na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 26 czerwca 2012
zdrowotnie
...wierzyć mi się nie chce, bo wczoraj przeszukawszy apteczkę psiknęłam sobie do nosa znalezionym specyfikiem. A dzisiaj siedzę sobie i mam po prostu SUCHY nos! Do tego antybiotyk i jak widać jest gites. Obym tylko nie zapeszyła.
domowo
W domu ciężka atmosfera, jakoś tak. Młody tylko by imprezował, a SZM jeździ po nim już może nie tak jak kiedyś, bo wtedy to było jak po Burku, teraz nieco mniej, ale i tak się czepia. I jeszcze ma pretensję, że ja się nie odzywam. Powiedziałam, że nie powiem synowi, żeby się wyprowadził ("jak się nie podoba to droga wolna, możesz się wyprowadzić"), tylko po to, by spełnić jego, SZM, oczekiwania. Młody za uszami swoje ma, też nie jest bez winy. Jak się to mówi małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot. Już sama nie wiem czy nie wolałabym, żeby się ustatkował, zakochał, znalazł dziewczynę. Do tej pory myślałam, że może to i dobrze, że jest jeszcze taki na luzie, bo przynajmniej nie powinnam się martwić o jakieś wpadkowo-ciążowe sprawy, aczkolwiek tu nigdy nie ma pewności :-) Ale teraz myślę, że może gdyby miał stałą dziewczynę to nie latałby tak z imprezy na imprezę. I tak jest OK, bo chłopak mając lat 21 pyta się i konsultuje, a nie rzuca w twarz "wychodzę, wrócę rano".

Zakupiłam w końcu tak zwane obuwie letnie. Nie jest łatwo. Albo gigantyczne obczasy, koturny itp, albo płaściuchne, tuż przy ziemi. A ja szukałam uśrednionej wersji. Znalazłam takie coś: Klik, co mniej więcej spełnia moje oczekiwania. Nie powiem, żeby to była miłość od pierwszego zdarzenia, ale obleci. Niemożebnie podobały mi się te: Klik, ale moja noga nieciekawie w nich wyglądała, więc se darowałam. Poprzeczny pasek optycznie skraca nogę, a ja wolę ją mieć dłuższą, a nie przeciętą :-)
Zakupiłam też przewodnik turystyczny w wersji skróconej, Pascala, po Paryżu. I etui nowe na aparat foto Małej, bo wojaże londyńskie wkrótce.
O Bosze, jakżesz to brzmi wytwornie: my w Paryżu, Mała w Londynie. Wow!


