na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 29 czerwca 2011
SZM wynalazł promocję na przegląd auta. Firma ogłosiła promocje na calutki miesiąc. Przegląd za stówkę, do tego rabat na coś tam i w ogóle cud-miód i orzeszki.
Nie doczytał drobnego druku, więc dziś mnie owa firma skasowała na ponad 6 stówek.
Nóż mi się w kieszeni otwiera.

Moja decyzja w szeptem opisanej sprawie zapadła. I już się boję. ;-) Rozważania i dygresja później, bo lecę do kuchni nakarmić rodzinę.

= = =
edit: 18.32

Rozważania na temat decyzji szeptem pisanej, czyli za i przeciw.

Wypaliłam się zawodowo, bo pomaganie innym męczy. Jestem zmęczona ciągłym wymyślaniem argumentów, które miałyby przekonać samych zainteresowanych, że warto żyć i że warto o siebie dbać.
Dyrekcja świadomie lub nie, podcięła nam skrzydła wprowadzając kilka zmian.
Uświadomiłam sobie, że koloryt lokalny i odrobina tego, co do tej pory sprawiało mi frajdę zniknęło, a została szara codzienność.
W kwestii obecnej pracy zawodowej nie czuję się ekspertem, bo 10 lat w w jednym miejscu powoduje stagnację i brak rozwoju.

= = =
edit: 19.43

To wyżej to było marudzenie nad obecnym stanem rzeczy.

Teraz plusy samej zmiany:

Zmiana pozwala mi na kompletną zmianę zajęcia. Ale to diametralną.
Stanowisko samodzielne i... niestety cała masa nowych rzeczy do ogarnięcia. Ustawy, kodeksy, paragrafy... plus matematyka. Uff...
...ale przecież głupia nie jestem, zaaplikuję sobie coś, jakiś apteczny specyfik, na lepszą pamięć i zrozumienie. Niejeden chciałby mieć taką możliwość przebranżowienia.
Dzisiaj dowiedziałam się, że naprawdę mieli nadzieję, że się zgodzę, znaczy - zależy im :-)
No i będzie to praca za większe pieniądze.
A bez pracy nie ma kołaczy, więc do nauki trzeba się zabrać i powoli oswajać potwora.
I w perspektywie chyba bez ryzyka zwolnień, pod warunkiem oczywiście, że ogarnę temat.

= = =
edit: 20.08

Myślenie życzeniowe
Był taki czas w moim życiu kiedy w ramach cięć i reorganizacji szeroko rozumianych, z jednego ZajęciaPracowego zostałam zwolniona i już prawie na wylocie przechwycona do NiższejKomórki. W tej NiższejKomórce było mi źle, naprawdę źle, i co rano, idąc tam myślałam sobie czy przyjdzie taki czas, że będę tam szła z innych powodów niż zarobkowe?
I podświadomie gdzieś tam wiedziałam, że przyjdzie moment gdy będę rano szła w odwrotnym kierunku, do budynku Firmy, za którym spoglądałam tęsknym wzrokiem, bo wiedziałam, że tam jest OK.
Od lat pracuję już w Firmie. Zadomowiłam się oswoiłam, pokazałam co potrafię, skończyłam studia. W międzyczasie układy się zmieniły, a może wypaliła się moja chęć i zaangażowanie, przyszło nowe i już nie było tak fajnie.
I od jakiegoś czasu narzekam w głębi duszy na to swoje zajęcie i wszystko co się z tym wiąże. Dobijająca była dla mnie świadomość, że nic wielkiego już mnie tu nie czeka, a brakowało mi determinacji by szukać, by rzucić się na głęboką wodę.
Ale gdzieś tam podświadomie wierzyłam, że coś zmieni się na lepsze, że coś się wykluje. I proszę, śmiało mogę powiedzieć, że nowe przyszło do mnie.
Fakt, że dopóki szeptana propozycja nie nabierze konkretniejszych kształtów, nie będzie wiadoma ogółowi, to póki co, cieszę się bardzo, ale jakoś nie wierzę na 100%.
Niech się ta sprawa ukorzeni.
Howgh!






wtorek, 28 czerwca 2011
Wow!!!!!!!!!!!!!!!!!
...a jednak!
Szykuje mi się pewnego rodzaju awans.
Aż się boję pisać, żeby nie zapeszyć, więc tak skrobię po cichutku, szeptem prawie. ;-)
Nie zabiegałam, nie starałam się, zaproponowano mi pewną zmianę, dosyć istotną, a ja się właśnie zastanawiam a im więcej myślę tym bardziej jestem na tak. Rozważam za i przeciw, ale tych za jest chyba więcej. :-)
Boję się, że tego nie ogarnę, bo wszystko co się wiąże z tą zmianą jest dla kompletną nowością, ale myślę sobie, że głupia nie jestem, to chyba radę dam. Poza tym kto nie ryzykuje ten... No i dosyć istotna sprawa, to fakt, że w każdej chwili mogę się wycofać.
Qrde, to chyba rzeczywiście dobry układ.
Aż zbyt piękne mi się to wydaje. Gdzie tkwi haczyk...?

