na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
piątek, 28 września 2012
Do tych wszystkich zatajanych przed SZM rzeczy muszę dorzucić jeszcze jedno.
Spieprzyłam swój nowiuteńki aparat foto.
Uszkodzenie mechaniczne i to na maxa. Gigantycznego! O naprawie mowy nie ma więc kanał totalny.
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka...
Nie chcę mówić o tym SZM.
Bo nie.

Nie zostaje mi nic innego jak kupić taki samiuteńki i udawać, że nic się nie stało.
Problemem jest kasa, bo konto wspólne, a kasy mało.

Z wyjazdu do P. zostało nam euro, które sobie leży w kopertce, więc muszę sprzedać to euro i potem po troszkę dokupywać, żeby uzupełnić braki.
Źle mi z tym. I zła na siebie jestem. Bardzo.

Żeby tylko był dostępny w sklepie za rozsądne pieniądze...

Może ten uszkodzony uda mi się jeszcze opchnąć, może na części, albo na złom fotograficzny...

- - -
godz. 0.59
...poszperałam troszkę w necie. Zacznę jednak od próby naprawy tego cacka. Ale to dopiero w poniedziałek...
Trzymajcie kciuki, plizzz!
środa, 26 września 2012
A. - studentka
nie pomyliłam się mówiąc, że to będzie tylko formalność. Była. Teraz pozostało mi już tylko czekać na papiery z uczelni, które poświadczą, że faktycznie zrobiłam co zrobiłam. i jeszcze towarzyskie spotkanie w charakterze oblewania zaplanowane na październik, ale jakiegoś parcia na nie nie mam.
W domciu do gratulacji SZM dołączył butelkę likieru, ale póki co stoi nietknięta, bo wieczorem nawiedzili nas znajomi, a ja postanowiłam likier schować tylko dla siebie, taka byłam ;-)
Tak więc etap studiów podyplomowych uważam za zamknięty. Nie zarzekam się, bo gdyby się znowu nadarzyła okazja studiowania kiedy płaci UE, to czemu nie...
A. - żona
Za nami poważna rozmowa. SZM wyczuł, że coś się dzieje niedobrego, coś czego być nie powinno. Poczuł się zagrożony. Nie wiem zupełnie dlaczego, bo podstaw ku temu nie miał żadnych, nawet gdybym się bardzo wysiliła. Okazało się, że zazdrosny jest, po prostu. Zazdrośnik jeden :-) Mam nadzieję, że wyjaśniliśmy sobie wszystko. A przynajmniej wiele. Wywaliłam wszystko co mi leżało na wątrobie. No może prawie wszystko. Wszystkiego lepiej nie mówić, bo potem można żałować :-)
Póki co konsekwencje tej rozmowy są pozytywne. Dla mnie istotna sprawa czyli alkohol, który moim zdaniem zbyt dobrze SZM smakował, został ograniczony do minimum. I jest to jednoczesnie wzięcie się za siebie w kwestii zrzucania wagi.
A. - matka Młodego
Ręce mi opadły, bo poskładałam sobie łamigłówkę, która wcale nie była skomplikowana i wyszło mi, że Młody w tajemnicy przed nami zaliczał jeszcze język. I nie zdał. Ma termin do marca. To już chyba warunek. Sama zgłupiałam a dogadać się z nim nie mogę. Nie mam już siły.
