na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 19 maja 2016

Hmmm... nie chcę zapeszać, ale w końcu pracowo jestem chyba na etapie kiedy jestem w miarę, albo całkiem na bieżąco. I jest fajnie. Fakt, że zdarzają się chwile kiedy nie mam jak pracować, bo firmowe życie towarzyskie kwitnie, ale to chyba na plus, bo skoro ludzie przychodzą pogadać to raczej jest OK :-)

Najpierw kawa, potem FB, potem poczta privat, potem Blox i potem właściwie mogłabym już zabrać się za robotę, ale co chwilę ktoś, coś... I tak leci. Dzisiaj kategorycznie zaraz biorę się za robotę, bo koniec miesiąca dla mnie jest zdecydowanie bliżej niż w kalendarzu :-)

Wczoraj wyraziłam zgodę na oficjalne nocowanie Małej u chłopaka. Do tej pory stałam na stanowisku, że dbam o jej dobre imię, opinię, cokolwiek by to nie znaczyło, ale jest za młoda na jakieś oficjalne zostawania na noc u chłopaka. I jeszcze jej tłumaczyłam, że co by sobie o niej pomyśleli rodzice chłopaka :-0
Teraz wygląda sprawa nieco inaczej, bo jego rodzice wyjeżdżają na weekend, zostaje chłopak sam w dużym domu pod lasem, na skraju wsi :-) To raz.
Wierzę jej i doceniam szczerość. Mogliby oboje ściemniać, że impreza jakaś albo wyjazd, a powiedziała mi Młoda/Mała otwarcie i szczerze, że chciałaby po prostu zostać na noc, żeby on nie musiał jej odwozić po nocy. To dwa.
Powiem szczerze rozumiem ich, bo ich miejscu też bym chciała :-) To trzy.
A rano planują zakupy ciuchowe, bo jakoś z nami Młoda nie może znaleźć wizytowej sukienki marzeń, która jest jej potrzebna na koniec czerwca.
SZM jak na odpowiedzialnego (sic!) ojca przystało powiedział "jak ci mama pozwoli to możesz", a ja się zgodziłam. Zonk!? :-)

Młody dopracowuje pracę mgr. Oby tym razem zmieścił się w czasie :-)

środa, 18 maja 2016

Zrobiłam rachunek sumienia i uznałam, że coś muszę zrobić. Postanowiłam zacząć od oderwania się od komórki :-)

w pracy dostałam sms od SZM i "odbierz pocztę" i w głowie zakiełkowała mi myśl, że może SZM coś napisał a'propos nas, może dojrzał do ...rozstania? I bardzo się wystraszyłam tej mysli, bo tego bym nie chciała, aż tak mi nie dopiekł :-) Tu odpowiedziałam sama sobie na pytanie postawione przez Agradabla. A w poczcie była propozycja wycieczki na sobotę. Uff. Osobiście bardziej bym się ucieszyła z propozycji wyjścia na rower, niż wyjazdu autem gdziekolwiek. Ale jak się nie ma co się lubi...
SZM wrócił z pracy i ... był normalny. Nie wracaliśmy do tematu. Pewnie też przemyślał to, co ja jemu mówiłam. Że nerwowy, że agresywny, w stosunku do wszystkich i wszystkiego, a także na każdy temat. Było miło.

W niedzielę czeka mnie impreza biegowa, bardzo fajna, na tyle fajna, że udało mi się zachęcić Małą i SZM do kibicowania. Potem wciągnęłam Małą i będziemy biec razem :-) SZM miał jechać z nami i kibicować nam obu. Podczas weekendu nafoczony SZM uznał, że nie pojedzie. Nie to nie. Lepiej dla mnie, bo nie będę się musiała stresować jak się odnajdzie w grupie, której nie zna. Jego miejsce poszło w obce ręce. A on sam chyba żałuje bo dopytywał czy już się znalazł ktoś chętny. Wczoraj jeszcze dopytywał o szczegóły wyjazdu i kto wie czy nie ma zamiaru jechać sam i niby to zrobić nam niespodziankę. Powiem szczerze - niech się wypcha z taką niespodzianką. Ale oficjalnie nic przecież nie wiem. Zatem się nie odzywam.

