na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 28 maja 2018

Na razie póki co sprawa umarła śmiercią naturalną, żeby nie powiedzieć, że przyschła ;-)
Panna Młodego już po przeprowadzce, tzn. razem z rodzicami do jednego dużego mieszkania.  Młody pomógł ile mógł, a za wiele nie mógł, bo był w pracy.
Nie dopytuję nie naciskam, stanęło na tym, że Panna i Młody planowali że jakoś w czerwcu Młody się do niej przeniesie. Ale jak wyszła sprawa ich kiepskich finansów to trochę się sprawa skomplikowała i biedny Młody sam chyba nie wie co robić. Bo chciałby, ale kasa, a raczej jej brak, skutecznie go blokuje i tak w ogóle to mało komfortowa sytuacja z tą przeprowadzką. A może tylko mnie się tak wydaje. 

Czekał jeszcze na wyniki rekrutacji, w której brał udział i liczył na to dosyć mocno, a tu zonk, niestety temu panu podziękowali.

środa, 23 maja 2018

Akcji ciąg dalszy. Czyli żeby było ciekawiej...

Rodzice Panny, którzy deklarowali się, że im, jej pomogą, jak się okazuje mają kłopoty finansowe. Szukają kasy na pokrycie kosztów swojej przeprowadzki.

Ręce mi opadli. Obie.

Kurtyna.

wtorek, 22 maja 2018

Temat jeszcze oficjalnie nie zamknięty, ale widzę i czuję, że Młody już zdecydowany. Blokuje go tylko brak stabilności finansowej. A ja mam uczucia mieszane, rozumiem, że chciałby, że pociąga go wspólne gospodarowanie, życie we dwoje, bo już po wakacjach mówił, że fajnie było we dwoje, a nawet czworo, bo byli razem z rodzicami Panny, i że chciałby tak.
Podejrzewam, że gdyby miał normalną pracę i jakąś sensowną pensję to rozmowa byłaby zdecydowanie inna i pewnie stanęłoby na tym osobnym mieszkaniu. Nawet jeśli rodzice Panny deklarują, że brak kasy z jego strony im nie przeszkadza to uważam, że wprowadzanie się w takiej sytuacji do nich może mu się kiedyś odbić czkawką. Obym się myliła.
Może faktycznie wspólne mieszkanie nie wyjdzie im na złe, bo jakoś się dogadują, byli razem na wakacjach, ale codzienne życie może różnie wyglądać. Ale myślę, że najlepiej żeby sam skosztował tego miodu i sam się przekonał czy mu pasuje czy nie. Ja też uważam, że młodzi powinni się docierać sami, bez żadnych rodziców. Mieszkanie z nimi dla mnie prywatnie też jest, będzie kłopotliwe, bo jakoś kiepsko wyobrażam sobie wizyty u nich. Ale pożyjemy, zobaczymy, cokolwiek by nie mówić facet jest dorosły ;-) ...

poniedziałek, 21 maja 2018

Wywołałam chyba wilka z lasu, ale czy to mnie uszczęśliwia...?
Kilka dni temu Młody przeprowadził z nami poważną rozmowę. Zaczął tak, że myślałam, że jego Panna jest w ciąży :-) Ogólnie i skrótem mówiąc/pisząc chodzi o to, że po pierwsze rodzice Panny mają kłopoty mieszkaniowe, na już, tu i teraz. Tu pomyślałam że chyba nie chcą nam się wszyscy wpakować do mieszkania ;-) Zaraz potem czekałam na pytanie czy Panna może wprowadzić się do nas :-) Pudło.
Rodzice Panny rzucili w jej stronę tematem, że może Panna pójdzie na swoje, a oni jej będą pomagać, dopóki nie stanie na nogi. Panna rzuciła temat w stronę Młodego, że może zamieszkaliby razem. I tu Młody pyta co my na to :-)
Nie ukrywam, że trochę mnie to szoknęło, bo moim/naszym skromnym zdaniem w obecnej chwili przy stażowym stypendium decydować się na osobne gospodarstwo to pachnie lekkim szaleństwem. Dyskusja była mocna, rzeczowa, konkretna. To, że rodzice Panny decydują się na wspomaganie jej nie oznacza, że my z automatu też powinniśmy, bo takowego zamiaru nie mamy. Nie będziemy się deklarować, wolimy sytuację jasną i klarowną, jak będziemy chcieli to pomożemy, ale deklarować się nie będziemy. To raz. Przy obecnych dochodach Młodego rzucanie się na osobne gospodarstwo ze świadomością, że tamci rodzice będą pomagać to raczej kiepska sytuacja, faktyczna, ambicjonalna i generalnie do bani. To dwa. Młody powinien się zastanowić na ile taka decyzja podyktowana jest chęcią pomocy Pannie, a na ile chęcią wspólnego z nią życia.
Panna poczuła się dotknięta, prawie że się obraziła. Młody pojechał wyjaśniać sytuację. Kryzys zażegnany. Po czym pojawiła się kolejna opcja. Nijak nie pasująca do tej pierwszej.
Panna kocha rodziców, nie chce mieszkać osobno, zatem biorą pod uwagę bardzo duże mieszkanie proponując Młodemu zamieszkanie z nimi. Czym opcja B różni się od opcji A? Tego nie wie nikt. :-)
Na chwile obecną temat jeszcze zawieszony i nie wiadomo jak się zakończy.

