Dzisiaj już wie, że na pewno skopała jedno zadanie z matematyki. Ciekawam jej wyników. Wyniki dla niej samej niby nie są takie ważne, bo ona chce zostać w swojej obecnej szkole, a tam zapewne przyjmą ją z szeroko otwartymi ramionami, ale interesuje mnie jak sobie radzi i czy nie zeżarł jej stres.
Wczoraj stanęłam przed rodzicielskim wyzwaniem, bo wyznało mi moje dziewczęce dziecię, że umówiło się na tak zwana herbatkę z kolegą z zajęć dodatkowych. W zasadzie nie powinno mnie nic martwić, ale wiek kolegi nie dawał mi spokoju. Pięć lat różnicy między Oną i Onym w przypadku córki-uczennicy trzeciej klasy gimnazjum to chyba nie jest to, o czym marzy matka. Na wszelki wypadek nie mówiłam nic SZM, bo ja wyraziłam zaniepokojenie słowne, w duszy dziękując, że dziecię ma zaufanie i mówi otwartym tekstem. A SZM jak znam życie taki liberalny by nie był. Ja nie wiem sama co  nim zrobić, żeby nie był taki beznadziejnie zacofany, zaadniczy. A może to ja jestem nie taka jak być powinnam...? Na szczęście spotkanko nie okazało się być gruntem do czegokolwiek więcej niż relacje koleżeńskie. UFF.

Związek Młodego kwitnie. I powinnam się cieszyć, bo przecież sama kiedyś pisałam, że dobrze by było żeby się ustatkował i znalazł dziewczynę. No i znalazł :-) Młodziutkie Dziewczątko, jeszcze licealistka, pięć lat różnicy między nimi. Pierwsze o co zapytałam Młodego to czy jej rodzice wiedzą, że ma takiego "starego" chłopaka. W odpowiedzi usłyszałam, że między jej rodzicami jest 5 lat różnicy więc nie widzą problemu. :-) Młody się uspokoił, wyciszył, już tak nie biega po klubach. Nie wiem tylko czy to taki czas czy konieczność, bo Młodziutkie Dziewczątko choruje na epi niezbyt dobrze znosi atmosferę klubowo-knajpiano-dyskotekową. Nie powiem żeby mnie informacja na temat choroby ucieszyła. Wiem, to brzmi okrutnie, nie chcę nikogo, zwłaszcza jej dyskryminować, ale z ręką na sercu przyznam się, że z lekka mnie ta informacja przeraziła. Może z powodu braku wiedzy na temat epi?

Po tych Świętach czuję się jak napuchnięta. Przytyłam znowu jak bąk. Tęsknię za uczuciem głodu. I co chwilę w głębi duszy postanawiam sobie ruszać się, jeździć na rowerze, nie jeść tyle i nie wchłaniać słodyczy. I w głowie w myślach, snach wszystko cudnie gra i bucy, gorzej z realizacją na jawie. Dramat po prostu.

W pracy póki co jest OK. Braki kadrowe mamy, ale póki co czekamy na określenie się koleżanki i dopiero potem będziemy się zastanawiać co dalej zrobić z tym koksem.

Jutro pierwsze(!!!) w tym roku spotkanie babskie. Się porobiło. Mnie bezpośrednio nie dotyczy ta afera, która się zadziała, ale może się okazać, że będzie to temat dominujący jutro. :-)

A w sobotę finisz mojego studiowania podyplomowego. Żal? Tak, żal, bo temat był interesujący i ekipa fajna.

