na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 31 sierpnia 2011
Budapeszt nocą nie wypalił, niestety.
Zaplanowane sesje zdjęciowe w przepięknych plenerach budapeszteńskich wzięły w łeb, bo światło wzięli i wyłączyli, ale cośmy zobaczyli na własne osobiste oczy to nasze.
Dubrownik
Zaplanowany był również wypad do perełki Adriatyku, znaczy do Dubrownika. Byłam, widziałam, podziwiałam, spacerowałam, na kolana nie padłam, ale uważam, że warto było i jestem z wycieczki bardzo zadowolona. Moje zamiary i plany co do owej wycieczki były co prawda o wiele szersze i głębsze, ale jak się to mówi, choroba nie wybiera, zmogła mnie migrena i już mi na niczym nie zależało, ja chciałam tylko z powrotem do domu. Bo gdybym ja była w pełni sprawna to na pewno bym tej mojej rodzince nie popuściła i przewlokłabym ich przez jeszcze kilka miejsc. Mieli szczęście, że się źle czułam :-)
nasza mieścinka
z roku na rok przestaje być tak zwana dziurą, ludzi więcej, Polaków więcej, knajpek więcej, ruchu, aut i jeżdżących po nocy motocykli więcej, wszystkiego więcej. Niby dobrze, ale szkoda.
Dałam się skusić na opowieści SZM o leniwie budzącej się rano mieścince i kilka razy powędrowałam razem z SZM w kierunku sklepiku. SZM szedł na zakupy, a ja przysiadałam w miejscowej kafejko-lodziarni przy maluteńkim stoliku i zamawiałam dla nas pyszne kawki. Pan Lodziarz (właściciel niepokojąco ciemnych oczu) podawał kawę i przygotowywał lodówę na lody do całodziennej pracy. Obok siedzieli ludzie, niekoniecznie turyści; miejscowi, którzy przyszli po prostu na kawę i przejrzeć gazetkę, albo spotkac się ze znajomymi, kiedy jeszcze chłodno w miarę i żar nie wali z nieba. I taki spokój był wówczas, cisza, morze chlupotało, łódki stukały...
Dałam się skusić przemiłej, już zaprzyjaźnionej Gospodyni na poranny rozruch, który jest jej rytuałem. Ona zaczyna dzień od pływania w zatoczce. Różnica była taka, że ona potem biegła do swojej roboty, a ja mogłam robić NIC i wczasowałam.
Wspaniałe były pogaduchy z Gospodarzami. Serdeczni, otwarci, sympatyczni. Wiekowo jesteśmy zbliżeni, małżeńskim stażem również, nawet dzieci mamy w wieku podobnym. My jednak nie mamy doświadczeń wojennych. Za każdym razem kiedy widzę Chorwację trudno mi uwierzyć, że tak się tam tłukli i tyle krzywd wyrządzali i to całkiem niedawno.
Pochłonęłam kilka książek plażując na leżaczku pod parasolem.
Dumna z siebie jestem, bo się nie smażyłam w tym roku. Większość czasu pod parasolem, newralgiczne godziny w domu, a plażowanie po południu. Najbardziej lubię popołudniowe słonko, które cudownie grzeje, nawet opala, ale już tak nie męczy. Jestem opalona, jestem mocno opalona, ale nie spalona i to mnie naprawdę bardzo cieszy.
SZM gotował obiady, szykował śniadania, grille - żyć nie umierać. Mój wewnętrzny dyscyplinator kazał mi się spinać i sprzątać po posiłkach, ale też nie zawsze ;-)
Świętowaliśmy urodziny Młodego chorwackim szampanem na plaży i ciastem przygotowanym przez Gospodynię. Myślę, że Młody ma co wspominać, my zresztą też.
Rodzinnie daliśmy radę. Nie było konfliktów, spięć, zmęczenia materiału. Młody usiłował sam siebie zmusić do nauki, ale nie wiem na ile mu się to udało.
O jednych znajomych w poprzednim wpisie napisałam "szału nie było", ale byli też i inni, którzy dali nam troszkę w kość. Niewiele, ale jednak :-) Wiemy już, że lepsze zdrowe, luźne, nawet chłodne układy niż takie czepialskie jak bluszcz, albo rzep. To było tylko kilka dni, na szczęście tylko kilka dni, bo dwóch tygodni nie dalibyśmy rady.
Widzę w wyobraźni taki obrazek z plaży: facet-tata, dwóch chłopców-synów max. 3 latka i do tego mama-niepełnosprawna na elektrycznym wózku inwalidzkim, którą ten facet na rękach przenosił na ręcznik. A ja się martwię czy jestem gruba... Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Znowu mi się zamykają oczy a buzia mi się drze na maxiora. Nie mogę się przestawić na tryb "pracuj", ja ciągle jestem w zawieszeniu, senna, ospała, powolna, nie chce mi się NIC.
Żal tylko, że to już było, minęło i trzeba czekać cały rok na następne wakacje. SZM najchętniej już od razu rezerwował by apartamenty na kolejne wakacje, a ja myślę, że czas odpocząć troszkę od tej mieściny, że chciałabym zobaczyć cokolwiek innego, inny kraj. A przecież nie wiadomo jak nasze życie będzie wyglądało za rok...