Po pięknej analizie dokonanej w komentarzach przez Issa (pozdrawiam!) nie zdecyduję się na terapię par, bo wiem po prostu że SZM by mnie wyśmiał z takim pomysłem, znam go. Mam nadzieję, że póki co damy sobie radę sami. Uzbroję się w cierpliwość i będę walczyć zmieniając strategię. Walczyć to słowo jednak nie na miejscu. Będę pracować nad nami, nad sobą. Odpuszczę mu trochę. ... bo może faktycznie za bardzo ich męczę tymi porządkami, sama nie wiem. Pogubiłam się trochę...

Boli mnie jeszcze to, że na linii SZM - dzieci nie ma takich reakcji jakbym ja chciała. Obsztorcowuje i docina niby życzliwie, ale złośliwość wyziera zza każdej głoski, zwłaszcza w stosunku do Młodego. Qrcze mam wrażenie, sto lat temu to pisałam, że SZM jest złośliwie zazdrosny, że Młody jest w lepszej sytuacji niż on sam czyli SZM w jego wieku. Młody studiuje, dorabia na swoje kieszonkowe, mieszka z nami i nie ma co ukrywać - myślę, że dobrze mu tak. SZM w jego wieku już pracował i oddawał sporą dolę na tak zwane życie teściowej. Złośliwości i wyrzuty, że Młody całą kasę wydaje na imprezowanie nie są w pełni zasadne. A odzywa się ten, co niby nie imprezował i tak strasznie oszczędzał i sobie kupował nie wiadomo co. Tu nie słychać może, ale wstawiam dużą dawkę ironii prześmiewczej. 

wtorek, 17 maja 2016

Wczorajsza rozmowa nie wniosła wiele nowego.
Wpis na blogu pozwolił mi na zebranie i ułożenie myśli, swobodną przemyślaną wypowiedź. Wylewaliśmy swoje żale, każdy swoje, a jeden nie rozumie drugiego.
Tak, ja tez nie jestem bez winy to wiem od samiuśkiego początku, ale nic się nie dzieje bez przyczyny.
...bo ty tylko z komórką w ręce i sprawdzasz wiadomości i newsy od biegowych znajomych,
...bo Ty nie przyjdziesz i nie przytulisz się jak kiedyś, dawniej,
...bo odrabiasz tu tylko pańszczyznę, a żyjesz w swoim świecie,
...bo wiecznie jesteś nieobecna duchem,
...bo zawsze wiesz lepiej i wszystko musi być tak jak Ty chcesz,
...bo nie potrafisz przyznać się do błędu; przez 25 lat ani razu nie usłyszałem od Ciebie słowa przepraszam, itd., itd.

Boli.

