na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 28 kwietnia 2015

W temacie biegania - dzisiaj ponad 8 km zaliczone! Bez przerwy, ciągłym biegiem!!! A na wadze minus 1 kg w końcu, bo już zwątpiłam w tę wagę :-) Ja co prawda zawsze powtarzam, że mogę walczyć sto i więcej, ale chcę wyglądać na zdecydowanie mniej, bo dla mnie liczą się obwody, a nie kilogramy, ale miło zobaczyć, że moja waga zaczyna się od cyferki 7. No chyba, że to było stricte po bieganiu a jutro wszystko wróci do normy, do ósemki znaczy się...

W temacie rodzicielskich dylematów - znowu mam zagwozdki.

Mała - pierwsza klasa liceum ma tak szerokie zainteresowania że ciężko ją ogarnąć. Aspiracje też takie że ho, ho. Reżyseria, proszę państwa. I teraz co - wspierać i podtrzymywać nadzieję, czy może sukcesywnie dyplomatycznie przestawiać na inne tory? Bo niby dlaczego nie miałabym wspierać. Ano może dlatego, że ten pomysł narodził się kilka miesięcy, tygodni temu, a ja tam żadnych efektów spektakularnych nie widzę. I jakoś wiedzy filmowej, zacięcia filmowego też nie. Pojęcia nie mam z czego jej sie to wzięło. Ale z drugiej strony jak sobie wspomnę te wywiady gdzie te wszystkie uzdolnione, znane osoby mówią, że to dlatego, że rodzice ich wspierali i wierzyli w nich... Powiem Wam tak po cichu że ja tam niespecjalnie wierzę w reżyserskie możliwości mojego dziecka. Ale może ja to mam w genach zapisane po tatencjuszu, który nie wierzy we własne dzieci, który każdą informację uzyskaną od nas bagatelizuje, a ona staje się ważna tylko wówczas gdy powtórzy ją ktokolwiek obcy. No sama nie wiem... Liczę na jakiś kolejny pomysł mojej córki. Zapomniałam dodać, że oczywiście "najfajniejsza reżyseria jest w Gdyni albo w Łodzi (tam zdaje się płatna)", a u nas na południu w Katowicach to oczywiście taka sobie, ale z braku laku...

W temacie łazienki Pan_ZłotaRączka się odezwał i wystartuje u nas z robotą chyba 11 maja. Gdzieś tam w głębi duszy naiwnie liczyłam na to, że ten remont zamknie się w ciągu miesiąca, a tu Pan_ZłotaRączka mówi, że po wyrównaniu ścian trzeba ze dwa tygodnie odczekać żeby one wyschły. Ma-sa-kra... Szukamy osprzętu do łazienki.
Kabiny prysznicowe New Trendy - czy ktoś z Was drodzy Czytacze może powiedzieć choć słówko na ich temat?

 

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Po przepis na zielone ciasto - zapraszam zainteresowanych TAM :-)

Bieganie wciąga. Pasek przy spodniach - trzy dziurki na minus :-) Pierwszy bieg z numerem startowym na piersi zaliczony i nie byłam ostatnia :-)))

Przymierzamy się do remontu łazienki i tylko ja sama wiem jak bardzo nie chce mi się go zaczynać. A tu trzeba wybrać płytki na ścianę, podłogę, do tego kabinę, brodzik, umywalkę, szafki.
Łazienka o wymiarach 150cm x 150cm więc szaleć nie ma co. Teraz połowa łazienki to wanna, a pozostała połowa to ćwiartka z pralką i ćwiartka z drzwiami wejściowymi (na szczęście otwieranymi na zewnątrz) oraz miejscem dla delikwenta, który z tej łazienki korzysta. Więc podsumowując: likwidujemy wannę, do jednego narożnika (ćwiartki) wkładamy głęboki brodzik z siedziskiem i do tego kabina (marzę o deszczownicy i oczywiście prysznic), do drugiego umywalkę, do trzeciego jakiś mebel i już koniec kombinacji czyli narożników.
W toalecie, która jest nieco większa niż można by to przypuszczać po wymiarach łazienki, jest też trochę roboty. W miejsce obecnej umywalki wkładamy pralkę, miejsce na umywalkę robimy na przeciwległej ścianie, czyli na plecach łazienki, do tego zmieniamy muszlę z kompaktu na geberit z wolno opadającą deską. Wiszące szafki zostają tam gdzie są.
Brzmi konkretnie, ale ile to będzie kucia (trzeba skuć te płytki, które są z nami od lat 17-stu) i roboty, o kosztach nie wspomnę.
Wiem, że płytki muszą być jasne, duże i w odcieniach beżu, bo tak ustaliliśmy. A pralka musi być tradycyjna ładowana od przodu, ale z tych płytszych, bo niestety każdy cm na wagę złota.