= = =
edit: 20.17

Zgłębiam tematykę, jest niestety prawie całkowicie obca mi. Przede mną ciężki rok i nie obejdzie się bez szkolenia.
Ale już mi się chce.
I chciałabym i boję się... :-)
no i oczywiście moje ego mi wzrosło :-)))))))
Grafik dzisiejszego dnia był napięty do granic możliwości. Niestety nie wszystko udało mi się załatwić, pewnych rzeczy nie jestem w stanie przeskoczyć, między innymi kolejek w NFZ. Ręce mi opadli kiedy tam podjechałam. 3 godziny stania jak nic, tak mówili ci, którzy już prawie wchodzili. Zamówiłam kolejkę, pobrałam druki i pomaszerowałyśmy z Małą załatwiać inną BardzoWażnąRzecz czyli badanie psychologiczne Małej. Nawiasem mówiąc badanie wyszło rewelacyjnie, świetnie się słucha jakie to ma się mądre dziecko. Bo w duszy gra refren - pewnie to po mamusi :-))) Potem mogłam tam do NFZ  podejść, zobaczyć, postać, ale odezwał się we mnie leń, który szepnął mi do uszka, że po co będę lazła w te tłumy, po co stała i słuchała gadania, lepiej przecież posiedzieć w chłodnym pomieszczeniu i poczekać na Małą. No i posiedziałam, a po badaniu kiedy dotarłyśmy tam znowu to się okazało, że naszych kolejkowiczów już tam nikt nie pamięta. I dlatego Młody dostanie bojowe zadanie załatwienia nam kart EKUZ na wakacje.

Kompletuję podręczniki dla Małej. Jak wyliczyłam sobie szybciutko na komplet nowych podręczników (12 sztuk) potrzebowałabym jakieś 350zł. Bez książek językowych i wszelkiego rodzaju ćwiczeń! No więc wzięłam się do roboty i szperania po necie, molestowania znajomych i innych krewnych królika. I tak na dzień dzisiejszy mam już 9 książek, za które zapłaciłam w sumie 90zł. W tym jedna nówka, a reszta używki, ale w rewelacyjnym stanie.

Imprezy rodzinne były tak jak przewidywałam OK. Pidżama została zakupiona, nie mam pojęcia czy się podobała, czy był zadowolony, bo sam zainteresowany nie zwykł okazywać czegokolwiek.
PewnaMama zapatrzona w swojego prawie dwuletniego syna zaczyna się robić uciążliwa dla otoczenia. Syn przeuroczy, słodziaczek, ale rozpieszczony, bez jasno wytyczonych granic, dziecko, które chyba nie zna słowa "nie". Komentarz bliskich, pod tytułem "jemu nie można powiedzieć słów nie wolno, bo jak on to słyszy to momentalnie robi się jeszcze gorszy. " powalił mnie na kolana.
Może ja jestem matką starej daty, starego pokolenia, odwykłą już od takich małych dzieci, ich humorków itp. a może już sama nie wiem co myśleć.
sobota, 25 czerwca 2011
Świadomość, że nie trzeba wstawać do pracy - bezcenna. To było wczoraj. Dzisiaj rano jeszcze w oparach snu zdałam sobie sprawę z faktu, że to przecież DOPIERO sobota. I to było boskie, bezcenne i rewelacyjne!
To nic, że od poniedziałku mam masę spraw do załatwienia w tak krótkim czasie, że pewnie będę musiała zerwać się z pracy.
To nic, że do wyjazdu wakacyjnego jeszcze mnóstwo czasu, a już mi się go bardzo chce.
To nic, że na naszym koncie już widać granice dopuszczalnego debetu, a potrzeby są. Ale co tam - wkrótce będzie wypłata.
Liczy się tu i teraz, i jest fajnie!

Po południu rodzinna impreza. Powinno być sympatycznie. Prezent dla młodej solenizantki już stoi i czeka.
Jutro impreza rodzinna u matencji. Mam nadzieję, że będzie sympatycznie. A teraz lecę szukać prezentu, bo jak do tej pory jakoś mi się omskło i zapomniało.

Wczorajszy wieczór spędzilismy w kinie. Prawdziwym. Z biletami i popcornem. To znaczy my z biletami, ale bez popcornu ;-)
Super 8 - film dość fajny. Najpierw nie wiadomo o co chodzi, ale potem... były dzieciaki, nawet na rowerach, były łzawe sceny, był obcy, był powrót do domu. Znajomo brzmi, prawda? Toż to Spielberg. Polecam jako fajną bajeczkę, którą ja, Anonimka - tchórz filmowy, oglądałam chwilami z przysłoniętymi oczami. :-)))

...a tak w ogóle wracając do tematu rodzinnych imprez-  wymyśleć prezent dla mojego tatencjusza to nie byle co.
On niczego nie potrzebuje, mam wrażenie, że nie ma potrzeb i jakichś specjalnych zainteresowań. Mam wrażenie że każdy prezent jest chowany do szuflady, do komody. On ma to, co ma, niczego mu nie potrzeba. Tragedia. Przerobiliśmy już alkoholowe butelki, portfel, saszetkę, kosmetyki do samochodu (bo on sam nie używa niczego poza szamponem i mydłem), prenumeraturę gazety, gadżety do auta. Zostaje uzupełnianie garderoby wg sugestii matencji. Idę więc szukać letniej męskiej pidżamy.

czwartek, 23 czerwca 2011
Młody miał wrócić przed pólnoca, nie ma go jeszcze.
Odgłosy nadchodzącej burzy coraz bliżej nas, ale deszczu jeszcze nie widać. Cały dzien był ciepły, parny i duszny, deszcz wisiał w powietrzu, może jutro będzie rześko i słonecznie?
W planach miałam sprzątanie przedweekendowe z racji jutrzejszego święta i samego długiego weekendu, bo do pracy idę dopiero w poniedziałek.
...ale wali! Odgłosy burzy coraz głośniejsze...
Nie kiwnęłam palcem w kwestii sprzątania. Rozgardiasz ogólny domowy, rozbebeszona kuchnia i deska ze startą do prasowania w dużym pokoju
...leje!!! a wiatr przeokropny!
A Młodego nie ma.

