na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 28 września 2017

Życie toczy się dalej...

SZM pilnuje diety i ruchu, z wagi leci, ubyło mu już 7 kg, więc efekty są, mierzy cukier i tu też jest poprawa. Śmieszą mnie tylko sytuacje gdy dopytuje co dałam do przygotowywanych potraw, tudzież jak sprytnie zamienia np. jogurt na śmietanę. Śmieszy mnie to, ale śmieję się bezgłośnie, wewnętrznie, bo przypominają mi się jego wcześniejsze komentarze, że np. jogurt jest do bani, bo prawdziwy smak to ma śmietana :-) Ale cieszę się z tej zmiany. Sam pilnuje, żeby trochę się poruszać, idzie na rower. Wiele się nie najeździ, ale liczy się każdy km. Czasem idę z nim, ale ja generalnie wolę biegać, to raz, a dwa, to będzie miał problem, bo teraz szybciej się robi ciemno, a jazda po ciemku to średnia przyjemność, wczoraj mieliśmy okazję się przekonać. Póki co sporo teraz truchtamy, bo... jeździmy na grzyby. Cała chyba Polska podnieca się urodzajem, więc i my nie odstajemy od reszty. I jutro po raz kolejny wybieramy się do lasu. Bo jak grzyby są to ja lubię, a szlag mnie trafia gdy nic i nic... Jutro z rana skoro świt wyruszamy...

Mała jutro ma inaugurację roku akademickiego. Wierzyć mi się nie chce, że to moje małe dziewczątko właśnie zaczyna życie studenckie... Oby jej tam dobrze było :-) Szczerze powiem, że bardzo mi pasuje, że mam ją jeszcze tutaj w domu blisko, a nie na studiach wyjazdowych gdzieś w Polsce:-)

Młody pracuje, związek jego trwa, nikt nic nie mówi na temat ewentualnej przyszłości, ale to pewnie wynika też z tego, że dziewczyna wciąż szuka pracy, a widoków na swoje mieszkanie póki co nie mają. Widzą się często, nocują u siebie wzajemnie przynajmniej raz w tygodniu. On wraca późno z pracy, bo ściąga do domu zwykle między 18 a 19. Sporo czasu zabiera mu dojazd. I tak na dobrą sprawę nim wróci, odświeży się, zje to jest już 20. Najwięcej czasu spędzają ze sobą w weekendy, bo to już prawie standard, że albo on u niej, albo ona u nas od piątku do niedzieli. Trzymam kciuki za jej poszukiwania pracy. Chłopakowi łatwiej znaleźć, bo nie zajdzie w  ciążę i nie pójdzie na zwolnienie, to taka uwaga ze strony potencjalnego pracodawcy. Celna.

Matencja. Z jednej strony mam wyrzut sumienia, bo od powrotu z wczasów zdecydowanie rzadziej do niej jeżdżę, a z drugiej nie ukrywam lepiej mi tak. Ale wychodzi ze mnie oczywiście syndrom grzecznej córeczki, bo wyrzut sumienia z tego powodu niedługo mnie chyba przerośnie. Z tygodnia na tydzień obiecuję sobie poprawę, ale nic z tego nie wychodzi. Myślę, że wynika to też z tego, że póki co nie mam potrzeby, konieczności takie prawdziwej,  żeby tam jeździć często. Bo matencja cały czas twierdzi, że daje sobie radę ze wszystkim i nijak nie jestem w stanie dogadać się z nią np. w sprawie mycia okien, które mogę przeciez jej machnąć raz-dwa i z głowy, ale ona twierdzi, że nie ma takiej potrzeby, bo sama sobie radzi świetnie (rocznik 1943). No to póki co nie walczę z wiatrakami.

Tatencjusz (rocznik 1940) po pobycie w szpitalu (kamienie w woreczku, operacja odroczona z powodu kiepskiego serca), zaopatrzony w aparaty słuchowe, których prawie nie nosi uparcie twierdząc, że bez nich też dobrze słyszy (a to bujda na resorach), twardo trzyma się diety, leczy kardiologicznie i ostro szykuje do zabiegu. Trą się tam między sobą, raz jest lepiej, raz jest gorzej, matencja najchętniej nawija na jego temat ilekroć dzwonię, więc wyćwiczyłam w sobie mechanizm mhmmania, żeby nie było, że potwierdzam cokolwiek, ale daję znać, że słucham tych nawijek.

