na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
wtorek, 31 lipca 2012
...ależ mam pracowego lenia, nie mam siły ani ochoty na nic. Zwłaszcza w sferze dotychczaswego zajęcia, bo do tych przesiadkowych rzeczy to nawet mnie trochę ciągnie, pewnie dlatego, że to nowość. :-) Jestem z siebie miejscami dumna i blada, bo coraz częściej zdarza się, że wiem o czym do mnie mówią :-)))

wybiła wczoraj godzina zero. Na wadze wskazówka pokazuje równiutkie osiem dych. Najwyższy czas wziąć się za siebie. No to start. Wczoraj i dzisiaj dałam radę bez słodyczy i podjadania. Oby tak dalej. Trzymanie kciuków mile widziane :-)

Mała nie daje znaku życia. Znaczy, że dobrze, prawda? Tatuś, SZM znaczy się zadzwonił dzisiaj rano i powiedział, że jest OK. Że chcą ją też na trzeci tydzień, bo drugi właśnie leci. Mamy tylko dylemat czy aby na pewno nie będzie im przeszkadzać...

Młody zakończył praktykę studencką. Gdyby nie to, że we wrzesniu ma jakiś egzamin to można by rzec, że ma wakacje. No niby ma...
Martwię się o niego. O jego przystosowanie społeczne rzec by można. Czy on sobie znajdzie jakąś dziewczynę... Jeszcze trochę i mu większość koleżanek za mąż wyjdzie. Wiem, przesadzam, ale już sama nie wiem czy nie wolałabym... a zresztą chyba jednak nie. :-)

Remont balkonów w naszym bloku idzie dosyć szybko. Mam nadzieję, że do jesieni damy radę jeszcze posiedzieć na odnowionym balkonie. Bardzo bym tego chciała :-)

Jutro spotkanie eks-studentek. Jakoś nie bardzo chce mi się iść, ale już ostatnio chyba dwa razy nie byłam więc wypadałoby jednak dupcię ruszyć, bo jeszcze trochę i przestaną zapraszać :-)


sobota, 28 lipca 2012
Wiedząc, że mieszkanie nasze obrasta kurzem, bo sprzątane od dłuższego czasu tylko przez dzieci i SZM, a ostatnio nie sprzątane wcale, a do tego oblepione kurzem, bo remont balkonów w naszym bloku trwa w najlepsze, uznałam, że chrzanię sprzątanie, jutro, znaczy w sobotę jadę na uczelnię, więc jak sobie chłopaki posprzątają tak będą mieć. A ponieważ przede mną ostatni przedwakacyjny zjazd studencki postanowiłam odgruzować siedlisko za tydzień, ewentualnie w ciągu najbliższego tygodnia.
Tuż przed końcem mojej pracy zadzwonił do mnie SZM informując, że umówił się z moim rodzeństwem, że dzisiaj do nas wpadną. Sto lat u nas nie byli, nowej kuchni nie widzieli, więc uznałam, że nie mogę mojej Perfekcyjnej Połowie Rodzeństwa pokazać tego, co zastałam we własnym domu po powrocie z pracy. I niewiele mysląc zabrałam się do roboty. Jutro muszą tylko umyć schody na klatce schodowej, bo resztę mają odpicowaną :-)
I tak to moje nicnierobienie i lenistwo błogie i piątkowe zamieniło się w wyścig na szmacie, miłą nasiadówkę z rodzeństwem, potem walkę z opadającymi powiekami kiedy to usiłowałam oglądać otwarcie olimpiady walcząc ze snem, potem z wrzucaniem do torby rzeczy niezbędnych na studenckim wyjeździe, a potem jeszcze na klikaniu w klawiaturę, bo przecież sen zwalczyłam, prawda?

