na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
środa, 30 września 2015

Żyję. Chciałoby się rzec, ale co to za życie? Nie mniej jednak nie narzekam :-)
Mam się dobrze, pracuję, biegam, jestem aktywna, nawet chyba aż za bardzo. Mam wewnętrzną obawę że za bardzo i że zbyt mocno się angażuję, bo SZM zostaje z tyłu. Ale czy moja to wina, że on nie lubi się ruszać...?
Moja aktywność biegowa przekłada się na nieobecności w domu, bo treningi 3 razy w tygodniu same się nie zrobią, to raz. Bo początkowe pół godziny biegania zmieniło się już w pełną godzinkę, albo i więcej nawet. Teraz biegam sobie 6 do 8 kilometrów. Piąteczka już na mnie nie robi wrażenia :-) No i siłą rozpędu zapisałam się na kilka biegów, a one odbywają się w weekendy i wtedy też mnie w domu nie ma. A wszystko przez to, że ekipa biegowa jest bardzo liczna, bardzo fajna i bardzo zorganizowana. I z biegania robi się po prostu super zabawa.
Miałam nadzieję, że SZM przyhaczy się do biegowego środowiska jako kibic, albo fotograf chociaż skoro bieganiem samym nie jest zainteresowany, ale niestety nic mi z tego nie wyszło. Najsampierw on sam musiałby chcieć. Chcieć cokolwiek zrobić żeby zrzucić kilka kilosów. Chęci nie widać, a faktyczne trzeba przyznać, zapracowanie jest świetnym usprawiedliwieniem. I tak to wakacje się skończyły, nastała jesień a mój SZM nie znalazł odpowiedniej pogody i pory by zacząć tak na serio jeździć na rowerze.
To tytułem narzekania. A druga strona medalu wygląda tak, że czuję trochę wyrzut sumienia, że co chwilę nie ma mnie w domu, że nurkuję do komórki i sprawdzam Endomondo, Facebooka i takie tam inne. Że chodzę na regularne treningi grupowe, czasem jeszcze umawiam się z dziewczynami na biegi, że jeżdżę na imprezy biegowe. A ponadto spotykam się z koleżankami eks studentkami i chadzam na babskie spotkania, bo ostatnio po długiej pauzie się właśnie jedno odbyło. A mój SZM pracuje często do późna i tyle. Tak myślę, że czasem nawet gdyby chciał to nie miałby szans na jakąkolwiek aktywność. Moje wewnętrzne wyrzuty sumienia powodują, że spinam się w sobie i usiłuję ogarnąć wszystko co powinnam i dbam o tak zwane dobre wrażenie. Pracuję nad tym i przyznam szczerze, że źle się z tym czuję.
Czuję, że nie ma między nami takiej serdeczności i ciepła jak kiedyś, dawniej, dawno. Często łapiemy się za słowa, słówka i zachowania. Takie drobne szpileczki. Czasem chce mi się odgryźć, a czasem odpuszczam. To nie moja wina, że jemu się nie chce.
Rodzina i znajomi, którzy z rozbawieniem mnie pytają o moje bieganie i z troską pytają SZM jak on sobie radzi z moim bieganiem nie pomagają, a przyznam szczerze, że mnie wkurzają.
Zdaję sobie sprawę, że zakręciłam się w temacie biegania, ale bardzo mi się podoba takie zakręcenie i jedyne czeo mi naprawdę żal to teo, że po pierwsze nie mam 10 lat mniej, a po drugie, że mój mąż nie biega i nie mogę z nim dzielić radości wspólnej pasji, wspólnego spędzania czasu itp. Tak jak to kiedyś było z rowerem.