niedziela, 15 maja 2016

Jestem zmęczona SZM. Nim samym i jego fochami.
Dochodzi do tego, że rano wstaję i zastanawiam się jaki będzie miał dziś humor, nasłuchuję jakim tonem mówi... Na wszelki wypadek mój jest przyjazny. Tu już sama siebie nie poznaję, bo normalnie kilka lat temu to by drzazgi leciały i iskry.
Foch w wykonaniu SZM to znaczy naburmuszony ton, pełen pretensji oczywiście i takiż właśnie styl bycia. Pretensji o wszystko i do wszystkich. Wiem, że on ma stresa w robocie, ale ileż można go samej sobie tłumaczyć... Widzę, że jest nerwowy, pobudzony, kurczę chyba przechodzi andropauzę. Bo innego wytłumaczenia, logicznego, nie ma chyba...
SZM wraca z pracy, zjada obiad, a czasem najpierw go sobie robi, bo na ten przyklad nie ma ochoty na to co kuchnia czyi ja serwuję, potem zalega na kanapie z pilotem w garści i tyle go widzieli. Kto ma pilota ten ma władzę. Kiedyś walczyłam o to, co oglądamy, teraz już mi się nie chce. On i tak za chwilę przyśnie, będzie leżął i chrapał z pilotem w garści. Jak przełączę, wyłączę, zgłośnię to jest szansa, że się przebudzi i będzie cały w ansach i dąsach, bo przecież ogląda, ewentualnie każe mi ściszyć, bo tak głośno to sąsiadom na pewno przeszkadza. To nic, że on tak chrapie, że ja TV nie słyszę i dlatego zgłaśniam. Jak już się wydrzemie, wyśpi to się przebudzi. Wieczorem będzie cały w pretensjach, bo ja do spania, a jemu się nie chce. I oczywiście nie da sobie powiedzieć, że pół wieczoru przespał, bo przecież nie spal, taka tam drzemka krótka, i to rzadko kiedy, a ja przesadzam.
Specjalista od wysługiwania się innymi, wydawania opinii na każdy temat, niekoniecznie sobie znany, maniak gotowania i jedzenia. Z tym gotowaniem to niby ok, ale gotuje ciężko i raczej tłusto, a to już nie wszystkim pasuje, ale się stara, to fakt. Fajnie, że gotuje, ale tylko wtedy gdy ON ma na to ochotę. No i specjalista od dramatów, negatywnych emocji i czarnego scenariusza. Jak różnica zdań to już mowa o rozwodzie. Jak coś ze zdrowiem to masakra po prostu, wolę żeby nie wiedział, bo jak wie to zawsze mam wrażenie, że jestem prawie onkologiczna. W wiecznych pretensjach w stosunku do Mlodego i ja już gubię się czy one są może słuszne, a ja przewrażliwiona, czy też on jak zwykle przesadza. Do Małej też ma zwykle coś. I nawet dzieci wiedzą, że tata się czepia zawsze.
Patrzę na niego i myślę sobie, rusz się chłopie, zrób coś ze sobą, zrzuć wagę, znajdź pasję, energię do życia, naucz się radości i pozytywnego nastawienia do świata.
Wiecznie niezadowolony. Powiem szczerze, że nie pamiętam kiedy był radosny, taki beztroski, młodzieńczy... Zachowuje się jak sterany życiem emeryt.
I wiem, że jakbym mu to wszystko powiedziała to się dowiem zaraz na ten tychmiast, że to ze mną jest coś nie tak, bo to ja zachowuję się jak nieopierzona młódka i pewnie mam kryzys wieku średniego, bo on ma w pracy stresa a nie high life, i nie ma się z czego cieszyć, a ja życia nie znam po prostu. I dlatego nie chce mi się, bo cokolwiek bym nie zrobiła to wiem, że odbije się to przeciwko mnie... Co jakiś czas słyszę z jego strony, że źle się między nami dzieje i jak sobie wyobrażam dalsze życie, bo tak dłużej nie można. Powiem szczerze, krzywo patrzy na moje bieganie z grupą, która wciąga. Ja usiłuję wciągnąć po troszkę jego, ale on staje okoniem i nie chce. Nie każę mu biegać, ale wspólne wyjścia, albo robienie zdjęć na biegach to już byłby dobry punkt zaczepienia. Jemu to niepotrzebne. Mamy po prostu różne oczekiwania w stosunku do życia, do siebie. Póki co nie wchodzę w dyskusje, zbywam je, staram się robić dobrą minę, przyjmować pozytywny przyjazny ton, styl bycia, bo mi się po prostu nie chce walczyć i drzeć pazurów. Nie doczekałam się konkretów na swój temat, oczywiście poza zbyt małym zaangażowaniem w sprawy intymne, tak tak, oczywiście, nie bójmy się słów. Zwykle słyszę, że ja zawsze wiem lepiej, i że nigdy nie przyznam się do błędu. Że ja przecież nie mam sobie nic do zarzucenia, bo ja przecież jestem idealna i tu mega ironia w głosie. I trwa to już jakiś czas. I szczerze powiem zmęczona jestem.
Zdałam sobie właśnie ostatnio sprawę, że moje bieganie wzięło się właśnie z tego, że potrzebowałam odskoczni, świeżego powietrza, wyjścia z tej dusznej atmosfery w domu. Jak się wciągnęłam w bieganie to kiedyś dowiedziałam się od SZM, że teraz znalazłam sobie KOLEJNY powód do nieobecności w domu. Jaki kolejny? Ano studia, jedne, drugie i kolejne, a teraz bieganie. To są rzeczy, w których on nie uczestniczy, więc siłą rzeczy jest wyautowany.
Namawiam do aktywności, ciągnę na rower, spacery. Co do roweru to zawsze jest jakieś ale, a to zimno, ciepło, późno, wietrznie, mokro, etc. Co do spaceru - dla mnie ma sensu wówczas gdy wychodzę z domu i idę, zwłaszcza, że mamy za blokiem las, gdzie można chodzić do woli. Dla niego sensem jest siąść w auto i przejechać spory kawał drogi, by się przespacerować pół godziny. Masakra.
Planowaliśmy nasze wakacje. Tydzień w górach w miłym towarzystwie z ekipą pracową SZM. A drugi na co się zgodził i powiedział, że OK, że tydzień urlopu letniego spędzimy na rowerach, pojedziemy gdzieś w Polskę, gdzie jest w miarę płasko, z rowerami i będziemy sobie robić wycieczki rowerowe całodniowe. Do takiego wyjazdu trzeba się przygotować, trzeba się po prostu rozjeździć. Urlop mamy w sierpniu, teraz jest maj, a na rowerze byliśmy chyba 3 razy. Bez komentarza.