piątek, 27 lipca 2012
weekend (nieco dłuższy) w Paryżu
Zaczęłam opracowywać nasze plany zwiedzania Paryża.
Ależ się naczytałam...
Do dyspozycji mamy czwartek, piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek. Wydawać by się mogło, że 5 dni. Przylatujemy w czwartek po południu, nim dostaniemy się z lotniska do hotelu, zakwaterujemy to zostaje nam jakiś wieczorny spacer i tyle. A wylatujemy w południe w poniedziałek. Więc pobytowych pełnych dni mamy 3 (pt., sob., ndz.).
I czego to byśmy nie chcieli zobaczyć, gdzie pojechać... Luwr, Wersal, Notre Dame, Saint Chapelle, Conciergerie, ogrody Tuilleries, Centre Pompidou, Muzeum fundacji Cartiera i Quai Branly, Plac Vendome i Plac Zgody de la Concorde, mosty rozmaite, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, Arka - La Defense, Park La Vilette i muzeum Nauki, muzeum paryskich kanalów, Bulwar Clichy z Moulin Rouge, Ogrody Trocadero, Muzeum Orsay, Kosciół Inwalidow, Kościół Saint Germain, Mont Martre i Bazylika Sacre Couer i rejs po Sekwanie i sama nie wiem co jeszcze... Warto popatrzeć, nacieszyć oczy i wyobrazić sobie, że już wkrótce anonimkowe stopy będą deptać po paryskim bruku :-) A wcześniej po raz pierwszy w życiu zakosztują latania samolotem.

I jeszcze trzeba wiedzieć jakie bilety do transportu kupić, jaki w ogóle tam działa transport. Jaki jest koszt ogólny biletów wstępu, gdzie zjeść i takie tam inne. No ogrom informacji do ogarnięcia.
Trafiłam na perełkę w postaci bloga, gdzie dziewczyna wszystko pięknie opisuje i tłumaczy. No po prostu super. Jeszcze tylko przeczytać, zweryfikować, opracować na własne potrzeby i gotowe.

Teraz oczy same mi się zamykają, więc nie mam siły już na nic. Dobranoc.





środa, 25 lipca 2012
Dziewczę wakacjuje, robi pasemka(!!!) i póki co jest chyba zadowolone mimo, że pogoda deszczowa.
Młody praktykuje wciąż.
Dzisiaj obaj moi mężczyźni poleźli do kina. A ja zrobiłam sobie wagary (kolejne!!!) od szkoleń, rzuciłam farbę na włos i zamiast cokolwiek w domu zrobić, to stworzyłam sobie skrzynkę mailową z materiałami szkioleniowymi dotyczącymi przesiadki, żeby w każdej chwili móc sięgnąć po to, co akurat będzie mi potrzebne. Bez konieczności noszenia pendriva. Mam nadzieję, że się przyda :-)

wtorek, 24 lipca 2012
sny przywołują mnie do porządku.
Ilekroć zdarza się, że gdzieś tam w głębi duszy zaczynam analizować swoje małżeństwo, postawy życiowe SZM i takie inne ćmoje-boje i kiedy analizy te wychodzą niekorzystne dla nas, dla SZM, to zazwyczaj tak się składa, że moja podświadomość serwuje mi sen z cyklu "Anonimka traci SZM". Fabuły bywają różne, nie żeby to się zdarzało aż tak często, bo jestem w stanie chyba policzyć te przypadki, ale zazwyczaj - a to śmierć, a to zdrada... Konsekwencje są jednoznaczne - tracę SZM. I wiem jak to smakuje. Gorzko.
Faktem jest, że taki sen stawia mnie do pionu i pokazuje co (i kto) naprawdę jest dla mnie ważne.
*
Zmiana tematu. Temat:
"sprzedaż" Małej do góralskiej rodziny.
Mam chyba zbyt mocno wykształconą empatię i za bardzo komplikuję sobie życie. Zawsze zastanawiam się czy aby ta druga strona naprawdę nie będzie miała zbyt wielkiego kłopotu, czy na pewno mogę i takie tam dyrdymałki. Póki co Mała przysłała sms-a, że jest OK. Serce matki się uspokoiło. Nieco.
**
w pracy
coraz trudniej być po tej samej stronie barykady co dotychczasowi współpracownicy.
Maleńka podwyżka jest już zatwierdzona, podpisana. Nie chwalę się żeby nie wzbudzać niepotrzebnych emocji. I tak się krzywią na moje dotychczasowe tak zwane przywileje. Jak powiedział SZM nie ma co patrzeć na sentymenty, bo nikt nade mną płakać nie będzie. Przykre ale prawdziwe.
Sprawa mojego urlopu już jest praktycznie przesądzona. Już zostało to wyartykułowane. Dostanę tylko tydzień. Nie ma obsady. Dwutygodniowy kodeksowo-gruszowy urlop już wykorzystałam podczas remontu, więc nie mam pola manewru. I SZM pierwszy tydzień swojego urlopu spędzi sam, a ja będę zapylać do pracy. Potem pojedziemy na tydzień nad morze, ale tylko we dwoje, bo to firmowy wyjazd i nie ma w nim miejsca dla dzieci (patrz Mała). A po cichu planowaliśmy sobie, że podczas tego pierwszego tygodnia pojedziemy gdzieś wszyscy w czwórkę. Plany sobie życie sobie...
Zastanawia mnie tylko co by było gdybym już miała wakacje zarezerwowane i wykupione. A poza tym ta, która teraz mi powiedziała, że teraz nie mam szans na dwutygodniowy urlop, bo nie ma obsady, co i rusz rzuca hasła na temat wspólnego urlopowego wypadu za rok. Obsada będzie najprawdopodobniej taka sama jak teraz więc jakim cudem damy radę w tym samym czasie? To jest dobre pytanie, które zamierzam jej zadać...

