na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 31 maja 2011
Studenckie spotkanie mnie jakoś nie zachwyciło, byłam tam z czystej przyzwoitości, bez zbytniej chęci. Im rzadziej się widujemy tym mniej mamy sobie do powiedzenia. Smutne, ale prawdziwe. Aczkolwiek od czasu do czasu wyjście "do ludzi, do świata" w miłym towarzystwie przyda się każdemu.

Mała wkrótce jedzie na wycieczkę szkolną. W góry, ale bez ekstremów. No i był problem - buty, a raczej ich brak, na wycieczki w góry. Pojechaliśmy dzisiaj na zakupy, bo cóż było robić. No i miałam dylemat.
Wycieczka Małej na jeden dzień, potem w perspektywie wakacyjnej 4 dni w okolicach Zakopca bez pewności, że akurat trafi na jakiekolwiek wyjście w góry. Które kupić?

Buty do kostki, albo inaczej: na okazjonalne kilkugodzinne wycieczki, w łatwym terenie o małych przewyższeniach i w suchą pogodę, które moim skromnym zdaniem są po prostu ładniejsze i można je nosić jesienią po mieście. Tak więc są widoki na to, by jeszcze były w użyciu.

... czy też buty, które po prostu trzymają kostkę, albo inaczej:
na okazjonalne wędrówki po ścieżkach o średnich przewyższeniach, w suchą pogodę, ale mam  świadomość, że mogą już nie być więcej używane.
Tiaa, bądź mądry i pisz wiersze.

... wzięliśmy te, które trzymają kostkę, ale nie wiem czy nie jechać z wymianą. Naprawdę cały czas biję się z myślami.
Jakby kto pytał o zdanie Małej to estetycznie podobają się jej bardziej te niższe, ale jest rozsądna i przystała bez oporów na te wyższe buty.
niedziela, 29 maja 2011
Majowa wycieczka w piękne okolice.
Nieplanowana. Ale miła i sympatyczna.
Niestety bez juniorów.
Dzieciaki nie chcą już z nami jeździć. Młody to rozumiem, ale Mała... dzisiaj miała taryfę ulgową, bo już tam z nami była. Dawno, bo dawno, ale była. Poza tym tłumaczyła się niezwykle ważną nauką. I... calutki dzień spędziła z koleżusią. Powiedziałam jej co myślę. Otwartym tekstem. Mam nadzieję, że trafiło.
Poza tym nie trawię tej konkretnej koleżusi i nie bardzo wiem jak mam jej, znaczy naszej Małej wyjaśnić moją/naszą niechęć. Bo dziewczyna głupia nie jest i widzi, że nie pałamy miłością do tej konkretnej koleżanki.
Rodziców znam tylko z widzenia, z mamą zamieniłam kilka słów, ale to mi wystarczyło, by utwierdzić się w przekonaniu i niechęci. Rodzice koleżusi palą w domu i jak od niej wraca to po prostu cała cuchnie. Koleżusi zdarza się i to często przeklnąć siarczyście (wiem od Małej). A mama koleżusi też klnie (wiem od Małej). Poza tym koleżusia nie ma głowy/chęci/motywacji do nauki i po prostu mam wrażenie, że pociągnie Małą w tak zwany dół.

A wycieczka była fajna. Popatrzcie sami:

Zespół pałacowo-parkowy w Mosznej
niczym pałacyk z Disneylandu















piątek, 27 maja 2011
Padam na nos, ale cóś mnie ciągnie w stronę klawiatury :-)
Koniec pracowego tygodnia! Hura!

*
Punkt pierwszy weekendowy to był prezent matencjowy. Matencja oczywiście nie byłaby sobą gdyby nie upichciła czegoś pysznego. Dwa rodzaje ciasta, tudzież fasolka po bretońsku. Oczywiście musiałam zabrać ze sobą, bo skoro nie przyjeżdżamy no to się rozumie samo przez się, że muszę zabrać do nas :-)
Wizyta w salonie kosmetycznym nad wyraz udana. Serio. Początki były trudne, bo matencja spięta, zdenerwowana, ale przemiła PaniSpecjalistka uroczo rozładowała napięcie i skończyło się na ochach i achach ze strony matencji i zapewnianiu, że przecież raz na jakiś czas powinna sobie to-to powtórzyć. Potem poszłyśmy do nas do domu na herbatkę, ciasteczko (upieczone przez matencję) i przepyszną własnoręcznie przeze mnie wykonaną pizzę. Była po prostu wyśmienita. Wchłonęliśmy cztery okrągłe blaszki, a dwie jeszcze czekają na Młodego, który jak to na weekendzie, imprezuje :-))) Odwiozłam zadowoloną matencję do domu i usłyszałam, że dzisiaj miał taki prawdziwy Dzień Mamy, dzień pełen atrakcji. I bardzo dobrze, bo właśnie o to mi chodziło!!!

