na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 30 czerwca 2008
biały ser - ok. 15 dag,
mały kawałek kiełbaski z ogniska,
maleńki kawałek kiełbaski jeszcze nie upieczonej.

OBIAD - spaghetti

dwa plasterki wędliny (polędwica)

- - - - - - - - - -
TRASA - 21km
niedziela, 29 czerwca 2008
Jeszcze przed północą zjadłam ostatni kawałek słodycza :-) Nie sposób skosztowac torta kupionego z okazji obrony.
SZM stanął na wyskości zadania. Tort. Wino. Srebrne kolczyki. Gratulacje.
Od jutra szlaban na słodycze, szlaban na wieczorno-nocne podjadanki. I codziennie godzinka na rowerze.
I obym wytrzymała daj Panie Boże!


-   -   -   -   -   -   -   -

Praca obroniona.
Bardzo dobry.
:-)))
sobota, 28 czerwca 2008
Zapytałam. O co się obraził i dlaczego chodzi nabzdyczony. Tiaa, gratulujcie mi dyplomacji :-) Dowiedziałam się, że się nie odzywa, bo jak się odzywa to podobno mnie denerwuje i kiedys mu powiedziałam, żeby nie pieprzył. Zdziwiona jestem, bo to nie mój styl i nie moje słowa, ale skoro twierdzi - widać musiał mnie wkurzyć, że aż tak poszłam po bandzie, a wybuchowa kobieta jestem, wiem. :-)
Poskutkowało o tyle, że widzę że zrobił krok w kierunku bycia normal czyli ok. Ale. Nie ze mną te numery. Nie tak od razu. Się obraził? Niech ma.
Wspólne wyjście ze znajomymi na piwo. OK. Ludzie z zewnątrz nie musza przecież wiedzieć, że jest nie halo. A potem już w domu bez pytania stawia mi drinka przed nosem. Nie tak szybko kochanie...

Zdradzę Wam w sekrecie - jutro bronię pracy licencjackiej, do której od momentu złożenia jeszcze nie zajrzałam. Wierzę w siebie. Obym tylko potem nie żałowała swojej zbytniej pewności.

Nie lubię teraz siebie, swego wypasionego ciałka. Coś z tym muszę zrobić, bo jest naprawdę tragedioza. Musiałam to napisać. Może dotrze ta informacja do odpowiednich zwojów mózgowych i przestanę się tak nienormalnie obżerać... Właściwie to wiem co muszę zrobić. Dwie rzeczy. Stop obżarstwu. Zacząć jeździć na rowerze. Od poniedziałku codziennie godzina jazdy. Howgh!

- - - - - - - - - - - - - -
...którego poniedziałku?

He, he!

piątek, 27 czerwca 2008
I pierwszy tydzień wakacji zleciał jak z bicza strzelił...
    Młody na obczyźnie, zadowolony, mam nadzieję. Z tego jednego sms-a, którego sprowokowałam szczerze mówiąc, tak wnioskuję. I tej wersji się trzymam.
    Mała na półkoloniach. Zadowolona, opalona. Jest ok.
    A jednak... Nie do końca jest ok, bo my, dorośli, nadal obok siebie. Ciężko to opisać, bo to nie tak, że nie rozmawiamy, ale po prostu każdy sobie rzepkę skrobie. Jemy obiad razem, a potem to już co kto lubi; tv, komputer, bez rozmowy, bez pytań - chcesz herbaty, albo coś innego. Źle się tak żyje. Ciężko, bardzo.
    I tak na dobrą sprawę nie potrafię sobie przypomnieć o co chodzi. Gdzieś po drodze zagubił się początek tej sytuacji. Nawarstwia się. Nie chce mi się wyciągać ręki, nie chce mi się jednać. Prędzej czy później nam to przejdzie.

...a jak nie...?

wtorek, 24 czerwca 2008
Idzie ku lepszemu. Taką mam nadzieję :-)

Młody doleciał szczęśliwie. Wczasuje. Dał znać, że wylądował i tyle. Nie domagam się telefonów co wieczór, przecaś to wielkie chłopicho jest, ale... :-(
Mała zalicza półkolonie w szkole. Zadowolona. Pełnoprawny użytkownik kluczy do mieszkania. Zamyka i otwiera mieszkanie. Sama.

Oboje z SZM wiemy, że nie jest gites. Milczenie, cisza. Coraz tego mniej, ale jednak...
Dał sobie przetłumaczyć sprawę kupna aparatu. Punkt dla mnie :-)

Zbieram się w sobie, żeby rzucić farbę na włosy, ale tak bardzo mi się nie chce... Może jutro...

I ciekawostka - dzisiejszej/wczorajszej nocy pod moimi oknami spacerowało stadko zwierzątek leśnych. Dziki. Cała gromada dzików w dowolnym rozmiarze, od XXXL do XS :-)
Myślałam, że mieszkam w mieście, ale chyba niewiele się mylę mówiąc często w żartach, że u nas na wsi to śmo czy też owo... :-)
poniedziałek, 23 czerwca 2008
    Należałoby przeprowadzić psychoterapię, analizę. Dojśc do tego, co tez takiego się dzieje, że moje wnętrze drętwieje...

