na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
sobota, 30 października 2010
wypłakałam się dziś w nocy w ramię SZM. Sama nie wiem co się ze mną dzieje. Czuję, jak z dnia na dzień ogrania mnie coraz większa dziura. Taki maksymalny i wszechogarniający tumiwisizm.
Potrzebowałam tego.
Ale nie wiem czy tak diametralnie jest mi lepiej...
niedziela, 24 października 2010
Sama się zastanawiam czy mój dół, a raczej gigantyczne dolisko nie bierze się z bliskiej odległości do menopauzy :-)
To taki czarny humor w wykonaniu Anonimki.
Chyba dobrze by mi zrobiła jakaś terapia. Serio.

Jak to w życiu - raz jest dobrze, raz źle. Równowaga musi być zachowana, ale sporym zaskoczeniem dla mnie była reakcja SZM, który po okresie ochów i achów w naszym związku (a w mojej opinii był on zdecydowanie obecny) zarzucił mi brak zaangażowania. A także częste zamyślenie i  nieobecność duchową.

Jak można się domyślać jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o seks. Nie bójmy się słów. Różnimy się temperamentami i o to toczy się batalia. Niestety przedkładam jakość nad ilość ;-/
SZM ma skłonności do dramatyzowania i dramatyzuje, a to, że pewnie go nie kocham, że mi źle, że może gdzieś-tam-ktoś i takie tam inne. Nie mam siły ani ochoty walczyć na słowa. I zamykam się.
Faktem jest, że jestem zamyślona, taka jestem, dużo myślę,  zamyślam się, nie wiem czy z wiekiem nie coraz więcej... Niby dużo mówię, ale rzadko naprawdę ważne rzeczy, to fakt. Takie ze środka, z siebie. Zarzut, że czytam książki, gazety w necie, że nie chcę z nim oglądać filmów (lubimy różne rodzaje), że nie chcę wychodzić gdzieś (gdzie?) to już zarzuty z pogranicza absurdu. Ale padły.

Sprawa  relacji z SZM to raz. Sprawy finansowe to dwa.
Jestem zmęczona nieustanną walką z debetem. Już nie pamiętam miesiąca, który kończylibyśmy na plusie albo chociaż na zerze. To nie tak, że nie mamy kasy, bo mamy oszczędności, ale nie możemy pozwolić sobie na to, by wychodzić z debetu kosztem oszczędności, które znowu takie duże nie są, ale jakby stanowią deskę ratunku w razie czego. Ponieważ w naszym związku kwestie finansów też są na mojej głowie bardzo mi ten debet siedzi w głowie, na duszy. Cały czas mam wrażenie, że SZM owszem też narzeka na ten debet, słucha, potakuje, ale zachowuje się jak Piotruś Pan i nagle ni z gruszki ni z pietruszki wyskakuje na przykład z pomysłem, który przez dwa lata będzie nas kosztował miesięcznie 40 zeta (to najświeższa sprawa). Niby nie jest to dużo, ale wydatek moim skromnym zdaniem totalnie i zupełnie niepotrzebny. A budżet obciąża.
Inna sprawa, że SZM mówi, że gdyby nie on to nie mielibyśmy nic bo ja zawsze mówię, że kasy nie mamy i że coś-tam jest za drogie. I tu przyznaję mu rację. Mam totalną schizę na punkcie wydawania pieniędzy. Zawsze boli mnie serce, zawsze pierwszą myślą jest „ile to kosztuje?” Czy takie schizy da się leczyć???
Jeszcze mi się nie zdarzyło, by SZM miał pretensje o jakieś konkretne zakupy dla mnie (np. ciuchy). Zawsze wręcz namawia mnie do zakupów. I wówczas też mnie trafia, bo jego „kup sobie” nie ma pokrycia na koncie, oboje o tym wiemy, ale on tego jakby nie bierze pod uwagę, a ja za to aż za bardzo.
Zawsze oboje zastanawiamy się na co idą nasze pieniądze i jak to się dzieje, że się po prostu rozpływają. Kiepscy z nas gospodarze, ot co. Żyjemy chwilą, z myślą, że jakoś to będzie. W mojej opinii w kwestii finansów rodzinnie jesteśmy do bani.

