na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
sobota, 30 sierpnia 2008
Złość we mnie rośnie, rośnie, kumuluje się i za chwilę eksploduję.

Wymieniamy drzwi. Zewnętrzne, wewnętrzne.
Zewnętrzne już zrobiła ekipa, nam zostało wykończenie ściany i elementów ściennych.
Drzwi wewnętrzne - trzeba przyciąć. SZM pożyczył narzędzie pod tytułem wyrzynarka. Wczoraj zakupił nowe ostrza, obciął jedne drzwi. Dziś miał dokupić ostrza, żeby dociąć resztę drzwi.
Czy mój SZM mógłby tak po prostu dokupić coś za parę złotych i korzystać z pożyczonego sprzętu? Dobre pytanie...
Zadowolony z siebie przyjechał z super-lux-narzędziem. Oczywiście zakupił był to narzędzie, które w jego mniemaniu jest dla nas narzędziem niezbędnym. Dziwi się dlaczego ja nie pieję z zachwytu nad jego zaradnością. Nie, promocji nie było. Nie, okazji też nie. Narzędzie jest oczywiście full wypas i nie byle jakie, bo jakżeby tak.
Strawiłam, pomyślałam - ok, nie płacimy za montaż, de facto zaoszczędziliśmy, ma być lepszejsze to narzędzie od tego pożyczonego, niechaj ma, niech będzie.
I właśnie to nowe wypasione na maxa super-lux-hiper-mega-trend-i-dżezz narzędzie spartoliło nam jedne drzwi. Może nie samo ono, narzędzie, a SZM przy użyciu owej machiny. Coś tam się z----ło, on patrzył na laser, LASER BYŁ NIEUSTAWIONY, i jak się potem okazało brzeszczot narzędziowy był się skrzywił i dupa blada, skaleczone drzwi na maxa. Teraz trzeba kombinować jak zakleić. Drzwi do wuceta, drzwi które są non-stop w użyciu, drzwi w które się wpatrujesz siedząc na toalecie. Nosz, !@$$#%$H^! Też se wybrał drzwi do spartolenia!!!
Na chwilę obecną zostały jedne, ostatnie drzwi do przycięcia, a sytuacja wygląda następująco. Nożyków do sprzętu pożyczonego już nie dokupił, bo przecaś zakupił lux-wypas machinę. Do machiny noże kupił, ale mało.
I  stoimy z robotą. Zostało:
- dociąć ostatnie drzwi
- wywiercić/wyciąć 8 otworów na wentylacyjne tuleje (w toalecie i łazience)
- kupić klamki, szyldy, elementy maskujące (znaczy listewki) na ścianę do przedpokoju
- zamaskować drzwi, które spartolił
- dokończyć/wykończyć ścianę przy drzwiach wejściowych, elementy zabudowy znaczy się zamontować
- pomalować futryny
Termin prac remontowych nas z lekka goni, bo chcemy za tydzień imprezkę urodzinową zaległą Młodemu zrobić.
Do kompletu do tego wszystkiego trzeba jeszcze:
- pojechać po w/w remontowe rzeczy do sklepu, marketu,
- zapełnić lodówkę, bo tylko mamy tam światło,
- posprzątać chałupę z wszechobecnego kurzu, pyłu,
- zrobić pranie,
- wyprasować jedną stertę nim wyschnie druga,
- przygotować dzieci, a przynajmniej Małą do szkoły.
Jakiś obiad jeszcze by się zdał.
Sporo roboty, prawda?
A co robi SZM?
Jutro z rana jedzie na grzyby. Na grzyby!!! Bo się umówil, bo bardzo chce, bo przeciez już od dawna go nosi. Nosz !@^%U(*! Szczerze mu życzę, żeby nie znalazł ani pół grzyba. Jeszcze mi wmawia, że wróci na 10. Tu mi kaktus... I kompletnie mnie załamał kiedy się okazało, że owszem się umówił, ale jedzie naszym autem.
Więc tak.
Zakupów nie zrobię, bo nie mam auta.
Żadnych, ani spożywczych, ani remontowych.
Sprzątać nie ma po co, bo wycinanie i skracanie drzwi w toku. Nożyków/brzeszczotów dokupionych nie ma i co gorsze już wiemy, że nie wszędzie są, bo wieczorkiem jeszcze pędziliśmy do marketu.
i tak o se będę siedzieć w domu i czekać. I kląć ile wlezie.

a, i jeszcze Szanowny Maużonek ma pretensję do mnie. O co? Że nie chcę z nim jechac na grzyby.
Powaliło go po prostu, bo innego wytłumaczenia nie ma.
Help mi pliiiiiiz!