poniedziałek, 25 czerwca 2012
domowo
Przeprosiłam Małą z samego rana. Wytłumaczyłam się, powiedziałam szczerze co i jak. Wyściskałyśmy się na maxa, aczkolwiek nie za bardzo, bo ja zakatarzona jak nie wiem co.
Z tej mojej Małej to w ogóle jest taki przylepek, który lubi przynajmniej raz dziennie przyjść się po prostu poprzytulać. Czasem staje się to aż męczące, ale siedzę cicho i chłonę te momenty, bo boję się, że jak dorośnie to już nie mnie będzie przytulać :-)
Czuję się fatalnie, z nosa mi kapie, co chwilę kicham, oczy łzawią, głos zmieniony, do tego nawet źle słyszę. Mam wrażenie, że jestem w wielkiej bańce, takim bąblu...
Już zdecydowałam, że robię sobie wagary od dzisiejszego szkolenia. Dzwonił SZM prosił, żeby wybrać sie z nim na zakupy, bo coś-tam sobie chce kupić. Do sklepu mogę iść, bo jak chodzę, to mi z nosa nie kapie:-)
A sterta prasowania wciąż czeka i nadal rośnie...
Jestem zbulwersowana perfidią rodziny z Będziny, tej od chłopczyka z Cieszyna. Szkoda dziecka. Nie wiem co to się na tym świecie dzieje. Zawsze zastanawiam się czy tak wiele złego się dzieje, czy może złego tyle samo co wcześniej, ale przekaz mediów jest o wiele szybszy.
Młody oznajmił wszem i wobec, że już ma wakacje, że wszystko za nim, zapomniał tylko, że na jeden wynik jeszcze czeka i tak się niefortunnie zdarzyło, że nie jest to dla niego wynik pozytywny. Dzisiaj poprawiał, nie ma wyników, więc dalej nie wie czy do przodu czy też poległ. Dobija mnie ta jego beztroska niedbałość.
pracowo
Złożyłam podanie o podwyżkę. Wiele się nie spodziewam, ale dobre i parę złotych. Moja firma czego jak czego, ale wysokich zarobków nie gwarantuje, dlatego trzeba się cieszyć z każdego grosika. Się okaże ile dadzą i czy w ogóle coś...
Upały były na dworze nieziemskie, a ja jeździłam na szkolenia autem z klimą podkręconą na maxa, bo przecież trzeba było sprawdzić czy na pewno macher-naciągacz dobrze wszystko zrobił. I teraz mam za swoje. Z nosa mi katar-woda leci tak, że właściwie co chwilę muszę chustkę przytknąć, bo mi najzwyczajniej w świecie woda z dziurek leci. I boli mnie już nos. I kicham na potęgę. Wczoraj i przedwczoraj bolało mnie gardło. Od dzisiaj zaordynowałam sobie leczenie. Zaszalałam nawet z antybiotykiem, mam nadzieję, że trafiłam. Czuję się koszmarnie. I fizycznie i psychicznie.
Psychicznie, bo zachowałam się jak kretynka, jak matka potwór. Ech...
Od czego by tu... chyba od początku.
Małej przydałby się nowy zegarek. Swój stary Casio zgubiła, nosiła mój Casio, ale się popsuł i jest generalnie w stanie opłakanym więc nie warto w niego inwestować. Pomyślałam, że fajnie by było kupić jej zegarek w nagrodę za ładne świadectwo. Przyjemne z pożytecznym.
SZM rozgląda się za ładnym pamiątkowym zegarkiem dla siebie. Kolega ma kolegę i łańcuszkiem ludzi dobrej woli usłyszałam, że jak podam nr modelu to kolega sprawdzi cenę w hurtowni i może się okaże, że u niego będzie cena konkurencyjna. SZM nie lubi tego kolegi ;-)
Wczoraj wieczorem podzieliłam się z SZM pomysłem na prezent dla Małej.
Dzisiaj z rana SZM zapytał Małej czy jeszcze przed mszą chce pojechać z nim do sklepu po zegarek. Z nim, znaczy z SZM, bo ja jeszcze w tak zwanym proszku i w kolejce do łazienki, bo łazienkę okupował Młody. Rozpatrywałam nawet czy nie jechać z nimi, ale ostatecznie spasowałam, bo ktoś się za obiad wziąć musiał.
Robiłam ten obiad i sama się nakręcałam. Że muszę go robić, a oni tam w sklepie. Że jak on tak beze mnie ją zabrał. Że przecież to prezent od nas obojga. No i jak wrócili to zamiast podzielić radość córki zachowałam się jak skończona kretynka i fuknęłam na SZM (przy Małej), że po co taki drogi, bo zwykle SZM szaleje zakupowo. Teraz już wiem, że za kwotę o której myślałam niewiele bym kupiła.
Zepsułam jej całą radość. A zła byłam na SZM, a nie na Małą.
Zreflektowałam się, SZM zwrócił mi uwagę, potem starałam się nadrobić zaległości, ale to jak musztarda po obiedzie, mam takie wrażenie.
Niby wszystko normalnie, niby, ale ja wiem, że nie tak to miało wyglądać...
I gryzę się cały czas, nawet byłam już w pokoju Małej wieczorem, żeby ją przeprosić, ale akurat z kimś rozmawiała przez kompa. Czuję się strasznie. Mam tak zwanego moralnego kaca.
Sporo winy tkwi we mnie, bo ja zazwyczaj coś sobie wymyślę, wydumam, dumam i dumam przez długi czas, potem w końcu mówię o tym SZM, a on nie przywiązuje do tego wagi, sugeruje co innego, albo też się nie chce zgodzić. A ja przez to dłuuugie dumanie już przyzwyczaiłam się do myśli, że coś-tam-coś-tam i konflikt gotowy, no bo jakże to tak, ja tu wszystko mam obmyślone, że będzie super, hiper, a SZM to nie pasuje, nie chce, nie zgadza się, ma inne plany, mówi, że nie warto, itp. albo nie dopyta szczegółów, które ja już mam opracowane i sam decyduje co i jak i nie jest to, to co ja sobie wydumałam.
Strasznie to skomplikowane, ale już kilka razy się na takim zadumaniu złapałam...
piątek, 22 czerwca 2012
Tydzień temu kiedy miałam wolny piątek latałam na szmacie jak szalona. Dzisiaj snuję się leniwie, a w przerwach snucia się robię to i owo, ale mało. Za chwilę wkroczę do łazienki dokonać ablucji i pouprawiać trochę moje ciało, użyźnić, zdepilować i takie tam inne :-)

Jedno szkolenie, to przesiadkowe uważam za zakończone i ten najgorszy, najbardziej eksploatujący mnie czas uważam za zamknięty. Zostało szkolenie nr 2 i studia podyplomowe, ale to już luzik.