Wyłączam kompa. ...ale się dzieje na dworze...
Kolorowych snów.



środa, 22 czerwca 2011
Zakończenie roku szkolnego za nami.
Świadectwo z tak zwanym paskiem, dyplomy, nagrody książkowe, potem wspólne zdjęcia (niestety tego zamierzonego nie zrobiłam, buuu!), a potem wspólne klasowe wyjście na pizzę fundowaną z klasowego budżetu. To już jest koniec :-) ...tego etapu.

Siedziałam w tej sali gimnastycznej, oglądałam inne dziewczynki, równolatki i, jak to ja, w głowie analizowałam, porównywałam, wyciągałam wnioski.
Moja Mała to jeszcze dziecko, podlotek, ale dziecko. Były tam dziewczęta, których strój i zachowanie mogły człowieka wprowadzić w błąd, bo ja nie myślałabym, że to szóstoklasistki. Może ja jestem zbyt konserwatywna, nie wiem, jakoś nie podejrzewałabym siebie o konserwatyzm...
Czółenka na obcasie, sandałki na szpileczkach, fryzurki, seksowne sukienki bez ramiączek, na ramiączkach...
A moje dziecię - tradycyjna spódniczka, której ekstrawagancja przejawiała się w postaci plisowanej falbanki :-), do tego tradycyjna biała bluzeczka, koszulowa, z kołnierzykiem i "awangarda" w postaci krótkiej czarnej kamizelki. No istny czad i odlot po prostu, prawda?
Najpierw żal mi się zrobiło Małej, bo jakoś poczułam wyrzut sumienia, że może nie zadbałam odpowiednio i pomyślałam, że wygląda troszkę jak siódme dziecko stróża, ale potem przyszło opamiętanie i zapukał zdrowy rozsądek.
Ja po prostu tak mam, zawsze porównuję się z innymi, zazwyczaj porównania w moim mniemaniu są dla mnie niekorzystne, czuję gorsza, niedorobiona, niezorganizowana itp.
kolejny odkrywczy wniosek Anonimki:
...gdy tak patrzyłam na to towarzystwo dzisiaj przyszło mi do głowy, że klasa Małej to były dzieci z tak zwanych normalnych, statystycznych rodzin. Natomiast z tego co widziałam podczas rozmowy kwalifikacyjnej w gimnazjum tam należy się spodziewać również, a może przede wszystkim, dzieci tak zwanej śmietanki lokalnej. Pewnie przesadzam, ale coś w tym jest...

wtorek, 21 czerwca 2011
I po urodzinach...
Kiedyś świętowaliśmy, rodzinka się zjeżdżała w sobotę, szykowałam sałatki, torty i praktycznie nic nie miałam z tych urodzin. Nawet się buntowałam wewnętrznie, że moje święto a ja tylko przy garach. Od dłuższego już czasu jakoś weszło nam w krew, ustaliło się rodzinnie, że imprezy urodzinowe robimy tylko małolatom znaczy dzieciom, a starzy solenizanci jak mają ochotę to spraszają resztę, ale obowiązku podpisania listy obecności na imprezie, tudzież jej cyklicznej organizacji nie ma. I naprawdę bardzo się z tego cieszę. Odpada sporo zamieszania. Zdarza się, że przyjeżdżają rodzice, ale to już ieco inna ranga imprezy się zrobiła; znaczy kawa + ciasteczko. Finito.
W tym roku było superzaście i lightowo. Gości nie było, ale telefon dzwonił. Znaczy pamiętają :-)
Dzieciaki, które chodzą bez kasy wyskrobały jakieś tam zaskórniaki i zrobiły mi prawdziwa niespodziewajkę w postaci prześlicznych srebrnych kolczyków.
SZM przywiózł róże i zrezygnował z szukania prezentu, czy też wymyślania czegoś na rzecz mojego prezentu zamówionego czyli wizyty u kosmetyczki, o której wspomniałam mu wcześniej.
I zażyczyłam sobie, żeby zabrał mnie na dobre lody. Wymyśliłam miejsce, miasto, gdzie chciałam pojechać i jakoś nie bardzo mogłam znaleźć uzasadnienie wyboru dlaczego akurat tam, a nie gdzieś indziej. W drodze do celu zdałam sobie sprawę, że w rubryce miejsce urodzenia wpisuję zawsze właśnie to miasto. Ciągnęło mnie tam podświadomie? :-)

i po szkole...
Jutro koniec roku szkolnego. Wakacje znaczy się, proszę państwa. Dlaczego ja tego nie czuję?
Może dlatego, że nie pracuję w szkole?
A może dlatego, że Mała jako uczennica nie jest dzieckiem absorbującym rodziców i dba o siebie sama.
A może dlatego, że ostatnimi czasy mam wrażenie, że jakoś odlatuję od rzeczywistości i wiecznie jestem zdziwiona tym, że czas płynie, mija i że to już prawie koniec czerwca, a przecież dopiero co był styczeń.
Idę jutro z Małą na zakończenie. Mała odbierze świadectwo i strzelę jej fotkę w dokładnie tym samym miejscu gdzie robiłyśmy zdjęcie 6 lat temu kiedy maszerowała z ogromną tytą (a kto z Was wie co to tyta?) do pierwszej klasy.




