na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 24 sierpnia 2012

wszystko (ciuchy, buty i inne) spakowane
kanapki i inne frykasy na drogę już gotowe
dzieciarnia oswojona i opanowana w temacie samotnego zostawania w domu
informacje wszelkie przekazane
farba na włosach za chwilę zostanie spłukana.

Komu w drogę temu czas, kochani!

Do przeczytania we wrześniu!

Pa!
środa, 22 sierpnia 2012
Wczoraj doszliśmy do wniosku, że trzeba by jakoś uczcić urodziny Młodego. Ponieważ w piątek wyjeżdżamy, a potem kolejne weekendy mamy już zajęte wyszło nam, że najlepiej będzie poświętować w dniu urodzin czyli dzisiaj. Obdzwoniliśmy szybciutko rodzinkę, która stawiła się dzisiaj prawie w komplecie. SZM wyżył się wczoraj kulinarnie przygotowując wołowe flaczki; przepisu nie mam, bo pojęcia nie mam jak on to robi, ale pyszne są :-). Dzisiaj udało mi się zerwać z pracy troszkę wcześniej i z kolei ja wyżywałam się kulinarnie. Nadejszła wiekopomna chwila dzisiaj własnie upiekłam pierwsze ciasto w nowym piekarniku. Wyszło przepyszne. A piekłam TO - klik! i zamiast tortu przygotowałam TO - klik! I jeszcze ugotowałam fasolkę po bretońsku. Z pomocą szybkowara oczywiście, bo fasola niemoczona. Wyszło pyszne!
Goście przyszli, poświętowali, pojedli i poszli. W ferworze walki na kuchennym froncie nie było czasu na zadumania, analizy i wspominki, że to już 21 lat...
sobota, 18 sierpnia 2012
Jak tylko zdałam sobie sprawę z faktu, że za tydzien już będę nad morzem ogarnął mnie tak zwany kurzy szał (określenie zapożyczone od Iksińskiej). Bo przecież dzieci(!) zostaną na tydzień same. Trzeba posprzątać, zaopatrzyć lodówkę, ustalić co będą jeść... Sama siebie wyhamowuję :-)
Niestety nie mogę posprzątać tak jakbym już od dawna chciała, bo remont balkonów w naszym budynku wciąż trwa. Na moich balkonach już nawet fugi przy kafelkach są, ale rusztowanie wciąż stoi, wciąż kują, wiercą i wciąż fruwa kurz, pył i kulki styropianowe. Okna wołają o pomstę do nieba i na początku to była fajna wymówka, żeby nie sprzątać, ale na dłuższą metę męczy. Męczy brak możliwości wyjścia na balkon, suszenia prania na powietrzu, swobodnego przewietrzenia mieszkania. Odliczam dni, bo mam nadzieję, że we wrześniu już wszystko wróci do normy.
A tymczasem wzięłam się do roboty i zaczęłam przetwory na zimę. Uczucia mam z lekka mieszane, bo siedzi we mnie przesąd, że jak się ma miesiączkę, to się za takie rzeczy nie bierze, bo na pewno nie wyjdą. Ale ja nie mam czasowyboru :-) Zobaczymy ile w tym prawdy.
Póki co zrobiłam pięć słoików ogórków kiszonych i 9 słoiczków buraczków. Nie jest to ilośc powalająca na kolana, ale tak dobrze i szybko mi się robiło, że wysłałam SZM w świat w poszukiwaniu jeszcze paru kilogramów warzyw. Chciałabym jeszcze zrobić sałatkę z ogórków, ale zobaczymy co przywiezie. A jak nie to jeszcze powalczę we wrześniu, albo w ciągu tygodnia, w końcu wiele roboty to nie jest (mam elektryczną szatkownicę).
A tymczasem zmykam z powrotem do kuchni.

piątek, 17 sierpnia 2012
Nadgorliwa mama - to ja. Nadopiekuńcza i po prostu chyba głupia. Wstyd się przyznać.