Dobranoc
wtorek, 30 sierpnia 2011
Melduję, że jestem, wróciłam, czuję się OK.
Przez chwilkę miałam ochotę powiedzieć "czas na zmiany" czyli koniec z blogowaniem, blogouzależnieniem, ale jakoś mi żal...:-)
Gdzie bym się wypłakiwała gdybym nie miała tego miejsca...?
Gdzie opisywała sukcesy, analizowała to i śmo...?
No i jak widać już mnie tu przywiało z powrotem. :-)
Zatem witajcie!!!

Ani się człowiek obejrzał i ostatni dzień wakacji nadszedł... Najpierw odliczałam do urlopu kolejne dni z tęsknota, potem z tak zwanymi uczuciami mieszanymi; radość, że to już i żal, że jak się skończy mój urlop to wakacje też. A teraz właśnie zdaję sobie sprawę, że wakacje już właściwie się skończyły...

Wczasy
Trzeci raz w tym samym miejscu, w tym samym apartamencie, na tym samym łóżku, to znaczy że musiało być fajnie :-) Pogoda dopisała, nawet aż za bardzo, bo fala upałów blisko 40 stopni w cieniu i temperatura wody w okolicach 27 mówi chyba sama za siebie.
Podczas podróży powrotnej układałam sobie w głowie co napiszę, co jest ważne zapamiętania, co zapadło mi w pamięć, a teraz kiedy w końcu zaczęłam klikać mam w głowie kompletny chaos
Ostatnio marudziłam, że chciałabym na wakacje bez towarzystwa, żeby tylko nasza czwórka i żadnych znajomych Królika, ale pojechaliśmy, zgodnie z tradycją naszą rodzinną, w towarzystwie drugiej rodziny. Śmiem twierdzić, że ten wybór to trochę takie nasze "pudło", bo szału nie było. Co innego w licznym gronie, a co innego twarzą w twarz, zakładając, że każda rodzina ma swoją :-) Układy były zdrowe, jak mawia SZM, ale w świetle wcześniejszych naszych wakacyjnych eskapad zachwycać się nie ma czym. Inny styl życia, inne poczucie humoru, inne potrzeby, sporo tych inności. I tak miałam pewnego rodzaju namiastkę wakacji w towarzystwie tylko naszej czwórki. I było fajnie :-)
Tyle rzeczy chciałam tu opisać...
Budapeszt - miał być przejazd, parking, spacer i sesja fotograficzna w nocy.
Nie zapomnę widoku Parlamentu, którego rzęsiste oświetlenie odbija się w wodzie. Zachwycona byłam czymś, czego nazwę znalazłam dopiero dzisiaj, bo pojęcia nie miałam cóż to takiego. Dzisiaj już wiem, że to Plac Bohaterów i w nocy wygląda zjawiskowo. Przejechaliśmy Mostem Łańcuchowym, który naprawdę robi wrażenie.
Pojechaliśmy do samiuśkiego centrum, by podziwiać, strzelać mnóstwo zdjęć, ale najwyraźniej ktoś wyłączył te wszystkie podświetlenia i to na naszych oczach ...po prostu zgasło światło :-)

tyle rzeczy chciałabym tu jeszcze, ale oczy mi się same zamykają...
cdn
Dobranoc

środa, 10 sierpnia 2011
Pakowanie już prawie na ukończeniu, zakupy zrobione, mieszkanie wysprzątane :-) Pojęcia nie mam jak się to wszystko zmieści do tego bagażnika, ale martwić się będziemy jutro. Powiem więcej - martwić się będzie SZM, bo to on ma zadanie bojowe spakowania auta, bo ja pakuję torby :)