A w czym problem? Bo mam wrażenie, że Młody jest wmanewrowywany. Bo wydaje mi się, że kiedy oboje mają jako takie dochody i podejmują wspólnie decyzję o zamieszkaniu to trochę inaczej wygląda, a tu mam wrażenie, że oni go po prostu z lekka przymuszają do deklaracji. Taaak, jestem wredną mamuśką synalka :-)

wtorek, 08 maja 2018

Po tak długim wolnym bardzo trudno jest wrócić do normalności...

Drażni mnie to moje duże dziecko. Młody znaczy się.
Staram się zrozumieć, sama siebie pilnować, żeby cały czas nie burczeć i nie krytykować, ale kurcze ręce mi opadają. Sama nie wiem czego bym chciała. to już chyba najwyższy czas na to, by rozpoczął życie na własny rachunek. Chłop dorosły, co wcale nie znaczy, że dojrzały, bo zachowuje się jak dziecko czasem. ...i kurczę blade sama siebie obwiniam, że może to ja za bardzo opiekuńcza jestem. SZM za każdym razem mówi, że to moja wina. Do tego już się przyzwyczaiłam :-)
Są pewne rzeczy, których nie przeskoczy choćby nie wiem jak bardzo chciał. Wszystko wydawało się być ok, dopóki pracował w swojej pierwszej firmie. Ale jak widać nie było mu to pisane. Tak z ręką na sercu to ja do dzisiaj nie wiem czy on sobie nie zasłużył na to, że mu tej umowy nie chcieli przedłużyć, mało tego, nie tylko, że nie przedłużyli ale jeszcze rozstali się za porozumieniem stron wcześniej niż umowa przewidywała. Tam zarabiał fajną, jak na początek, kasę i wydawało się, że był zadowolony, przynajmniej na początku, mimo, że to nie było kompletnie związane z jego wykształceniem. A potem dowiedzieliśmy się, że to nie dla niego, że na dłuższą metę to on i tak by nie chciał. Ale skąd ja wiem czy tylko mi tak nie czarował? Faktem jest, że szukając pracy szerokim łukiem omijał ten sektor. No i koniecznie chciał coś ze swojej działki, to wydaje się być normalne. Niestety oferty pracy się nie posypały szerokim wachlarzem. Wydeptał sobie staż w firmie, w której bardzo chciał pracować. Po trzech miesiącach na bezrobociu (bez prawa do zasiłku bo przecież było porozumienie stron, ale na własnej kasiorze) zaczął staż. A staż wiadomo, kasa maleńka, szansa na zatrudnienie średnia, ale do cv będzie mógł wpisać doświadczenie w branży. I na początku jak to na początku, fajnie i w ogóle, a teraz się okazuje, że jednak niekoniecznie. Na jednej rozmowie o pracę był, ale zrezygnował, bo nieciekawe warunki, a to fakt. Rozsyła cv wszędzie cały czas, czeka na wyniki kolejnej rekrutacji. To w sumie ok, bo jak to się teraz mawia, w momencie gdy dostajesz pracę dobrą, zaczynasz szukać lepszej. Ale gdyby nie my to finansowo nie dałby rady utrzymać się na tym stażu. Tak też mu powiedzieliśmy, że dopóki jest u nas to może sobie na to pozwolić. Jak pracował to część wypłaty przesyłał na konto (to była nasza decyzja, bo on sam z siebie na to nie wpadł niestety), że niby na utrzymanie, ale ze świadomością, że ta kasa siedzi na koncie oszczędnościowym i jest w razie czego do jego dyspozycji. Teraz na tym stażu odpuściliśmy te przelewy z racji mizernej kwoty, którą dostaje. I jak tak piszę to sobie teraz, to wszystko po kolei, to wydaje mi się, że przecież nie ma się do czego przyczepić, bo kasiory od nas nie bierze, oszczędności nie są ruszone, stara się chłop o coś lepszego. ...ale ja wewnętrznie oczekuję czegoś więcej. Jakiegoś większego zaangażowania by nie być zależnym od rodziców, by żyć na własny rachunek, usamodzielnić się, nie być ciężarem dla rodziców. Wyjść z inicjatywą, dać coś od siebie.