Weekend zapowiadał się bardzo fajnie. Sobotnia wycieczka do stolicy w przemiłym towarzystwie koleżanek i niedzielny imprezowy rodzinny obiad u matencji.
Niestety w sobotę nastrój miałam do bani. Dodatkowo zdołowała mnie sama wizyta w centrum handlowym.
Nie lubię chodzenia po mega sklepach z przyczyn wcześniej opisanych. Do tego kiedy wchodzę w taki zakupowy tłum czuję się jak uboga krewna. Czuję się tak mało ważna, mało warta i beznadziejna, czuję jak znikam, jak już mnie nie ma i naprawdę mam ochotę zniknąć.
Zaszalałam z tą bielizną świadomie, w zasadzie to było głównym punktem programu naszej wycieczki. Potem calutki dzień biłam się z myślami, sama siebie ganiłam w myślach za ten zakup. Po jakie licho dałam się skusić. Bo w tej cenie (na pewno nie powiem ile dałam) miałabym kilka innych staników. I uwiera mnie ten zakup jak garb. Nie mam z niego żadnej radości. A to kolejny powód do doła.
A kiedy mam doła czuję jak na moją twarz sama wchodzi maska, bolą mnie mięśnie twarzy, muszę zmuszać się do uśmiechu, do pozytywnych reakcji i stąd tamten wpis…

A powinnam być w skowronkach…

bo wycieczka była udana,
bo pogoda dopisała,
bo fajnie, naprawdę fajnie się spędzało caluteńki dzień z dziewczynami,
bo na imprezowy obiad ładnie się ubrałam, ba! nawet matencja mnie pochwaliła ;-)
bo dietuję z przerwami (bo trochę się złamałam, ale tylko na pyszne rzeczy :-]  ) i zdecydowanie lepiej się czuję, nawet jeżeli różnicy na wadze nie ma dużej to figura mi się zmieniła, na pewno na wizualny plus, bo zmieściłam się w moje stare dobre dżinsy
bo jutro czeka mnie babskie spotkanie w gronie innym, uczelnianym i też pewnie będzie fajnie.

Powinnam mieć dobry nastrój. Pytanie brzmi dlaczego go nie mam?


zaszalałam finansowo... i teraz żałuję...
Najgorsze jest to że sama siebie karcę za takie szaleństwo.
A chyba nie powinnam. o
piątek, 22 października 2010
nienawidzę tego stanu kiedy twarz mnie boli,
kiedy mięśnie tężeją,
a w środku mam kamień


czwartek, 21 października 2010
Pisałam, że rodzinnie jest OK?
Czas przeszły, miniony.
SZM strzela focha i jeszcze twierdzi, że wcale nie.
Nic na to nie poradzę. Nawet nie chce mi się nic zaradzać. Im bardziej on naciska tym bardziej mnie się nie chce.
Takie życie.
środa, 20 października 2010
finansowo
Wykończę się kiedyś psychicznie przez te ciągłe debety na koncie. Ja naprawdę nie mam pojęcia co i jak robić żeby tych debetów nie było. Do końca miesiąca zostało sporo, jakby tu nie liczyć, a my już funkcjonujemy na takim debecie, że prawie cała moja pensja pójdzie na jego spłatę. Ludzie nauczcie mnie zaciskać pasa.

wizerunkowo
Do GRZYWKI dołączyłam dzisiaj wyrazistszy kolor włosów (ciemna czekolada się nazywa). Oddałam matencji dostany kiedyś od niej swetrzany żakiet, w którym czułam się jak własna matka. Powinnam jeszcze zakupić sobie czarne dżinsy, które mierzyłam w sobotę tydzień temu przed Imprezą Rodzinną, ale póki co kasy brak.
Zastanawiam się czy nie czas już na zmianę obuwia, na bardziej zimowe.

zawodowo
...nuda, panie... nuda...

rozrywkowo
W weekendową sobotę babski wyjazd do stolycy. Już się na to cieszę.
W niedzielę święto u matencji.
W perspektywie dalszej - impreza andrzejkowa, na którą nie mam ochoty wcale, a w aspekcie debeciarskim zdecydowanie wcale. Tylko nie wiem jak się wymiksować, żeby było bezboleśnie.

rodzinnie
póki co jest OK (żeby tylko nie zapeszyć)
wtorek, 19 października 2010
pierwsza przejażdżka z Młodym w charakterze kierowcy zaliczona.
Wiele jeszcze wspólnych jazd przed nami nim pomknie szosą sam...
poniedziałek, 18 października 2010
...korzystam z tego, że całkowicie na legalu siedzę w pracy przy kompie, bo nadrabiam zaległości. A że pracuś ze mnie średni, a i trochę oddechu mi trzeba to zaglądam na blogowisko.
Rano - niespodziewajka - Młody sam wstał wcześniej i wtedy gdy my przeciągając się  leniwie ściągaliśmy dupcie z łóżeczka to on już wychodził. Zdecydował się na transport komunikacją miejską. Autobus a potem tramwaj. Fakt, że kosztuje go to ok. 1 godziny snu, ale niech ma. To zapewne odpowiedź na wczorajsze gadanie, ale może wyjdzie na dobre i się zmobilizuje do samodzielnego transportowania, bo po prawdzie to nie zawsze ale czasem koliduje SZM ten transport Młodego, bo to w inne części MiastaWojewódzkiego jeżdżą. O rany, ależ się zaplątałam.
Oczywiście poleciał bez śniadania. Kupię sobie coś, bo w pobliżu jest piekarnia. Przyznam się, że pomyślałam, teraz mi za to wstyd, pomyślałam: kup sobie kup, jak się wypstrykasz z kasy to wrócisz z podkulonym ogonem :-)))

