na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 27 maja 2010
Młody w nocy wyjeżdża do stolycy.
...a ja już się martwię.
Bo nie wiem jak drogi po powodzi.
Bo autobusem, a one jak wiadomo mają wypadki.
bo nie wiem jak powódź w Warszawie.
Bo nic nie wiem.
Sama siebie pocieszam.
Duży jest, nie?
Da sobie radę.
Z kolegami przecież jedzie.
Nauczy się życia.
Muszę oswoić się z myślą, że jest duży :-)))

Posypało ślubami, przyjęciami, weselami...
Szukam pomysłów na prezenty ślubne. Rocznicowe i nowożeniacze.
Pogrzebałam w necie, poszperałam nieco i poskładałam sobie w swoją układankę... ślubną, prezentową.
I tak moja propozycja nr 1 to:

1.
ładny wiklinowy kosz wypełniony ciętym ozdobnym siankiem,
a w tym koszu:
świecznik + świeczka (ładna elegancka, może pachnąca),
dwa kieliszki,
butelka dobrego wina,
koperta, a w niej: kart z życzeniami "oby wszystkie Wasze wieczory przypominały niezapomniany dzień Waszej pierwszej randki", kasiorka prezentowa

2.

Album foto, a w albumie karta z życzeniami "Najpiękniejsza pamiątka to czar wspomnień. Wasze wspomnienia niech będą najwspanialsze." Do tego kasiorka

3.

Album foto, butelka wina, dwa kieliszki; wszystko w eleganckim ozdobnym kartonie plus koperta, kasa i życzenia

4.

komplet pościeli np. satynowej, butelka wina, dwa kieliszki, Kamasutra, życzenia "Człowiek całe życie się uczy. Nauka we dwoje przychodzi łatwiej", kasa plus kupon TotoLotka

5.

sól do kąpieli, płyn do kapieli, olejek do masażu, świeczki,
kieliszki, butelka wina, ręczniki, koperta

6.

dwa szlafroki (damski, męski), ręczniki, koperta

7.

inne ciekawe pomysły zgłaszane na prezent to:
- patelnia grillowa
- bon z Apartu
- ręczniki
- mikser / robot
- pościel

8.

Ponadto:
bukiet zrobiony z kuponów Lotto, albo z kuponów losowych,
książka Kamasutra
książka Sztuka kochania,
tort z ręczników, taki jak na przykład TEN,


nie wiem jeszcze co wybiorę...


środa, 26 maja 2010
poniedziałek, 24 maja 2010
Wczoraj siłą rozpędu zasiadłam do tej pracy, ale zmogło mnie przed 23. I to nawet nie tyle sen co potworny ból głowy. Myślałam, że mi czachę rozwali i wypłynie oko. Lewe.
Dzisiaj - wolne, ale od rana ból głowy. Dla odmiany oko prawe. Po 8.00 szybka kawa, dwie tabletki i drzemka w ciemności. Za każdym takim razem obiecuję sobie że kupię sobie takie zaciemniacze na oczy, nawet nie wiem jak się to nazywa. Czasem widzę, na filmach znaczy się :-), że w samolotach takie mają, takie opaski na oczy. W takich bólowych sytuacjach marzę o takiej opasce.
Jak już mi przeszło i wstałam to zadzwonił do mnie Urząd Skarbowy, z prośbą żebym się pojawiła skorygować co nieco. No to zwlokłam dupcię, zaglądając do Apteki po drodze, bo matencji obiecałam leki kupić w takiej taniej aptece. Zanim objechałam w te i we wte, wliczając po drodze koszmarne korki na drogach, nim zasiadłam do biurka, zrobiła się 13.
Zanim złapałam wenę też minęło trochę, potem Mała ze szkoły wróciła, potem śmo i jeszcze tamto. I dzień wolnego przeznaczony na pisanie pracy w ciszy i spokoju wzięło i wcięło. I jak tu nie pisać po nocy...? Cisza, spokój, nic się nie dzieje, nikt nie przeszkadza...

Już sobie obiecałam, że nie będę się zagłębiać w temat powodzi, bo będzie jak ze Smoleńskiem. O niczym innym nie mogłam  wówczas myśleć. Przezywałam to strasznie. Coś ze mną chyba nie tak, Chłonęłam każda informację jak gąbka. Sama sobie zafundowałam taka traumę, że aż wydaje się to nienormalne. Z tą powodzią jest podobnie. Sama siebie wrzucam na tory rozsądku. Bogu dziękuję, że mieszkam z dala od rzeki, od wody, że nie dotknął mnie taki kataklizm. Ale muszę żyć normalnie. Moje przezywanie nikomu ani niczemu się nie przysłuży.

