na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
poniedziałek, 28 września 2009
zasiedziałam się ździebełko... a rano wstać trzeba.

W telegraficznym skrócie:

- dorosłe dziecko już ma w ręce dowód osobisty,
- rok akademicki coraz bliżej,
- najbliższa imprezka babska u mnie,
- rodzinne dziecko już po drugiej stronie brzucha,
- matencja doprowadza mnie do rozstroju, powoli aczkolwiek systematycznie,
- akcja kot na drzewie zakończona pomyślnie,
- depresja debetowa przybiera na sile; złość, frustracja, bezsilność i kolejnych tysiąc sto postanowień bez szans na ich realizację,
- walkę z apetytem na czekoladę mogę zacząć od początku, waga jakby w punkcie wyjścia, ale figura zdecydowanie jeszcze nie taka jak była, czyli póki co - in plus!
piątek, 18 września 2009
Gubię się w tym nowym wizerunku Bloxa...
Nowe nie musi oznaczać lepszego.
Może to kwestia przyzwyczajenia.
Na Naszej-klasie też wymyślili jakieś cudo śledzikowate. I na co to komu? Mało tego, chyba nie można tego usunąć.

Koniec tygodnia, nareszcie. Zmęczona jestem, mimo że specjalnego wysiłku w pracy nie było. Nudne, senne dni. Ta senność właśnie męczy.

Rok szkolny już w pełnym rozkwicie. Akademicki jeszcze nie, na szczęście. I wcale mi się do niego nie spieszy.

Zaprosiliśmy sobie na jutro moje Rodzeństwo w gości. To chyba ostatnia wizyta nim powiększy się im rodzina, bo to już, na dniach prawie że. Będę kolejny raz ciocią :-)

Tak sobie ostatnio uzmysłowiłam, że przez te nasze studia, najpierw SZM, a potem moje, trochę nam się rozluźniły kontakty towarzyskie. Bo niestety brakowało czasu na wszystko. Z ręką na sercu mogę przyznać się do faktu zaniedbania choćby telefonicznych kontaktów z rodziną. Z Rodzeństwem SZM, znaczy się. Ponadto przyszywani dziadkowie, teraz już tylko przyszywana Babcia, też z naszej, mojej strony zdecydowanie zaniedbana. Obiecałam sobie:
Ze dwa razy w miesiącu wykonywać telefony z serii Cześć, co słychać?
Raz w miesiącu zajrzeć do przyszywanej babci.
No i raz w tygodniu nawiedzać moją matencję. I tatencjusza.

Wrzesień wkrótce się skończy, a mój plan wykonany tylko w niewielkiej części. Muszę sobie tak narzucić, bo inaczej nie jestem w stanie się zmobilizować do jakiegokolwiek działania. w kwestii tych telefonów co-słychac-iowych mogę sobie pogadać, że oni tez mogą zadzwonić i się postarać, ale problem tkwi w tym, że był czas gdy oni się starali, a teraz mam wrażenie, że w wyniku naszego niedbalstwa, lenistwa kontakty się rozluźniły dość mocno. Niby mi nie zależy, ale to jednak rodzina. Najbliższa. I nie chcę przykładać ręki do rozluźniania kontaktów.

SZM rano jedzie na grzyby. Już raz był. Znalazł trzy sztuki. Nie dałam się namówić. Będę jeździć jak grzyby będą. Zobaczymy co i ile znajdzie jutro...

Mam wrażenie, że z dnia na dzień zapadam w sen zimowy. Najchętniej zwinęłabym się na kanapie w kłębek, pod pledem oczywiście i drzemała.


niedziela, 13 września 2009
SZM zaproponował, żeby zaprosić Oną z rodziną.
Sam osobiście zadzwonił, zaprosił.

Było naprawdę fajnie.
piątek, 11 września 2009
Już myślałam, że nie popiszę, bo mi się kursor w okienku do pisania notki nie chciał pokazać...