Dzisiaj ostatni pracowy dzień i uroczyście sobie odbębniłam początek urlopu. Nareszcie!

A jutro: wyspać się, zafarbować włosy, malnąć pazury, przygotować prowiant na drogę, upichcić szybki obiad, jeszcze rzucić okiem na chałupkę i w drogę!

Może się zdarzyć, że już nie zdążę tu zajrzeć, zatem już dzisiaj mówię Wam - do następnego klikania za nieco ponad dwa tygodnie - bye, bye!
Chyba, że się dopchnę na tych wywczasach do rodzinnego laptopa, ale jakoś nie przypuszczam ;-/


wtorek, 09 sierpnia 2011
Odliczam do wczasów: dzisiaj wtorek już się prawie skończył więc jeszcze tylko środa, bo w czwartek startujemy!

Tematu Młodego już nie będę wałkować w trosce o swoje zdrowie psychiczne i emocjonalne. Macie rację - życia za niego nie przeżyję, musi się uczyć na własnych błędach.

Wczoraj rozpoczęłam akcję pod tytułem "szaleństwo prządków przedwyjazdowych". Takiego miałam powera, że po prostu musiałam coś w tej kwestii podziałać. Miałam sobie umyć okna, wszystkie, takie były plany. Z okien wszystkich zrobiło się jedno (kuchenne), ale za to w pakiecie promocyjnym z wyszorowaną caluteńką kuchnią, meblami, kuchenką, kafelkami, blatami itp. Odwaliłam kawał ciężkiej, ale chyba teraz przed wakacjami zupełnie niepotrzebnej roboty. Zapas energii i werwy do sprzątania już mi się wziął i wyczerpał, tak więc reszta okien grzecznie poczeka na swoją kolejkę :-)


niedziela, 07 sierpnia 2011
Wielkie i ogromne dziękuję dla wszystkich za wszelkie uwagi, komentarze i sugestie pod poprzednim wpisem.
Słówko wyjaśnienia i niejako usprawiedliwienia nas czyli tych "despotycznych i niewyrozumiałych" rodziców, tylko wrzucę. Mianowicie to ograniczenie czasowe z naszej strony pojawiło się dopiero po jego numerach z kłamaniem. Do tej pory miał pełen luz i zaufanie z naszej strony. Luzu chyba było zbyt dużo, bo nie potrafił się chyba sprężyć, żeby zaliczyć wszystko jak Bozia każe. Albo miał po prostu pecha.
Wczoraj sama osobiście sprawdziłam na stronie uczelni (po wpisie Malejzlośnicy - wielkie dziękuję!) termin sesji poprawkowej. Ręce mi opadają, bo takie niepociumane to moje dziecko, że aż strach, mam wrażenie, że niczego sam nie potrafi doprowadzić do końca. Zacząć zresztą też nie.
Chyba powinnam się modlić żeby dostał jakąś obrotną dziewczynę, która będzie nim dobrze sterować :-)
Wczoraj też dopiero zobaczyłam, że się wziął za naukę. Poprosił mnie żeby go odpytywać :-) Wyszło na to, że uczyliśmy się razem, nie wiem czy to śmieszne, czy straszne, czy żałosne...

Mała jedzie właśnie na drugi obóz, a mnie z niepokoju serce ściska. Czekam na info że już dojechali na miejsce.
A w pokoju Małej rośnie sterta rzeczy koniecznych i niezbędnych do zabrania. Rośnie też moje przerażenie - jak to się zmieści do bagażnika? Odliczam dni do wyjazdu - poniedziałek, wtorek, środa, a czwartek to już start!