Zaliczyłam dzisiaj wizytę u matencji. Niestety to już nie są wizyty dla czystej przyjemności to jest zaliczanie lub odhaczanie. Tatencjusz nie było. Z tego co mówi matencja to ma chyba problem z sercem. Zmęczony, przygaszony, szybko się męczy, bardzo poci. A matencja oczywiście wie lepiej, że "jemu przecież nic nie jest, bo on zawsze silny jak tur i serce jak dzwon". Dopiero moja ostra sugestia, że OK, zgoda, że jego serce zawsze było OK, ale może dopiero wczoraj się zepsuło, sprawiła, że inaczej zaczęła mówić, ale nie wiem cz myśleć też. Do lekarza tatencjusz wygonić się nie da, bo to uparta bestia, przyzwyczajona do myśli, że wszystko jest OK.
Matencja ma swoje schizy, od których nikt i nic nie jest w stanie jej odwieść, bo ona przecież wie i widzi, poza tym zna się na ludziach i doskonale wie co tak naprawdę ta jakaś ona chciała powiedzieć, zrobić itp. Do tego obsesja na temat tatencjusza. Poza tym te jej domysły i tak zwana intuicja. Najpierw coś sobie umyśli, potem dopowie historię. Przemyśli gruntownie, a może nawet opowie i już w to wierzy i całośc staje się faktem, niezaprzeczalnym. No dramat! No i ostatnio obserwowane przeze mnie zaburzenia pamięci krótkotrwałej, a może po prostu brak skupienia uwagi na rozmówcy. Bo często tak jest, że coś jej opowiadam i mam wrażenie, że ona mnie w ogóle nie słucha, że jest nieobecna duchem.

 

 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

I jak zwykle, czyli święta, święta i po świętach :-)

W tym roku znowu zafundowaliśmy sobie z własnej woli atrakcje w postaci rodziców i teściostwa. Cały prawie dzień, bo śniadanie na 10 i goście poszli sobie w końcu do domu gdzieś między 18 a 19. To był prawdziwy hardcore dla nas. Cały czas usprawiedliwiam ich wiekiem, ale moje nerwy były już na granicy wytrzymałości... Taaak, to były prawdziwie rodzinne święta, niestety.

Matencja, której jestem w stanie wybaczyć więcej z samej tej racji że jest matencją, ale nie zmienia to faktu, że i tak niektóre jej zachowania i teksty mnie/nas wkurzają. Poza tym wykorzysta każdą okazję by dowalić swojemu mężowi, co nie jest już zabawne dla reszty towarzystwa.
Tatencjusz, który niby Ok, ale jak przychodzi co do czego i tak ma wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu i oddala się od towarzystwa na drzemkę.
Teściowa, której teksty powalają na kolana, a zachowanie woła o pomstę do nieba. Usiłuję, naprawdę walczę ze sobą by być miłą. Pojęcia nie mam czy mi się to udaje, bo trzeba by spytać zainteresowanej.
Teść a raczej mąż teściowej, który wczoraj nie był nawet taki zły i męczący, ale pewnie dlatego, że większość czasu był nieobecny.
A oboje teściostwo do kupy niestrawni, bo stosunek jej do niego przyprawia mnie o ból głowy i nie tylko.
Słowem wielkanocny dramat rodzinny w kilku aktach.
Po ich wyjściu wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

A dzisiaj leniwy poniedziałek, tylko my sami.

piątek, 18 kwietnia 2014

A jednak zostałam w domu, bo rano gdy zadzwonił budzik tak ciężko było mi się zebrać w sobie by wyjść z łóżka... ;-)
Co ma być to będzie uznałam i wszystko przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Od pewnego czasu zalęgła się we mnie myśl, jakieś takie przeświadczenie, że co ma być to będzie i będzie dobrze, że wszystkie kursy i szkolenia robię po coś, a nie dla idei przecież. Powiem szczerze znam to uczucie, to jakaś taka wewnętrzna iskra, nadzieja, przekonanie... I dodam tylko, że do tej pory na gruncie zawodowym się sprawdzało niczym samospełniająca się przepowiednia. Będzie OK, a nawet lepiej. Wierzę w to :-)

Na razie ogarnęłam włosy, bo światu pokazać się wstyd było bez ich umycia, wypiłam kawę czyli tak zwany poranny rytuał wolnego od pracy dnia. Za chwilę idę na końcowe zakupy na osiedlowy bazarek i już się boję kolejek, tłumu i chaosu. Potem zostaje zdyscyplinować dzieciaki do pracy i wspólnie ogarnąć domostwo. I już można zająć się kuchnią :-) Mięsa to działka SZM, mnie zostają ciasta, czyli sernik, może krówka, że niby mazurek, ale niekoniecznie, ale na pewno coś drożdżowego, może taka babka, bo na śniadaniu wielkanocnym musi być u nas biały barszcz, biała kiełbasa i drożdżowa baba. No i jaja :-)

Niech wiosna zagości na stałe, słoneczko nas grzeje, 
lekki
wietrzyk zachęca do spaceru,
a świergot i ptasie trele upewniają nas w przekonaniu,
że tak, że to już wiosna!