**
A moje dzieciaki stanęły na wysokości zadania. Bukiet kwiatów i maleńki drobiazg-kurzołap z kryształkiem Sworowskiego plus życzenia i buziaki. Drobiazg to inwencja Małej, kwiaty - Młodego. Znaczy dali radę.
Nawet od SZM dostałam upominek z okazji DM. Taki typowo kobiecy drobiazg - lampka rowerowa, przednia :-)))
Może uda mi się kiedyś wrzucić jakieś fotki u.
czwartek, 26 maja 2011
Awaria sprzętu komputerowego zmusiła mnie do milczenia. Nie tykam się innych domowych komputerów coby śladów nie zostawić, które mogłyby któregokolwiek z domowników zaprowadzić tu do mojego zakątka. Teraz już wszystko wróciło do normy i jest gites, a przynajmniej być powinno.

Dzienniczkowe zaległości
Babskie spotkanie już odeszło w zapomnienie. Było miło, a nawet bardzo :-) Śmichy, chichy, plotki, ploteczki, nowości, żale, smutki, radości, a do tego dymek i procencik, czyli to co zwykle :-)
Potem leniwa, senna sobota, jakoś tak przeszła niezauważenie.
Niedziela spędzona na łonie natury dała efekt w postaci opalenizny. Doczekaliśmy czasów, gdy dzieciarnia zdecydowanie odmawia udziału w naszych eskapadach no tośmy pojechali we dwójkę na rodzinne ranczo i sami dorośli żeśmy se tam siedzieli. Wspomnieliśmy oczywiście stare dobre czasy gdy dzieciarnia wokół szalała, a my marzyliśmy o chwili spokoju.

Wypalenie zawodowe
Ciężko mi w pracy ostatnio. Dopadło mnie wypalenie zawodowe skutecznie podsycane przez szefostwo. Do dzisiaj nie wiem o co chodziło i co takiego autor wprowadzonych zmian miał na myśli. I zapewne się nie dowiem, ale nie ma co rozdzierać szat, trzeba iść do przodu. Póki co na zmianę pracy mi się nie zanosi, więc kładę uszy po sobie, robię dobrą minę i powinno być OK. Jednakże pomijając wszystko inne, sam sens mojej pracy mnie już zmęczył. Nie chce się rozwlekać w temacie, którego celowo nigdy nie rozwijam tu w blogoświecie, ale wysiadam psychicznie, zdaję sobie z tego sprawę, tego akurat jestem świadoma.
Tak się złożyło, że zazwyczaj ustawiam sobie coś fajnego na koniec tygodnia, na weekend, jakieś kino, imprezę, wspólne wyjście i po prostu calutki tydzień pracowy odliczam dni do tego fajnego czegoś. Tak jest mi zdecydowanie lżej. Przedtem też tak robiłam przecież, ale jakoś nie przykładałam do tego tak wielkiej wagi. Pewnie dlatego, że przedtem nie miałam takiej awersji do mojej firmy.
To se troszkę ponarzekałam... a nastrój do narzekania mam, oj mam.