poniedziałek, 20 czerwca 2011
Odpowiadając na komentarze pod poprzednim wpisem wyjaśnię, że moje dzieci do moich rodziców praktycznie same nie jeżdżą, nie mają potrzeby. Źle mi z tym, bo dziadkowie się nimi zajmowali jak dzieci były małe i wydaje mi się, że jakieś poczucie obowiązku się we mnie odzywa, syndrom grzecznej córeczki czy coś w te klimaty.
Młody na moją wyraźną prośbę ostatnio mi nawet obiecał, że raz w tygodniu postara się tam być, ale jak widać obiecanki-cacanki...
Jadą do niej tylko i wyłącznie wówczas gdy jedziemy tam tak zwaną całą rodziną. A jeździmy niezmiernie rzadko, zazwyczaj przy jakichś okazjach. Na ogół sama tam podjeżdżam zżerana wyrzutem sumienia.
I mówiłam, że dzieci nie chcą przyjeżdżać, bo oni się kłócą, ale jak widać nie odniosło to efektu, bo matencja rozumie po swojemu, czyli: ten tatencjusz taki jest niedobry, że nawet wnuki do niego nie chcą jeździć. Zamknięty krąg.
A jak raz się Młody odezwał i tak się stało, że nie było to zgodne z oczekiwaniami babci to potem miała straszne pretensje, że Młody taki niewdzięczny, nie wie, nie rozumie, nie zna życia, a się odzywa i to nie w porę. Ot, co. No i Młody przestał jeździć zupełnie.
A Mała zaprzestała po Sylwestrowej akcji tatencjusza. Nawet jak już jedzie to się denerwuje że będą się kłócić.
Zastanawiam się czy są gdzieś takie rodziny, gdzie nie ma kłótni, zagrywek i złośliwości, gdzie jest ciepła, uśmiechnięta babcia, bez problemów małżeńskich, którymi obarcza najbliższych i serdeczny bezproblemowy dziadek...

Za życzenia Wam bardzo dziękuję, będę świętować jutro, w pierwszym dniu lata :-)))
niedziela, 19 czerwca 2011
Weekend mija, a właściwie to już przeminął, bo niewiele go zostało.

sobotnio
Kolejny weekend świętowania w naszym mieście. Dawniej nie braliśmy udziału w imprezach miejskich, SZM zawsze mówił, że bez sensu pchać się z dziećmi w taki tłum, i szczerze mówiąc mnie nie zależało na tym aż tak, by go namawiać. Teraz jakoś albo te gwiazdki, które miasto zakontraktowało, nas bardziej zainteresowały, albo skłonni jesteśmy do bycia w tłumie, bo nie mamy ze sobą małych dzieci :-)
Faktem jest, że umawialiśmy się już wcześniej, że pojedziemy, zorganizowaliśmy sobie nawet towarzystwo. Oczywiście nasi znajomi spóźnili się, jak zwykle znaczy się. Przy nich mogę się dowartościować, że to nie my jesteśmy ci spóźnialscy, bo na nich czekamy ZAWSZE. :-)
Mieliśmy okazję poobserwować tłumek miejski i szczerze mówiąc obserwacje nie nastrajają optymistycznie. Nie wiem czy to większość uczestników, czy też może po prostu bardziej zwraca na siebie uwagę, tak zwany margines z oczytanymi twarzami. Bogu dziękuję do dzisiaj, że udało nam się wyprowadzić z centrum  miasta do SypialniMiejskiej. Serio, nie wiem na czym to polega, ale jak powiedział SZM; w centrum zostali albo ludzie starsi, którzy mieszkali tam od lat, albo Ci, którzy nie mają kasy na to, żeby uciec gdziekolwiek indziej.

niedzielnie
Matencja zaprosiła nas na ciasto z truskawkami. Trochę sterroryzowałam rodzinkę, ale pojechaliśmy. Nikt nie chciał jechać, bo nie chcą słuchać ani opowieści o tatencjuszu, ani kłótni z tatencjuszem. Jednak pojechaliśmy. Młody w charakterze kierowcy, a niechże się wprawia.
Było miło do czasu startu opowieści na wiadomy temat. Musiałam zareagować zmieniając temat na bardziej przyziemny, taki gospodarski, zająć ją czymś innym, a potem po prostu przyszedł czas na odwrót.
Przykro mi, bo nie mam argumentu, którym mogłabym zachęcić wnuki, znaczy moje dzieci,  do odwiedzin babci. Co mam im powiedzieć, kiedy mówią, bo babcia znowu będzie się kłócić z dziadkiem, albo opowiadać o dziadku, jaki to on jest niedobry i co takiego złego zrobił? Ręce mi opadają. A wiem, że jak jej zwrócę uwagę, to będzie obraza majestatu, że przecież tak wcale nie jest, a poza tym komu ona ma to powiedzieć jak nie nam i niech sobie dzieci nie myślą, że on, ten dziadek, taki jest dobry i idealny.
Samochodowy powrót z Młodym w charakterze kierowcy był już całkiem dobry. Musi ćwiczyć.
Od jutra szara codzienność wzbogacona o różne terminowe i urzędowe sprawy.