- - -
edit: 18.51

Mała już na miejscu!
UFFF!
sobota, 06 sierpnia 2011
Wesoło spędzony dzisiejszy wieczór w towarzystwie przyjaciół przyćmiewa mi świadomość, że chyba trochę przesadzamy z oszlabanianiem Młodego.
Nawet nie wiem czy tylko trochę.
A może nie? Sama nie wiem...
Młody za wcześniejsze (jeszcze przed nocnymi wydarzeniami) przewinienia z tytułu kłamstw prosto w oczy i niedotrzymywania terminów i słowa miał ustalony szlaban na wyjścia na imprezy. To znaczy generalnie to on może wychodzić, nie ma aresztu domowego, ale ma wracać o ustalonej porze, na tyle wczesnej (22.00), że na imprezę do jakiegoś klubu nie warto iść.
Od momentu afery jest synem wręcz idealnym. Nie mniej jednak szlaban obowiązuje.
Dzisiaj razem z Małą wysprzątali caluteńkie mieszkanie, Młody wyprasował stertkę prania, które czekało na mnie, wszystko robi już-tu-i-teraz. Jak nigdy. Dzisiaj już w progu wiedziałam, że pewnie czegoś będzie chciał. I się nie pomyliłam. Chciał dyspensy od szlabanu na imprezę nocną do klubu. Powiedziałam, że musi się dogadać z tatą, czyli SZM, który powiedział "niech decyduje mama, bo ja się nie odzywam", na co ja z kolei powiedziałam, że "decyzje rodzice powinni podejmować wspólnie", na co on z kolei poblukał coś-tam-coś-tam do mnie pod nosem i ja na koniec powiedziałam mimochodem do Młodego "w takim razie siedzisz w domu". A serce mi pękało, bo żal mi go było, się chłopak nastarał, zmienił, nasprzątał, naprasował. Pokerowo grałam twardego gracza.
SZM potem poszedł do pokoju do Młodego i coś tam sobie rozmawiali. Okazało się, że na tapecie była sprawa nauki do wrześniowych egzaminów. Od kilku dni na kanapie Młodego leżą mocno wyeksponowane, ale niby to nie, notatki. I SZM zapytał czy Młody cokolwiek robi w kwestii egzaminów, bo przecież za tydzień wyjeżdżamy, a tam w Cro nie wiem czy będzie mu się chciało uczyć, a z kolei jak wrócimy to już będzie prawie wrzesień i może się okazać (oby jednak nie!), że termin egzaminu będzie na początku września i wówczas Młody leży i kwiczy. SZM popytał i nawet coś-tam zaczął odpytywać czy jakoś tak i się okazało, że raczej niewiele zrobił, oprócz wrażenia, ale to też jakos niespecjalne;-/ No i nie pozwolił mu iść.
A ja mam zagwozdkę czy przypadkiem z tymi szlabanami nie przesadzamy, czy nie traktujemy Młodego jak smarkacza. Chłopak ma swoje lata (20), a my go ot tak jak szczeniaka, do parteru z tym szlabanem. No, ale jednak mieszka z nami, nie utrzymuje się sam, więc powinien niejako dostosować się do norm i zwyczajów rodzinnych. Sama nie wiem...
Powiedzcie mi proszę - czy ja przesadzam...?
czwartek, 04 sierpnia 2011
Sytuacja się powoli normuje.
Wczoraj Młody telefonicznie prosił o możliwość przyjścia godzinę później niż ustalona przez nas godzina. SZM odpowiedział mi, że on się nie odzywa, bo i tak jak cokolwiek powie to jest źle. Ręce mi opadły, ale się nie zgodziłam na ten późniejszy powrót, żeby mi SZM nie zarzucił, że zmiękła mi rura ;-/ Modliłam się w duszy żeby Młody przyszedł o czasie i kiedy minął studencki kwadrans wysłałam tajniackiego sms-a, że mam nadzieję, że za chwilę wkroczy do domu. Spóźnił się Młody, ale miał sensowne wytłumaczenie. Nawet jeżeli kłamał to się to trzymało kupy, brzydko mówiąc.
Dzisiaj wyszedł prosząc o możliwość przyjścia pół godziny później i ja się na to zgodziłam, a on teraz już pisze, że czeka na autobus do NaszejMiejskiejSypialni. Ulżyło mi, ale mam nadzieję, że nie zagrandziarzy (czy to się nie pisze przez "ż"?) nigdzie po drodze. Odetchnę jak przekroczy próg.
Generalnie rzecz biorąc jest teraz bardzo fajnym synem, który i pogada i pomoże i opowie co u niego, i jeszcze zainteresuje się tym co się dzieje w domu.
Wiem, że to dlatego, że bardzo się stara, ale qrde tak bym chciała, żeby mu to weszło w krew...


