na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 23 sierpnia 2017

Wakacje, wakacje i po wakacjach...
Przeżyliśmy, wróciliśmy razem, niepokłóceni, daliśmy radę i nie było wcale tak źle.
Z perspektywy czasu było zdecydowanie lepiej niż rok temu, kiedy byłam jedna wielką chodzącą zamkniętą w sobie pretensją. Śmiem twierdzić, że teraz było fajnie. Ale po pierwsze była ładna pogoda, a po drugie byliśmy dłużej i w zdecydowanie fajniejszym, mimo, że znanym nam już, miejscu. A po trzecie to był czas wykorzystany na aktywność fizyczną i to mnie bardzo cieszyło. Udało mi się zwlec SZM z kanapy :-) Co drugi dzień rower, codzienne długie spacery, a ja co drugi dzień bieganko. Poza tym oczywiście lenistwo, filmy dla SZM, dla mnie książki, a pod samiuśkim nosem plaża.
Podsumowując - wspólnie prawie 100 km przejechane na rowerze, prawie 60 km przespacerowane, a ja dodatkowo mam prawie 60 km przebiegane :-)
I chyba tylko dzięki tej aktywności udało mi się nie przytyć, bo pensjonat, w którym byliśmy miał tak wypaśne wyżywienie, że po prostu nie dało się jeść mało. Generalnie plażowaliśmy mało, bardzo mało, bo SZM plażowanie zaliczył aż raz, a ja całe cztery. Za każdym razem po południu, tzn. po 14.00, na max dwie godziny. Dzięki temu, że plaża była na wyciągnięcie ręki chadzałam sobie na plażę sama. Ręcznik, leżak, butelka wody i książka. Niczego więcej mi nie trzeba było. Pełen relaks. Gdzie te czasy gdy podążaliśmy na plażę w licznej grupie znajomych, z tabunem dzieciaków i tobołami...
Trochę tęskno mi było za czasem gdy jeździliśmy w dużym gronie, ale pamiętam, że wtedy brakowało mi spokoju, ciszy, intymności i błogiego przesypywania piasku. No to najwyraźniej  teraz nadszedł ten czas :-)

czwartek, 03 sierpnia 2017

U nas upały, żar się z nieba leje. Odliczam dni do wyjazdu, ruszamy piątek skoro świt. Boję się tego wyjazdu, bardzo się boję. nie zdziwiłabym się gdybyśmy doszli do wniosku, że czas na rozstanie. Każde z nas ma inne cele, priorytety i upodobania. Różni nas właściwie wszystko. Dramat. Nie żebym tego chciała, tego rozstania. Nie jest mi ono potrzebne, ale jak patrzę na nas z boku i na to co się dzieje to wydaje się ono kwestią czasu. Pożyjemy, zobaczymy. Bądźmy dobrej myśli. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Potrzebowalibyśmy chyba mediatora i negocjatora, bo sami jakoś chyba nie potrafimy się dogadać. Każde z nas wie lepiej i czuje się pokrzywdzone. Czy to już dopada nas syndrom opuszczonego gniazda? bo te pisklaki niby są, ale jakby ich jednak nie było...