na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
sobota, 31 lipca 2010
Mała już domu. Nie wypowiada się negatywnie, ale fajerwerków nie widzimy. Może zbyt wiele oczekiwaliśmy my - rodzice... Sama nie wiem. Trochę konfliktów koleżeńskich było. Ale to w normie, w granicach normy.
Zazwyczaj martwię się takimi konfliktowymi sytuacjami, bo moja Mała ma ogromny instynkt przywódczy. Przewodzi stadem czy stado tego chce, czy niekoniecznie :-) Staram się ją temperować, ale w granicach normy. Problem jest gdy spotka innego przywódcę stada, albo członek stada nie chce się słuchać :-) Napisałam to w ogromnym skrócie, więc pewnie nie nakreśliłam sytuacji w całości, ale choć po części.
I zawsze mam dylemat czy dobrze robię temperując ją. Bo może powinna być tak przebojowa i rezolutna, bo może w życiu będzie jej lepiej, ale mnie chodzi o to, by zwracała uwagę na innych, by była wrażliwa na to czego chcą i co myślą inni. Zawsze się o to martwię. Nie chcę żeby była bestią...

Rodzinka w komplecie, ale tylko chwilkę, bo Mała od rana biega po podwórku, a Młody pojechał na jakieś spotkanie. O Woodstocku więcej nie wspominał. I dobrze.

Teraz ja mam uczucia mieszane. Odliczam dni do wyjazdu, ale wiem, że kiedy ten wyjazd nastąpi oznacza nieuchronnie koniec wakacji, bo jak wrócimy to już będzie rok szkolny... Co prawda tylko dla jednego dziecka, bo drugie potem będzie szykować się na obóz adaptacyjny z Uczelni :-))

Przejrzałam sobie dokładnie warunki tych studiów podyplomowych (firma płaci za wszystko) i program kierunku, który wybrałam.
 I żałuję.
Żałuję, że przejrzałam, bo szanse mam mierne, a teraz mi dopiero będzie żal jak się nie załapię... :-)


środa, 28 lipca 2010
Zimno, leje, wszędzie błoto, kałuże, do tego niskie ciśnienie...
Bleee...

Mała z obozu dzwoni codziennie. Zachwycona nie jest. Nasłuchała się od koleżanek, które były rok temu, opowieści i historii różnych. Nasłuchała i wyobraziła sobie to wszystko po swojemu. Czekała na ten obóz jak nie wiem co. I okazalo się, że wyobrażenia były inne a realia inne. Chciałoby się rzec "rzeczywistość skrzeczy". Wiem, że nie jest źle, wiem, że krzywda jej się nie dzieje, wiem, bo na te obozy jeździł Młody, więc wszystko sprawdzone, ale jakoś po głosie, po tonie po relacjach słyszę i czuję, że nie jest tak hiper-super. Poza tym pewnie tęskni. Pomijając Zieloną Szkołę to jej pierwszy wyjazd. Wiele jej nie zostało, w sobotę już będzie w domu razem z nami. Jestem szczerze zdziwiona, bo przypuszczałam, że będzie zachwycona i że szaleństwo będzie pełne. Już wiem, że jazda konna jej się spodobała (może zapiszę się na lekcje?), nurkowanie było OK, ale nie za głęboko (instynkt samozachowawczy mnie ciągnął pod powierzchnię a nie w dół), na paint-ballu nie była (koleżanki nie chciały, a samej to jakoś tak głupio), plaża jej się nudziła (ileż można plażować?) a na desce pływać nie umiała (kłopoty z równowagą), do tego miała całą masę innych atrakcji więc na nudę nie narzekała na pewno. Może nawet zbyt wiele tego było (najfajniej było w pokoju, bo można robić co się chce). W sobotę wysłuchamy opowieści, pooglądamy zdjęcia, podliczymy straty (póki co opaska na włosy i jedna bateryjka-akumulatorek) i zrobimy bilans :-)
Młody zagadywał o Woodstock. Okazało się, że SZM jest kompletnie przeciwny takiemu wyjazdowi, a póki co Młody nie naciska. ...albo aż tak mu nie zależy, albo pogoda mu nie pasuje (u nas zimno i mokro), albo dopiero przypuści zmasowany atak na nas oboje. Się okaże.

Wizyta Prawie-Cioci dobiegła końca, matencja odpocznie. My też. Matencja bardziej nerwowa bo zmęczona, ja psychicznie obciążona jej nerwami spalam się wewnętrznie, na zewnątrz zachowując pozory. Każda wizyta to jak siedzenie na minie. Każda dyskusja powoduje iskrzenie na maxa, a ja heroicznie wcielam się w rolę sapera. Jestem już zmęczona. Potrzebuję urlopu. Na odległość. Od pracy, od rodziny, od wszystkiego co tutaj blisko.