A teraz zdecydowanie z innej beczki:

Dzisiaj rozpoczęłam akcję pod tytułem "Pakowanie na wczasy" :-))) Było - nie było - za tydzien wyjazd! Już za tydzień!!!
Już mam niezbędne akcesoria pod tytułem pływadełka do wody, ręczniki, buty do wody, gry planszowe, karty, torba lodówka i wkłady do niej, tea-lighty na wieczory na tarasie, trochę akcesoriów kuchennych i różne takie tam inne konieczne i niezbędne :-)
wtorek, 02 sierpnia 2011
Sama nie wiem, może to ja zbyt wyolbrzymiam, niepotrzebnie analizuję i dumam...?
Cały czas mam w głowie te nocne rozgrywki rodzinne. Nie mogę uwierzyć, że to się działo. Niby jest normalnie, rozmawiamy, ot zwykły dzień, a ja cały czas myślę tak że aż mi czacha dymi. Nie mogę zapomnieć tego widoku, kiedy Młody płakał ze złości, z bezsilności, sama nie wiem z czego jeszcze.
Młody ma ustaloną godzinę powrotu do domu, zakaz wychodzenia na nocne imprezy i odłączony internet. Nie wiem sama czy nie przesadzamy. Ale...
Powrót do domu i zakaz imprezowania wyniknął z wcześniejszych jego numerów. Właśnie wtedy olał tę ustaloną godzinę, świadomie decydując się na powrót późniejszym autobusem i po tym wyszła cała afera nocna. Pytał mnie wczoraj czy to nadal obowiązuje, powiedziałam, że lepiej niech się tego trzyma i nie przeciąga struny. Wrócił 10 minut po czasie ze słowem przepraszam na ustach. Bosze, jak ja się w duchu modliłam, żeby dotrzymał terminu, tylko ja wiem jak bardzo...
Odłączony internet - podejrzewam że Młody lekko się uzależnił od neta, trochę w tej kwestii przyznaje mi rację. Trudno mu nie klikac kiedy net jest otwarty. Zaraz ma pootwierane jakieś czaty, gadu-gadu, tysiące okienek i takich tam innych. Teraz też trochę siedzi bo gra, ale wyjdzie z pokoju, zagada, poogląda z nami film, zagra z SZM w szachy, w karty. Jeżeli potrzebuje i chce może korzystać z neta przy naszym kompie. Nie wiem jak długo wytrzyma, zobaczymy.
Dzisiaj zaangażowałam Młodego do szykowania obiadu. Samodzielnie (dokładnie wg opisu na opakowaniu, he, he!) przygotował soczyste żeberka i ziemniaczki, a ja tylko po pracy dorobiłam mizerię. A jaką miał satysfakcję!

Relacje między mną i SZM na pozór OK, ale ja wiem, że nie jest tak jak dawniej. On pewnie też.
Jest poprawnie. Tak, to dobre określenie.

Mam wrażenie, że zostaliśmy "zainfekowani", wszystkich nas to dotknęło. Mała dzisiaj zapytała czy jak jej nie było to też tak się kłócili...

W ferworze wydarzeń przestałam odliczać dni do wyjazdu na wczasy. Już chyba wolę nudę, niech nic się nie dzieje. Plizzzz...
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Zaczynam drugi raz, bo nie mogę sobie poradzić z tematem.