Wiem, obiecałam przepis...

 

 

 

 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Pierwszy raz...
od niepamiętnych czasów - wizyta u kosmetyczki, dodatkowa atrakcja to fakt, że to było babskie wyjście. Była kawa, ciacho, woda, wszelkie cuda kosmetyczne, dużo śmiechu i dyskusji, pyszny koktajl warzywny, doradztwo kolorów, wskazówki makijażu. Przemiła sobota. Dodam, że za naprawdę małe pieniądze.

Pierwszy raz...
w sądzie w charakterze świadka. Średnia przyjemność. Niby nic człowiek nie ma na sumieniu a i tak czuje się nieswojo.

Pierwszy raz...
zaliczyłam glebę podczas treningu biegowego. Niby ok, ale potłuczona jestem. Dam radę będę silna i po prostu to rozbiegam :-)
W temacie biegania i efektów - waga spadła mi o zaledwie 3 kg, ale gabaryty zmieniły mi się bardzo korzystnie. Pasek w spodniach o dwie dziurki! I najważniejsze, bo wchodzę w ciuchy, które już leżały na półce pod tytułem "do tego już się nigdy nie zmieszczę".

PS
przepis na zielone ciasto następnym razem, obiecuję.

 

 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wiosna w końcu!!! Wczoraj SZM przygotował nam rowery i już zaliczyłam sama póki co pierwszą przejażdżkę - 14,5km! Może dzisiaj pojedziemy razem, ale nie mam pewności bo męczy go straszny kaszel i ból gardła.

Ciąg dalszy historii świątecznej z matencją miał miejsce przez telefon. Niestety nic się nie zmienilo - to wszystko moja wina, bo ja nie potrafię jej zrozumieć.
I ma rację, niestety muszę jej przyznać, że bardzo nerwowo reaguję na wszystko co ona mówi. Bo wygląda to tak, że ja już w głowie mam przerobioną całą relację i jestem tak nabuzowana, że od razu odpowiadam tak jakbyśmy były po wymianie zdań. Muszę przyhamować nieco. Inna sprawa, że jak mówię jej że to nerwy, bo ja też mam swoje granice wytrzymałości to oczywiście słyszę że to bzdura bo czymże ja się mogę denerwować? Bosze, pomóż mi nie być taką toksyczną matką... Relacje między nimi samymi chyba póki co uległy poprawie, ale u nich to norma, bo żyją na takiej huśtawce emocjonalnej.

A u nas jutro rocznica ślubu. Ani się człowiek obejrzał kiedy to minęło... 24 lata razem :-)

poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Żeby tradycji stało się zadość - święta, święta i po świętach... Zaniedbuję tego bloga, za co bardzo przepraszam. Nawet nie złożyłam życzeń tym, którzy być może jeszcze siłą przyzwyczajenia chyba tylko, tu zaglądają :-)
Ostatnimi czasy nie po drodze mi z komputerem, ot co. Poza tym wbicie w grafik tygodnia trzech-czterech treningów biegania też wymaga trochę wysiłku, a potem to już tylko albo padam tuż po treningu, albo mam dość ot tak po prostu :-)

Samo bieganie sprawia mi ogromną frajdę, zwłaszcza, że biegam z taką fajną paczką ludzi biegowo zakręconych. Obserwowanie swoich zmagań i postępów, satysfakcja z wysiłku i zadowolenie z siebie, że się chciało, że w ogóle wyszło się z domu i że się po prostu przeżyło, daje takiego niesamowitego kopa pozytywnej energii. Wiem, gadam jak potłuczona, jak sekciara jakaś, ale to najprawdziwsza prawda, o którą bym siebie nie podejrzewała.

W temacie Świąt zafundowałam sobie na własne życzenie spęd caluteńkiej rodziny w Niedzielę Wielkanocną. Sama na to wpadłam i do końca zrealizowałam. No nie tak całkiem sama, bo z pomocą SZM i dzieci, oczywiście :-)))
Rodzice, Teściostwo i Siostra nr 1 SZM od rana, a po obiedzie Siostra nr 2 i moje Rodzeństwo. Urobiłam się po pachy, nastałam się w kuchni na maxa, myślałam, że mi nogi wyjdą ramionami, ale koniec końców było fajnie. Ostatnio sporą frajdę sprawia mi pichcenie, a konkretnie pieczenie. Rozwinęłam się cukierniczo najpierw na urodziny Małej, której zrobiłam urodzinowy tort według nowego przepisu na ciasto. Uznałam, że ciasto jest fajne i po zmodyfikowaniu nadaje się na tort :-) Wyglądało całkiem OK i smakowało dobrze, zdaniem i moim i gości :-)))