    Raz na jakiś czas tak mam. Ostatnio, pamiętam na wakacjach dwa lata temu. Przepłakana noc i już było gites.Bo to tak jest, że jest OK, ale gdzieś tam w środku zbierają się takie maleńkie minusiki, szpileczki, zbierają się i jak jest ich już bardzo dużo to po prostu nie daję rady. Pękam.

    Młody nie złożył mi życzeń urodzinowych. Powiedział, że zapomniał. Faktem jest, że nie obchodziłam ich hucznie, ale tak jak powiedziałam - wychodzi na jaw jego serdeczność, ciekawośc tego, co się dzieje w rodzinie i szacunek dla mnie, a raczej jego brak. Przykro mi z tego powodu, nie ukrywam. Przykro mi też z tego powodu, że SZM nie zainteresował się czy dzieci pamiętały. Generalnie jakoś tak w tym roku poczułam się "ominięta".
Może to przez te urodziny? Może to one przelały ten kielich...
W każdym bądź razie po powrocie Młodego obiecuję sobie poważną rozmowę z nim na temat wartości. Bo to nie o same te urodziny idzie, ale o potrzebę pamiętania o innych, chęci sprawiania innym przyjemności, serdeczności, wyjścia ze skorupy własnego egoizmu.

    Jak się tak nad sobą zastanawiam to dochodzę do wniosku, że ja jestem jednak nie do końca normalna. Mam wręcz zwichrowania psychiczne. Wszystko się bierze z braku kasy, oczywiście. Zawsze mi się wydaje, że ja mogę z tego czegoś zrezygnować, że ja się obejdę, że nie zasłużyłam (!). Mam wpisany w swoje geny kod poświęcania się i robienia z siebie cierpiętnicy. Ja już kurczę taka jestem, że mnie nie trzeba i ja się mogę obejść. I nie byłoby nic złego gdyby nie to, że zaczynam wymagać takiego zachowania od innych. Może nie dokładnie takiego, ale mam swoje wewnętrzne pretensje, sama nie wiem czy uzasadnione czy nie, ale są, o to, że ktoś coś chce. Strasznie to zagmatwane.
Faktem jest, że jeżeli trzeba to ja zagryzę zęby i się obejdę, natomiast mój SZM ma non-stop jakieś zachcianki. I to nie o to chodzi, że ja ich mieć nie mogę, że na przykład on mi nie pozwoli. Nie. To mój chory mózg mi nie pozwoli.
    Mam już takie zboczenie, że zawsze patrzę na cenę. Wysoka cena odstrasza mnie skutecznie od wielu rzeczy. Odmawiam sobie w myśl zasady "walczymy z debetem". I nie mam nawet pomysłu na jakąś zachciewajkę dla siebie. No nie potrafię wymyślić co też takiego bym chciała...
    Chciałabym przemeblowac sobie kuchnię, trochę ją odnowić. Trzeba by zainwestować, pokuć, bo rury z wodą, bo gaz, itp. SZM się ten mój pomysł nie spodobał. Niczego innego się nie spodziewałam, szczerze mówiąc. Ale jednocześnie usłyszałam, że sprzedamy jego foto aparat (niedawno dopiero co spłacony), dołoży sobie swoje urodzinowe pieniądze, trochę domowych i kupi nowy, lepszy. Ręce mi opadły. Nawet skomentowac mi się tego nie chce.
    Mój chory mózg wkurzył się na ten przewidywany brak radości w reakcji SZM na moją propozycję remontu kuchni. To raz. Wkurzył się na plan zmiany foto aparatu. To dwa. Potem pomyślał, że a niech tam, w końcu SZM pracuje, zarabia, coś mu się należy. A potem wkurzył się jeszcze bardziej na to, że tak pomyślałam. Że przecież ja też pracuję, mnie się tez należy i w ogóle.

    Po południu zjechały do nas goście. Dramat w cztrech aktach. Matencja, tata i teściowa. Mieszanka wybuchowa. Matencję chwilami chciałam własnymi rękami zakneblować. Ona sobie chyba nawet nie zdaje sprawy z tego jak bardzo jest upierdliwa i męcząca dla otoczenia. Teściowa nawet wypadła przy niej dziś blado. Złośliwość, prymitywna złośliwość, usprawiedliwiana słowami ja przecież tylko żartuję, przemieszana z docinkami tacie i wygadywaniem mu wszystkiego co się tylko da. Obrzydliwe!