Powiem Wam cicho na ucho - w pracy zgłosiłam się na ...studia podyplomowe, ale zapewne nic z tego nie wyjdzie. Tak sobie tu odnotowuję, żeby nie było, że nie chciałam :-)))

A my planujemy dzisiaj kino. Seks w wielkim mieście. Rezerwacja już zrobiona, towarzystwo miłe zapewnione. Vivat Środa z Orange!
poniedziałek, 26 lipca 2010
Towarzyski pracowity weekend, wypełniony po brzegi.
Obiecaliśmy sobie, że następny będzie spokojny i leniwy, tęsknimy za nudą :-)
Nadrabianie zaległości towarzyskich, które mamy z powodów różnych, między innymi moich studenckich, trochę potrwa. do tego niezapowiedziana wizyta jednej z Zagranicznych-Prawie-Cioć. Usiłujemy to jakoś połapać wszystko i wychodzi nam taki maraton, że wysiadam w biegu.
A do wakacji, naszych wakacji coraz bliżej... :-) Uczucia mieszane to radość, że one są coraz bliżej nas, a smutek, bo jak już będą to znaczy, że szkoła bliziuchno...
piątek, 23 lipca 2010
Matencja. Temat powraca.

Starość,
zmiany poudarowe,
mam swoje lata i wszystko mi wolno,
ale o co chodzi...?
Całe życie byłam potulna i spokojna(?) to teraz sobie odbiję z nawiązką
przecież ja nie chcę źle...
to już nawet zapytać nie wolno...

Nie nie chcę nic jeść, nie jestem głodna, ja nie przyszłam tu żeby jeść

spuszczona głowa, nos na kwintę,
nieobecne spojrzenie
od czasu do czasu komentarze rzucane ni z gruszki, ni z pietruszki


czwartek, 22 lipca 2010
Cały, zdrowy, strzaskany na mahoń, jeszcze nie wiem czy zadowolony, bo śpi, ale jest już w domu. Dorosły facet (jak mawia sam zainteresowany - nie dorosły, tylko pełnoletni), a jednak dziecko :-)
Drugie dziecko dzwoni codziennie i na szczęście głos już jest w pełni radosny, bo jak do tej pory serce matki czuło dziwną nutkę :-)

Wczoraj obejrzeliśmy fajny film The Blind Side, Sanda Bullock i inni. Polecam, bo warto. Trochę ckliwe i łapie za serce, ale fajne. Na faktach!

Bezdzietny czas wziął się i skończył :-)
niedziela, 18 lipca 2010
Deszcz i w końcu chłodno się zrobiło. Mam nadzieję, że niezbyt długo. Teraz z niepokojem myślę co tam u Małej i czy przypadkiem zbyt mało ciepłych rzeczy nie zabrała, ale chyba nie. Pakowanie to był koszmar, bo po co jej ciepłe rzeczy jak na dworze taki skwar i po co cokolwiek przeciwdeszczowego, skoro żar się z nieba leje?

Młody gdzieś tam w Polsce, teraz podobno u babci jednego kolegi. Niech ma, niech korzysta z życia. Byle rozsądnie (qrcze, bo ten krawat przecież złapał! ;-/) Śmiech mnie ogarnia jak sobie przypomnę jak jedno drugie czyli SZM i ja, przekonywaliśmy się wzajemnie, że dobrze zrobiliśmy zgadzając się na wojaże Młodego na Mazury Niech jedzie, przecież jest młody. No, i rozsądny. Niech jedzie, przecież dorosły jest. My też przecież jeździliśmy nie? No właśnie, niech jedzie.
Mógł przecież pysknąć nam cokolwiek, zabrać tyłek i w drogę (bo finansuje się tym razem sam), a on potulnie czekał na nasze zdanie.
Bo faktycznie tak było.

Potężny kamień spadł mi z serca wraz z wiadomością, że dostał się na te studia. Los chyba chciał, żeby to był cokolwiek inne niż on zamierzał, bo niestety, ale na swoje wymarzone stosunki międzynarodowe i prawo, wstyd powiedzieć, ale nie dostał się nigdzie.
Nie jestem tez pewna czy to na pewno był wymarzony kierunek, czy tak sobie wydumał, bo jego plany były bardzo wydumane i dalekosiężne, fakt, że ambitne i nie powinno się podcinać dziecku skrzydeł, ale ja jestem bardzo prozaiczna i stoję twardo na ziemi. Placówki dyplomatyczne, konsulaty, wydają się być poza zasięgiem nas maluczkich zwykłych szarych obywateli, których dzieci zdaja matury na czwórki. I nie piszcie mi że to nieprawda.
Jemu tego nie powiedziałam, nie podcięłam skrzydeł. Los je podciął.
Ekonomia wbrew pozorom tez jest kierunkiem humanistycznym, a kierunek wybrany przez niego bardzo interesujący, na czasie i zbieżny z jego wcześniejszymi planami.
Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości będzie zadowolony, a jak nie to świat się nie zawali przecież, studia zawsze można zmienić.