Rodzina, czyli reszta rodzeństwa mojego i SZM, rozłazi nam się w szwach, tzn. kontakty rodzinne mamy sporadyczne do bólu. I nie wiem z czego to wynika, trochę niby wiem, bo czasu brak i terminy ciężko zgrać, a jeszcze tak w ogóle ciężko mi było SZM wyciągać do nich na tak zwane odwiedziny. Do jednej jego siostry to wcale nie chce jeździć, a drugą strawi, lubi, ale jakoś tak to wychodzi. Moje rodzeństwo kiedyś zdecydowanie nam bliskie, teraz porównywalne w kontaktach towarzyskich do tej nielubianej siostruni SZM. Widujemy się tylko z tak zwanych okazji. Trochę mnie to boli, ale nic na siłę. Pokolenie naszych dzieci też już chodzi własnymi ścieżkami i nie ma w nich parcia na bliskie więzi.
Pomyślałam ostatnio że wkrótce wigilia i chyba gotowa jestem, pogodziłam się z myślą, że na wigilii znowu rodzice i teście u nas. Będziemy cieszyć się bliskością, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Natomiast rodzeństwo całe mam w głębokim poważaniu. Muszę jeszcze tylko powiedzieć o tym SZM. :-)

Przyjaciele i znajomi, też się jakoś przesiali, ale teraz kiedy już wieczory znowu będą dłuższe i ciemne to postaram się nawiązać te relacje na nowo, utrzymać te istniejące. Bo sami widzimy, że dzieci mają już swoje życie, a my musimy zadbać o swoje relacje ze światem zewnętrznym. Tylko ten czas tak szybko umyka... Obiecuję sobie nic nie odkładać na później.

Bieganie, nadal trwa. Jest nawet progres, biegam szybciej, lepiej, z większą radością, lekkością. Obiecuję sobie nie wpisywać się na zbyt wiele imprez biegowych, ale czasem to żal nie skorzystać, bo jak mawia star przysłowie pszczół bieganie to nie czas i dystans, ale emocje. I to jest święta prawda :-) Zaliczyłam wspaniałe imprezy biegowe w tym kultowy Festiwal Biegowy w Krynicy. Było fantastycznie! I bardzo dobrze, że SZM nie zdecydował się jechać ze mną, bo byłabym między młotem, a kowadłem, a tak to luzik i integracja z moją grupą. Za rok we wrześniu powtórka, a zapisy już w grudniu :-)

Dieta, waga. Podczas przeprowadzonego postu dr Dąbrowskiej zgubiłam 10 kg. Wytrwałam w poście 28 dni plus wychodzenie tyle samo, nawet chyba nieco więcej. Przerwałam post ze względu na wagę, bo nie chciałam już więcej chudnąć (nigdy nie myślałam, że dożyję takiej chwili :-)) Po wakacjach wróciło mi 1,5 - 2,0 kg i tak właściwie to jest OK. Obiecywałam sobie, że w październiku powtórzę post, bo czułam się na nim wyśmienicie. Taka pełna energii, wyspana, silna, lekka, bez żadnych dolegliwości typu obrzęk nóg, ból kręgosłupa, z rozświetloną cerą i błyszczącym okiem. Serio! Ale powiem szczerze na chwile obecną waga mi odpowiada, pilnuję się by nie wzrosła, a ciężko mi teraz zapostować, bo wiem, że będzie mi brakować chleba, to raz. A dwa, że na wiosnę chyba zdecydowanie łatwiej... i chyba poprzestanę na jednodniowej przypominajce raz na jakiś czas. A poza tym zdecydowanie zmieniłam nawyki żywieniowe na plus. No i SZM też się już nieco inaczej odżywia, więc generalnie nasza kuchnia i zawartość lodówki przeszła lekką modyfikację.

Pracowo, jest OK. Przeżyłam nawet jedną kontrolę, która wyszła dla mnie pozytywnie, do niczego sie nie przyczepili, bo też powiem szczerze i nieskromnie, nie za bardzo mieli do czego :-)

No i tak to... życie toczy się dalej... :-)

czwartek, 21 września 2017

Powinien to być wpis pod tytułem "A nie mówiłam!?"
Przy okazji dodatkowych badań pracowych u SZM wyszedł zdecydowanie za duży poziom cukru. Ekspresowa wizyta u diabetologa (ubezpieczenie pracowe w końcu na coś się przydało) i zalecenia pod tytułem dieta i ruch, a do tego tabletki na zbicie cukru. No i skończyło się piwkowanie, pochłanianie coca-coli, zażeranie tłustości i żartowanie z mojego/naszego zdrowego jedzenia. Teraz sam pilnuje co i ile je. I jeździ na rowerze! Sam z siebie, no prawie, bo przecież jednak doktor kazał :-)Cukier spada, waga też, co widać. A jego samopoczucie chyba idzie ku lepszemu, bo sam mi powiedział, że czuje się lepiej. A nie mówiłam?