Syn (dorosły, jego wiek zaczyna się już cyferką 2) jedzie w podróż do Innego_Miasta_Wojewódzkiego, a nadopiekuńcza mamusia, czyli ja, oswaja swój matczyny strach o niego, obawę o podróż w nieznane. W nocy sprawdza rozkłady jazdy pociągów, googla adres docelowy, sprawdza jak tam dojechać z dworca, czy tramwajem, czy busem, ceny biletów, ilość przystanków. Przygotowuje wydruk, zostawia przy butach żeby dziecko(!) nie przeoczyło, przeczytało i zabrało ze sobą w tak zwaną drogę.
Rano na wycieraczce widzi zostawioną tę kartkę. Kiedy tylko syn melduje się smsem w pociągu nadgorliwa mamusia pyta czy syn przeczytał, bo kartka została w domu, a przecież przygotowana... A syn odpisuje, że zostawił, bo sam sobie wszystko to sprawdził, spisał i ma swoją kartkę...

Aż wierzyć mi się nie chce, że w roli tej głupio-naiwnej i nadopiekuńczej mamusi wystąpiłam ja sama osobiście i z własnej i nieprzymuszonej woli. Żałosne.
Należałoby zapytać - czy takie zachowania powinno się leczyć?
czwartek, 16 sierpnia 2012
Jeszcze dzisiaj myślałam sobie jak źle mi jest ze świadomością, że Młody nie zorganizował sobie wakacji. Siedzi w domu i tyle. Młoda wojaże zakończyła i też przesiaduje w domu. Szlag jasny mnie trafia jak wracam z pracy i widzę to towarzystwo w domu, każde w swoim pokoju, przy swoim laptopie. Nóż mi się w kieszeni otwiera. Nie omieszkam im oczywiście od razu wygadać tego wszystkiego od progu. :-) Jak dzisiaj wróciłam to zabulgotałam, zrobiłam obiad, bo oczywiście żadne nie wpadnie na pomysł zadzwonienia z pytaniem czy może coś zrobić, cokolwiek pomóc, bo przecież oni w domu a ja w pracy. No więc jak zrobiłam obiad to pojechałam na zajęcia (bo przecież jedno szkolenie cały czas trwa i to dwa razy w tygodniu) nieco wczesniej, bo mamy korki z powodu kolejnego remontu drogi. I z prawdziwa przyjemnością siadłam za kierownicą, włączyłam muzykę i po prostu czułam jak odtajam. Uwielbiam tak jeździć. Sama, spokojnie, niespiesznie, z muzyczką w aucie...
I zastanawiałam się czego ja właściwie bym chciała, co by mnie usatysfakcjonowało. Grupy kolegów i koleżanek, które by ich wyciągały z domu? Ich jakiś zorganizowany wyjazd i nieobecność? Na proste bieganie po podwórku to przynajmniej jedno z nich już nieco za duże jest :-) I w tych rozmyslaniach prawie doszłam do wyrzutów sumienia, że za trochę my dwoje pojedziemy na tygodniowy wypad nad morze, a oni dalej będa w domu, nad tymi laptopami. Zdaję sobie sprawę, że ich taka sytuacja uszczęśliwia, ale dla mnie to po prostu trauma. Poza tym to nasze pierwsze od wielu, wielu lat lato kiedy nie wyjeżdżamy na wspólne wakacje. Pierwsze lato Młodego kiedy nie miał zaplanowanego wyjazdu, bo rok temu jechał przecież z nami do Cro.
Żeby nie było laptopowo - od jutra będę zlecać jakieś prace do wykonania Małej. Tylko Małej, bo Młody właśnie pakuje się i zaraz z rana jedzie do stolicy Wielkopolski. Na weekend do kolegi, który tamże wakacjuje. Wracać będą razem, ale dojechać musi sam. i ja oczywiście mam stresa na maxa. Bo pociąg, bo napady, bo wypadki, bo to i śmo. I zła sama na siebie jestem. Bo jak siedzi to źle, a jak jedzie to jeszcze gorzej.
Do tego wkurza mnie SZM, który nie potrafi normalnie porozmawiać z Młodym. Już sama nie wiem czy ja jestem przewrażliwiona, czy nie widzę swoich błędów, tylko jego, no nie wiem... Trudne te relacje są między nimi. I nic by mu się nie stało gdyby wyjechał do pracy ciut (godzinkę, może mniej) wcześniej i podwiózł syna na dworzec, ale oczywiście nie.
I to jego wygodnictwo... żeby tylko nie ruszyć czterech liter z miejsca, żeby tylko nie spalić choćby pół kalorii. Podaj to, przynieś tamto. Tak zwane wysługiwanie się dziećmi. Szlag mnie trafia. Po prostu.