W sierpniu czeka go kolejny egzamin na prawo jazdy. Jak go nie zda to chyba będzie musiał na nowo pisać teorię, bo pól roku minie we wrześniu, na początku miesiąca i pewnie nie załapie się na szybki kolejny termin. Miał tam jeździć i wypraszać szybszy termin, ale póki co był raz, a teraz go nie ma

Imprezy rodzinne pod tytułem wesela są fajne, bo rodzina dawno nie widziana ma okazję się spotkać, oplotkować nieobecnych i tych, co daleko siedzą :-) Trafiły nam się takie imprezy nawet dwie; najpierw srebrne gody, a potem legalne normalne wesele. Zabawa była przednia i tu i tam.
Na pierwszej imprezie nawet towarzystwo teściowej nie zdołało mi zepsuć imprezy. Wytańczyliśmy się za wszystkie czasy.
Na drugiej imprezie, nie bardzo pasował mi zespół przygrywający do tańca, ale jak stwierdziliśmy z SZM – zaczęliśmy ten rok koszmarnym zespołem i takie zespoły będą nas prześladować cały rok, faktem jest, że idzie ku lepszemu, bo ten sylwestrowy zespół to był najgorszy koszmar jaki sobie można wyobrazić. W tańcach nam nic nie przeszkodziło, bawiliśmy się dobrze a to przeciez najważniejsze. Młody jak się rozkręcił to oczom nie wierzyłam :-) No i ten krawat, ale jak się okazało, nie znał reguł gry, specjalnie się o niego nie starał, wysoki jest i po prostu wyciągnął po niego rękę :-)))

Nie chce mi się wierzyć, że to koniec studiów, że nie pojadę już na żaden zjazd. Szczerze powiem, poszłabym dalej, ale szkoda mi kasy. Serio. Może trafi się coś z jakichś środków unijnych albo inne jakie, nie wiem. Zarzekałam się, że na pewno nie, ale tak na serio teraz myślę, że bym poszła. Chyba.
Póki co wierzyć mi się nie chce że już nic nie muszę. Nic.
I nie pochwaliłam się, że wszystko mam na piątkę, to się właśnie chwalę. Samą siebie zadziwiłam, bo zero stresu, nerwów, czegokolwiek, ani wcześniej ani w czasie. Nawet zaczynałam się niepokoić tym brakiem nerwów. Podeszłam do tego jak do swobodnej dyskusji. Marnuję się chyba :-) W samo zachwyt wpadnę za chwilę…
Żeby wrócić na ziemię przyznam, że niestety papier, który właśnie zdobyłam w mojej karierze zawodowej wiele nie zmieni, finansowo również. Skończy się na uścisku ręki dyrektora. Taka branża. Ale satysfakcja własna, osobista jest :-)))

SZM stanął na wysokości zadania. Dostałam gratulacje i śliczne kolczyki kupione za jego zaskórniaki, tak mi powiedział i faktycznie płacone były gotówką :-) Kolczyki to komplet do wisiorka/łańcuszka, który dostałam na urodziny, tegoroczne. Zaprosił na wczoraj naszych znajomych na oblewanie, sam własnoręcznie przygotował wszystko i obsługiwał caluteńką imprezę ze sprzątaniem po niej włącznie. Nauczona doświadczeniem wyniesionym z domu, gdzie tata w domu praktycznie nie robił nic, a kuchni to już w ogóle, zastanawiam się czy ja nie jestem za wygodna, rozpieszczona. I w gruncie rzeczy cieszę się, że jemu tak się chce i co najważniejsze że sprawia mu to frajdę.

No to się rozpisałam…
Rozpisałam się w Wordzie i teraz nie mogę tu tego wkleić, bo mi wyskakuje komunikat, że treść wpisu jest zbyt długa. Wcale aż taka długa nie jest więc nie wiem o co chodzi, ale będę próbować.
Młody dalej wędruje przez Polskę, jego powrót z pól grunwaldzkich się opóźni, ale nie mam nic przeciwko, skoro przejechał tyle km niech trochę poużywa życia.
Czy ja pisałam, że na weselu, na którym byliśmy - Młody złapał krawat po tzw. oczepinach? Nie żebym była przesądna, ale ciarki mi po plecach przeszły.
Mała dzwoniła z obozu, ciężko jej idzie aklimatyzacja - wydaje mi się, że nie powinno mnie tu być zabrzmiało niezbyt optymistycznie.
Jutro do pracy po tygodniu siedzenia w domciu. Oj, ciężko będzie.

sobota, 17 lipca 2010
Żar się z nieba leje.
Gdzieś tam w tym upale moje duże dziecko znaczy Młody na polach grunwaldzkich bywa. Na szczęście w charakterze widza, a nie w zbroi.
Mała autobusem przemierza właśnie Polskę w drodze na obóz.
A my... póki co możemy być niegrzeczni.

Pozdrawia Was mgr Anonimka ;-)
 
1 , 2