na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 27 czerwca 2018

Sielanka rodzinna czyli rodzinna uroczystość u matencji i tatencjusza za nami.
Uczestnicy imprezy: matencja, tatencjusz, my w czwórkę, rodzeństwo z małżonką i synem w wieku jednocyfrowym, bo osiemnastka córka nie wiedzieć czemu nie dotarła. Matencja zaaferowana, skupiona na tym co podać co zrobić, co kto by chciał, jak komu dogodzić, za żadne skarby nie da się jej usadzić przy stole. Tatencjusz, bohater wieczoru, który trafnie zauważa czego brakuje przy/na stole ale ogranicza się do haseł w stylu "Matencjo, a na stole nie ma chleba". Żona rodzeństwa, zdecydowanie rzadko bywa u swoich teściów, w zasadzie tylko na uroczystościach, czyli jak już wypada, albo jak ma interes; na imprezie siedzi przy stole z komórką w ręce, bo przecież musi być na bieżąco, odpisuje,  komentuje do męża czego się właśnie dowiedziała. Nie, nie jest nastolatką, której postępowanie można wytłumaczyć młodym wiekiem, żeby nie powiedzieć głupotą i arogancją :-) Jej mąż czyli moje rodzeństwo, zdecydowanie nie ma za wiele do powiedzenia w tym związku i to na wielu płaszczyznach. Żal patrzeć, ale skoro jemu tak dobrze. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Mały w wieku jeszcze jednocyfrowym, rozkapryszony, nie nauczony do sprzątania po sobie, typ, z którego trudno wyegzekwować "przywitaj się i powiedz dzień dobry". No i my, a nas znacie. Chyba.
Przebieg zazwyczaj w podobnym stylu. Na początku matencja zaaferowana, biega do kuchni, nie przyjmuje pomocy, bo najlepiej to ona sama, Zosia-Samosia, usiłuje dogodzić każdemu i spełnić każdy aprys, nawet ten, o którym jeszcze nie wiesz. Po dziesięć razy będzie się pytać czy na pewno nie chcesz kawy / lodów / kolejnej porcji ciasta / dlaczego nie jesz/ czemu jesz tak mało, itd. I nie ma w tym niczego dziwnego, bo świadczy to o jej gościnności i serdeczności, ale powiem brutalnie - jest to zdecydowanie uciążliwe. Nijak nie da się jej posadzić przy stole. Najpierw kursuje po mieszkaniu, a potem narzeka, że my tak krótko i wcale z nią nie posiedzieliśmy.
Korzystając ze spotkania (które zdarzają się rzadko) rozmawiamy z rodzeństwem i jego małżonką wymieniając informacje co tam u kogo. Oni hermetyczni do bólu, dowiedzieć się czegokolwiek bez zadania pytania wprost nie sposób. Niegdysiejsze częste i serdeczne kontakty zamieniły się w przeciągu ostatnich 8-10 lat w chłodne spotkania z okazji XYZ. Mamy ze sobą tak luźny kontakt, że aż trudno mi w to uwierzyć. Powiem tak - nie wiem czy miałabym śmiałość wpaść do nich ot tak bez zapowiedzi. Łapię się na tym, że gadamy my, tatencjusz słucha, a zaaferowana matencja kursuje na linii kuchnia - pokój. O ile my zdajemy sobie sprawę z tego faktu, łapiemy się na tym i usiłujemy wciągnąć do rozmowy zarówno matencję jak i tatencjusza, to małżonka mojego rodzeństwa nie przejmuje się tym totalnie i zdecydowanie kontynuuje lub inicjuje dyskusje, które interesują tylko ją, nie bacząc na to, że oni starsi nie znają tematu, który właśnie poruszyła. Dyżurne tematy matencji to po pierwsze temat włosów, fryzjera /ściąć czy zapuszczać/, zdrowia w dowolnej konfiguracji /co boli, jakie leki, jaki specjalista, wyniki/, meblowania mieszkania tudzież przestawiania mebli i sama nie wiem czego jeszcze, no oprócz dyżurnego narzekania na tatencjusza oczywiście. Zadanie pytania tatencjuszowi w temacie, który choć trochę jest znajomy matencji, kończy się tym, że tatencjusz powie jedno zdanie, a resztę kończy matencja i to niekoniecznie zgodnie z tym co chciałby powiedziec on. Jak tam samopoczucie? No raczej dobrze, bo w moim wieku to super już przecież nie będzie. Jakie dobrze? Jakie super, co Ty mówisz,  przecież ... i tu się zaczyna tyrada. On usiłuje zaprzeczać, powiedziec to, co chciał, ona swoje. Ja zawsze, a ty nigdy i standard. MASAKRA.
Oni czyli rodzeństwo z rodziną zmywają się zazwyczaj szybciej niż my, zazwyczaj się spieszą, bo coś-tam, coś-tam. Zostajemy my i kątem oka już widzę SZM, który zerka na zegarek, dzieci, które tylko czekają bym dała hasło do odwrotu.
Jeszcze stałym punktem programu są rozgrywki rodzinne czyli ujeżdżanie tatencjusza. Matencja korzystając z okazji naszej obecności stara się coś tam ugrać, czego nie jest w stanie wyegzekwować sama. Hasła w stylu "musisz mu powiedzieć" wywołują u mnie wysypkę. Kończy się na "bo on nigdy, a ja zawsze", albo odwrotnie. No i oczywiście oczekiwanie jest takie, że skoro ona na niego najeżdża to logiczne jest, że my/ja powinnam skarcić, zdyscyplinować tatencjusza, bo jeżeli nie będę za nią to znaczy, że jestem przeciwko niej. Tiaaa... Sielanka rodzinna. Z nami też tak będzie?