Wczoraj wieczorem przyjechali do mnie z życzeniami rodzice, czekali na mnie, aż wrócę ze szkolenia. SZM zrobił pyszną kolację, wypiliśmy szampana, zjedliśmy co mieliśmy zjeść, zebrałam życzenia i prezenty i ...koniec wieczoru, bo ledwo żywa byłam. Nawet myślałam zasypiając, żeby jednak do tej pracy rano dzisiaj iść, ale kiedy nadeszło rano to tej chęci już jakby nie było ;-)

Dzisiaj przyjeżdża teściostwo. Tak jakby nie mogli w jednym dniu się zejść do kupy. Ale nic to, dam radę, przeżyję, zacisnę zęby i będę udawać, że mnie to bawi i jakże się cieszę, och, ach i w ogóle.

Coś w tym domu powinnam zrobić...
Sprzątanie, zakupy, starta prasowania czeka. Do wyboru do koloru.

- - -
godz. 15.05

...i posnułam się dalej.
To może pojadę chociaż na te zakupy, bo w lodówce chyba tylko światło zostało...
SZM ma dla mnie nowy telefonik od operatora. Dokładnie taki jaki chciałam :-)
czwartek, 21 czerwca 2012
Szczęśliwe małżeństwo (i oby jak najdłużej).
Dwoje fajnych dzieci (nie tylko okiem kochającej mamusi).
Skończone nie tak dawno studia: najpierw licencjat, potem magisterka, a podyplom jeszcze w trakcie (sama sobą jestem zdziwiona).
Na horyzoncie awans zawodowy i kompletna zmiana kierunku zawodowego (tu też zdziwienie, ale biorę co los niesie).
Z własnym samochodem do dyspozycji (nawet nie wiedziałam jakie to ważne)
Wakacje nad ciepłym morzem, o których marzyłam, odhaczone trzykrotnie, a zdjęcie pod wieżą Eiffel'a już w krótce będzie realne, a tak marzyłam o wojażach (wow!)
Dojrzała, spełniona, rozsądna, świadoma swojej wartości. Czy mogę tak o sobie powiedzieć?
Tak, zegar bije nieubłaganie, rocznik '69 to już nie taka młódka, ale dusza moja wciąż młoda i z fantazją :-)
I tak niech zostanie, a co!

A miało być bez podsumowań...

wtorek, 19 czerwca 2012
Jestem już zmęczona tą bieganiną, kursowaniem między jednym szkoleniem, po drodze zaliczając wyjazdy studenckie. Czuję, że jestem zmęczona. Tylko ja wiem ile dziś błędów popełniłam za kierownicą. Na szczęście bez konsekwencji. :-)
Ciśnienie podniósł mi dzisiaj jeden taki macher-magik samochodowy, który próbował naciągnąć mnie na stówę i gdybym nie oponowała to skasowałby bez mrugnięcia okiem. Więcej tam nie pojadę.
Żal mi, że nasi odpadli, jestem dumna z kibiców, że potrafili się zachować, godnie przyjąć porażkę. Ale mi żal, bo gdzieś tam w głębi duszy po cichutku liczyłam na to, że z tej grupy wyjdą.
Studencki wyjazd zaliczony. Oczywiście nie poszłam spać z kurami, najpierw jak zwykle spacer po centrum handlowym, potem hotelowa strefa kibica i na koniec oczywiście przegadałyśmy pół nocy.
Jeszcze dwa dni i jeden z kursów, ten przesiadkowy, dobiegnie końca. I wtedy będzie mi zdecydowanie lżej.
Młody dzisiaj zdał ostatni egzamin, jak mi napisał on już ma wakacje.
Oprócz szkoleń i kursów zaliczyłam dzisiaj jeszcze zebranie w szkole u Małej. Uwaga chwalę się: Mała kończy pierwszą klasę gimnazjum z paskiem na świadectwie, średnia 4,93. Ich klasa jest mocarna, bo średnia klasy to 4,52.
Moja praca dyplomowa studiów podyplomowych została przyjęta, zaakceptowana, więc jeszcze tylko wydrukować, oprawić, zostawić w dziekanacie :-) Potem jeszcze obronić, ale tego się póki co nie boję.
Jutro szkolenie, zajęcia i jeszcze zebranie wspólnoty. Wkrótce mam urodziny, w tym samym dniu mam zakończenie pracowego szkolenia, więc jakby w domu mało co i nie mam siły na to, by cokolwiek przygotować z okazji tych urodzin, a już wiem, że na przykład rodzice wieczorem zjadą z życzeniami.
W pracy mam okazję błysnąć, bo moje metody póki co się sprawdzają i N_C_K sama widzi że ułatwiają pracę. Kończę szkolenie i zaraz potem idę prosić o podwyżkę. Howgh!
Żeby było weselej to nie mamy w domu ciepłej wody, bo coś-tam. Kartka wisi, więc pretensji mieć nie mogę, ale średnia to przyjemność grzanie wody w garach.
Ozy same mi się zamykają... Dobranoc.