A z innej beczki - zdaje się, że wczoraj był finał Lostów... Ale na tej mojej ulubionej stronce jeszcze nic nie ma... :-(

Dzisiaj pierwszy poniedziałek który Młody mógł bezkarnie przesiedzieć w domu.
... jutro poniedziałek, a mnie to kompletnie nie dotyczy! Powiedział mi maturzysta :-)
No tak, on ma już wakacje.
Tylko ten stres o wyniki...

niedziela, 23 maja 2010
raport ze studenckiego pola walki:

Dramat. Poprawek tyle, że mózg mi się lasuje.
Najgorsze, że promotor zaczyna poprawiać sam siebie.
Nawet tutaj pisać mi się nie chce...
piątek, 21 maja 2010
Fatum jakieś nad Polską wisi albo co.
Tak strasznie żal mi tych wszystkich ludzi dotkniętych powodzią. Zdarzyło mi się dwukrotnie przeżyć zalanie świeżo wyremontowanego mieszkania, z pływającymi dywanami i wodą w kloszach żyrandoli włącznie więc namiastkę tego jakby miałam.

Ale ma się to nijak do tego co ich spotyka.

Przede mną weekend studencki. Impreza rodzinna z okazji 18 chrześniaka też jest do zaliczenia.

Młody prezentację z polskiego zaliczył. 75%. nie mam pojęcia czy to norma, czy mało czy może jednak dużo. Faktem jest, że to był jego ostatni egzamin maturalny.

Poszedł balować do Klubu. Wróci rano. No nie wiem. Uczucia mam zdecydowanie mieszane.
środa, 19 maja 2010
Zajrzałam wczoraj, ale Blox nie pozwolił mi na wejście :-(

***

Chciałam się podzielić nowiną, że nie jestem w domu już jedyną kobietą. :-) Stało się. Jesteśmy już dwie; Mała i ja. Nawet z tej  właśnie okazji zaszaleliśmy z niezdrowym śmieciowym szybkim jedzeniem.
I przypomniałam sobie jak to będąc w jej wieku wstydziłam się powiedzieć mamie, że to chyba już.
I zastanawiałam się, pamiętam jak dziś, do czego służy ten maleńki pasek kleju na podpasce...

***

Na jednym z blogów znalazłam link do takiej zabawy w analizę samej siebie. No to się zanalizowałam.
Mój wynik "5w4".
Cokolwiek by to nie znaczyło :-) A znaczy wiele :-)))

Najbardziej podoba mi się określenie: Zdrowe piątki zazwyczaj znajdują równowagę pomiędzy interakcją z otoczeniem i wycofywaniem się z niego. Ten styl jest często powiązany z posiadaniem dużej wiedzy i czasami intelektualnym geniuszem

***

i niepokoję się tym co się dzieje wokół. Ta powódź wokół... Mała miała jechać na wycieczkę szkolną w poniedziałek, ale na szczęście odwołano ją. Podobno minister apelowała o wstrzymanie wyjazdów.
A Młody za tydzień jedzie do Warszawy. I martwię się czy do tego czasu wszystko się uspokoi.

poniedziałek, 17 maja 2010
Młody pisze teraz historię.
Wspomagam go myślami i dobrą energią stojąc przy desce do prasowania :-)
niedziela, 16 maja 2010
Temat komunii a potem wesel zaczął się u Iksińskiej, zaczęłam pisać w komentarzu, tam u niej, ale tak się rozpisałam...

Młody i  jego komunia
Komunię Młodego (10 lat temu) robiliśmy w domu. Całe gotowanie było w naszym osobistym wykonaniu (obiad standard czyli rosół z makaronem, ziemniaki, 3 rodzaje mięsa, 2 rodzaje kapusty).  Ciasto zamawialiśmy w cukierni (3 rodzaje - sernik, makowiec i jakieś z owocami, w rozsądnej ilości) i do tego tort. Potem standard - zimna płyta i ciepła kolacja, ale już nie pamiętam co podaliśmy na ciepło. Pomagała mi koleżanka, bo potrzebny był nam ktoś kto podczas gdy my w kościele - dopilnuje ziemniaków i kuchni, no i potem akcja na zmywaku oczywiście, bo szkoda czasu na zmywarkę. Gości ściśle rodzinnych (prababcia i dziadkowie Komunisty, rodzice czyli my,  siostra znaczy Mała, nasze rodzeństwo z rodzinami) było +-18 osób. Ponieważ spore grono bliskich znajomych przyszło do Młodego z życzeniami i upominkami pod kościół zaprosiliśmy ich na kawę na poniedziałek, a po kawie - kolacja - zimna płyta.
Podsumowując samą imprezę, zmęczona byłam bardzo, do wszystkich przygotowań należy dodać fakt, że Mała miała wówczas 2 lata. W nocy przed imprezą praktycznie nie kładłam się spać, szykując wszystko na wysoki błysk. Z efektu byłam zadowolona, wszystko poszło OK, ale obiecałam sobie, że jeżeli się da to drugą komunię na pewno zrobimy w lokalu, bo my też chcemy być gośćmi na tej imprezie:-).
Prezenty - przede wszystkim kasa, zegarek, walkman (tak, tak, wtedy to był czad!), kilka świętych książek, pism/biblii i mega-kartek. Z kasy uzbieranej kupiliśmy mu Playstation, które było absolutną nowością i hitem, i nie pamiętam co jeszcze. Nie pamiętam ile tej kasy było. Gry już dawno nie ma, a zegarek - do dzisiaj chodzi, ma się dobrze, został zamieniony na lepszy model przy okazji 18-tki :-) To a'propos wyższości prezentów nad kasiorą.
Zgrzyt - do dziś czuję się zażenowana tym, że Młody wręcz rzucił się do oglądania prezentów i kopert tuż po powrocie z kościoła. Wiem, to nasz błąd, tak zwany wychowawczy, nie przygotowaliśmy go. Źle się z tym czuję do dzisiaj.