--- a tak przy okazji:
w sklepie kasjerka się machnęła. Zamiast reszty 10 zł wydała mi 100 zł. Oddałam w myśl zasady - wróci to do mnie prędzej czy później. Musiałaby pewnie ta kobitka dopłacać do tego interesu. Zastanawiam się tylko czy ona by za mną biegła, żeby mi powiedzieć, że się machnęłam na jej korzyść.
Ale nic to.
Mieć czyste spokojne sumienie - BEZCENNE.
:-)))
środa, 27 sierpnia 2008
Żebym tak nie myślała tylko o matencji to ...

W pracy się pokrochmaliło. Odgórnie.
Osobiście dotyka mnie dyletanctwo, bezhołowie i gigantyczny absurd panujący naszym kraju. Okazuje się, że w świetle prawa nie mogę pracować tam, gdzie pracuję... sytuacja dotyczy wielu osób, ale to żadne pocieszenie.
I sama nie wiem co robić. Czekać aż się sytuacja rozwinie?
Jak znam życie na pewno nie rozwinie się z korzyścią dla pracownika.
Szukać nowej pracy? A może będzie ok?
A moje studia...? ...znikają z horyzontu. Chociaż generalnie to chyba nie, bo liczę mocno na stypendium naukowe, a po roku przerwy już mi nie będzie przysługiwać, więc koniecznie tu i teraz. Tylko - jaki kierunek? Pogłębiać znany temat czy rozszerzać możliwości bez doświadczenia zawodowego...
Bądź mądry i pisz wiersze...
wtorek, 26 sierpnia 2008
Mam gdzies wydrukowane w mojej chorej podświadomości, że trzeba zachowywać się, postępować tak, by mamusia była zadowolona. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, ale jest.
Z perspektywy dorosłej osoby postrzegam, że zachowanie mamusi dalekie jest od ideału. Moje chore jestestwo szuka okoliczności łagodzących w postaci nerwicy, wieku, trudnego współmałżonka, choroby i takich innych. Trudny współmałżonek po trochę wypada z tego obiegu, bo też mamusia do łatwych we współżyciu teraz nie należy. Po 40-stu latach małżeństwa zachciało jej się reform. Niecierpią się oboje. Jedno warte drugiego. Ciężko oceniać. Czepiają sie o byle co, przy byle okazji. Nie zwracając uwagi na to, że ktoś jest obok. Każdą taką sytuację ja odchorowuje nerwowo. SZM ma już też dosyć. Burczy na nią i ton jego pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście pokłócilismy sie wczoraj i to ostro. Oczywiście - przy dzieciach. Oczywiście z wywlekaniem wielu rzeczy. Wiem, same błędy wychowawcze, taktyczne, psychologiczne. wiem. I tym mocniej jestem wkurwiona, zdeprymowana, zdenerwowana, sama nie wiem co jeszcze.
    najgorsze w tym wszystkim jest to, że mamusia oczekuje z mojej strony wsparcia, którego ja jej dac nie mogę, nie chcę, nie potrafię. Szlag jasny mnie trafia jak płacze mi do słuchawki opowiadając jak to się pokłócili.
...i tak kółko sie zamyka.

ktoś zna rozwiązanie - co z tym fantem zrobić...?
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Wróciłam.
Syndrom grzecznej córeczki męczy mnie okrutnie.
Czuję się okropnie...
czwartek, 21 sierpnia 2008
    Młody załapał się na zarabianie własnej kasiorki. Zajęcie typowe dla ucznia, studenta - ulotki. Niech zobaczy jak smakuje własna kasa. Pech to czy szczęście albo symbol jaki, że robotę zaczyna jutro? Jutro ma siedemnaste urodziny :-)

    Jutro po południu wybywamy z domu, aż do poniedziałku. Nie chce mi się jechać, nie mam nastroju wyjazdowego, ale cóż...