piątek, 15 czerwca 2012
I jak poszło? - pyta Dorota.
Jak zwykle czyli tak się zamotałam w robotę, że nawet czasu na zjedzenie obiadu nie było i w drodze na szkolenie w aucie wcinałam na szybciora Snickersa ;-(
Potrzeba sprzątania, uładzenia tego co wokół mnie, uporządkowania, stworzenia iluzji, że panuję przynajmniej nad materią w mieszkaniu, natręctwo czy jak tam zwał, jest silniejsze ode mnie. Po prostu musiałam sobie odgruzować chałupkę. Reszta rodziny pod tytułem dzieci i SZM zapewne sprzątnęliby jutro bez szemrania, ale mam wrażenie ( i wiem), że sprzątają raczej tylko "rynek". A od chyba połowy maja już tak sprzątali i po prostu już musiałam. Zamiast poprawiać po nich zrobiłam to za nich, więc niejako dyplomatycznie, prawda?
Rano się okazało, że jakaś dusza domowa źle domknęła, a właściwie to nie domknęła zamrażarki i dzień zaczęłam od odszraniania bezszronowej zamrażarki :-)
A potem wkroczyłam do pokoju Małej, utknęłam tam na dłużej, bo niestety trzeba było. I przy okazji zrobiłam porządek z oknem po akcji pt. OSY. I tak kroczek za kroczkiem, przewinęłam się przez calutkie mieszkanko po drodze włączając pralkę, wieszając pranie i robiąc obiad. I tak kiedy minęła 15.00 zegarek nagle przyspieszył, a do mnie rozdzwoniły się telefony i potem to już wszystko w biegu, żeby tylko zdążyć na szkolenie.
Więc nie przejrzałam żadnych notatek, nie leżałam i nie pachniałam, nie snułam się leniwie po domu, aczkolwiek kawę wypiłam a nawet dwie, nie obejrzałam też żadnego filmu.
Za chwilę ruszę by wrzucić jeszcze parę rzeczy do torby, a potem już do łazienki, paciorek, siusiu i spać, bo rano znowu wyjazd. Tym razem mam szczery zamiar jutro wieczorem odpoczywać. Albo przygotować sobie materiały do trudnego egzaminu, który będzie za jakiś czas, ale ogrom materiału mnie przeraża. A pewnie skończy się na oglądaniu meczu... :-) W każdym bądź razie na nocne posiadówki tak jak ostatnio to ja się zdecydowanie nie piszę, bo zbyt wiele mnie to potem kosztuje. Za stara na to jestem :-)

czwartek, 14 czerwca 2012
Udało mi się wyżebrać dzień wolnego na jutro. Wolnego w pracy, bo popołudniowe szkolenie odbywa się jak najbardziej. Sobota i niedziela na studenckim wyjeździe. Chore jest to, że wiedząc, że mam wolne już sama nie wiem jak się jutro zorganizować, żeby zrobić wszystko to, co bym chciała. Bo mam jakieś wewnętrzne chore poczucie winy, z powodu tej mojej permanentnej nieobecności w domu...
Mam wolne jutro do godziny 16.00 i chciałabym tylko:
- posprzątać, ogarnąć chałupkę (62m2), mieć świadomość, że wszystko w domu jest jak trzeba.
- zrobić fajny obiad, a nawet upiec jakieś ciasto (nowy piekarnik wciąż ciastowo dziewiczy jest).
- poprasować, to, co czeka póki jest mało
- zrobić zaległe pranie (jedno już czeka na powieszenie, drugie się pierze, reszta czeka w kolejce, bo przecież nie będzie gdzie suszyć).
- na spokojnie usiąść i przejrzeć studenckie notatki, bo w sobotę jakieś zaliczenie się szykuje.
- przejrzeć materiały ze szkolenia nr 1, a potem szkolenia nr 2, i na spokojnie przeanalizować zdobytą wiedzę.
- puścić sobie kolejny odcinek Desperate Housewives (sezon 7, bo aktualnie na tym utknęłam, a konkretnie odc. 4)
- wyspać się na maxa i potem leniwie posnuć się w szlafroku z kubkiem kawy w ręce

Tyle wyliczanek chyba wystarczy...

środa, 13 czerwca 2012
Nie jestem zwolenniczką jakichkolwiek poradników psychologicznych, ale jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka o takim to tytule, dosyć zabawnym, który trochę mnie zaintrygował:



Przejrzałam ją dosyć szybko, bo jak już wspomniałam nie lubię tego typu literatury. Zadziwia mnie popularność takich poradników. Zajrzałam z ciekawości, dla zabicia czasu, ot tak. Przeglądając zwróciłam uwagę na kilka cytatów, które jak się okazało już wcześniej ktoś też zauważył, bo te podkreślenia w tekście nie są moje, mimo, że zgadzam się z nimi bardzo i podpisuję się pod nimi obiema ręcami. :-)))
Wyjaśnię tylko, bo na tych stronach tego nie ma, że mianem zołza autor określa w tej książce kobietę myślącą, która ma swoje zdanie i potrafi o nie zawalczyć w przeciwieństwie do jakiejś słodkiej cipcio-cizi.