świątynia dumania
W tym tygodniu moje urodziny. Żeby uniknąć kłopotliwych niespodziewajek i znając wysokość domowego debetu zażyczyłam sobie w prezencie od SZM wizytę u kosmetyczki. Zapewne zażyczę sobie czyszczenie twarzy, bo przydałoby się, może jakiś masaż, żeby było trochę przyjemności, a nie tylko konieczność i cierpienie. Muszę w końcu podejść i umówić się, bo jakoś nie było mi po drodze.
Kiedyś kobieta czterdziestoletnia to była dla mnie stara matrona tuż przed emeryturą, a dziś moje czterdzieste urodziny są już w fazie wspomnień.
Tak, 42 lata to brzmi poważnie, a ja tego w ogóle nie czuję...


piątek, 17 czerwca 2011
Kuchennie...
Wymyślone placki ziemniaczane powstały dopiero dzisiaj, bowiem na trasie komputer - kuchnia zmieniłam zdanie :-) Od jakiegoś czasu placki nie stanowią już dla mnie problemu, bowiem odkryłam wielką moc elektrycznej szatkownicy, takiej przystawki do maszynki do mięsa. Ziemniaki starte na drobne wiórki tworzą przepyszne placki, zdecydowanie lepsze niż te tradycyjnie ścierane na tarce. Polecam ten sposób.
Do tak startych ziemniaków dodaję jednak cebulę pokrojoną w kosteczkę, bo taka starta jakoś do mnie nie przemawia. Wiem, że są różne szkoły jedzenia placków. My jemy ze śmietaną i z cukrem, albo same bez żadnych dodatków.

Matka dumna i blada z tej Anonimki:-)
Byłam na uroczystym  zakończeniu roku szkolnego w szkółce angielskiego, połączonym z drobnym pokazem umiejętności językowych dzieciarnio-młodzieży w postaci małego spektaklu w języku angielskim. Mała została tak wychwalona przez panią, która prowadziła zajęcia, że mało brakło, a pękłabym z dumy.
Najpierw na kolana powalił mnie tekst jednej z mam, która na forum powiedziała, że od swojej córki dostała wytyczne, by patrzeć na reakcję mamy Małej (czyli moją!) i śmiać się wtedy kiedy ona (znaczy ja!) się śmieje, bo ona na pewno wszystko zrozumie.
A potem Mała została tak bardzo, mocno i intensywnie wychwalona przez panią prowadzącą, że na samą myśl pękam z dumy.
:-)))
Świadectwo szkolne będzie paskowe, średnia 5,5. Mam prawo być dumna i się chwalić, prawda?

Studencko...
Młody w ferworze sesyjnej walki poszedł odreagować na jaką imprezkę. Obiecał wysłać sms-a i oczywiście nie wysłał. Strzeliłam mu właśnie tekstem, że "człowiek tyle jest wart ile jego słowo". Na jednym z kazań mszalnych padły te słowa i jakoś tak mocno zapadły mi w pamięci, zresztą już je przytaczałam kiedyś w rozmowie z Młodym.
Mam wrażenie, że tę sesję przechodzi spokojniej, że już okrzepł, czuje się pewniej. Miejmy nadzieję, że przejawi się to w wynikach egzaminów.

Z matencją w tle
Zaliczyłam dzisiaj dwie wizyty za jednym zamachem. Najpierw byłam u teściowej, a potem u matencji.
Do teściowej jechałam tylko po to, by jej coś dostarczyć. Nie padło z jej ust słowo zaproszenia, że może wejdziesz na chwilkę, ale uznałam, że nie będę taka drobiazgowa, że może ona nie bierze pod uwagę takiej możliwości, że będę chciała wejść (bo wiedziała, że jadę też do matencji) i wprosiłam się do środka sama :-))) Przyznam szczerze, że nie pamiętam, bym była u niej sama, ot tak z przypadkową wizytą, ale niech ma, niech się cieszy. Poopowiadałam co tam u nas i pożeglowałam do matencji.
A u matencji bardzo dbałam o to, by nie dopuścić do rozwinięcia się tematu tatencjusza. Nie dawałam jej szansy, a jak już coś to od razu zmieniałam temat, nawet nie dbając o jakieś pozory. Z tego co widzę, to matencja wciąż analizuje swoje życie, żałuje popełnionych błędów i nietrafnych decyzji. Powiedziałam jej, że dostanie "do głowy" jeżeli dalej będzie tak rozdzierać szaty, że tak nie można, że sama sobie robi szkodę. Nie wiem czy dotarło to do niej, bo ona słucha wybiórczo i zawsze wie lepiej.

Wieczornie...
Wróciłam do domu, SZM przysnął sobie przy TV, więc bezkarnie odpaliłam kompa ignorując kuchnię, gdzie czekają moczące się malutkie ogóreczki, które proszą by je włożyć do słoika, żeby mogły stać się małosolnymi.
W głowie mam już plan dnia na jutro, ale jak znam życie plan ten zostanie zweryfikowany, więc nawet nie klikam co i jak.
czwartek, 16 czerwca 2011
Na poprawę humoru pożeglowałam sobie wczoraj po chorwackim forum, które jest prawdziwą kopalnią wiedzy, encyklopedią wręcz dla wszystkich turystów udających się w tamtym kierunku. Naczytałam się, napatrzyłam, nasłuchałam, nawyobrażałam i jestem już jedną nogą na wakacjach :-)))

A w pracy zgłosiłam się na studia podyplomowe, ale jak znam życie znowu mnie nie zakwalifikują, bo przecież nie jestem kadrą zarządzającą. Ot, co. Ale miła jest przynajmniej świadomość że próbowałam, że mogę, no i że zgodę szefa mam :-) Gdyby się udało to miałabym potem większą szansę na ewentualną ewakuację w inne miejsce ... :-)

Wymyśliłam sobie na obiad placki ziemniaczane no to lecę obierać ziemniaki. O tarcie ich się nie martwię, bo zrobi to maszyna, ale jakaś zupa by się do tego przydała... Obieram więc azymut na kuchnię i włączam szósty bieg :-)


środa, 15 czerwca 2011
SZM przysnął przed TV, a ja wpadłam tu tylko na moment zaraz po tym jak odebrałam telefon od matencji, która dzwoni o 22.10 z pytaniem "śpicie?". Bo z niej jest taki nocny Marek i już dawno wprowadziłam w życie zasadę, że gdy telefon dzwoni po godzinie 22 to odbieram i mówię, że ja już śpię, nawet jak tak nie jest. Zawsze mam z tego tytułu wyrzuty sumienia, że oszukuję, że kłamię, ale jest to taka moja forma obrony przed natrętnymi telefonami. Nawet i późniejszymi, bo w moim rodzinnym domu szło się spać ok. północy i matencja tak ma w dalszym ciągu. Kiedyś telefonów było o wiele więcej, teraz już spoko, średnio 1 dziennie. Staram się być z nią w kontakcie, ale w normalnych sensownych godzinach. Dzwoniący telefon po 22 powoduje u mnie wzrost ciśnienia, że coś się stało.