Prezent dla Mamy
Od moich własnych osobistych dzieci rewelacji jakichś się nie spodziewam, tym bardziej, że z kasą u nich krucho. Zastanawiam się czy nie skończy się na zdawkowym "wszystkiego najlepszego", albo i bez tego... Chociaż nie, Mała pewnie Młodego zdopinguje do czegokolwiek.
Postanowiłam zatem zrobić sobie samej dobrze, żeby móc przeżyć ten dzień ze świadomością, że jest OK i ogarnęłam sobie ciutek chałupkę, bo od imprezy piątkowej nikt się odkurzacza nie tykał. Mieszkanie wołało go mocnym głosem, a wszyscy wokół udawali, że nie słyszą. No to je ogarnęłam z drobną pomocą dzieci, które zagoniłam do odkurzenia swoich pokoi, i już mi lepiej. Serio, bo ja trochę jak detektyw Monk jestem w kwestii porządku.
Mojej matencji Święto Mamy robię w piątek. Zapraszam ją do gabinetu kosmetycznego na "chwilkę dla siebie". Matencja oczywiście protestowała, nawet chciała sama za siebie płacić, ale dałam radę. Stopniowo uczę ją przyjmowania prezentów z radością i podniesionym czołem. Mam nadzieję, że będzie zadowolona.
Geneza tego pomysłu leży w tym, że przyszedł już dla Małej czas na pierwszą wizytę w gabinecie kosmetycznym. I tak siedziałam tam na krzesełku z boku i myślałam sobie, że Małej tam tak dobrze, a ja tu z boczku, bo wiadomo - kasa, a właściwie jej permanentny brak. Od słowa do słowa z panią specjalistką i śmiałyśmy się, że matki zazwyczaj myślą najpierw o dzieciach, a o sobie to potem jak już dzieci odchowane. Popytałam jakim to cudownym zabiegiem by mnie pani zrobiła na cudo, powiedziałam, że przemyślę sprawę i może się zgłoszę. No i się zgłosiłam, żeby zabukować termin dla matencji :-)))

Bóle dojrzewania
Mała dojrzewa. Oj ciężko będzie.
Mamy już w domu wahnięcia nastrojów, zwiększoną wrażliwość, płaczliwość, burknięcia (ale maleńkie), totalny brak zrozumienia, zaniżoną samoocenę, podejrzewanie siebie o jakieś zdolności typu medium, a także  podobno niezwykle mocną intuicję, czyli coś co mi pachnie Zaćmieniem
Mała powiedziała mi, że jest po rozmowie z księdzem (wiedziałam, że chce, że ma taki plan, bo już mi sygnalizowała) i chyba wyszła z niej całkiem usatysfakcjonowana. Złapała księdza w szkole i w ogródku szkolnym na wolnej lekcji ucięli sobie pogawędkę. Ksiądz okazał się być mądrym pedagogiem, nawet podał jej namiary na siebie, ale moja mądra Mała nie wzięła numeru telefonu tylko numer gg i @, bo jak powiedziała "tyle się nasłuchałam o tych księżach pedofilach, że wolę nie ryzykować".
U Młodego takich atrakcji nie zanotowaliśmy, ale obawiam się dojrzewanie Małej da nam trochę popalić.

*
...i proszę zaczynałam przed pólnoca z datą 25 maja i jak się człowiek rozwinął to się zrobił Dzień Mamy.

Wszystkim Mamom (i sobie samej również)
życzę samych dobrych rzeczy,
pociechy z dzieci,
pozytywnych myśli,
wiosny w sercu
i
uśmiechu na zrelaksowanej buzi.




wtorek, 17 maja 2011
Byłam dzisiaj u fryzjera. W końcu podcięłam te moje długo, bo blisko dwa lata, zapuszczane włosy. Poprosiłam żeby mi je pani uformowała tak, bym mogła nosić rozpuszczone, bo póki co spineczkowy koczek nosiłam codziennie, ale w spineczkowym koczku przestały mi się mieścić, więc uznałam, że czas najwyższy zadziałać.
Pani oszczędnie podcięła, wystopniowała, przerzedziła. Ja sprawdziłam czy spineczkowy koczek nadal wchodzi w grę. Z grzywki jeszcze nie rezygnuję, bo lubimy się wzajemnie - moja grzywka i ja :-) Jak je umyję i wyschną to się wówczas okaże czy jestem zadowolona z działań pani fryzjerki.

*
Czeka mnie dzisiaj zebranie w szkole. Nudy. To chyba ostatnie zebranie w tej szkole, potem to już jeździć będę do gimnazjum.

*
W pracy norma. Powoli przyzwyczajam się do rutyny, braku pośpiechu i braku konieczności improwizacji. Dochodzę do wniosku, że wszelkie te zmiany, które nam wprowadzono, chcąc nie chcąc, zdecydowanie wyszły mi na plus. Nie jest już tak miło, sympatycznie, zabawnie i ekscytująco, ale mówi się trudno i kocha dalej. Życie zawodowe to nie barwna impreza, prawda?