Zobaczcie same:











i to na sam koniec :)





I co o tym myślicie?

Osy przegonione. Za friko. Zarządca kupił preparat (czarny Raid), a przepędzanie os przez strażaków odbyło się za tak zwaną darmochę :-)


tak to wyglądało

pracowo
wdrażam się coraz bardziej i cieszy mnie to. Druga strona medalu jest taka, że oddalam się od moich dotychczasowych współpracowników i niejednokrotnie widzę, że występuje u nas konflikt interesów. I nie zawsze jest to przyjemne. Muszę mieć grubą skórę, wiem. Nie ma w tym żadnych złośliwości z żadnej strony, ale zawirowania pracowe tak mają. Dziwnie się z tym czuję, ale nic na to nie poradzę. Czasem tak jest, że mój przysłowiowy zysk (i nie mówię tu o pieniądzach) nie zawsze jest im na rękę.
domowo
Zrobiłam sobie popołudniowe wagary, bo na dzisiejszych zajęciach będzie to bez konsekwencji i pojechaliśmy z SZM w jednej takiej sprawie, a skończyliśmy na obiadokolacji w naszej ulubionej knajpce. Było miło, niespiesznie i smacznie :-) Potrzebowałam trochę takiego zwolnienia akcji. Jutro i w piątek szkolenie. Weekend to studia na wyjeździe, a w poniedziałek "od nowa Polska Ludowa" (z czego się to powiedzenie wzięło?)

poniedziałek, 11 czerwca 2012
Jak nie urok to przemarsz wojsk. Tak się mówi, prawda?
Nie miała baba kłopotu to zachciało się jej studiów i szkoleń. Nie mam czasu podrapać się po tyłku. Cały czas w biegu, w nerwach, że nie zrobię, nie zdążę, a przecież muszę. Ten wewnętrzny musik pozwala mi jednak robić sobie od czasu do czasu wagary od tego, czego nie muszę, gdzie nie będzie takich wielkich konsekwencji i na czym aż tak mi nie zależy, gdzie dam radę nadrobić. Nie mogę być tak stuprocentowo papieska...
Piątkowe szaleństwo Euro lekko mnie ominęło, bo niestety na szkoleniu nikt nam nie dał wolnego, a żal mi było wagarować ;-) Wysłuchałam połowy meczu w Polskim Radio. I powiem Wam, że warto było. Sami zobaczcie i posłuchajcie :-)
W piątek tuż przed startem Euro stałam się mimowolnym świadkiem, biernym uczestnikiem akcji pod nazwą dajmy na to "Agresywny kierowca". Do tej pory o takich akcjach kiedy to na skrzyżowaniu jeden kierowca przy postoju na światłach rzuca się z pięściami na drugiego w odwecie za coś-tam, tylko słyszałam. Teraz już wiem jak to wygląda. A widziałam z wielkiego bliska. Wrażenie było takie, że gdzieś tam podskórnie bałam się, że facet za chwilę rzuci się też na mnie. Okropne to było.
W naszym domu Strefa Kibica działa od soboty. Nie powiem, że namiętnie, że wszyscy razem i że wszystkie mecze jak leci, ale oglądamy. Wcinamy chipsy, pijemy colę, piwko i co tam jeszcze kto chce i kibicujemy. W sobotę Mała dobrowolnie zrezygnowała z pójścia do Koleżusi na noc, bo wcześniej umówiła się z SZM na oglądanie meczy, a o tym zapomniała. Jak sama powiedziała - zostanę, a na nocowanie pójdę kiedy indziej.
Poza tym Euro weekend minął mi pod znakiem szkolenia.

I jeszcze ceremonii pogrzebowej.
Sama sobą się zdziwiłam, kiedy wzruszyłam się i rozżaliłam nie całą sytuacją, nie nastrojem chwili, ale kiedy uchwyciłam jeden momencik, kiedy ona-synowa (pięćdziesiąt kilka lat) zapłakana tuliła się do męża idąc za trumną teściowej. I nie wnikam w to jakie między nimi były relacje na linii teściowa-synowa. Rozczulił mnie ten widok kiedy ona niczym dziewczynka szukała pociechy u męża, który właśnie szedł za trumną swojej mamy. I tak oboje tulili się do siebie idąc... A za nimi jeszcze dwóch jego braci z rodzinami...