I tak sobie myslę, że nie rozumie mnie ten mój SZM. Że jednostronnie patrzy na wszystko. Że perspektywa, z której on patrzy jest mi bardzo daleka. Że czasem mnie przeraża w swoich wypowiedziach, sądach. Że drażni mnie jego stosunek do dzieci, że ma chwile kiedy poniewiera Młodym. Że nie mam w nim chyba psychicznego wsparcia, a przynajmniej nie czuję tego. I mam jakieś takie wrażenie, że coraz nam do siebie dalej. Że w momencie gdy nie łączy nas seks to nie łączy nas już nic.

Ale zdaję sobie też sprawę, że te moje dzisiejsze sądy są pesymistyczne, że nastrój mam jaki mam i że to dlatego.

Spania nie mam, bo mnie raise fiber ogarnęło. A przed wschodem słońca trzeba wstać i odwieźć dziecko na lotnisko...

I taka mi tam wyszła pseudo psychoanaliza.

niedziela, 22 czerwca 2008
Nie jest dobrze.
...wiem to.
I nic nie potrafię na to poradzic.
Jestem cała zdrętwiała.
Boli.
sobota, 21 czerwca 2008
Przyjmuję życzenia, uśmiecham się i zastanawiam jak wypada bilans. Chyba in plus, co jest pozytywne.
Dziś święty spokój, ale jutro goście w domu, niestety. Póki co telefon dzwoni i dzwoni...

Wczoraj babska imprezka i ... milusia złota niespodziewajka, niespodziewajka w pełnym tego słowa znaczeniu. :-)

Świadectwa odebrane. Młody średnia 4,0, Mała - ocena opisowa, ale średnia 5,1.
Młody pakuje się do wylotu, Mała u babci.

Wieczorkiem na miejską plenerową imprezę nocną. Nie jestem zwolennikiem takich spędów, ale byliśmy rok temu i było ok. Miejmy nadzieję, że teraz też tak będzie.

... euforii nie ma, zdrętwiałe policzki protestują przeciw zmuszaniu ich do usmiechu...
poniedziałek, 16 czerwca 2008
    Do końca roku (szkolnego, oczywiście!) odliczamy już dni. Odliczają dzieci i ja jako rodzic, również.
    Za tydzień Młody wylata w wojaże zagramaniczne. Waliza już stoi, co chwilę coś tam wrzucę, co mi się akurat przypomni, albo właśnie zostanie wyprasowane :-) Boję się tego lotu. Taki mam wewnętrzny strach i obawę. Przyznam szczerze nie latałam jeszcze nigdy, a nieznane napawa jeszcze większym lękiem.
   
    Opole w tym roku obejrzelismy w telewizorni, niestety. Po pierwsze, że tak zdecydowaliśmy, bo w niedzielę miałam własnie ostatni zjazd na uczelni. A po drugie, bo podobno w necie biletów nie było już pięć minut po północy. Ludzie bawili się świetnie, siedzenia dla publiczności w postaci drewnianych ławeczek a'la wczesny Gierek wciąż tam są, czyli nie zmieniło się nic. Oglądaliśmy fragmenty i żal nam było, że nas tam nie ma, że się ludzie tak fajnie bawią. Bo to nie o gwiazdy chodzi, nie o to, żeby te konkretne osoby, ale o atmosferę, dobrą zabawę. Może za rok się oda, chociaż jeżeli zdecyduję się na kontynuację studiów to też chyba nie bardzo...

    Za dwa tygodnie bronię swojej pracy i ewidentnie kończę pierwszy etap mojego studiowania. I na 99% idę jednak dalej.

    Młody kończy pierwszą klasę ogólniaka; wywalczył sobie że tylko jedna dwójka mu będzie błyszczeć na świadectwie, zamiast planowanych czterech (!!!). Szóstki też ma, oczywiście. Z edukacji teatralnej i wf :-) Ogółem podobno średnia 3,8. Chyba nie jest źle :-)

    Mała konczy trzecią klasę. Same piątki i szóstka z języka :-) Wszyscy rodzice zastanawiają się teraz kto też im się trafi na wychowawcę. Bo też szczerze powiem, nie ma w czym wybierać. W rankingu rodziców nauczyciele fajni i wartościowi już "zajęci", a to, co zostało - to dramat w czterech aktach. Bo też na tle innych klas ta nasza maleńka jest, owszem to plus, ale mam wrażenie, że jakoś tak mało atrakcyjna dla potencjalnego wychowawcy. Zapewne nauczyciele się oburzą czytając te słowa, ale myślę, że wolą pracować z dzieć, z klasą, gdzie ekipa rodziców jest aktywna, zgrana, być może dobrze sytuowana... Może się mylę, no sama nie wiem. Mam wrażenie, że nikt o tę klasę nie zabiega, nikt specjalnie się nie stara...
Głupoty wypisuję, fakt. Ale nie mam sumienia tego kasować :-)

    SZM poszedł "na chwilę" do kolegi, który właśnie od piątku jest słomianym wdowcem. Jak znam życie - zostanie na meczu. Niby kibic z niego żaden, ale w towarzystwie fajnie się ogląda. Rozumiem to, świetnie.

ooo, wraca...!


 
1 , 2