*
Dobrze, że zdecydowałam się na to babskie spotkanie. Łatwiej mi przeżyć szare godziny w pracy ze świadomością, że w piątek będzie barwnie.



niedziela, 15 maja 2011
*
Piątkowa impreza udana. Kameralne grono, dobre jedzenie, muzyka dawnych lat, dobry nastrój - czego chcieć więcej? Nawet bycie imprezowym kierowcą dla SZM mi nie przeszkadzało. W drodze powrotnej zabieraliśmy Młodego, a Mała miała swoje pięć minut, bo zaprosiła sobie psiapsiółkę na nocowanie. Dla każdego coś miłego :-)))
A tak w ogóle fajnie jest złapać w locie zainteresowane spojrzenia obcego mężczyzny :-) Tak, to zdecydowanie poprawia samoocenę :-]

*
Sobotnie popołudnie spędzone w kinie, zaliczyliśmy "Kod nieśmiertelności". Film fajny, ale smutny, a przynajmniej ja tak go odbieram.
Byliśmy ze znajomymi. Znamy się od lat, towarzysko widujemy się rzadko, a wręcz sporadycznie. Niejednokrotnie z ich strony padają słowa pod magicznym tytułem "musimy się spotkać", ale mam nieodparte wrażenie, że to taka formuła, a SZM chyba tego jakoś nie czai. Wyjście do kina wydaje mi się takim "niech będzie kino i mamy ich z głowy". Może niepotrzebnie rozdzielam włos na czworo, ale takie mam wrażenie. Bo mam też wrażenie, że to bardziej my zabiegamy o kontakt, ale mniejsza o to. Są sprawy ważniejsze, a oni i tak są fajni, mili i serdeczni. To se pomarudziłam tak na marginesie.
Po kinie udało mi się namówić jeszcze SZM na nocny wypad do naszych muzeów. Wszak Noc muzeów była! I z jednej strony fajnie było, a z drugiej tak sobie. Medal zawsze ma dwie strony :-)

*
A dzisiaj leniwa niedziela... SZM zaserwował pyszny obiad, potem obejrzeliśmy filmy; najpierw "Megamocny", a potem "Podróże Guliwera". Fajne bajeczki, dobre pozycje na wspólne rodzinne oglądanie.

A potem się złamałam i sprosiłam do siebie na piątek całe babskie towarzystwo. I mam zamiar mieć z tego uciechę!

Do końca wieczoru niewiele zostało, a jutro niestety do pracy rodacy :-(

Dla polepszenia nastroju polecam śpiewającego Zamachosia. Posłuchajcie, bo warto! Nastrój na pewno się Wam poprawi, tak jak i mnie :-)))
środa, 11 maja 2011
Czuję się słabo, jak wyciśnięta cytryna. I fizycznie i psychicznie. Jakiś kryzys wiosenny mnie chyba dopada.
*
Dzisiejszy spacer w centrum, który był niejako z konieczności, stał się małą przyjemnością. Wolnym krokiem przemierzałam sobie ulice którymi lat temu 13-15 truchtałam codziennie. Nawet zahaczyłam o park, bo tak wiodła moja trasa. A żar się z nieba lał :-)
*
Odstawiliśmy auta na parking, umyte, oporządzone, podtankowane, jak nie nasze ;-/ 
Od teraz mam swoje auto. Jestem samochodowo niezależna od SZM, nie muszę czekać aż wróci z pracy żeby wziąć auto od niego itp.
I... nic się właściwie nie zmienia, nie ma tęczy na niebie, nie ma fajerwerków, wodotrysków.
Biję się z myślami czy naprawdę potrzebujemy drugiego samochodu. Do zimy się okaże jak często będzie używany ten pseudo "mój".
*
Od poniedziałku dietuję, na własnych zasadach, ale raczej proteinowo. i jestem z siebie dumna, bo dałam radę. Trzy dni już prawie za mną :-)
*
W pracy nic nowego; męczę się psychicznie, czuję jak uchodzi ze mnie życie, energia, chęci... Nie daję rady wysłuchiwać tych samych opowieści po raz enty. Dopóki nie wchodziły w grę rozgrywki personalne między pracownikami nie było tak źle, ale teraz po ostatnich wydarzeniach plusów tej pracy jest coraz mniej. Ktoś kiedyś ładnie powiedział że pomaganie męczy. To święta prawda.
*
Śnił mi się ostatnio dziwny sen. Ukazał mi się Bóg. Na niebie. Chciał mnie skarcić, to wiem. Nie jestem w stanie opisać jak wyglądał, bo nie potrafię, to było jak zjawisko, a nie postać. Ale to było przepiękne i pamiętam, że byłam zachwycona. Ciężko było mi się obudzić, bo pod powiekami miałam jeszcze resztki tej wizji.
Dziwne.
*
W piątek szykuje się nam imprezka integracyjna z firmy SZM. Dobra zabawa za małe pieniądze zawsze jest mile widziana :-)
W kolejny piątek SZM wyjeżdża służbowo, a ja będę mieć wolny wieczór i w zasadzie mogłabym zwołać babskie spotkanko, ale nie wiem czy nie wolę strzelić sobie samotnego wieczoru na luzie w domciu. Póki co wstrzymałam się z ogłaszaniem światu, że będę mieć wolną chatę :-)