...a tymczasem idę do kuchni, gdzie czeka na mnie koszyczek malin...




poniedziałek, 23 lipca 2012
Zaliczyliśmy sympatyczny weekend w górach. Sznur samochodów na "zakopiance" skutecznie zniechęca do powrotu w czasie weekendu dlatego wracaliśmy dopiero dzisiaj :-) A Mała została u rodziny SZM. Wakacjuje :-)

Dla mnie prywatnie to weekend pełen wrażeń i kontrastów. Każda rodzina (w ujęciu ogólnym) jest inna, ma inne podejście do życia, religii, wartości, porządku, czystości itp. I nie zalezy to od tego czy to miasto czy wieś. Nie mniej jednak jestem pod wrażeniem. Zaliczyliśmy wizytę tak przy okazji, po znajomości. Zobaczyłam prawdziwy góralski stary dom na tak zwanym końcu świata, wysoko w górach, gdzie wchodzi się pod kątem czterdziestu pięciu stopni po bardzo kamienistej drodze, ma się wrażenie, że jest się na szlaku. Lata  świetności tego domu minęły dawno. Szacun wielki dla mieszkańców, ale ich się przeciez nikt nie pytał czy chcą, oni tam mieszkają od zawsze. Mam wrażenie, że to jest prawdziwe życie, nie pogoń za czymś ulotnym wymyślonym przez człowieka, ale taka bliskość z naturą. Tam nikt się nie przejmuje błahostkami. A to co oni widzą u siebie na co dzień my możemy zobaczyć na filmach przyrodniczych jak łaskawie publiczna TV puści nam coś w te klocki. Widoki zapierają w piersiach dech...











czwartek, 19 lipca 2012
Czeka nas zaplanowany od dawna wyjazd do Paryża. Teraz trzeba przysiąść i zaplanować zwiedzanie. Oj masa ślęczenia w necie przede mną. Wujek Google wiele pomoże, ale szczegóły trzeba dopracować samemu.
W sobotę wywozimy Małą do rodziny SZM. Dzisiaj niespodziewanie miała okazję załapać się na kolonie nad morze, sama zrezygnowała. Z jednej strony szkoda, z drugiej OK. Raz, że nie wiem kto się miał nimi opiekować, jakie dzieci, skąd to i w ogóle, a dwa, że jak się już umówiliśmy że ją zawozimy to niech tak będzie. Może skorzysta dziecko koleżanki. żal nie korzystać. Się okaże.
Remont balkonów w naszym bloku trwa. Pozaklejane folią okna, stuki, puki i wiercenia - same atrakcje :-)
Trzeba zapakować Małą, zrobić jakieś zakupy, kupić słodycze dla dzieci, upominki, upiec  ciasto, żeby zabrać je ze sobą i w ogóle nastawić się wyjazdowo. A dzisiaj już czwartek więc to wszystko jutro, bo dzisiaj mi się nie chce :-)
Wieje okropnie, aż strach wychodzić z domu. Mam nadzieję, że rusztowania wokół budynku trzymają się mocno.