Jestem zmęczona, sfrustrowana. Wybiegałam dzisiaj 9 km, poszłam wybiegać złe emocje, ale coś chyba za mało biegałam...

 

poniedziałek, 09 maja 2016

Weekendowy wyjazd rodzinny za nami.
Powiem szczerze - mnie się podobało :-) Dzieciaki powiedziały, że było OK, że możemy częściej jeździć, ale nie za często dodała Mała :-))) Szukałam miejsca z atrakcjami, basenami i innymi cudami. Znalazłam blisko basenu i kręgielni, z bilardem, sauną, piłkarzykami i barem, z lokalizacją blisko centrum. Zabraliśmy ze sobą karty i gry. Nie skorzystaliśmy z żadnej atrakcji! :-) Bo zabrakło nam sił i czasu :-) Wyszłam wcześniej z założenia, że każdy wypad powinien mieć jakiś program, a jeżeli nie program to przynajmniej cel, żeby się wszystko jakoś nie rozmemłało. Wyszukałam atrakcje, warunki tych atrakcji, a nawet zrobiłam rezerwację zwiedzania Ciekawego Miejsca.
Ale nic na siłę. Jak będą chcieli to OK, a jak nie to nie. Chcieli zwiedzać, najpierw dlatego, że mama chce, a potem no bo to fajnie zobaczyć :-)
Piątek; wyjazd dokładnie tak jak zaplanowaliśmy czyli o 13, bo po drodze zgarnialiśmy Młodego z pracy. Tak jak lubię, zostawialiśmy mieszkanie ogarnięte. Dla mnie to ważne, bo inaczej moja psyche źle działa. Taki mam chyba syndrom detektywa Monka. Pogoda jak marzenie. Dojechaliśmy na miejsce na 15.00. Zameldowaliśmy się, ogarnęliśmy nieco i poszliśmy do centrum. Bo spacer, bo obiadokolacja, bo kawa i lody, bo jakieś zakupy na wieczór. Zanim wróciliśmy było po 19. Wspólny wieczór w naszym pokoju upłynął przy drinkach i wspólnej rozmowie.
Sobota; zaliczyłam sama poranne truchtanko po okolicy w cudnych okolicznościach przyrody, ale umiarkowanie do 5 km, bo intensywny dzień przede mną i nie ma co przesadzać.
Zgodnie z piątkowymi ustaleniami po śniadaniu krótka sjesta i wychodzimy bo przed nami pkt nr 1 naszej wycieczki czyli wycieczka z przewodnikiem kolejką na kółkach do Ciekawego Miejsca, bo ono samo nieco dalej od centrum się znajduje. Zwiedzanie wycieczkowe z przewodnikiem, przystanki, sesje zdjęciowe i cel osiągnięty. Pociąg na kółkach jedzie dalej, a my zostajemy. Mamy przecież rezerwację zwiedzania Ciekawego Miejsca. Ugadujemy się z szefem kierowcą, że może nas zabierze przy następnej turze, ale to nic pewnego. Najpierw sami zwiedzamy okolicę, zaliczamy też pauzę na tradycyjny lokalny napitek i pyszne ciacha. Potem główny punkt programu czyli zwiedzanie Ciekawego Miejsca z całą specyficzną oprawą, która też jest niejako atrakcją, bo oprawa to niczym odprawa na lotnisku :-) Po zwiedzaniu w oczekiwaniu na transport, który sami przecież nie wiemy czy będzie czy nie, zaliczamy znowu ciacha i napitki typu kawa, piwko. Transportu nie ma. Grzejemy się w słonku czekając na wszelki wypadek. W końcu jednak decydujemy się na powrót pieszy bo innego wyjścia póki co nie ma, a ponadto pogoda cudna więc dlaczego nie? I tak zrobiliśmy spacerkiem 9 km z powrotem do centrum :-) Obiadokolacja i powrót do pensjonatu ok. 20. Nikt nie miał potem sił na jakiekolwiek atrakcje. A jak się nam dobrze spało ;)