Tak, to pewnie PMS...
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Dooglądałam zamknięcie Igrzysk Olimpijskich i jak sobie pomyślałam, że następne za cztery lata a ja będę mieć lat 48(!) to aż mi dusza jęknęła... Ale póki co mam lat 43 i sama w to nie wierzę. To znaczy, że aż tyle mam wierzyc mi się nie chce.

Silne postanowienie medyczne mam. Muszę zabrać się za leczenie, za cokolwiek z moimi nogami. Żylaki i popękane naczynia. Gdyby ktoś popatrzył na moje nogi tylko i wyłącznie to mógłby uznać, że do emerytury już mi niewiele brakuje. To samo dotyczy włosów, ale siwiznę przykryje farba i jest gites, a żylaki wymagają co najmniej spotkania z chirurgiem.

Zaliczyliśmy dzisiaj odwiedziny matencji i tatencjusza. Tylko ja wiem ile nerwów nas to kosztowało. Oboje są okropni i sama nie wiem które gorsze. Zwykła kurtuazyjna rozmowa nabiera zupełnie innego wymiaru w ich towarzystwie. Każda wypowiedź może zostać źle zinterpretowana prez matencję. Każdy temat wykorzystany, by dowalić tatencjuszowi. Dochodzi do tego, że zastanawiam się czy coś powiedzieć czy raczej nie.
Tatencjusz jak sobie cokolwiek umyśli to nie ma bata, by cokolwiek się zmienić. Począwszy od tego, że naiwny i łatwowierny jest jak sama nie wiem co. Sam mawia, że tylko płótno mu z kieszeni wystaje, a zachowuje się jakby miał kasy jak lodu. Żadne argumenty do niego nie trafiają, bo on wie lepiej, bo mu znajomy powiedział. W domyśle - bo my się przecież na niczym nie znamy. a on jest człowiekiem starej daty i nie da sobie powiedzieć, że coś można zrobić prościej, szybciej, że nowe może być dobre. On ma zakodowane, że robi się po staremu i że nowe na pewno jest drogie i do niczego. No i zawsze wie lepiej, bo mu mądrzy ludzie powiedzieli.
Matencja wykorzystuje każdą okazję byle dowalić tatencjuszowi, wtrąca się do każdej rozmowy, wszędzie wrzuca swoje trzy grosze. Zarówno po to, by wyciągnąć jakieś informacje od niego (bo on jej dozuje wszelkie newsy), jak i po to, by próbować przeforsować jakieś swoje strategie i wykorzystać do tego naszą, moją, obecność.
 Doskonale wiem, że jego nerwy są już na skraju wytrzymałości, wierzę, że woli siedzieć w garażu i dłubać przy aucie niż wracać do domu. Inna sprawa, że on nie mówi jej nic, ale ponieważ ona dowala się do wszystkiego, wszędzie węszy podstęp, zdradę i tym podobne rzeczy, wszystko interpretuje po swojemu, bo przecież ona wie, to on już woli, żeby ona nie wiedziała nic.
Dzisiaj doszło do tego, że SZM nie wytrzymał i wprost rzekł matencji, że rozmawia z tatencjuszem. W domyśle - nie wtrącaj się kobieto.
Musiałam też ujarzmić obie strony czyli matencję i tatencjusza, bo skoczyliby sobie do gardeł.
W międzyczasie matencja dała pokaz swojej manipulacji z serii:
przecież on tak właśnie powiedział, tak, a nie inaczej;
jak to nie powiedział tak, przecież słyszałam;
no może nie powiedział, ale ja wiem co on chce powiedzieć i na pewno tak właśnie chciał powiedzieć.
Uff...
Oni pewnie sobie nawet nie zdają sprawy jak męczące są dla nas ich wizyty.
Przykre to dla mnie bo cały czas patrzę na to z perspektywy ja-matka i moje dzieci. I wciąż boję, by właśnie tak nie wyglądały moje kontakty z dziećmi w przyszłości. Inna sprawa, że moi rodzice kłócili się zawsze. Chyba lepiej by dla nich było gdyby rozstali się sto lat temu, a nie męczyli ze sobą aż do dzisiaj.