Do napisania!

Idę piec ciasto dla solenizanta!
Byłam u fryzjera. Żałuję. Nie wiem, może to tylko moja opinia. Zobaczę co powie SZM. Nic nie zrobię, będę musiała czekać aż odrosną, bo są naprawdę wery wery krótkie. Sportowa, młodzieżowa fryzurka, tak powiedziała pani - mistrzyni nożyczek fryzjerskich. A może ja jestem przewrażliwiona...?
Uprzedzając komentarze - nie zamierzam zamieszczać foci :-))) Nawet dla blogowego klepania po ramieniu :-]

Już chyba wolę chodzić do dentysty. Naprawdę.
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Tak se ukradkiem klepię w pracy :-) Rodzeństwo oczywiście nie dostało urlopu. Jakoś mam wewnętrzne przekonanie, że sie nawet specjalnie nie starał. I głupie uczucie ytakie miałam, że jedno przed drugim gra. On udaje, że nie dostał, a ja udaję, że nie wiem o co chodzi. Ech!

Sobotni wypad na zakupy bardzo udany, potem obiadek w knajpce, a potem wizyta towarzyska. Rodzinna. Albo dawno się nie widzieliśmy, odwyklismy, albo oni sie tak bardzo zmienili. Zazdrość ludzka straszna sprawa.

Wczorajsze popołudnie w domu; nuda.... Nie mieliśmy pomysłu na siebie. Tak sobie pomyślałam, że nudzi się nam bez dzieci :-) Kino, wycieczka, spacer, wizyta towarzyska... Poszliśmy na spacer. Zastanawialiśmy się czy to z nas się zrobiły takie dziwaki czy ludzie w wokół się tak bardzo zmieniają. Ci, z którymi kiedys dogadywaliśmy się bez przeszkód wyczyniają jakieś śmieszne numery, ich podejście do zycia przyprawia o ból zębów... nawet pisać mi się nie chce.

ból zębów... właśnie - dziś dentysta!

A jutro wraca mój Młody-Stary-Wilk-Morski - żeglarz znaczy się w pełnym tego słowa znaczeniu.

Czyli dzisiaj ostatnie popołudnie wakacji totalnie bez dzieci :-)))

A w weekend chyba jeszcze pojedziemy gdzieś w świat... w Polskę, znaczy się :-)
niedziela, 17 sierpnia 2008
    Tak se siedzę po nocy i czytam prognozy... Jedno dziecko na Bałtyku (sztormy, wiatry, inne draństwa których nazwy nie pamiętam albo nie znam). Drugie dziecko w Polsce południowo-wschodniej (burze, tornada i inne atrakcje).
    Do Młodego wysłałam do południa smsa, ale jak do tej pory echo, cisza. Zmienili trasę, bo sztorm, tyle powiedział mi wczoraj, przedwczoraj znaczy się. Mała panicznie boi się burz, jest wręcz cała przerażona. Na szczęście dojechali na miejsce bez burz, nawet się przejaśniło, ale w prognozach stoi burza jak byk.
    Dziś w nocy tak nam dawało do wiwatu, tak grzmiało i trzaskało, że myślałam, że w końcu strzeli w nasz blok. Wiatr szalał, deszcz lał coraz mocniej, myslałam, że mocniej się nie da, ale natężenie wciąż wzrastało, miałam wrażenie, że leci ta woda jak z wiadra. I oczami wyobraźni widziałam tych ludzi, którzy stracili wszystko, którym zerwało dachy, wybiło szyby. W pewnym sensie potrafię sobie wyobrazic ich przerażenie, lęk, bezsilność. Dwa razy przeżyłam zalanie mieszkania, takie totalne, przez sufit, gdzie dywan unosił się na wodzie, a w kloszach żyrandoli była woda. Dłogo potem w nocy śniły mi się koszmary, a kapiąca woda przyśpieszała bicie serca. Wiem, że to tylko namiastka w obliczu tamtych tragedii, ale pamiętam to uczucie rezygnacji, bezsilności, przerażenia i żalu.
Będzie kulinarnie - odpowiadam na pytanie Iksińskiej.