Niedziela; po śniadaniu leniwy odwrót i dokładnie o 11 wyjazd do domu.
Refleksje na plus i minus:
- nasze studio to była góra domu/budynku, fajna lokalizacja, bo nikt nam tam nie chodzi i się nie plącze, cała góra tylko nasza, ...ale nikt nam/mi nie powiedział, że na górę będziemy wchodzić najpierw po zewnętrznych schodach typu same stopnie, między nimi pusto, a pod spodem wysoko, bo to zbocze góry; a potem już w samym budynku jeszcze po wąskich kręconych schodach. Na początku był to dla mnie lekki szok, niespodziewajka, ale dwa dni da się przeżyć. Na taki dłuższy pobyt chyba bym się nie zdecydowała, bo mam lęk przestrzeni (Młody też) i przy takich schodach czuję dyskomfort. Mała z uwagi na wadę wzroku również, więc to raczej nie było fajne, ale dramatu nie było.
- Młody pali, musiałam przetrawić, że co jakiś czas wychodził na fajkę. To, że wychodził to pryszcz, chyba bardziej cierpiała Mała, bo jak wracał to śmierdział papierosami, a pokój mieli wspólny.
- wynajęliśmy studio czyli 2 pokoje dwuosobowe z jedną łazienką. W niedzielę rano ścigaliśmy się do toalety i przeganialiśmy wzajemnie, głównie Młody i ja, ale w domu też mamy jedną toaletę i żyjemy. :-)
- przy sobotniej obiadokolacji odbył się wyraźny zgrzyt na linii SZM - Młody, ale opanowany. Mała mi powiedziała, że zanotowała jeszcze kilka drobnych złośliwości, ale to było ewidentne.
Nie wiem czy jestem dobrą matką skoro widzę negatywne cechy u swojego syna i tak na dobrą sprawę zdaję sobie sprawę, że chyba go nie lubię. Albo nie bardzo lubię, bo to określenie bardziej oddaje to, co czuję. Kocham go bardzo, ale nie zostałby moim kolegą. To okrutne wiem, ale na chwilę obecną tak myślę. Wiele czynników się na to składa. I pewnie do wielu z nich sama osobiście się przyłożyłam jak na matkę przystało. Czego u niego nie lubię?
Upiększania i bajerowania. Cokolwiek by nie opowiadał wszystko ubarwia. Dokładnie tak, jak robi to tatencjusz. To niemożliwe, że tak się można upodobnić do własnego dziadka. Z przerażeniem obserwuję siebie i sprawdzam i czy ja też tak nie robię. On zawsze wie lepiej. Zawsze najpierw na wierzchu musi być jego. Ważne, żeby jemu było dobrze. Siedem lat bycia jedynakiem procentuje.
Czego nie lubię u Małej? Jest kilka rzeczy, ale jeszcze mi tak za skórę nie zalazła, albo jeszcze tak mnie to nie razi.
Czego nie lubię u SZM? Tego tonu, którym zwraca się do Młodego, nie zawsze, ale często. Taki ton, z którego wynika, że i tak ze mną nie wygrasz, bo ja tu jestem górą. Sposobu prowadzenia żartów z Małą, z Młodym też. Kompletnego unikania jakiejkolwiek formy aktywności i ruchu. Wysługiwania się dziećmi, bo ja się nie daję :-) Tego, że jego życiu sens nadaje jedzenie. Cokolwiek byśmy mieli robić, albo gdzieś iść to ważne, a nie wiem czy nie najważniejsze jest co będzie do jedzenia. I do picia też.

Powinny się tu teraz znaleźć refleksje na plus, ale innym razem :-)