Nie omieszkałam powiedzieć, że noga może się każdemu powinąć, ale kłamstwo na tak duży kaliber, kiedy mówi nam, że już ma wszystko do przodu, to jest granica której przekroczyć nie powinien. Tłumaczył się, że nie chciał nas denerwować, nie chciał, żebyśmy się martwili i takie tam inne, ale generalnie rzecz w tym, żebyśmy żyli w błogiej nieświadomości i nie gderali mu nad uchem. Facet ma lat 21 a zachowuje się jak dzieciak. Egzamin oczywiście jest płatny i dla zasady nie zamierzam partycypować w kosztach.
O całej tej sprawie wiem tylko ja, a SZM żyje w błogiej nieświadomości. Młody prosił, żeby tacie nie mówić, że na pewno to zda, ale żeby nie mówić tacie. I ja mu się w gruncie rzeczy nie dziwię, bo SZM potrafi być przykry i gderliwy, jak mało kto. Zastanawiam się tylko czy nie daję się Młodemu urabiać, czy nie robię z siebie mamusi z Ballady o Januszku. Że Młody stęknie, kwiknie, a ja będę go kryć przed ojcem, a on będzie robić co mu się żywnie podoba. ...ale z drugiej strony gdybym ja była na jego miejscu, też wolałabym, żeby tata nie wiedział.
Tylko źle mi z tą świadomością, że coś mam kryć przed SZM.
A. - matka Małej
...i ta sama sytuacja dotyczy Małej i tego jej pisania z tym jakimś tam chłopakiem/facetem.
Źle mi z tym.
Sprawa domniemanego samobójstwa wydaje się być ewidentnym nadużyciem, bo Mała kwitnie, kipi energią, zakłada w szkole koło zainteresowań, planuje wakacje i w ogóle jest pozytywnie nastawiona. I tu mi zdecydowanie lepiej :-)
A. - pracownik
W przesiadkowym miejscu pracy zajęcia mnóstwo, nie wiadomo za co się brać. Mam wrażenie, że Niefrasobliwa_Ciotka_Klotka z całą czarną robotą czeka na mnie. Wszelkie zaległości czekają na mnie. Sprawy ważne, które chciałabym pojąć, zobaczyć co się z czego bierze, załatwia kiedy mnie nie ma, a jak już musi przy mnie to robi to tak szybko i chaotycznie, że sama się zastanawiam czy specjalnie, czy wynika to z jej bałaganiarstwa i roztrzepania. I oczywiście cały czas wszystko mi tłumaczy. to nic, że z d..y strony, liczą się intencje. Cały czas wylicza mi tylko ile jeszcze rzeczy jest, mamy, do zrobienia. Ale gdyby wzięła się solidnie do roboty, a nie wisiała na telefonie, albo wychodziła na papieroska to machnęłaby to sama w try-miga. Ale nie leży to w jej naturze. A szefostwu jak widać nie przeszkadza. Bo na bieżąco wszystko gra i bucy, ale gdyby wpadła jakaś kontrola to nie byłoby tak super.
Męczy mnie ta sytuacja. Stres mnie też zżera, że czas leci i nie ogarnę tego wszystkiego co powinnam. I co ja biedna zrobię sama...
W macierzystym miejscu pojawiła się już nowa siła robocza w miejsce dotychczasowego wakatu. Postać niby OK, ale... usta jej się nie zamykają. A to nie jest fajne. A ja po prostu nie jestem ani ciekawa, ani zainteresowana tym co słyszę. Reszta ekipy podobnie. :-(