Atmosfera w pracy się ustabilizowała. Jest OK, ale nie ma fajerwerków ;-) Po kolei wszyscy wysiadaliśmy psychicznie. Syndrom wypalenia zawodowego nas dopadał. ...ale daliśmy radę. A teraz dołujący jest zwłaszcza fakt, że komuś się udało, coś zmienia i idzie na tak zwane lepsze. Może przyjdzie i na mnie kiedyś pora... Nadzieję trzeba mieć.

Znowu głowę mam pełną czarnych myśli w kwestii finansów domowych, a SZM jakoś lekko podchodzi do tematu. Może to i dobrze, bo on wie jak mnie takie sytuacje stresują.
Strasznie dużo wydatków mieliśmy w ostatnim czasie; remont w postaci tapetowania, ubezpieczenia plus formalności związane z zakupem auta, kilka razy dentysta, wycieczka Małej (plus buty i kurtka) no i jeszcze zapłata za obóz Małej, i po drodze kilka innych rzeczy.
Stres mnie ogarnia, bo zbliżamy się do granicy naszego kredytu liniowego. A do wypłaty jeszcze trochę czasu zostało.
I najgorsza jest ta świadomość, że jeden miesiąc na wyjście z finansowego dołka nie wystarczy, a wakacje tuż, tuż.
Ale jakoś to będzie.
Musi być.


wtorek, 14 czerwca 2011
Wczoraj zaliczyłam z Małą wizytę u specjalisty w MieścieWojewódzkim. Dumna i blada z siebie mogę być, bo dojechałam, trafiłam i wróciłam :-)))
Z Małą wszystko OK, znaczy w normie, bez rewelacji i sensacji.

U rodziców znowu "manewry". Nie mam do nich siły. Ani ochoty. Nie przytakuję, nie radzę, po prostu słucham. A to, co myślę, niech zostanie niewyartykułowane, tak będzie lepiej dla nas obu, dla mnie i matencji. Żenujące jest to, że powodem manewrów są pieniądze. Gdyby było ich dużo, nie było by problemów. A jak są braki, atmosfera gęstnieje.
Denerwuje mnie to, że matencja nie bierze pod uwagę faktu, że może przyjść taki czas gdy tatencjusz już nie będzie mógł dorabiać do emerytury, a z tego co wiem nosi się z takim zamiarem. A ona uważa, że on musi, i tyle. Jak znam tatencjusza będzie robił wszystko byle nie spędzać zbyt wiele czasu w domu z matencją, ale może po prostu już mu się nie chce pracować. Facet ma swoje lata.

Dzisiaj zaliczyliśmy wycieczkę rowerową. SZM postanawia znowu walczyć z nadprogramowymi kilogramami. Już po raz kolejny. Kilka lat temu pięknie zrzucił chyba 15 a może i nawet 20 kilosów, ale dzisiaj śladu po tamtym zwycięstwie nie ma. Sam widział dzisiaj, że ma problem, bo na przykład momentami ciężko mu było jechać. Cieszę się z tego, że jest świadomy tego, że trzeba, że powinien, jeszcze żeby mu tylko nie zabrakło wytrwałości to już by było dobrze. A na Dukana nie chce się dać namówić, bo mówi, że to niezdrowe i że on się źle czuł po pierwszych dniach jak próbował. Ale nie jestem pewna czy to nie bardziej jego psyche niż faktyczne jakieś dolegliwości.

Odnoszę wrażenie, że moje blogowanie zmieniło się w czyste  zapiski, takie notowanie codzienności; brakuje mi jakichś takich moich refleksji, przemyśleń. Po wielokroć układam sobie w głowie jakieś rzeczy, które są dla mnie dosyć istotne i chciałabym je tu wpisać, żeby mi nie umknęły, a potem jakoś wena nie przychodzi, albo nie siadam do kompa, a jak już siądę to coś inne w głowie siedzi... A może po prostu nie mam teraz potrzeby rozdrapywania ran, analizowania myśli i rozkładania emocji na czynniki pierwsze tu na blogowisku. Że niby jest pozytywnie ;)

- - -
edit: godz. 23.40

Książkę, o której pisałam wcześniej, tę polecaną, skończyłam, ale zdania nie zmieniłam. Ja jej nie polecam, nie moje klimaty.