wtorek, 19 czerwca 2018

Mała
związek Małej przezywa kryzys od jakiegoś już czasu. Dokładnie rzecz biorąc to Mała ma kryzys :-) Dali sobie na wstrzymanie. Postanowili na jakiś czas zluzowac. Z tego co wiem rzadko kiedy po okresie luzu para schodzi się razem, ale niech mają. To decyzja Małej, bo Kawaler się zgodził, ale chyba za wiele nie miał do powiedzenia. Podobno już kilka razy tak proponowała, ale jak sama powiedziała Kawaler prosił by dała im jeszcze szansę, no to dawała. z jednej strony żal mi bo się przyzwyczaiłam do Kawalera, bo fajny, miły, sympatyczny, rozsądny, zaradny i Mała była zaopiekowana ;-) Z perspektywy rodzica było mi bardzo wygodnie. nie ukrywam :-)

Młody
mieszka wciąż z nami, póki co temat przeprowadzki ucichł. Zastanawiam się czy chwilowo czy na dłużej :-)

SZM
to dzisiaj szczuplasek, który od września 2017 do dzisiaj zgubił 30 kg. Roweruje, zdrowo się odżywia, zrobił się aktywny, nieco pogodniejszy. Jest lepiej ;-)

Nic więcej nie wyklikam, bo zbieram się do domu. Miłego popołudnia! I fajnych emocji w Waszych strefach kibica :-)

wtorek, 12 czerwca 2018

Mam niejako wolne, bo SZM w delegacji na drugim końcu Polski, wraca w czwartek.
Planowałam co innego, a wyszło co inne, czyli jak zwykle :-)
Po pracy pojechałam do matencji. Sto lat już u niej nie byłam. Nadrobiłam zaległości i swoje wyrzuty sumienia.
Za każdym razem gdy ją zlewam, nie jadę, nie słucham, nie jestem wystarczająco dobrą, grzeczną córeczką (oczywiście w moim własnym mniemaniu) mam zaraz wrażenie, że karma wróci i tak samo źle (?) będą mnie traktować moje własne dzieci.
Coś ze mną jest nie tak, bo nie potrafię być taką grzeczną serdeczną córeczką, nie wiem, nic na to nie poradzę, za każdym razem obiecuję sobie, że się postaram, zagram, przemyślę, a potem wystarczy kilka tekstów matencji i się wewnętrznie jeżę. Staram się obracać wszystko to w żart, już nawet jej powiedziałam, że w telefonie mam zamontowany czujnik i jak za dużo będzie nadawać na tatencjusza to limit się wyczerpie i połączenie zostanie przerwane :-)
Przesiedziałam u niej 3 godziny. Miałam w planie iść wieczorem na trening pobiegać, ale raz że się zasiedziałam, a dwa odpuściłam trening, bo po najpierw niedzielnym bieganiu w sercu Śląska w trzydziestostopniowym upale, a potem jeszcze też niedzielnym popołudniowym rowerowaniu z SZM, w niedzielę padłam jak kawka, a jeszcze wczoraj ledwo żyłam.
Z prawdziwą przyjemnością wieczorem obejrzałam koncert z piosenkami Zbigniewa Wodeckiego, na ten koncert czekałam od zeszłego tygodnia. Bardzo go lubię, lubiłam. I powiem szczerze wzruszyłam się, łezka mi poleciała...
Teraz oglądam film z Sandrą Bullock, a w tak zwanym międzyczasie wrzuciłam nowe przepisy na zapomnianego mojego bloga "Zeszyt z przepisami". Ciasto jogurtowe, mus czekoladowy to na słodko, a z innej beczki, tej mniej słodkiej to sałatka z kaszą bulgur, sałatka z surimi i śledzie z ananasem. Zapraszam :-)