a ponadto...
- zdjęcia kuchni - OK, wiem, pamiętam, ale wszystko w swoim czasie, jeszcze z aparatu do komputera muszą drogę przebyć :-)
Dzisiaj wymieniono nam jeden element szafki cargo, bo nie zamykała się tak jak powinna. To jedyny element na którym nieco zaoszczędziliśmy biorąc tańszy model. Niby nie było nic widać, żaden dramat, ale z perspektywy użytkownika, który płaci i wymaga zażądałam wymiany, a nie naprawy. Mam nadzieję, że teraz już będzie OK.
- plany na weekend: w piątek impreza babska, w sobotę - urodziny w rodzinie, w niedzielę - chrzciny. I już po weekendzie. Niestety.


czwartek, 20 września 2012
domowo
zniknęły rusztowania i mam już super balkon! I totalny rozgardisz w chałupię, bo od wczoraj co i rusz siedze przy kompie, zamiast chałupkę ogarniać, a stos prasowania czeka i woła cicho...
SZM wrócił przeziębiony, wykończyły go te przeciągi w paryskim metrze. Dzisiaj mam więc niezapowiedzianą wizytę u zębologa, bo szkoda puścić termin. Albo wrzucę dzieci do przeglądu technicznego?
pracowo
wolne do końca tygodnia. Hurra!
studencko
jutro ostatni egzamin, znaczy obrona pracy końcowej - uprasza się o trzymanie kciuków, aczkolwiek bezczelnie myślę sobie, że to będzie tylko formalność :-)
Obym się nie przeliczyła...
rodzinnie
na dzień dobry matencja podniosła mi ciśnienie. Ona to jednak ma zdolności w tym kierunku. Wróciliśmy wieczorem w poniedziałek. Zadzwoniliśmy do dzieci i powiedzieliśmy, żeby dali znać matencji. Młody zadzwonił, więc wiedziała, że wylądowaliśmy cali i zdrowi. Zadzwoniłam do niej we wtorek ok. 15 i słyszę pretensje, że dlaczego dopiero teraz dzwonię, że mogłam zadzwonić i się przywitać. A potem słyszę, bo przecież znam ją jak własną kieszeń, że pyta jak tam dzieci radziły sobie same, bo przecież zostały same. I czuję, że ona ma jakieś anse w kierunku tego, że pojechaliśmy bez dzieci. I jeszcze to pytanie - a warto było jechać? A SZM zadowolony?
No nie wiem może jestem przewrażliwiona, ale mnie trafia jak tak gada...

no to odrywam dupcię od ekranu i lecę podziałać coś w domu, a zwłaszcza w kuchni :-)

Przeglądając swojego bloga w poszukiwaniu wpisów na temat Małej, zwróciłam uwagę na to, że nie wrzuciłam w końcu zdjęć końcowych poremontowych mojej nowej kuchni. Muszę to nadrobić, ale dopiero jak ją wysprzątam :-)

no to lecę.




Wyrzuciłam z siebie cały ten Paryż i teraz już być może uda mi się wrócić do normalnego życia. A trzeba, bo nic nie chce czekać i w kolejce ustawiają się kolejne sprawy. Korzystam z faktu, że mam wolne i nie muszę iść do pracy, aczkolwiek nie wiem czy nie lepiej by było dla mnie zastosować terapię szokową pod tytułem do pracy marsz i koniec. A tak wciąż z tyłu głowy przewijają mi się obrazy z Paryża. Ulice, zabytki, okropne przeciągi w metrze (SZM wrócił przeziębiony), tłok w kafejkach, drożyzna, bo wiadomo, masa rowerów i świadomość, tego, że to jest właśnie Paryż. Nie wiem co takiego w nim jest, ale magia działa :-) Czas wrócić do codzienności. ...a więc Mała i telefon od wychowawcy... ...
Rano jeszcze przed śniadaniem szybkie pakowanie. Rzeczy niby tyle samo, bo kupionych kilka pamiątek i upominków nie zabiera zbyt wiele miejsca, ale jak widać do domu pakuję się mniej starannie, bo miałam problem z zapięciem torby :-) ...
Śniadanie bez zmian :-) Tym razem obraliśmy kierunek na Łuk Triumfalny. ...
Śniadanie bez zmian. Po śniadaniu kolejna porcja spacerów. Najpierw metrem bliżej do celu. A potem już tylko pstryk, pstryk i nowe focie! :-) ...
środa, 19 września 2012
Śniadanie: sok pomarańczowy albo multiwitamina (z automatu), kawa, różne rodzaje herbaty, ciepłe mleko, zimne mleko, płatki kukurydziane jasne i czekoladowe, różnego rodzaju dżemiki, miód, serek typu fromage do smarowania, masło. I obowiązkowe rogaliki z ciasta francuskiego (bez nadzienia), i z tego samego ciasta takie ciastka z nadzieniem czekoladowym - pyszne! ...
Spakowani, podenerwowani, czekamy na znajomych, z którymi razem pojedziemy na lotnisko. Do lotniska mamy około 80 km plus koszty parkingu podczas naszej nieobecności więc rachunek jest prosty. :-) ...
 
1 , 2