poniedziałek, 09 maja 2011
Mówcie do mnie "prowincjonalna gąska"...
Jechałam dzisiaj do WojewódzkiegoMiasta po SZM i trafiłam na takie korki, że myslałam, że wykorkuję :-) W naiwności swej miałam nadzieję, że uda mi się załatwić kilka rzeczy nim odbiorę SZM z pracy, a jak się okazało nie załatwiłam niczego, a na miejscu i tak byłam po czasie. Za każdym razem gdy jadę do WojewódzkiegoMiasta, gdy trafiam w ten strumień aut i korków na drogach czuję się taką małą, słabą, nic nie wartą babą z prowincji. Psychicznie jestem zmęczona samą jazdą. Pilnuję się, żeby nie pomylić zjazdu, żeby skręcić tam gdzie trzeba. Nie uważam się za megasuperhiperkierowcę, ale po takich wycieczkach samoocena mi spada zdecydowania in minus, że źle się czuję w takim tłoku, a in plus, że mimo wszystko dałam radę.

wypalenie?
Zawirowania w pracy chyba się skończyły, wbrew pozorom teraz pracuje mi się lepiej i spokojniej, aczkolwiek wszelkie błyskotliwe aspekty pracy już mnie nie dotyczą. Niby jest już dobrze, ale marzy mi się dla odmiany spokojna praca za biurkiem, bo jestem zmęczona psychicznie. 10 lat w jednym specyficznym miejscu daje o sobie znać.

No i po Komunii...
Mile się zdziwiłam szykując kreacje na przyjęcie, bo jakoś tak wewnętrznie przekonana byłam, że w wyniku remontowego podjadania czekolady obwody mi nieco urosły, ale jak się okazało nie było tragedii :-) Wystroiłam się w spodnium - proste spodnie z krótkim żakietem, kolor to popielaty melanż złamany beżem. Do tego granatowy ozdobny półgolfik z króciutkim rękawkiem-bufką i debiut niebieskich szpilek. SZM powiedział, że OK :-)
Będę brutalna do bólu - przyjęcie było sztywne, nudne, drętwe, jedzenie też nie zachwycało. Wróciliśmy umordowani psychicznie i zdegustowani. Tak, przyjęcia komunijne to bezsens.