Ja już nie mam ani siły, ani ochoty wysłuchiwać od matencji jaki to okropny jest ojciec. Jakikolwiek by temat nie podjąć w rozmowie z matencją zawsze skończy się na ojcu. Nawet moje dzieci to wiedzą. Jakiekolwiek próby rozmowy, tłumaczenia, sugestie nie skutkują. Kończy się łzami i wyrzutami, że trzymam jego stronę. Moje wizyty u niej są coraz krótsze i rzadsze. Dzieci nie chcą jeździć tam wcale. Jadą tylko dlatego, że wypada, albo ze względu na to, że je proszę (czasem). To samo dotyczy SZM. I ja się im wcale nie dziwię. Kiedyś jeszcze próbowałam ich ciągnąć ze sobą, ale teraz spasowałam, nie katuję ich, bo wiem że to żadna przyjemność.
I nie jeżdżę, bo szlag mnie trafia jak chcę czy nie chcę wysłuchuję. I wyrzut sumienia mnie gryzie, że nie jeżdżę, albo że jażdże za rzadko...
czwartek, 09 sierpnia 2012
Od piątku rodzina w komplecie.
Młody
najpierw mówił, że gdzieś tam z kolegami, z paczką wyskoczą sobie na tydzień, a lipiec nie wchodził w grę, bo praktyka, więc wiadomo było, że później. Potem sprawa przycichła, a teraz okazuje się, że koledzy którzy mają swoje połóweczki, z tymi to połóweczkami śmignęli na wakacje. I ekipa z lekka się była rozsypała. Żal mi Młodego. Ale sprawdza się to, co mówimy mu często. Jego ekipa to ekipa imprezowa, a nie przyjaciele. Nie ma kolegów z prawdziwego zdarzenia, nie ma kumpli, ot tak po prostu. Takie mam wrażenie. Spotykają się tylko imprezowo, wyjściowo, ale tak na codzień, żeby jeden do drugiego zajrzał to nie. Podobno teraz młodzież się nie spotyka po domach, tak usłyszałam od Młodego, ale faktem jest, że prawie nikt do niego do domu nie przychodzi, nie odwiedza. A i on do nikogo nie chodzi. Ja już sama nie wiem czy nie jestem przewrażliwiona. Z czego to wynika. Już pytałam czy on się nas wstydzi, czy naszego domu, mieszkania. Nie znamy jego kolegów, koleżanek, znajomych. Zawsze jeździ do centrum, do WojewódzkiegoMiasta, albo tu w ramach Naszej_Sypialni_Miejskiej gdzieś się spotykają. I może ja jestem starej daty, ale dla mnie to nie jest normalne. Tu już tylko można płakać nad rozlanym mlekiem, ale zastanawiam się ile w tym jest mojej, naszej winy. Nie każdy musi mieć masę kolegów, ale taki jeden, dwóch, sprawdzonych to by się przydało, prawda?
I wyjdzie na to, że wakacje spędzi Młody w domu, przy laptopie, bo albo gra, albo coś tam klika. Już usiłuję sama go nakłonić do wyjścia gdzieś z Małą (tower, basen itp.), żeby miał potrzebę, konieczność, ale jakoś nie mam chyba siły przekonywania.
A relacje z płcią przeciwną też jakieś takie dziwne. Co i rusz słyszę, że on spotyka się z tą czy tamtą, bo ona ma kłopoty z chlopakiem i potrzebuje się wygadać. I jak widać ten mój Młody zrobił z siebie taką podusię do wycierania łez. Już mu nawet powiedziałam, żeby się nie ustawiał w takiej pozycji, bo żadna go nie będzie brała pod uwagę. A jak tak dalej pójdzie, to wkrótce sypną się śluby i mu kandydatki za mąż powychodzą. Może nie powinnam zabierać głosu...?
pracowo
od poniedziałku zastępuję koleżankę, która urlopuje. Dramat polega na tym, że jej stanowisko pracy i zakres obowiązków są mi całkowicie obce. Nie siedzę tam cały czas, jestem na zasadzie pracownika dochodzącego, ale staram się ogarniać temat. Nie na maxa, żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że wszystko już wiem i mogę ją zastępować stale, przy każdej jej nieobecności.
A póki co od jutra na moim macierzystym stanowisku pracy, w okrojonym składzie, bo urlop.
Kiedy Paryż? - ktoś pytał. We wrześniu. Po drodze jeszcze wyjazd nad Bałtyk. To wyjazd krótki, ale bardzo intensywny. Wylegiwania się na plaży nie będzie na pewno. Takie pogmatwane te wczasowakacje w tym roku...

domowo
remont balkonów trwa w najlepsze. Wyobraźcie sobie, że balkony mam dwa i w wyniku tego remontu wyłączone są z użytkowania obydwa. i nie jest to fajne. Zapewniam.