świeczka była jedna, symboliczna, bo Solenizantka, powiedziała, że ważne będą te za rok
- bo będzie ich wówczas 18 :-)))

Energii cukierniczej wystarczyło mi do przygotowania świątecznych ciast, które też ładnie wyglądały, i smakowały:-)


Wielkanocna Anonimowa Baba :)

 

anonimowy hicior świąteczny - zielone ciasto z bliska i z oddali :-)))
i dwie kurki na mazurku :-)

Zdjęcia są raczej kiepskiej jakości, bo robione telefonem, ale taka byłam dumna z moich dokonań, że sobie je zachowałam na pamiątkę. Powiem szczerze, że wiele razy tak robię :-)

Co do Świąt - daliśmy radę, przeżyliśmy, specjalnych ogólnych zgrzytów nie było. Iskier na linii matencja - ja, nie liczę, bo to już raczej norma.

Przed Świętami przeżyłam akcję u rodziców, w której wzięliśmy udział razem z rodzeństwem, bo między matencją i tatencjuszem jest już bardzo źle. Ona nie popuści, a jemu się przelewa i też ma dość. Pojechaliśmy z tak zwaną interwencją, żeby postawić ich do pionu. Bardziej chyba ją. Jemu dać sygnał, że to co robi nie jest dobre i naszego przyzwolenia na to nie ma, a ją wyprostować nieco, bo trzeba było, oględnie rzecz biorąc. Spędziliśmy u niej chyba ze trzy godziny i mam wrażenie że to był stracony czas, żadne argumenty do niej nie przemawiały, bo ona wie swoje. Każde z nich wie swoje, ma swoje spojrzenie na całe ich pożycie, na poszczególne sytuacje itp. Każde oczywiście jest w tym związku pokrzywdzone. Żal patrzeć jak się ze sobą męczą. Powiedzieliśmy jej wprost, że skoro tak bardzo jest jej źle to niech się rozwiedzie, mieszkanie sprzedamy i kupimy dwa mniejsze, gdzie każde z nich będzie sobie w spokoju żyć. Nawet nie chce mi się pisać szczegółów tej rozmowy...

Podczas Wielkanocnej Niedzieli mało brakło a wyszłabym z siebie i stanęła obok, bo dyskusje i sytuacje z matencją są trudne. O czymkolwiek, jakiekolwiek. Matencja wie swoje i nawet jeżeli o cokolwiek pyta to tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu że wie dobrze, albo przekonać rozmówcę żeby wiedział dokładnie tak jak ona tego oczekuje. Nie uznaje słowa nie. I nie ważne że ty czegoś nie chcesz, nie lubisz, nie potrzebujesz, ona wie swoje i tyle, a ty biedny rozmówco pewnie nie wiesz jeszcze że lubisz, może się wstydzisz, głupio ci powiedzieć że chcesz, a tak w ogóle to powinieneś się cieszyć i docenić że matka dla ciebie chce dobrze, bo inny to by docenił. I tak dalej i tak dalej...
Niedziela. Późne popołudnie. Chałupa pełna gości. Matencja pod koniec popołudnia wkracza do kuchni niby pogadać (bo wie że nie lubię jak mi zaczyna sprzątać, niby to pomagać, ale ja nie chcę, nie lubię i tyle, uważam, że jest gościem i jej miejsce jest przy stole a nie przy garach i szmacie, howgh!). Wykorzystuje chwilę mojej nieuwagi i zaczyna szorować gar, który stoi żeby odmoknąć. W ogóle nie słucha co do niej mówię. Najpierw gar, potem jeszcze drugi i to i śmo i jeszcze inne rzeczy. Ja nie mam czasu żeby się z nią przekomarzać, chcę zrobić co trzeba i iść do gości. Ona niereformowalna. Idę do gości. Siadam, ale głupio się czuję, bo ja przy stole a ona tam przy szmacie. Idę dorobić herbaty, ona w akcji, nie słucha kiedy pytam czy nie przyszło jej do głowy, że mi głupio, mało tego zabiera się za ciąg dalszy, prawie że się ze mną siłuje, bo ona musi skończyć to co sobie umyśliła, i nie wpuszcza mnie do mojej własnej kuchni, bo właśnie kończy myć podłogę! !#@$%! No żesz zagotowało się we mnie na maxa tak, że bluzgnęłam sobie to i owo na głos. Goście nie słyszeli. Matencja pewnie tak. Teraz mi głupio ale pamietam co wtedy pomyslałam - wcale się tatencjuszowi nie dziwię, że mu puszczają nerwy i ma dosyć. I nadal tak myślę.
Oczywiście nie doceniam dobroci matki. Bo inna to by była zadowolona.
Halo!!! Pytam Was Czy tylko ja myslę, że to jest chore?