Pachnie jesienią. Dzień nawet piękny słoneczny pogodny nie jest już taki letni, prawdziwie letni, już czuć obecność jesieni.
Czytam sobie Dom nad rozlewiskiem. Czytam i delektuję się tą książką. Wspaniały klimat, piękne opisy (mówię to ja, która nie cierpi opisów) przyrody, jedzenia, rodziny, nawet miłości. Mądre słowa na stronach książki.
Zdrażniło mnie tylko jedno i to baaardzo mocno.
Autorka-narratorka-bohaterka zmienia tryb życia i sposób odżywania się, efekt - przybiera na wadze. I z opisu wnioskować by można, że teraz dramat, że kilka kilogramów plus, że wałeczki, tłuszcz i w ogóle sadło, sama siebie nazywa foką i takie tam inne duperele. Padłam z wrażenia gdy przeczytałam, że przytyła i przesiadła się do rozmiaru 42. Nawet komentować mi się tego nie chce.

Czytam, codziennie po troszkę. Delektuję się tą lekturą. Wyciszam. Uczę się na nowo czytać książki.

SZM planuje jutro pierwszy wypad na grzyby. A mnie się nie chce.
Ze mnie zrobiła się dosyć spora foka. Zdecydowanie więcej niż rozmiar 42. To znaczy góra na pewno 42, za to dół zdecydowanie więcej :-) Jakieś 44, pewnie tak.
Od czasów Chorwacji jestem do przodu tak skromnie licząc jakieś 4 kilogramy. Najmniej. Postanowiłam już, że farmaceutyki stanowczo odstawione, zadziałały raz i wystarczy. Teraz silna wola, której brak, bo przecież jedzenie jest takie przyjemne... A ciągnie mnie do lodówki bardzo. I wiem, że nie powinnam, bo za chwilę wymieniać garderobę mi znowu przyjdzie, że sporo ciuchów fajnych wakacyjnych mam, i jak tak dalej pójdzie to na kolejne wakacje się do nich nie zmieszczę ,o szafie jesiennej nie wspominam.

Rok szkolny leci. Dzieci rosną. Ze zdziwieniem patrzę jak zmienia się Mała, już nie dzieciątko, nie dziewczynka, już robi się podlotek, już nastolatka. Zmienia się gestykulacja, sposób rozmowy, figura... Rośnie to moje dziecko.
Młody to praktycznie rzecz biorąc facet. W środku jeszcze dzieciak, ale na zewnątrz facet.
Tak, rosną dzieci...

A my wciąż tacy sami!
sobota, 05 września 2009
Impreza jak impreza.

...albo ja się starzeję, albo zbyt rzadko z nimi widuję, albo sama już nie wiem co, ale po raz kolejny zdarzyło mi się podczas imprezki pomyśleć, że się ciutek nudzę. Nie uwierzyłabym gdyby mi ktoś powiedział, że tak będzie.
Faktem jest że z całego grona widuję się z nimi najrzadziej, bo tylko i wyłącznie na tych imprezkach. Cała reszta mija się gdzieś tam po drodze na ścieżkach zawodowych czy rodzinnych. Cała może nie, ale większość, zdecydowana większość.