A żeby nie było tak bardzo nudno i mało atrakcji - wieczorem zadzwonił nam sąsiad, z informacją, że w kącie za okenm w pokoju Małej wisi nam bąbel-kulka, mniej więcej TAKI i tylko nie wiem jeszcze czy to osy czy szerszenie są. Jutro będę dzwonić po Straż, bo sami się za to brać nie zamierzamy, zastanawiam się tylko czy to jest odpłatne czy za kompletne friko.
3 lata temu dzwoniliśmy po Straż, żeby uratować małego kota, który nie potrafił sam zleźć z wysokiej choinki. Kot przez wiele godzin siedział i miauczał wołając ratunku. Straż przyjechała, kota zdjęła, a kot odtańczył dziękczynny taniec przy nogach tego strażaka, który go uratował. W rozmowie telefonicznej ze strażakami sto razy zaznaczałam, że jadą ratować obcego mi kota, że to nie mój kot, bo nie wiedziałam czy nie będą chcieli obciążać mnie kosztami akcji. Ale było to za kompletne zupełne  friko. Nie wiem jak to jest z osami, bo w necie pisze różnie.
piątek, 08 czerwca 2012
pracowo
zawsze kiedy jestem z przesiadkowym miejscu pracy sama, kiedy nie ma ze mną, przy mnie N_C_K muszę ćwiczyć cierpliwość, sama siebie przyhamowywać, uspokajać. Bosze, jaki tam jest Sajgon... To jest po prostu niewiarygodne. Jak można w takim bałaganie pracować.
domowo
cała Polska żyje Euro, a ja ląduję na szkoleniu. Tak. I przyznam szczerze, że mi żal, bo kibic ze mnie żaden, ale chciałabym zobaczyć jaką galę przygotowali na otwarcie. Muszę szepnąć SZM żeby mi nagrał, ale skąd potem znaleźć ten czas na oglądanie?
A póki co lecę do kwiaciarni po wiązankę, bo jeszcze po drodze "trafiła nam się" jutro ceremonia pogrzebowa, na którą nie wypada nie iść.
No to trzymajmy kciuki za naszych, żal mi ich trochę, bo wyobrażam sobie jakie nerwy ich zjadają...
czwartek, 07 czerwca 2012
domowo
Młody wrócił wczoraj w stanie wskazującym, jak sam powiedział sześć piw. I z jednej strony szlag mnie jasny trafia, a z drugiej sama siebie uspokajam, że przecież gdyby studiował z dala od domu to pojęcia bym nie miała co tam wyprawia i może też zdrowsza bym była, żyjąca w nieświadomości błogiej.
Jak przystało na złośliwą matkę (i ojca, który w tej kwestii nie oponował) ściągnęłam go z rańca z łóżka i potulnie pomaszerował ze mną, z nami na procesję, wszak dzisiaj Boże Ciało. Nawet nie pisnął w formie protestu :-)
Poszliśmy na łatwiznę, bo dołączyliśmy się do procesji w okolicach naszego domu, omijając całą mszę. Na mszy byłe delegatka rodzinna czyli Mała.
Miałam w planach jakiś czynny wypoczynek, wycieczkę, rower, spacer, a skończyło się z pilotem w garści i drzemką na kanapie. Czyli jak zwykle. ale jak przeanalizowałam swój grafik zajęć  to jakoś wyrzutów sumienia nie mam, bo dzisiaj to był pierwszy czerwcowy luźny dla mnie dzień i kolejny będzie dopiero po 20-stym.
ostre dyskusje z SZM
Atmosfera jeszcze lekko napięta. Żadne z nas nie czuje się winne, więc dlaczego miałoby odpuścić?
Idzie o urlop.
W tym samym terminie wszyscy w firmie na urlop iść nie mogą. I SZM to rozumie, ale tylko wtedy gdy w grę wchodzi jego firma. Natmiast u mnie to na pewno ja, moja wina, moje niedopatrzenie i w ogóle...
Idzie o to, że do końca roku 2012 zostało mi już mało urlopu z czego ponad połowa jest już zagospodarowana na wyjazdy, a SZM domaga się, żebym wzięła jeszcze tydzień, bo planowaliśmy to i śmo. Planowaliśmy całe mnóstwo rzeczy, zmieniało się to jak w kalejdoskopie. Zacznę chyba spisywać notatki, żeby mieć czarno na białym co ostatecznie ustaliliśmy.
Dodatkowy tydzień urlopu to dla mnie problem, bo po pierwsze muszę się wpasować w grafik współpracowników, a nie bardzo jest jak. A po drugie mało co tego urlopu mi zostanie, a na koniec, na grudzień zawsze kilka dni potrzebuję.
Fakt, że brałam urlop na czas remontu w ogóle SZM umknął, więc nie omieszkałam wygarnąć, że podczas tego urlopu nie leżałam i nie pachniałam tylko ciężko zaiwaniałam. Że jak w jego firmie były problemy to zdecydowaliśmy momentalnie o przełożeniu. Na koniec dodałam tylko, że trudno, musi się pogodzić z faktem, że w mojej firmie też mogą być problemy z urlopem.
I tak się nagadaliśmy, nabzdyczyliśmy i w ogóle.
Niby pierdoły, ale...
Od czasu do czasu trochę pary trzeba wypuścić. Dla zdrowia psychicznego.
matencja
Wracała do południa z kościoła razem z sąsiadką. I w biały dzień, na ulicy podbiegł do niej jakiś dres i chciał zerwać z szyi łańcuszek. Dość długo ją szarpał, zadrapał, podarł bluzkę. Obie panie w pierwszej chwili zamurowało, a po chwili kiedy odzyskały mowę i zaczęły reagować rabuś uciekł. Nie wzbogacił się wcale, bo zerwany łańcuszek razem z wisiorkiem matencja znalazła w staniku. Wierzyć mi się nie chce, że w biały dzień, że szły obie, a mimo to ktoś się porwał na rabunek. Dobrze, że nic poważniejszego jej się nie stało.
Mała
od pewnego czasu ograniczyła kontakty z Koleżusią. Najpierw mi się tak wydawało, a dzisiaj zapytałam czy coś się stało. Powiedziała, że gdyby coś się stało to by mi powiedziała, a w ogóle to nie rozumie, bo jak spotyka się często to źle, a jak rzadko to pytam dlaczego...
Ciekawa jestem co się stało, mam wrażenie, że to od rozmowy z Małą po wizycie w muzeum.
rodzinnie
żeby nie było tak pięknie, cudnie, familijnie to napiszę właśnie, że dzisiaj zaliczyliśmy ostrą wymianę zdań z SZM. Zaczęło się od tego, że po powrocie z pracy sam powiedział, że miał kiepski dzień... Nie, nie, zaczęło się jeszcze rano kiedy znowu mnie drażnił w łazience przeszkadzając w tak zwanych ablucjach porannych. I o ile całą resztę mogłam zdzierżyć, o tyle moment kiedy bawię się w zakładanie soczewek kontaktowych a on usiłował mi celowo przeszkodzić to była ta kropla, która przelała puchar i sama sobą byłam zdziwiona kiedy wycedziłam do niego "wynoś się", bo normalnie tak się nie odzywam. Po prostu przegiął pałę i usiłowałam skutecznie wyrzucić go z łazienki. Było skutecznie, bo wyszedł :-)
Jak już powiedziałam dzień miał kiepski i nic nie zapowiadało awantury. Nawet nie wiem od czego wziął się nam temat urlopu wakacyjnego. I od słowa do słowa robiło się coraz goręcej. A każde z nas ma swoje racje. Nie mam siły wchodzić w szczegóły, bo musiałabym strasznie dużo opisywać.
pitu-pitu towarzyskie
SZM został poproszony o bycie tatą chrzestnym takiego jednego co to nie tak dawno temu się urodził.
Dramaty życiowo-lekarskie cały czas się dzieją obok nas, namacalnie, z bezpośrednią relacją ze względu na pełne zaufanie.