    Co ja robię z fasolką szparagową?
Uwielbiam sklepową (Lidl) i taką na żywca, to znaczy na bieżąco gotowaną i zjadaną. Właściwie to pod każda postacia ją lubię. W tym roku pierwszy raz w życiu wkładam ją w słoiki. Zawsze planowałam, a w tym roku eksperymentuję. Zaczęło się od tego, że rok temu kosztowałam takiej słoikowej domowej roboty szparagówki, zasmakowała mi, no więc dostałam przepis. Tamta kosztowana była w słoiku razem z marchewką (krojona w talarki), fasolki szparagowej było jednak zdecydowanie więcej.
    Przepis na tą kosztowaną:
Szparagówkę i marchew ugotować w posolonej wodzie. Włożyć do słoików. Dodać: ziele angielskie, liść laurowy, koper zielony, czosnek. Zalać zalewą. Pasteryzować.
    Zalewa:
1 szklanka octu,
5 szklanek wody,
1 szklanka cukru,
5 łyżeczek soli.
Zagotować wszystko.

    Moja fasolka jednak po drodze od ugotowania z marchewką do wejścia w słoiki zmieniła zalewę :-) Odruchowo zrobiłam moją sztandarową, uniwersalną zalewę do wszystkiego. Zalewam nią buraczki, paprykę, cebulkę, a dziś spróbowałam 3 słoiczki ogórków, ciekawam co z tego wyjdzie :-) Jak już zalałam to mnie opamiętało, że miała być inna. Zobaczymy... Na wszelki wypadek kupię sobie jeszcze tej szparagówki i zrobię jak kazali w przepisie :-) W moich słoikach jest po prostu szparagówka i na wierzchu tylko kilka talarków marchewki. Gotowałam z tą marchewką, bo nie wiedziałam czy może w tej marchewce jaka tajemnica smaku siedzi :-)))
    Moja zalewa to:
1 szklanka octu,
3 szklanki wody,
1/2 szklanki cukru,
1 łyżka soli,
duża cebula skrojona w plastry,
3 duże ząbki czosnku skrojone w plastry
ok. 10 ziaren ziela angielskiego,
4 listki laurowe,
2 łyżki oleju (czasem go nie daję, w zależności od tego co zalewam, do fasolki dałam)
Wszystko razem zagotować oczywiście.

Przy czym ja do słoików dodaję jeszcze kolendrę. Kolendra ma właściwości chrzanu, sprawia, że warzywa nie stają się ciapowate. Do kiszonych ogórków zawsze daję kolendrę zamiast chrzanu i jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Polecam. Do papryki, do fasolki, do cebulek, do ogórków... w ogóle w sumie to daję kolendrę, gorczycę, ziele angielskie i kulkę pieprzu, i koper oczywiście :-)