Ona

Tak sobie myślałam o Onej, o tej Onej, o której kiedyś pisałam, dawno temu, jeszcze na poprzednim blogu. Bo kiedyś Ona zajmowała w moim życiu więcej miejsca...
Znamy się jeszcze ze szkoły, tej po liceum. Jakoś tak zbliżyłysmy się mimo, że jestesmy totalnie różne i każdy kto nas zna obie dziwił się, że tak dwie odmienne, a jednak trzymają się razem.
Nie przechodzi mi przez gardło słowo przyjaźń. Nawet nie przyjaźń, co przyjaciółka. Bo słowo przyjaciółka źle mi się kojarzy. Przyjaciel ma dla mnie wydźwięk pozytywny, a przyjaciółka zdecydowanie nie. Takie mam jakieś doświadczenia :-)
Byłysmy na swoich weselach, wspierałysmy się w początkach naszych małżeństw, potyczek rodzinnych, kiedy nasze dzieci były małe, a potem większe. Zaprzyjaźnilismy się rodzinnie. Zaliczyliśmy mnóstwo wspólnych imprez, zabaw, nawet wyjazdów wakacyjnych.
ale...
...nie miałam wewnętrznego przekonania, że Ona jest na sto procent szczera, oddana, taka jaką być powinna prawdziwa przyjaciółka
...SZM nie przepadał za jej towarzystwem, nieświadomie utwierdzając mnie w moich skrywanych obawach dotyczących szczerych intencji Onej
...miałam wrażenie, że to przede wszystkich ja inwestuję w naszą znajomość (przyjaźń?), bo to ja wpadałam na kawę, na pogaduchy, bo to ja byłam tą, która wie i potrafi załatwić, doradzić
...tak na prawdę to nie miałam i chyba nie mam do niej zaufania tak na 100 procent. Nie odważyłabym sie powierzyć jej tajemnicy, bo przypuszczam, że albo chlapnęłaby (świadomie) swojemu mężowi, albo (nieświadomie) rzuciła jakims tekstem, który świadczyłby o tejże tajemnicy
...niejednokrotnie musiałam "stawać" w jej obronie w moich dyskusjach z SZM, który zawsze miał jej coś do zarzucenia
...Ona bardzo przelicza kasę, jak mawia SZM nie jest szczera i jest materialistką. Jest.
...Ona jest osobą dosyć specyficzną, z lekka konfliktową, wybuchową, troche brak jej ogłady, taktu, wyczucia;

Przyszedł potem czas że i mnie nie chciało się już starać, że pomyślałam  że też może mi się nie chcieć. Poza tym ścieżki zawodowe sprawiły, że nie mamy już po drodze razem. I tak się nam dróżki rozeszły... I odwiedziny coraz rzadsze...

Tegoroczne wakacje były zapewne naszym ostatnim wspólnym rodzinnym wypadem gdziekolwiek. Na linii SZM-Ona aż iskrzy od agresji i negatywnej energii. Stare przysłowie pszczół mówi, że dobrze jest gdy mąż nie lubi koleżanek żony. Ale w praktyce jest to bardzo uciążliwe i wykańczające psychicznie dla tej żony :-)
Obydwie wiemy, że zamknął się za nami pewien etap. I czuję pewien niesmak w związku z tą sytuacją. Sprawa wygląda tak, że czułam się między młotem a kowadłem. Z jednej strony mąż, z drugiej koleżanka. Były sytuacje za które ewidentną winę ponosi SZM, ilekroć o tym pomyślę ciśnienie skacze mi do 300. Były sytuacje, gdzie zawiniła Ona. Nie jestem obiektywna, ale śmiem twierdzić, że więcej winy było ze strony SZM. Po prostu w drobnych, z pozoru nieistotnych konfliktach wychodziła cała jego niechęć do Onej.

I tak wczoraj źle się czułam tam, na imprezie, w obecności Onej...
piątek, 04 września 2009
Zaliczyłam dowcipnego speca nr 2. To spec, do którego mam pełne zaufanie i jeżeli mogę sobie na rutynowe kontrole chadzać do jakiegoś innego speca, to w przypadku gdy coś się dzieje i mnie niepokoi bardzo, udaję się do speca właściwego, który dwoje moich dzieci witał na tym świecie :-)
Po pierwsze - szok, miło nowocześnie i do tego bajer pod tytułem kamerka (leżysz na fotelu podczas badania, patrzysz w ekran i widzisz własną szyjkę macicy :-/)
Po drugie - póki co abrazji nie będzie. Próbujemy farmakologicznie. Mamy 40% szans, że się uda. Jutro muszę zaliczyć aptekę, już teraz się boję
I po trzecie - dobrze, że poszłam; w ciąży nie jestem i chyba za chwilkę dostanę okresu.