Jakoś nie mam weny do pisania, ciężko mi się skupić na treści bo czas goni, za chwilkę chłopaki wrócą (SZM z pracy, Młody z praktyki) i trzeba jakieś żarciuszko przygotować.
No to lecę do kuchni.


niedziela, 15 lipca 2012
Studencko
Kolejny studencki weekend zaliczony. Wakacje dopiero w sierpniu. Potem we wrześniu jeszcze takie błyskawiczne zjazdy i obrona pracy końcowej a potem fiuuu i już po wszystkim. Wierzyć się nie chce.
Matencja
żeby nie było tak zbyt pięknie i ślicznie to znowu matencja podniosła mi ciśnienie. Długo  by opowiadać wszystko to, co miało miejsce wiele lat temu i z czego co wynika. Nie mnie oceniać czas miniony. Faktem jest, że tatencjusz dawał jej do wiwatu. Tak mówi matencja. Drugiej strony nie pytałam. A on sam się nie opowiada. Na szczęście. Wystarczy mi opowieści ze strony matencji.
Wystarczyło, że zakwestionowałam to, co mówiła matencja twierdząc, że to, co sobie wymyśliła nie musi być prawdą, że to co słyszała nie jest dla mnie dowodem, a już oczywiście usłyszałam, że "zawsze ciągnę za ojcem". Uznałam po prostu, że w tym wypadku kiedy ona utwierdza się w przekonaniu (moim zdaniem błędnym), że ma potwierdzenie na to, o czym od lat opowiada przy każdej nadarzającej się okazji, że czas zareagować, że nie mogę jej po prostu wysłuchać, że ktoś powinien wylać na nią kubeł zimnej wody, żeby się tak nie nakręcała. I oczywiście matencja się obraziła, a ja swoje usłyszałam. W mysl zasady jeżeli nie jesteś ze mną to znaczy, że przeciwko mnie.
I szlag jasny mnie trafia!

= = = = = = = = =
godz. 23.50

Mała wróciła z Londynu.
Miasto jej się podobało. Bardzo. Jedzenie mniej. Zakwaterowanie było u brytyjskich rodzin. Rodzina do której trafiła Mała razem z koleżankami jakoś się chyba specjalnie nimi nie przejmowała. Z opowieści Małej wynika, że byli tacy, co trafili gorzej, ale i byli ci, którzy mieli zdecydowanie lepiej:-(
Pomijając kwestię wyżywienia (bo było mało i wszystko tak zwane gotowce, a Mała jeść lubi, mimo, że nie wygląda) Mała wróciła zadowolona. Zrobiła całe mnóstwo zdjęć. Widziała tyle, że miała problem z opisaniem zdjęć, bo wszystko jej się myliło :-) Najważniejsze, że wróciła cała, zdrowa i zadowolona :-)
Zaczynamy zatem zbierać kasę na wyjazd za rok.
Nie wiem jeszcze gdzie, ale tryb turysty-zwiedzacza został uruchomiony :-))

= = = = = = = =
słówko wyjaśnienia - magisterkę mam już w kieszeni, teraz kończę studia podyplomowe :-)))