Życzę Wam kochani spokojnych i prawdziwie wiosennych,

spędzonych w gronie rodzinnym Świąt!

                                                           Anonimka


czwartek, 17 kwietnia 2014

Przygotowania świąteczne czas by już kończyć, a ja ich na dobrą sprawę chyba nie zaczęłam :-)
Żeby tak mi się chciało jak bardzo mi się nie chce...
Tradycyjnie już śniadanie wielkanocne u nas, zaproszone obie strony rodziców i koniec kropka, amen w pacierzu, nikt więcej. Uznałam, że nie mam ani siły, ani chęci mordować się z rodzeństwem jakimkolwiek. Jeżeli zaproszę swoje (a mam tylko jedno), to SZM dorzuci swoje (a to już są dwie sztuki z rodzinami) i zrobi się niezły tłumek. Zatem uznałam, że nie ruszamy tematu rodzeństwa.
Wybroniłam nas/się od świątecznego Poniedziałku u matencji, skoro niedzielę spędzamy już razem. Do matencji przyjedzie rodzeństwo więc towarzystwo ma zapewnione. Minusem takiego ruchu jest świąteczny zupełny brak kontaktu z rodzeństwem, ale rozgrzeszam sama siebie, że skoro ostatnio widujemy się tylko i wyłącznie na imprezach typu proszone przyjęcia urodzinowe dzieci, to jakoś mogę nie mieć ani chęci, ani tym bardziej poczucia obowiązku... Tak więc Poniedziałek będzie luzacki :-))) A w niedzielę damy radę, weźmiemy się wspólnie wesprzemy i przeżyjemy. Obyśmy tylko takie problemy mieli...

Świętowaliśmy nie tak znowu dawno rocznicę ślubu, naszą własną osobistą. Świętowaliśmy to zbyt szumnie powiedziane, bo tak na prawdę to nic sobie nie ustaliliśmy, nie przygotowaliśmy, ani ja dla SZM, ani on dla mnie, żadnego kwiatka, nic. Z tym brakiem kwiatka to z lekka chyba przesadził... Od dzieci dostaliśmy zorganizowane na szybciora życzenia z butelką szampana i słodyczami. I zdecydowałam, że jedziemy "gdzieś" na obiad, bo to była niedziela. Jak bardzo nam się nie chciało, jak mało entuzjazmu w nas było, sama nie wiem dlaczego. Koniec końców pojechaliśmy, odkryliśmy starą/nową restaurację. Wydaliśmy trochę kasy, ale rocznice ślubu nie zdarzają się co miesiąc. Gdyby kto pytał - 23 lata. :-) Żadnych wpisów sentymentalno podsumowujących nie będzie. Teraz z perspektywy czasu myślę, że to dobrze, że udało mi się ich wyciągnąć i samą siebie też, bo mnie się też nie chciało, a nawet powiem szczerze i otwarcie z troską patrzyłam na stan konta i z lekka się wahałam czy iść, czy może jednak zostać w domu.

Zawirowania kadrowe w mojej firmie spowodowały, że chyba jutro zrezygnuję z wolnego żeby być na bieżąco, wiedzieć co się tam dzieje i jakie będą kolejne ruchy kadrowe. Nie, nie jestem zagrożona żadnym zwolnieniem. Raczej na odwrót :-) Grozi mi ekspressowa konieczność dokształcania się w kolejnej "specjalności", bo trzeba nam kogoś na zastępstwo i to na już! W moim małym rozumku nieśmiało zalęgła się myśl, by to N_C_K oddelegować w to newralgiczne miejsce, ale nie wiem czy szefostwo też na to wpadnie.

sobota, 12 kwietnia 2014

żyję /stop/ chyba(?) u mnie wszystko OK /stop/ niestety parcia na pisanie brak /stop/

pozdrawiam

Anonimka