Jutra babska impra. Przyznam szczerze idę raczej z obowiązku niż z przyjemności. Ech...
środa, 02 września 2009
  • pobudka wcześniej niż przez ostatnie dwa miesiące,
  • kolejka do łazienki,
  • śniadania do szkoły,
  • praca jak praca, a w międzyczasie
  • zaliczony auto-serwis (sugestia wymiany na nowszy model, zachwyt nad nowymi modelami)
  • fryzjer (w piątek imprezka babska w planie to trzeba jakos wyglądac, nie?)
  • obiad na dziś
  • obiad na jutro (w międzyczasie matencja wisi na telefonie)
  • drzemka poobiednia (walka z natrętną muchą, która się do mnie przyklejała, wstręciucha)
  • zmieniony termin abrazji u speca nr 1, więc drzemka skrócona przez ten telefon
  • ktoś musi ogarnąć ten stos naczyń po obiedzie i gotowaniu; ciekawe kto...?
  • na chwilę do kompa (matencja po raz fafnasty wisi na telefonie)

I w tym wszystkim ja jakby zawieszona w próżni, bo wizyta u dowcipnego speca nr 2 umówiona na jutrzejszy wieczór, pod warunkiem, że nie dostanę okresu (jeżeli dostanę to jakby nie ma sensu do niego iść) i dobrze, że go jeszcze nie mam.

...z drugiej strony - DLACZEGO JESZCZE GO NIE MAM????


Pojechałam z matencją do specjalisty. Długo już umawiałyśmy się na tę wizytę. Matencja bardzo chciała znaleźć się pod opieką dobrego specjalisty, więc poszperałam, popytałam. Pojechałyśmy.
W momencie gdy matencja zobaczyła panią doktor specjalistkę i wypowiedziała pod nosem "...ach, to to jest pani doktor..." już wiedziałam, że tak właściwie to możemy się zbierać, bo i tak matencja nie będzie zadowolona. Ja to po prostu wiedziałam.
Lekarka drobna, szczupła, plus-minus pod pięćdziesiątkę, ale chyba bliżej czterdziestki.
Zapewnie nie tak matencja wybrażala sobie panią doktor specjalistkę.
Gabinet pośledniej jakości, bardzo pośledniej. Zarówno gabinet jak i poczekalnia lat świetności nie miały nigdy. Na pewno. Matencja była zdegustowana jeszcze przed wejściem do gabinetu. Ja też zachwycona nie byłam, muszę przyznać.
No i oczywiście:
ona nie jest dobrym lekarzem,
ona się nie zna,
właściwie to nic mi nie przepisała,
nic nie zmieniła w lekach
 i
w ogóle była taka pobieżna, muszę sobie znaleźć dobrego specjalistę.

...to nic że pani doktor specjalistka cieszy się dobra opinią i pracuje w szpitalu w naszym mieście
Nie cierpię załatwiać czegokolwiek z matencją, a już najmniej lubię wizyty u lekarzy. Matencja jest typem człowieka starszego spragnionego towarzystwa, który zagaja rozmowę, jest przeuprzejmy. Aż za bardzo. Jak dla mnie dużo za dużo.
Argument matencji przeciwko pani doktor powalił mnie na kolana - "tam była pacjentka, która ze swoim mężem leczy się u pani doktor specjalistki od czterech lat i ostatnio dostała udaru. To jak ta specjalistka ją leczy, że dostała udaru?"
Ręce mi opadły. Wszelkie argumenty również.
I tak to.
Ech...

- - - - -
czy dobrze mi się wydaje, że opowiadanie lekarzowi podczas wywiadu, że leczyłam się u doktora Abecadłowskiego, prowadził mnie dr Aaaaa, a to badanie robil mi doktor Beeee, a doktor Ceeeee powiedział to czy śmo - jest raczej nielelganckie? Moim skromnym zdaniem wtrącanie nazwisk jest w takim przypadku nie na miejscu. Matencja oczywiście zdziwiona - juz mi to mówiłaś? Tak? Naprawdę?