Ale gdzies tam w środku duszy mam wrażenie, że to nie o niego chodzi tylko być może to ja mam zbyt wielkie oczekiwania, to ja za bardzo się stresuję tą sytuacją. Bo przecież prawie 27 lat na karku, a on jest na początku drogi. No i chyba ja za niego wpadam w depresję na jego temat :-) A najgorsze jest to, że nie mogę, nie chcę, tak od serca pogadać o tym z SZM, bo on go krytykuje na każdym kroku, a ja nie chcę go utwierdzać go w przekonaniu że ma rację, bo nie jestem przekonana czy ta racja ma sens. Bo SZM ma wciąż pretensje, że on, Młody znaczy się,  wieczorami wychodzi spotkać się z kolegami, że wydaje tą niewielką kasiorę wychodząc, a mógłby posiedzieć w domu i świat by się nie zawalił. No i niby racja, ale przecież młody jest, kiedy będzie wychodził?
A jeszcze jego dziewczyna od momentu skończenia studiów (dwa lata) cały czas szuka pracy... no nie wiem, ja bym się chyba łapała czegokolwiek by mieć trochę niezależności, a ona jakaś taka niedorobiona. Bosze, boję się że oni oboje zgubią się w tej rzeczywistości... Nie potrafię sobie wyobrazić jak oni będą prowadzić swoje osobne życie.
Na razie świetnie się ustawili, są razem, ona na utrzymaniu rodziców, on na stażu. każde mieszka z rodzicami, ale nagminne jest to, że on jedzie do niej i zostaje, albo ona do niego i zostaje. Z jednej strony ma to sens, bo po co snuć się wieczorami, nocami jak lepiej, wygodniej, bezpieczniej jest zostać na noc tam gdzie akurat jest bliżej. Z drugiej szlag mnie trafia, jak wracają późno w nocy, koło 2, a potem śpią do południa.
Cokolwiek powiem, że ma być zrobione to Młody zrobi, nie powiem, ale sam z inicjatywą nie wyjdzie.
Już rozmawialiśmy z SZM, że oświecimy go wkrotce, że po stażu to czas najwyższy by pomyślał o życiu na własny rachunek. ...no ale z drugiej strony to my rodzice powinniśmy być dla niego oparciem, czyż nie?... Ale nie wiem czy taki "oparciem" nie robimy mu krzywdy. Jak go dyplomatycznie kopnąć w tyłek? A może ja przesadzam i nie ma potrzeby stosować kopa, bo wszystko jest OK, może to tylko moja psyche, jakiś kryzys, może ja mam zbyt wygórowane ambicje?

No wyprostujcie mnie proszę czy to ze mną jest coś nie tak, czy matczyne zmęczenie materiału mnie dopadło...?

poniedziałek, 07 maja 2018

sobota 5 maja
Zaplanowana impreza grillowa u znajomych na działce. Moje towarzystwo babskie, z cyklicznych babskich spotkań, plus niektórzy mężowie :-) Miło, sympatycznie, głośno :-)

niedziela 6 maja
Ostatni dzień tej długaśnej majówki spędziliśmy wspólnie ze znajomymi w Beskidzie Żywieckim, na szlaku na Rycerzową. Było fajnie.