czwartek, 12 lipca 2012
pracowo
przypuszczałam, że prędzej czy później zacznie się wykorzystywanie, więc nie powinnam być zdziwiona, a jednak trochę jestem. Fakt, że wyskoczyła sprawa nagła, choroba nie wybiera, tak się to mówi; fakt, że jeżeli się nie zgodzę to ktoś nie pójdzie na urlop, a na pewno tego by nie chciał; fakt, że korona mi z głowy nie spadnie. Muszę tylko sama siebie pilnować, żeby nie wychodzić przed orkiestrę, zbyt wiele umiejętności nie pokazać, bo wiadomo że jak raz pokażę że potrafię, to już umarł w butach. A w kwestii podwyżki padło słówko maleńka. No ale zawsze coś, cokolwiek. Zwłaszcza, że dzisiaj dostałam właśnie kartkę z nowym naliczeniem czynszu.
domowo
Remont balkonów w toku. I tak już do końca wakacji. Zafoliowane okna. Na szczęście tylko balkonowe. Sama przyjemność. Zwłaszcza w czasie wakacji.
Zepsuła mi się maszyna do szycia, poszukałam magika, zadzwoniłam, umówiłam. Przyszedł, naprawił. Wyszło mi na to, że facet zarabia stówkę na godzinkę. Jak mi strzelił kwotą 200zł to mi dech zaparło, dobrze, że w portfelu tyle było :-)
Mała właśnie jedzie przez Niemcy, już w stronę domu. Na powitanie zażyczyła sobie pizzę :-)
Już się nie mogę doczekać...
Setny wpis może i powinien być jakiś taki bardziej uroczysty, ale nie będzie.
Wycieczka
...udana. Fajerwerków nie było, ale całkiem OK. Dał nam w kość upał, oj dał. A potem burza, pioruny, grzmoty, deszcz. Czasem słońce, czasem deszcz :-)
Kazimierz D. i Sandomierz. Tam byłam. Chyba wyobraziłam sobie zbyt wiele, zbyt wiele się spodziewałam. Miasteczka ładne, ale chyba z tego upału jakoś tak specjalnego wrażenia na mnie nie zrobiły. W Kazimierzu widoczki ładne, malownicze, a ja najbardziej pamiętam... natarczywość cyganerii. Obrzydliwe to było.
W Sandomierzu była akurat jakaś impreza, więc tłoczno, pełno straganów, budek, ludzi... Zgubił się w tym wszystkim sam Sandomierz. Oczekiwałam urokliwego małego miasteczka, spokojnego, wyciszonego...
domowo czyli SZM
ciężka atmosfera między mną i SZM. Oficjalnie jest OK i w zasadzie przyczepić się nie ma do czego. Ale czuję...
Zmienia się mój sposób patrzenia na SZM. O jego fizis nie wspominam, bo już sama nie wiem jak mam go zmotywować do dbania o siebie, do odchudzania się, poruszania troszkę. Gadania na ten temat z jego strony jest co nie miara, ale jakoś działania i efektów nie widać. Ruchu unika jak ognia, jak tylko może wysługuje się wszystkimi wokół.
Zrzędzi, marudzi, kwęka i narzeka. Szczytem był jego komentarz podczas dekoracji zwycięskich siatkarzy. Uszom własnym nie wierzyłam kiedy zamiast cieszyć się z sukcesu jak zwykle zamarudził - ciekawe czy za rok uda im się go utrzymać. No ręce mi opadły, nie omieszkałam tego skomentować.
Czasami myślę z przerażeniem, że gdybym teraz miała się zdecydować raz jeszcze na małżeństwo z SZM to nie jestem pewna czy bym za niego wyszła, bo ostatnimi czasy światopogląd mu się skrzywia i to nie w tę stronę gdzie zwykle było nam po drodze.
Usiłuję go sama przed sobą tłumaczyć, że jego praca, że moja nieobecność, że stres, ale kurczę blade jak długo można?
Mała
wakacjuje czyli zwiedza Londyn. Z niecierpliwością czekam na powrót, na opowieści, zdjęcia i przytulaski... I cały czas się martwię jak jej tam jest...
Młody
pracuje w ramach praktyki studenckiej. Praca podoba mu się i to bardzo. Szkoda tylko, że mu za to nie zapłacą :-(
Babskie spotkanie
było podczas mojej nieobecności. I jakoś mi nie żal. Mam wrażenie, że tracę z nimi kontakt. Dawniej jeszcze odwiedzałam Oną, a Ona mnie i plotkowałyśmy o wszystkim, a teraz widuję się z nimi i z Oną tylko na tych spotkaniach. A to zbyt rzadko na bliższe kontakty. Znamy się jak łyse konie więc niby nie powinno to przeszkadzać, ale cóż, mam wrażenie, że się oddalam...
Studenckie spotkanie
też odpuściłam, bo to był czas kiedy miałam tyle szkoleń na głowie. Na tamte spotkania to nie ciągnie mnie wcale, ale to nie ta liga co spotkania babskie :-)
matencja
oprócz codziennych sporów i utarczek z przygłuchym tatencjuszem biega po lekarzach, szukając ratunku dla swoich dolegliwości. Podobno kręgosłup ma zharatany (jak to się poprawnie pisze?) na maxa. Doktor podobno coś mówił o operacji. Miejmy nadzieję, że to tylko strachy na lachy
Zdrowotnie
Obiecałam już sobie, że jak tylko skończę te studia to zabieram się do naprawy swojego ciała. Na początek - żylaki.

i jak zwykle siadłam na chwilkę, na moment i ani się obejrzałam minęła północ... a nawet więcej :-)


 
1 , 2