Relacje między SZM i Młodym nigdy nie były wzorowe takie jak być powinny relacje ojciec-syn. Moim zdaniem Młody nie przystaje do oczekiwań SZM, ale to, co się działo wczoraj w nocy przeszło moje najśmielsze wyobrażenia.
Nie mam sił, by opisywać wszystko jak leci. Nawet nie wiem czy chcę to opisywać...
Spóźniony powrót Młodego do domu wywołał w SZM furię, atak agresji, takiej jakiej jeszcze u niego nie widziałam.
To nie była zwykła walka kogutów, sama nie wiem jak by się to skończyło gdybym nie interweniowała. Rzuciłam się jak lwica w obronie Młodego. Zabiłabym go (SZM, znaczy się) chyba gdyby nie odpuścił. A przyznam szczerze, że naprawdę miałam problem z oderwaniem SZM od Młodego.
Wrzask, krzyk, rozwścieczony krzyczący SZM, krzyczący Młody, szarpanina, zapłakany Młody, wściekłe zamglone oczy SZM, rozżalony Młody, Młody, któremu płacz ściska gardło i nie może złapać tchu, by cokolwiek powiedzieć, do tego obudzona zapłakana Mała.
To było naprawdę potworne i oby nigdy więcej... Jest mi ciężko o tym pisać i jest mi wstyd, że takie coś w ogóle miało miejsce w moim domu. To moja osobista porażka.
Udało mi się doprowadzić do rozmowy, do wylania żali, pretensji i smutków.
Usłyszeliśmy, że go nie rozumiemy, że się nim nie interesujemy, że go nie traktujemy jak dorosłego.
Usłyszał SZM, że cokolwiek by Młody nie zrobił to SZM nigdy nie jest zadowolony, że jak dostanie czwórkę to ojciec pyta czemu nie piątkę, że go wciąż porównuje z innymi, że go nie wspiera, że nigdy go nie pochwali. Młody wyrzucił mu nawet to, że w liceum zaczął uczyć się grać na gitarze tylko po to, by się przypodobać SZM, a na zakończenie roku po koncercie przed Prezydentem Miasta podobno zamiast gratulacji SZM zwrócił mu uwagę że krzywo siedział.
Zwrócił Młody uwagę też na to, że SZM nie traktuje go z szacunkiem.
Powiedział SZM, że kłamstwa Młodego doprowadziły do obecnej sytuacji gdy nie wierzy w ani jedno jego słowo. Że na dobrą sprawę jaką my mamy gwarancję, że on ma do zdania tylko 2 egzaminy... I powiedział, że Młody może teraz robić co chce a on i tak mu już wierzyć nie będzie. To było niepotrzebne, bo jak ma go zmotywować do zmiany...
Powiedział też, że Młody notorycznie nie dotrzymuje słowa, umów i obietnic. Że jest lekkoduchem, który ma świetne samopoczucie. Wywalił mu, że gdyby nie nasze rady i sugestie to nie dostałby się na żadne studia, bo na kierunkach wybranych przez niego samego nie załapał się nawet na listę rezerwową, a taki był mądry.
Powiedziałam ja do Młodego, że zawodzi mnie każdym kłamstwem niezależnie czy małym czy dużym, bo każde z nich powiedziane prosto w oczy boli.
Powiedziałam, że nie przeprasza, a powinien. Słowo ma moc magiczną, a on po prostu robi się niezwykle grzeczny, uczynny, pomocny, ale magicznego słowa nie powie.
Powiedziałam, po raz kolejny, że chciałabym mieć świadomość, że jeżeli mój syn coś obieca, powie, to słowa NA PEWNO dotrzyma, a teraz mam świadomość, że może się zdarzyć, że dotrzyma, ale raczej nie.
Powiedziałam, że się o niego martwię, że on tylko siedzi w pokoju przy neciku, że nie ma z nim kontaktu, że jak wchodzę do pokoju to widzę szklany wzrok i zawieszoną dłoń nad klawiaturą.
Powiedziałam, że nie dopuszcza nas do swojego życia, nie opowiada niczego, nie znamy jego znajomych, niczego nie wiemy, na pytanie jak leci słyszymy OK i tyle. A on nam zarzucił, że nie dopytujemy...