wtorek, 05 czerwca 2012
domowo
Cały czas trąbię w domu, że wszystkie popołudnia i weekendy mam zajęte, na lodówce wisi wydrukowany mój grafik zajęć w czerwcu, gdzie rozpisany jest po kolei każdy dzień, a SZM z uporem maniaka codziennie pyta mnie jakie mam plany na popołudnie. Czy ten facet mnie nie słucha?
pracowo
utwierdzam się w przekonaniu, że Niefrasobliwa_Ciotka_Klotka ma w aktywnym szkoleniu mnie (nareszcie) jakiś ukryty cel. Cel dosyć łatwy do zlokalizowania - urlop i zastępstwo :-)
szkoleniowo
jest OK, aczkolwiek jakość pozostawia trochę do życzenia...
poniedziałek, 04 czerwca 2012
studencki wyjazd zaliczony. Z moich planów SPA niewiele wyszło, bo najpierw Opole w TV czyli festiwal w miłym kameralnym gronie, a potem miała miejsce tak zwana integracja studencka. Oj długo trwała...
W sobotę wykłady były tak "pasjonujące", że zdarzyło mi się przysnąć (wykładowca za biurkiem, a ja na końcu sali), a niedzielę wykładowcy byli zbyt mobilni i niestety nie dało się nadrobić zaległości w spaniu. Powrót musiał być energiczny i obfity w atrakcje, nie mogło przecież być nużąco :-)
Jechałyśmy śpiewając w głos przeboje z płyty. I wszystko było OK, było wesoło, głośno, jechałam sobie prostą drogą dwupasmową. Było głośno silnika nie było słychać i w pewnym momencie zerknęłam na licznik a tam... 140km/h Ciarki mnie przeszły, nóżka z gazu sama mi zeszła i potem już jak zwykle max 110-120km/h, oczywiście tam gdzie można :-).
A wydawało mi się, że jestem dojrzała, rozsądna...
Nic się nie stało, a ja do dzisiaj źle się z tym czuję.