Miniony weekend byl moim pierwszym weekendem spędzonym w domu od chyba maja. Bo cały czas coś się działo wyjazdowego, albo uczelnia, albo inne rzeczy. Jestem już zmęczona tą gonitwą. Teraz póki co mam wakacje, więc odpoczywam.

...a tymczasem oczy zamykają mi się same. Dobranoc.

czwartek, 02 sierpnia 2012
Nie od dzisiaj wiem, że nasza anonimowa rodzinka ma problemy z komunikacją. I zdaję sobie sprawę, że niejednokrotnie brak tej komunikacji, tego właściwego przekazu na łączach, utrudnia nam życie nie tylko rodzinne.
To tytułem wstępu :-)

Mała w pierwotnej wersji jechała do rodziny SZM na jeden, góra dwa tygodnie. W tak zwanym praniu wyszła opcja pobytu trzytygodniowego, ale opcja de facto zawieszona w próżni, na zasadzie "pożyjemy, zobaczymy...". Wczoraj w rozmowach telefonicznych z Małą jeszcze oboje dopytywaliśmy czy chce zostać na ten trzeci tydzień. Wieczorem okazało się, że plany urlopowe rodziny, u której Mała gości zmieniły się o jeden dzień do przodu i zmieniło to nieco kwestię odbioru Małej, bo najwygodniej jest nam odbierać  ją w czasie weekendu, a tu wyszło, że trzeba by przed weekendem. Poza tym jakoś tak niezręcznie nam zostawiać ją do samiutkiego ich wyjazdu. Zdaję sobie sprawę, że zapewne luźniej i swobodniej będzie im się szykowało do wyjazdu bez dodatkowego balastu w postaci Małej.
Odbieranie Małej w sobotę to czysty horror, bo na zakopiance korek od rana i żadna to przyjemność stać w korku. Myślałam, że może SZM w ciągu tygodnia weźmie dzień wolnego i pojedzie po nią. Nawet tak mówiłam do opiekunów Małej.
W domu SZM umawiał się wstępnie z Młodym, że może pojadą sobie obaj w tę sobotę.
Tymczasem SZM załatwił sobie wolne na jutro (piątek) i nic to, że z Młodym ustalał sobotę, nic to, że do Małej mówiliśmy o pobycie w następnym tygodniu.
Jak mi zadzwonił do pracy, że załatwił to wolne to jęknęłam w duszy, bo z tego co przebąkiwał wieczorem myślałam, że on mówi o kolejnym piątku, tym za tydzień. Zapytałam tylko czy Młody wie, czy jedzie. No i czy SZM zadzwonił do Małej z tą wiadomością. Oczywiście SZM zapewnił mnie, że wszystko gra i bucy.
Efekt jest taki, że Młody na piątek już umówił ze znajomymi na basen. Ale jak powiedział do mnie odwoła to i pojedzie z tatą, bo na pewno tata się obrazi jak z nim nie pojadę. Nie da sobie powiedzieć, że mówił o sobocie. I nie dał. Wciąż utrzymuje, że mówił w piątek lub w sobotę.
A po południu zadzwoniła zapłakana Mała, że dlaczego nie powiedzieliśmy jej wczoraj, że wyjedzie już w tym tygodniu, że przecież mówiliśmy o następnym tygodniu itd.
I szlag jasny wewnętrzny mnie trafia z jednej strony, bo żal mi Małej. Skoro SZM mógł sobie załatwić wolne na ten piątek, to pewnie mógł i na kolejny, albo na ten najbliższy poniedziałek, żeby nie jechać w czasie weekendu w tych korkach.
A z drugiej strony sobie myślę, że dwa tygodnie wizyty Małej  wystarczą, że przecież każdy wyjazd się kiedyś kończy, a skoro są łzy to znaczy że jest/było fajnie, i że lepiej wyjeżdżać z niedosytem...
*
Udaje mi się nie podjadać. Wskazówka drgnęła o dwa kilo. Jest zatem motywacja.