wtorek, 03 maja 2011
poremontowo
Melduję niniejszym, że skończyłam remont pokoi dzieci. Skończyłam wszyściuchno łącznie ze sprzątaniem w nocy z soboty na niedzielę, ale do dzisiaj, wczoraj dochodziłam do siebie. 
Młody mi pomagał, ale tak po prawdzie to całość robót spoczywała na moich barkach. SZM nie miał wolnego, chodził do pracy, załatwiał urzędowe papierki w związku z kupnem auta (tak, tak!!!) i szczerze mówiąc jakoś tak specjalnie do pomocy się nie rwał. Trochę pomógł, ale drażniła mnie jego bierność. Uznał chyba, że damy radę we dwoje z Młodym. Bo tak po prawdzie to od tapetowania w naszym domu jestem ja, a od malowania i reszty prac remontowych SZM, któremu brakuje cierpliwości i precyzji:)
Pokoje są naprawdę fajne, pierwszy raz zdecydowaliśmy się na tapety ze wzorem znaczy takie normalne, bo do tej pory mieliśmy tapety, ale do malowania, więc w praktyce i tak się malowało :-). W każdym pokoju kładliśmy trzy rodzaje tapet; gładka, pasy i wzory utrzymane w tonacji. Wzory i pasy oczywiście w każdym pokoju inne :-) I tak Mała ma fiolety z zielonymi dodatkami. A Młody popiele z dodatkami w czerwieni. Do tego doszło małe przemeblowanie, w miarę możliwości, bo gabaryty naszych blokowych pokoików nie pozwalają na szaleństwo. Udało mi się optycznie poszerzyć wąski pokoik Małej. W każdym razie dzieci zadowolone, ja też. No i SZM również.
Do kolejki remontowej stoją jeszcze trzy pomieszczenia, ale to dopiero w czerwcu, jak odpocznę, nabiorę sił i ochoty do dalszej remontowej walki, jak już będziemy mieć wolne weekendy (bo póki co są już zagospodarowane) i jak pokaże nam się trochę kasy na koncie.
Umordowałam się naprawdę mocno, w niedzielę nie miałam siły na nic, w poniedziałek rano szczerze żałowałam, że nie wzięłam sobie wolnego i powlokłam się do pracy.
Podczas całego remontu obiecywałam sobie, że jak tylko skończę wyłożę ciało swe na leżaku na balkonie, będę leżeć, czytać i nic nie musieć. Takie miałam plany. Nie uwzględniłam w nich śniegu, który się u nas dzisiaj pojawił.

nie dość pogodnie
W niedzielę idziemy na komunię i przyznam szczerze, że mam niezłą zagwozdkę nie tyle W CO, ile JAK się ubrać. Muszę chyba przygotować dwa zestawy - na zimno i na ciepło :-)

matencja
Nawiedziła nas dzisiaj matencja, która chciała zobaczyć efekt zmagań z tapetami. Tematem głównym od progu był oczywiście tatencjusz. Ponieważ ja byłam zajęta w kuchni przygotowywaniem deseru matencja dyskutowała z SZM. To i owo dochodziło do moich uszu, na przykład takie kwiatki: "ja mu nie tokuję, ja tylko prawdę mówię, mówię jak jest".
Spasowała jak usłyszała od SZM, że "każde z Was mówi swoją prawdę, żadne nie popuści i żadne nie uznaje kompromisu". Widziałam, że taka opinia kompletnie jej nie pasowała, zapewne uznała ją za krzywdzącą, bo jakże to tak - zięć przeciwko niej, no bo skoro nie jest za nią, ale nie wdawałam się w temat. Potem sama do tematu nie wracała i bardzo dobrze.

nie medialnie
przez te zmagania z tapetami minęły mnie medialne atrakcje w postaci ślubu księcia, beatyfikacji JPII, a nawet wiadomości bieżących, bo dopiero dzisiaj siadłam na spokojnie i zaczęłam chłonąć wieści.

na bieżąco
Wczorajsze popołudnie spędziliśmy u znajomych, tego mi było trzeba. Miłe pogawędki, żarty, tak po prostu na luzie.
I wieczorem zdenerwowana matencja dzwoni mi na komórkę, że tatencjusz ma bardzo wysokie ciśnienie i nie pozwala na wezwanie pogotowia. Słyszałam nawet jak się złościł, żeby dać mu święty spokój. Nie wezwali. Na szczęście nic się nie stało. Tatencjusz zawsze mówi, że najwyżej go trafi. Ale to, że go trafi to wg mnie jest wersja optymistyczna. Dzisiaj powiedziałam matencji, że następnym razem (oby takiego nie było!) ma nie pytać go o zgodę tylko dzwonić, bo jak przyjdzie co do czego to przyjdzie jej zmagać się ze sparaliżowanym tatencjuszem. Mam nadzieję, że ten argument przemówi.

Dzisiaj leniwa senna niedziela, to nic, że wtorek, ale tak niedzielnie było u nas, tak fajnie, powolnie, pidżamowo, szlafrokowo, z farbą na głowie :-)

Dawno już się nie spłakałam na filmie. "Usta usta" - odcinek, w którym ginie Julia, powalił mnie na serio. No to lecę oglądać kolejny, niestety ostatni w tej serii.

Do miłego!