Żyjemy, póki co bez specjalnych dramatów i dylematów. I oby tak jak najdłużej ;-)

Młody mieszka z nami, od czasu akcji pod tytułem "wyprowadzka" zrobił się tak miły i dobry, do rany przyłóż. Inna sprawa to fakt, że po drodze w czasie a właściwie to pod koniec akcji jeszcze zdążył pożyczyć rodzicom panny kasę. Pożyczał niby ze swoich, niby z naszych (bo to z tego co wcześniej wpłacał nam na życie). Nam jednak powiedział, że nie pożyczał, a po czasie wyszło szydło z worka. I moje pretensje dotyczą nie samego faktu pożyczania, ale kłamstwa. Z drugiej strony trochę go rozumiem, bo jak powiedział, powiedzieliśmy, że jest dorosły i ma robić jak uważa więc zrobił, a potem my mamy pretensje do niego, że zrobił źle, czyli niezgodnie z naszymi oczekiwaniami. Więc nie powiedział, skłamał, żeby się nie nasłuchać. I obiektywnie rzecz biorąc tu się zgadzam :-) Ale mu tego nie powiedziałam. No i jest taki milutki, bo czuje się winny :-)
Główną jego, Młodego, wadą i dla mnie problemem bardzo istotnym jest to, że upiększa rzeczywistość, przemilcza istotne fakty, nie jest wiarygodny, po prostu. I oczywiście zawsze wie lepiej. Masakra po prostu. Z bólem serca to przyznaję, ale jest tak, że niestety nie mogę powiedzieć, że coś co powiedział jest na pewno takie jak on powiedział, bo zawsze podskórnie obawiam się, że dodał, upiększył, podkolorował albo przemilczał. Mój tatencjusz jest taki sam. A ja bardzo, ale to bardzo się staram, bo wszyscy mówili, że ze mnie cały tatuś, więc ja na przekór wszystkiemu staram się tego nie robić, nawet czasem odejmuję kolorów :-) Może nawet aż za bardzo...

Mała, jak na studentke przystało ma właśnie sesję i póki co daje radę :-)))
Z nią nie mam tego typu problemów, jest zorganizowana, rozsądna, rzetelna, odpowiedzialna, słowna, do bólu wręcz. Może dlatego, że widzi w domu taki właśnie antywzorzec? Jeżeli cokolwiek powiem, poproszę o cokolwiek Małą to mam 100 procent pewności, że zrobi, postara się. A w przypadku Młodego - jakieś 50 i to nie wiem czy nie zawyżam... I żeby nie było - on wie że tak myślę, przy każdej wpadce ma to podane na tacy.
Powiem szczerze, to moje dziecko, i kocham go bardzo, wiadomo, ale... szczerze mówiąc nie wiem czy lubię, czy zostałby moim kolegą... Wyrodna matka ze mnie? Powinnam chyba bezkrytycznie podchodzić do własnego syna, ale chyba nie potrafię. Czy to znaczy, że jestem złą matką? Czy obiektywnie i realnie patrzącą? Czy to, że za każdym razem uczulam go w temacie prawdomówności i dotrzymywania słowa to jest tak zwany domowy mobbing? Pytam o której wrócisz? I sama mu już kiedyś powiedziałam, jak wydaje Ci się że o 22 to dodaj sobie pół godziny, albo dwie, jak wrócisz wcześniej to się mile zdziwię, a to lepsze niż "znowu nie dotrzymał tego co mówił". Bo teraz jest tak, że nawet jak się postara to i tak wiadomo, że "raz na jakiś czas mu się uda", nawet jak to jest często :-), a nie że tak jest i to jest normą. No cóż ma już przyklejoną łatkę. A opinię o sobie ciężko się zmienia, zwłaszcza na lepszą...