Próbowałam obejrzeć film Pazury Weekend. Dotrwałam do trzydziestej minuty. Może jestem na zbyt niskim poziomie kinomaniactwa, ale nie podoba mi się. Nie dam rady dooglądać do końca.


niedziela, 12 czerwca 2011
Tak aktywnego weekendu dawno już nie mieliśmy. A nic tego nie zapowiadało. Właśnie podczas tygodnia najbardziej mnie uwierał ten brak planów. Nie było do czego odliczać ;-(
A tu proszę - same niespodziewajki.
Piątkowy wieczór z wizytą w gościach. Mile, sympatycznie.
Sobota wycieczkowa w pełnym tego słowa znaczeniu, cokolwiek by to nie znaczyło :-))) W naszym regionie święto, na które w tym roku się załapaliśmy, a które nam się naprawdę spodobało.
Najpierw musiałam zmusić Małą do tego, by zechciała z nami w tym uczestniczyć. SZM stwierdził, że skoro nie chce to jej sprawa, ale ja w tym wypadku uznałam, że 13-latka nie jest dla mnie partnerem do rozmowy w temacie zwiedzania, bo zawsze wybierze laptopa i kanapę. Więc nie było dyskusji. To znaczy najpierw był mój mały wyklad w kwestii poszerzania horyzontów, wiedzy, rozwoju itp. Potem Mała przemyślała i zmieniła zdanie. Obawiałam się tego, że będzie się cały czas fochać, ale na szczęście było inaczej.
Nawet nie planowaliśmy że zejdzie nam calutki dzień, a właściwie jak wyruszyliśmy o 12 w południe to do domu ściągnęliśmy po 21.
A dzisiaj zaliczyliśmy piknik zaprzyjaźnionej firmy w niedalekim zamku :-)
Nie mogłam wyciągnąć SZM, bo jemu się nie chciało, bo po co, bo dlaczego i takie tam inne. No i oczywiście Mała to samo. Ale w końcu po obiedzie udało mi się zabrać rodzinkę w plener. I zabrałam ich dosłownie, bo to ja prowadziłam auto wte i we wte. Jechaliśmy starszym autem, a jakoś się uciera, że jak starsze w użyciu to prowadzę ja. I w sumie dobrze, bo póki co to ja tylko po mieście jeżdżę.
A Młody cały czas w domu, bo ma sesję. Chcę wierzyć w to, że cały czas się uczył :-)

wtorek, 07 czerwca 2011
najsampierw zaległości:
...z planowanego piątkowego sprzątania nic nie wyszło, bo:
- raz, że mi się najzwyczajniej w świecie nie chciało,
- dwa, że uznałam, że ja się będę produkować i starać, a oni znaczy dzieciory i SZM i tak nie docenią, więc już sobie w główce sprytnie zaplanowałam, że w sobotę zagonię do roboty caluteńkie towarzystwo:-))),
- trzy, że po prostu wziął mnie i zmorzył sen popołudniowy, który z drobną pauza trzymał mnie do białego rana, godziny skoro świt 7.30
Sprzątanie na naprawdę dużą skalę odstawiliśmy w sobotę, a potem przyszedł czas na bezwstydne wystawianie ciała do słońca i wspomniane grillowe lenistwo. I było miło, sielankowo, letnio i wakacyjnie prawie że.
W niedzielę firmowy piknik. Było sympatycznie, ale bez fajerwerków. Nie chciało mi się towarzysko udzielać, więc się niespecjalnie udzielałam. Może co niektórzy byli zdziwieni, ale tak mi było lepiej. Ileż mozna słuchać finansowo-wakacyjno-budowlanych przechwałek, które niby to przypadkiem wplatane są do dyskusji. Ja się do takiego przelewania z pustego w próżne  nie nadaję. Zwinęliśmy się wcześniej, ale bez żalu.
Za to z ulgą i świadomością jakie mamy kochane dziecko w postaci naszej Małej, bo jak się nasłuchałam o jednej takiej małolacie-gimnazjalistce, to mi włosy stanęły dęba. Serio! Człowiek się musi nasłuchać i napatrzeć, żeby dojrzeć jaki skarb pod dachem chowa. Obym tylko nie zapeszyła, bo nie wiem jak będzie w gimnazjum, ale liczę na to, że skoro idzie z koleżankami to wpadka w tak zwane złe towarzystwo mniej nieco jej grozi. Obym się nie myliła.
W poniedziałek trzeba było do pracy. Dałam radę. Po południu zaliczyłam wizytę u matencji. Było fajnie, sympatycznie, na luzie. Nie było tematu dominującego ;-0 ...znaczy się pojawił, ale go zdusiłam obcasem ;-)
A dzisiaj z Małą już zaliczyłyśmy pediatrę, bo nie dajemy rady z katarem, który powoli zmienia się w przeziębienie, a tu przecież  lada chwila wycieczka klasowa w góry...

Chce mi się wakacji.
Chce mi się luzu.
Chce mi się odpoczynku.

A lista rzeczy do wykonania z terminem "do końca czerwca" jeszcze długa...

Nie mam nastroju do głębszych jakichś blogo-refleksji, bo wewnętrznie się spinam, żeby zdążyć z wpisem nim SZM zawita w progu...

Od ponad tygodnia męczę książkę, którą mi moje koleżanki z babskich spotkań serdecznie polecały. Chata. Recenzje też są entuzjastyczne. Może trzeba do niej podejść drugi raz? Może... Doprawdy nie wiem dlaczego, ale nie potrafię się skupić podczas czytania, nadążyć co i dlaczego, może zbyt wiele od siebie wymagam, sama nie wiem. Może ja zbyt głupia i prosta baba jestem do takich tekstów, może zbyt mało wierząca, znaczy antychryst, ale one też jakoś niespecjalnie pobożne.
Jeszcze trochę mi tej książki zostało, ale najchętniej dałabym sobie spokój już. Chcę jednak konskekwentnie dotrzeć do kartki z napisem "koniec".
Może zachwyt przychodzi po ostatniej stronie, bo człowiek sam siebie podziwia, że dał radę?
Faktem jest, że Bóg w postaci grubej murzynki o imieniu Tata (znaczy ojciec) jest intrygujący...
Jak skończę i przemyślę to może zmienię zdanie... Kobieta zmienną jest.