Mała i jej komunia
Impreza w knajpie. Czyli pełen luz i swoboda. W sobotę przed Komunią zrobiliśmy sobie z SZM wycieczkę rowerową, pamiętam jak dziś :-)
Satysfakcja z imprezy stuprocentowa. Trochę bolało przy płaceniu, ale trudno się mówi - coś za coś. Wszystko co zostało z jedzenia - zapakowano nam do domu.
Prezenty - biżuteria złota, srebrna, zegarek, mp3, święte książki, biblie, pisma, mega-karty z życzeniami i oczywiście kasa., przyznam że dużo kasy. Z tejże kasy kupiliśmy jej cyfrowy aparat fotograficzny plus wyposażenie, wypasione dvd/tuner z kinem domowym, po jakimś czasie rower. Jeszcze z tej komunijnej kasiory zapłaciliśmy w III klasie zieloną szkołę.
Zgrzyt - nie zaprosiliśmy na kawę bliskich znajomych, którzy przyszli z życzeniami i do dziś z tego powodu mam wyrzuty sumienia :-)
I tak sobie powspominałam... :-)
środa, 12 maja 2010
Anonimka studentka:
Pisanie pracy kosztuje i kosztowało mnie wiele nieprzespanych nocy. Tylko w nocy kiedy wszyscy śpią i jest spokój, potrafię zebrać myśli i cokolwiek lepić. Skutkuje to niestety zmęczeniem, które widać i słychać, a mam nadzieję że nie czuć :-))) Dłużej nie dam rady w ten sposób. jutro drukuję rozdziały i do akceptacji wiozę, mam szczerą nadzieję, że wielkich poprawek nie będzie. Byle do końca. Wstępny termin obron - lipiec.

Anonimka matka:
z pamiętnika maturzysty - angielski ustny - zaliczony. Zostały jeszcze dwa egzaminy.

Anonimka córka:
Matencja ma problemy zdrowotne, zapalnie żył, nie wychodzi  więc  z domu, specjalista zaleca zabieg (znaczy operację, bo trochę poważniejszy niż zwykle zabiegi na żylaki), matencja się boi, wpada w depresję, czemu się w gruncie rzeczy nie dziwię, dzwoni, potrzebuje rozmowy, wiem, zdaję sobie z tego sprawę, ale jestem tak zmęczona psychicznie, że ledwo daję radę słuchać.
Zaleciłam wczoraj realizację poszczególnych zaleceń specjalisty (szczepienie, badania) a na samym końcu rozważanie czy pójdzie na tę operację. Pierwsze wskazania do zabiegu były już kilka lat temu. Zalecenia należy wykonać, bo nigdy nic nie wiadomo, a na podjęcie decyzji będzie czas. Tak jak przypuszczałam dzisiaj matencja stwierdziła, że konieczna jest konsultacja u drugiego specjalisty, czy aby na pewno zabieg jest konieczny. I dobrze, niech ma pewność.

Anonimka pracownik:
przyznaję się bez bicia, że ostatnimi czasy lawirant ze mnie taki, że aż mnie wyrzuty sumienia dręczą. codziennie obiecuję sobie poprawę, ale jakoś się nie da.

Anonimka córka raz jeszcze:
w swoich opiniach i rozterkach dotyczących matencji jak widać nie jestem osamotniona. Jestem po rozmowie z wujkiem, bratem matencji.
Dla mnie to wspierające, znaczy że nie jestem taka zła; dołujące jest to, że on też nie ma pomysłu na rozwiązanie tej sytuacji. Ojciec nie jest bez winy. Jak zwykle za złe relacje w związku odpowiadają dwie strony. Matencja wiesza psy na ojcu. Nie przyjmuje do wiadomości, że może nie mieć racji, że może się myli, może źle robi. Każda krytyka jej postępowania, każda rada niezgodna z jej myśleniem, odbierana jest jak atak i każdy słyszy, że jest po stronie ojca. Impas.
Jak już kiedyś napisalam, obawiam się, że gdybym powiedziała jej wszystko co mi leży na sercu, co myślę o nich, o niej i jakie wysnuwam wnioski, to mogłaby dostać wylewu. A jeden już miała.

Jak zwykle temat matencji powrócił.

Anonimka żona:
miałam oglądać nowego Losta, ale chyba pójdę wziąć kąpiel...
 
1 , 2