Nie mam siły na dalsze klikanie, idę spać. Dobranoc.
piątek, 01 czerwca 2012

Lista
Trwa właśnie festiwal w Opolu. Kora, Trójka i Debiuty. SZM bardzo chciał jechać, ale nie dałabym rady czasowo. I jak tak teraz słucham, patrzę w ekran to chyba nie żałuję. Nie pasują mi interpretacje piosenek, których nutki znam prawie wszystkie. Ale powspominać jest fajnie. Miałam specjalny zeszyt, do którego wpisywałam po kolei wszystkie notowania. Nie, nie słuchałam od początku, ale zaczęłam jakoś tak chyba w okolicy 20, może 30-go notowania. Sama nie wiem, zeszyt wcięło, więc nie mam pewności. Ale pamiętam jak co sobotę zasiadałam przy starym Grundigu przy uchu i z paluchem gotowym do reakcji, żeby nagrać jakiś przebój. I oczywiście jak w TV leciało coś fajnego to jeszcze przed oczami migał mi obraz filmu. A po Liście był Teatrzyk Zielono Oko. I to oczywiście działo się w sobotni wieczór, bo przecież sto lat temu Lista była w soboty. I pamiętam, że Niedźwiedź długo nie pokazał nam, słuchaczom swojego oblicza, i pamiętam też, że dopuszczał do mikrofonu różne grupy odwiedzających, pamiętam jak z piosenki Maanamu grały tylko werble, a ja dopiero niedawno dowiedziałam się dlaczego...
pracowo
Powoli oswajam temat, czuję grunt pod nogami. Lekki panik włącza mi się jeszcze, ale pracuję nad tym mocno.
Kurs przesiadkowy przyszedł w dobrym momencie, bo już trochę obeznałam temat w pracy, wyczytałam całe mnóstwo informacji z netu (zahasłowany dostęp wykupiony przez moją firmę bardzo mi się przydaje), zaliczyłam kilka szkoleń szczegółowych, więc mam pojęcie o czym mówią prowadzący.
Inna sprawa, że widzę, wiem na pewno, że aż tak bardzo na bieżąco nie są jak być powinni, ale samą siebie wewnętrznie dyscyplinuję, żeby nie wychodzić przed orkiestrę.
domowo
Dzień dziecka zaliczony
upominki dostali wcześniej, dzisiaj im tylko z lekka o tym przypomniałam, dorzuciłam troszkę kasiorki i słodycze. SZM też im sam od siebie dorzucił tyle samo.
Jakoś tak wyszło, że zamiast obiadu była dzisiaj późna kolacja, bo dzieci chciały z tym obiadem czekać na mnie żebyśmy zjedli wszyscy wspólnie razem (SZM serwował im po pstrągu, do tego frytki i surówka z kapusty kiszonej - pyszota!), więc SZM dał mi cynk i wracając wpadłam do Lidla po lody. I kupiłam ich całkiem sporo, bo jakaś promocja była :-)
Teraz ledwo żyję z przejedzenia, lecę pakować torbę, powinnam jeszcze wrzucić farbę na włosy, ale nie mam siły, ochoty, ani czasu. Wrzucam za to do torby dodatkowe kosmetyki, maseczkę i jutro wieczorem w hotelu zaserwuję sobie moje własne SPA, tak jak ostatnio :-)
Pierwszy tydzień szaleństwa czerwcowego zaliczony:
poniedziałek - praca, dom, szkolenie,
wtorek - praca, dom, szkolenie,
środa - praca, dom i miało być szkolenie, a były wagary czyli miłe popołudnie rodzinne w restauracji :-)
czwartek - praca, dom, szkolenie,
piątek - praca, dom, szkolenie,
sobota i niedziela - studencki wyjazd.
Przede mną jeszcze 3 takie tygodnie.
No to lecę dokończyć oglądanie, pakowanie, pidżamowanie itp.
Wczoraj mi się udało i miałam wolne od gotowania, dzisiaj niestety już nie. Wczoraj wieczorem po prostu nie chciało mi się ruszyć dupci do kuchni i przygotować cokolwiek na dzisiejszy obiad, a dzisiaj szczerze tego żałowałam.
Po powrocie z pracy nie bardzo wiedziałam w co ręce włożyć, a spieszyłam się, bo przecież szkolenie... Strzeliłam na szybciora zupę fasolową (fasola moczyła się od wtorku), a na drugie mielone, ziemniaki i jakieś coś w charakterze sałatki. Zupy wyszło całe mnóstwo, ale była(!) tak przepyszna, że na jutro nie zostało nic. Sto lat już takiej zupy nie jadłam, więc jak wieczorem ściągnęłam do domu to 3 talerze wmłóciłam, tak bardzo mi smakowało. :-)

Nie mam siły pisać dalej, idę spać. Jutro znowu praca, dom, szkolenie. Pojutrze - studencki wyjazd i powrót w niedzielę, a od poniedziałku znowu kierat pracowo-domowo-szkoleniowy.