- - -
edit - nieco później, bo 18.38:

... wygoniłam SZM na rower, a może bardziej - nie dałam się zaciągnąć na ten rower, pod pretekstem prasowania, prania i w ogole, a teraz zamiast zabrać się za cokolwiek siedzę tu i grzebię. Ale teraz raz-dwa ruszam cztery litery i spadam stąd

- - -
i jeszcze później 18.55:

...a jednak. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie podzielić się z Wami takimi pięknymi widokami. Moim zdaniem to fascynujące. Zobaczcie sami jak i co widzą astronauci: KLIK
piątek, 03 czerwca 2011
Wypita wieczorkiem u matencji słabiutka kawa plus poobiednia drzemka dają efekty, bo spać mi się nie chce ani trochę...

Do matencji zawiózł mnie dzisiaj Młody. Rzadko jeździ i to widać i słychać. Staram się nie denerwować, nie komentować, żeby on się nie spinał jeszcze bardziej, ale serce mi się kroi gdy silnik wyje. Brak obycia z autem i w ogóle, nerwowa szarpana jazda, itp. Wiem, każdy musi jakoś zacząć, nauczyć się, ale ja nie widzę u niego w ogóle smykałki do jeżdżenia.
Daj mi Bosze, cierpliwości, a jemu natchnienie do tej jazdy...

Obejrzeliśmy "Och Karol 2". Lekki, łatwy i przyjemny, ale nie powalił mnie na kolana. W sumie dobrze, że nie byliśmy na tym w kinie. Dziewczyny ładne, kilka tekstów fajnych, a kilka nie wiadomo po co wsadzonych. Lubię Adamczyka, ale zadane mu pytanie czy jest jakiś Karol, którego pan nie zagrał oddaje rzeczywistość. Sporo go teraz na ekranach. Takie mam wrażenie.
Usiłowaliśmy kiedyś obejrzeć w domu Piratów, ale wstyd się przyznać sen nas zmorzył :-) i nie wiem czy to nuda z filmu czy prozaiczne życiowe zmęczenie było ;-)

Jutro ostatni pracowy tydzień. Uff!
Wieczorkiem chyba zaprzęgnę rodzinkę do sprzątania mieszkania, bo sobota już zaplanowana i jeżeli tylko pogoda pozwoli wystawiamy się do słonka i grillujemy na maxa, a w niedzielę - firmowy piknik z okazji Dnia Dziecka. No i prasowanie czeka.

Błysnęła drobna nadzieja, patykiem na wodzie pisana, na dodatkowe zatrudnienie w przyszłości, dzięki czemu mogłyby zaprocentować moje studia. Ale nie robię sobie nadziei na to, że faktycznie coś z tego będzie. Choć miło by było. Zżerałby mnie potężny stres początkującego wykładowcy/nauczyciela, ale początki wszystkiego są trudne. Pożyjemy, zobaczymy.

A teraz się pochwalę trochę Małą.
Z testu końcowego szkoły podstawowej ma 34 punkty na 40 możliwych. Druga lokata w klasie.
Szóstka z matematyki na świadectwie.
Spodziewam się świadectwa z paskiem (chciałoby się rzec: jak zwykle :-]).
Pierwsza lokata w grupie językowej na zajęciach dodatkowych z angielskiego, którego w szkole nie ma, bo tam uczy się niemieckiego.
- koniec przechwałek :-)


środa, 01 czerwca 2011
Zmachana jestem niemożebnie. Psychicznie chyba, bo fizycznie niby dlaczego?
SZM poszedł na ostatnią naszą rodzinną wizytę do stomatologa, resztę planowanych (kamień u mnie i coś tam drobnego u Młodego) ma już zaplanować na wrzesień, bo nie damy rady finansowo.
Ależ się dzisiaj umachałam. Normalnie zmęczona jestem, a to jeszcze nie koniec dnia.
Najpierw normalny dzień pracowy w okrojonym składzie. Potem polowanie na mój ulubiony materac dmuchany (niezbędny podczas wakacji, a był i pękł podczas ostatnich) w pobliskim hipermarkecie i wycieczka do NaszegoMiasta w mega-korkach, po to by odebrać bilety do kina na wieczór dla Małej i koleżanki. To, co dzieje się w tym centrum handlowym gdzie jest kono przekroczyło moje oczekiwania. Meeega-kolejka po lody, chyba dawali je za darmo, bo ja chyba bym wolała ich nie zjeść niż tyle stać. Mnóstwo imprez dla dzieciaków, scena, konkursy i takie tam inne. Szał ciał i dużych i małych.
Za chwilę podjedziemy z Małą po SZM, zabierzemy koleżankę (to nie ta, o której pisałam wcześniej!) i podążymy w stronę centrum do kina. Dziewczynki pójdą do kina, a my się gdzieś zadekujemy.
Matencja dzwoniła, że koniecznie mam podjechać do niej, bo ma dla dzieci pyszności własnoręcznie ugotowane i upieczone, ale może to już jutro, bo mam ochotę na cichy zakątek z SZM. Nie dało rady jej wytłumaczyć, że mamy swoje plany, że nie damy rady przed, a po będziemy z obcym dzieckiem, na które czekają rodzice i w ogóle. Najpewniej jutro tam podskoczę.
Nie wiem jak tam znajdziemy w tym centrum handlowym cichy zakątek, ale kurde coś wymyślimy.
No to spadam...