Podsumowując: spędziliśmy ten czas niby w domu, bez wyjazdu, ale bardzo aktywnie. Ogółem przejechaliśmy autem ponad 1000 km, rowerem chyba prawie 100 km, przedreptaliśmy w górach prawie 50 km. Byliśmy w różnych miejscach, w różnym towarzystwie. Aktywnie, sympatycznie i w ogóle. Jestem zadowolona, ale aż się boję sprawdzać stan konta :-) Założyłam jednak i tak sobie układałam w głowie, że nie myślę o finansach tylko miło spędzam czas, a martwić się będę potem. Bo w końcu głodem nie przymieramy.

Dzisiaj powrót do normalności, do szarej rzeczywistości to masakra lekka, ale trzeba to przyjąć na klatę. Miłego dnia!

sobota, 05 maja 2018

piątek czyli 4 maja:
miał być dzień leniwca, a wyszła wycieczka do Wroclawia, do ZOO, a raczej Afrykarium, bo to nas interesowało najbardziej. My z SZM już tam byliśmy, ale Mała nie i dlatego pojechała z nami, a raczej my z powodu niej :-)
Młody z dziewczyną nie chcieli, no to zostali w domu.
A my po wystaniu w gigantycznej kolejce, która szła szybciej niż przypuszczaliśmy (1,5 godziny stania) zaliczyliśmy oglądanie zawartości czarnego pawilonu. Potem pyszny obiad na rynku, w fajnej knajpce i powrót do domu. Bo towarzystwo nic więcej już oglądać nie chciało. A tam Ogród Japoński, Botaniczny, i wiele wiele innych atrakcji.
W czerwcu będzie tam świetny nocny bieg, ale niestety to jeszcze nie mój dystans, więc mnie nie będzie. Może za rok...

Kroi mi się spontaniczne spotkanie klasowe z okazji okrągłej rocznicy matury. Już za tydzień. Nie spodziewam się tłumów, ale miło będzie, taką mam nadzieję :-)

piątek, 04 maja 2018

Ciąg dalszy długiego weekendowania czyli...
Poniedziałek 30 kwietnia:
Udało mi się wstać na tę wycieczkę górską. Zaliczyliśmy Szyndzielnię na piechotę, potem Klimczok, powrót do schroniska na Szyndzielni i zjechaliśmy kolejką na dół. Wszystko razem 16km w nogach, trzeba jednak odjąć niecałe 2 km zjazdu kolejką. Pogoda była super. W drodze powrotnej zajechaliśmy do Mosznej, ale tylko na chwilkę, bo jak się okazało na kwitnące azalie jeszcze za wcześnie.
Wtorek 1 Maja:
minął nam rowerowo. Umówiliśmy się ze znajomymi na wycieczkę  rowerową po okolicy, bez ograniczeń czasowych, pogoda sprzyjała, było fajnie. Zrobiliśmy 65 km. Wyjechaliśmy przed 11, a wróciliśmy około 18.
Środa 2 Maja:
Z rana nadrobiłam zaległości biegowe, czyli 9 km w lesie w miłym towarzystwie, z atrakcją na koniec w postaci sarny, prawie przed nosem :-) Potem posnułyśmy się z Małą po osiedlowych sklepikach, zaliczając wizytę w lumpeksie, niestety bezowocną. Po południu okazało się, że Niskopienni jednak do nas nie przyjadą, bo coś tam. Baba z wozu koniom lżej. Dobrze, że nie zdążyłam rozpocząć sprzątania, bo takie były plany, i zrezygnowałam z pieczenia ciasta decydując się na gotowce na wagę. Zaliczyliśmy więc kino. Film nowiutki, świeżutki, na literkę A, na który bardzo chciał iść SZM, bo mnie fantastyka nie kręci. Bilety wyhaczyliśmy za pół ceny na portalu zakupów na literkę G. Fajna sprawa.
Czwartek 3 Maja:
Umówieni ze znajomymi na wycieczkę pieszą w góry, nieco dalsze niż te co ostatnio. Nie wyższe, tylko dalej od nas położone, ale też inne. Góry Opawskie. Łupkowe ścieżki, fajne widoki, była nawet wspinaczka po drabinie. W drodze powrotnej pyszny pstrąg z pieca.

Dzisiaj chyba trochę spauzuję, trzeba mi dnia leniwca...