Powiedzieliśmy Młodemu razem, że to rodzice najbardziej troszczą się o dziecko, że to rodzicom najbardziej zależy na dziecku, że to do rodziców, powinno się zwracać z problemami, a nie traktować jak zło konieczne. Że się o niego martwimy i troszczymy.
Powiedziałam też do SZM, że on od momentu gdy dowiedział się, że Młody ma do zdania we wrześniu dwa egzaminy średnio co trzy dni truje mu d..ę na ten temat za każdym razem kończąc słowami "rób co chcesz, Twoja sprawa, ale do mnie nie przychodź", no wiec niech mu to powie raz, a nie gdacze sto razy nad uchem, bo Młody do niego nie przychodzi  i że ileż można gdakać.
Wiele gorzkich słów padło...
Patrzyłam na Młodego, który siedzi, płacze, dygoce cały w środku, ugina się pod ciężarem słów SZM, jak zbiera w sobie siły żeby powiedzieć co mu w duszy gra i miałam ogromną ochotę go przytulić... i nie zrobiłam tego tylko z powodu SZM, żeby mi znowu nie zarzucił, że jestem po drugiej stronie barykady. A ja niczym negocjator przyznawałam rację raz jednemu a raz drugiemu. Wiem, że Młody jest nerwowy, czasem mam wrażenie że jest zastraszony przez nas, taki wiecznie bojący się co powie tata, mama. Jest, jak mawia matencja, znerwicowany, co przejawia się w jego sposobie mówienia, szybko, niewyraźnie. Logopeda (w III klasie liceum) określiła to jako wstęp do jąkania się i zaleciła relaksację, bez żadnych ćwiczeń. To temat na osobny wpis, ale jakby obiektywne potwierdzenie. Faktem jest, że i tak my oboje, tzn. SZM i ja weszliśmy w stan wojny i zarzutów.
Do tego Mała wystraszona, zapłakana, zdenerwowana, która powiedział mi, że ona pójdzie mieszkać do babci, albo poprosi przyjaciółkę, żeby ją przygarnęła, bo nie chce słuchać kłótni. A ja głupia matka w ferworze walki powiedziałam jej niech idzie mieszkać do babci będzie słuchać jak się kłócą dziadkowie, a oni kłócą się częściej.
Sąsiedzi musieli by być głusi żeby nie słyszeć tej całej akcji.
Pół nocy nie spałam. Podejrzewam, że dla wszystkich nas ciężka to była noc...
A dzisiaj niby normalnie ale...
Może nie powinnam, ale rano podszeptałam Młodemu żeby przeprosił ojca. Natomiast SZM głośno zapytał tylko Młodego czy mnie przeprosił. A Młody zwlekł i zwlekał...
W międzyczasie wykorzystując fakt, że Mała wyszła, a Młody w łazience palnęłam mówkę SZM, na temat tego, że jego wczorajsza akcja jest najlepszym dowodem na to, że brak mu rzeczowych argumentów, że jest bezsilny, nieobliczalny, że zawsze zwracałam mu uwagę na to, że nie traktuje Młodego jak partnera, że poniewiera nim i sprowadza go do poziomu gleby, że powinien Małej wyjaśnić co się stało, że też powinien przeprosić. Mało tego - dowaliłam mu, że startowanie do syna po pijaku (a był po piwie) to chyba nie jest powód do chwały, niech się zapyta swoich znajomych który z nich tak robi w domu.
Młody zbierał się w sobie do przeprosin długo, ciężko mu było bardzo, ale wyczekał gdy już oboje siedzieliśmy przy obiedzie. Powiedział co chcial i tyle, o całusa musiałam się upomnieć sama. Pocałował mnie, poszedł do SZM i usłyszałam jak SZM mówi "ja też przepraszam". Powiem szczerze - usłyszałam jak kamień spadł mi z mojego serca. A drugi z serca Młodego.
Relacje już niby normalne, rozmowy o niczym, leniwe popołudnie, domowe ciasto, kawa.
Niby normalna niedziela, deszczowa, a jednak nie. Tę niedzielę, tę noc zapamiętam do końca życia. Myślę, że nie tylko ja, dzieci na pewno też.

Czytam to co napisałam i wierzyć mi się nie chce, że to moje słowa, że to też obrazek z życia mojej rodziny...