    Dziś walczyłam z mizerią sałatkową na zimę (ogórki, cebula plus zalewa, ale inna niż ta w/w). Dokupiliśmy jeszcze ogórków więc je przygotowywałam do kiszenia. W ramach eksperymentu 3 małe słoiczki ogórków pokrojonych w kawałki - bardzo grube plastry, zalałam "moją" zalewą. Chciałabym, żeby wyszły korniszonki.
piątek, 15 sierpnia 2008
    Moi rodzice oboje pochodza z miejscowości, która leży ok. 350 km od tej, gdzie teraz mieszkamy. Gdy byłam mała bardzo często jeździło się "na wieś". Wakacje i nie tylko. Zdarzało mi się zostawać tam u jakiejś cioci, babci, itp. Potem, kiedy już dorosłam jeździło się coraz rzadziej. Matencja nie bardzo chciała tam jeździć, bo ci, których lubiła wyemigrowali w przeciwną stronę, a ta reszta która została, niegodna była jej uwagi. Generalnie powód był prozaiczny. Wyjazdy "na wieś" były swoistą formą wczasowania, bowiem moi rodzice nie mieli zwyczaju wyeżdżać w czasie wakacji w celach odpoczynku czyli na popularnie zwane wczasy. Matencja nie pracowała, a tata - prywatna inicjatywa - tak się to nazywało wówczas, więc nie przysługiwały mu żadne wczasy z FWP. Wszystko było płatne sto i więcej procent. I dlatego też nie dane mi było jeździć na kolonie. Zawsze słyszałam "ja też nie jeździłem i żyję".
    Ale ja nie o tym chciałam...
Po moim wyjściu za mąż kontakt się był jakoś urwał. My, Anonimowi nie jeździliśmy tam, bo dziecko małe, bo to śmo i owo. Rodzice - raczej sporadycznie. Kilka lat temu zaczął się etap wesel i pogrzebów. Kontakty się z lekka zacieśniaja. Przypomnieliśmy sobie o rodzinie, a oni o nas :-) My, to młodsze pokolenie poznajemy się na nowo, wspominając stare dzieje z wujkami, ciociami... Odnajdujemy się na znanym wszystkim portalu N-K. Kuzynostwo się żeni i wychodzi za mąż, a wujostwo przechodzi na Drugą Stronę Mocy.
    Czeka nas kolejny pogrzeb w rodzinie. Matencja i tatencjusz wyjeżdżają już jutro, zabierają ze sobą Małą. Rodzeństwo i ja mamy dojechać w miarę możliwości urlopowo-pracowych. Jakieś takie wewnętrzne, podparte wcześniejszymi doświadczeniami (tu powinien być wyczuwalny mój sarkazm) przekonanie mam, że Rodzeństwo nie dostanie urlopu...
    Takie mam wewnętrzne obawy, lęki przed tą ich jutrzejszą podróżą. Niech dojadą cało i zdrowo i niech Mała już zadzwoni, że są na miejscu. Ojciec ma już swoje lata, dobry z niego kierowca, ale... i ta pogoda, front burzowy, deszcz.

    A Młody żegluje po Bałtyku, zmienili trasę, bo sztorm podobno. Całe szczęście, że daje sygnały, bo umierałabym z nerwów...

A z innej beczki... gospodarczej:-) :
W słoikach mam już:
2 kg fasolki szparagowej, czyli 10 słoików
2,5 kg papryki pomarańczowo czerwonej, czyli 7 słoików
8 kg kiszonych ogórków, czyli 12 słoi
5 słoiczków podżemowych z krokodylkami (wagowo nie do ustalenia, bo wszystko było "na oko"),
a w kolejce czeka wielka micha z poszatkowanymi i posolonymi ogórasami (7 kg) i cebulą (2 kg); jutro będę pakowac to w słoje.

    I jeszcze beczka Anonimowo-Małżeńska - naskoczyłam dziś na niego zupełnie niepotrzebnie, wybuchnęliśmy oboje aż za bardzo... Czasem tak jest. A wszystko przez te nasze mamy. O ileż mniej probolemów mielibysmy między sobą gdyby one nie były w tak bliskich kontaktach. Wcale się nie dziwię, że Rodzeństwo bardzo dba, żeby jego teściostwo się za bardzo nie zbliżyło :-) W miarę upływu czasu nasza Anonimowo-Rodzinna sytuacja się normowała. Niby jest OK, ale... Nie - chyba jest już zupełnie OK.

    A, i jeszcze... Allegro. Zupełnie niechcący (bzdura, przecież sama zalicytowałam, ale liczyłam, że mnie przelicytują) wygrałam licytację takiego jednego plecaka dla Małej i jakoś podskórnie spodziewam się badziewia. Ma to być plecak szkolny, może się nada chociaż na basen. Nie wiem co mnie tak zaćmiło...?

    Praca.
    Imponujący sukces, kariera niczym pucybita w Stanach.
Z jednej strony fajnie, że komuś się udało. Z drugiej dołuje to jak cholera. I włącza się dzwonek alarmowy gdy Szefostwo wzywa z prośba o pomoc. Dzwon alarmowy bije, bo u mnie w Firmie jest tak, że jak pokażesz, że umiesz więcej to za te same pieniądze robisz więcej. Niekoniecznie zgodnie z zakresem obowiązków, to nie ma nic do rzeczy. Lajf is brutal, dlatego trzeba włączyć wewnętrzny alarm.

...i teraz to już koniec relacji, naprawdę.
 
1 , 2