Zobaczymy co będzie po południu. Zdziwiłam się, bo wczoraj wydawało się, że wszystko jest OK, a tu proszę zaciął się w sobie i pokazał, że chce być niezależny. Chwała mu za to :-)

niedziela, 17 października 2010
Weekend był i się zmył.

Piątek
najpierw zakupy, potem późny obiad i resztę wieczoru przespałam :-)

Sobota
sprzątanie, pranie, gotowanie, wieczorem umówiona wizyta znajomych

Niedziela
najpierw obiadek, potem SZM przy desce do prasowania, a ja drutkuję Małej rękawiczko-getry. Zachciało mi się robić na drutach :-)

I kwaśna sytuacja przy wyjściu do Kościoła. Młody się buntuje i nie chce chodzic.
Nie mam argumentu, bo ja też nie chodzę, albo raczej chodzę rzadko. Ale odzywki do nas, rodziców, w stylu nie idę bo mi się nie chce nie wchodzą w rachubę, więc usłyszał ode mnie co myślę. Że mnie się też nie będzie kiedyś chciało.
Do kościoła nie poszedł, ale zrobił wszystko co miał do zrobienia i był do końca dnia do rany przyłóż.
Obawa o to, że tacie też coś może nie chcieć się chyba zadziałała...
Fakt, Młody sporo ma do stracenia - nie musi się rano ciągać autobusami, tramwajami, tylko wsadza dupcię do naszego auta i SZM zabiera go ze sobą. Jadą w jednym kierunku, do MiastaWojewódzkiego, ale jak się okazuje SZM ma potem sporo do objeżdżania (w gigantycznych korkach) i nie wiem czy na dłuższą metę ta opcja będzie w użyciu. Bo i czas i zużycie paliwa.

Pozytywnie zdziwiła mnie dzisiaj Mała, której usiłowałam racjonalnie wytłumaczyć, że powinna po polłdniu przysiąść nad lekcjami, bo w tygodniu wszystko robiła na łapu-capu i gnała na podwórko do zabawy z koleżanką. Koleżanka ma gorsze oceny i obie o tym wiemy. Kiedy trzeba pomóc tejże koleżance Mała idzie i pomaga więc koleżanka musi/powinna wziąć pod uwagę fakt, że Mała musi trochę czasu poświęcić nauce. I byłam szczerze zaskoczona brakiem sprzeciwu i tym, że dziecko faktycznie siedziało nad książką. Nie żeby zaraz calutkie popołudnie, ale jednak zasiadło. :-)

Po powrocie z obozu letniego Mała nie była zachwycona, byłam nawet tym z lekka rozczarowana i zaskoczona w jednym. Jednakże im dalej od tego obozu tym zachwyt większy. Już mi powiedziała, że ten brak entuzjazmu wynikał z obawy przed spodziewanym chrztem obozowym. I już zapowiedziała, że za rok to ona bardzo chce i że zacznie już sama zbierać pieniądze, bo różnie to bywa z kasą. Ostatnio nawet mi powiedziała, żebyśmy sobie na wakacje pojechali z SZM tylko we dwójkę, bo Młody raczej na pewno już z nami nie pojedzie, a ona by chętnie pojechała z koleżankami na obóz.

U Młodego czas buntu. Popala papierosy, przychodzi śmierdzący tytoniem. Wydaje mu się, że jest bardziej dorosły? Próbuję rozmawiać, tłumaczę. Nic. Zapowiedziałam, że nie dostanie kieszonkowego, bo na fajki nie dam.
Była wojna o wracanie do domu i kontrolę rodzicielską, która jego zdaniem jest nadmierna. Bo wymagamy wiedzy gdzie jest i kiedy wróci. Dopiero argument policji (jak nie daj Bosze kiedyś nie wrócisz, zaginiesz,  to przy zgłoszeniu na policji co powiem? że nie wiem gdzie nasze dziecko chodziło?) przemówił do rozsądku.
I jeszcze te msze. Ten kościół przewija się od dłuższego czasu. Nie mam argumentu, ale obawiam się tego odcięcia od wszystkiego co przedtem było OK.
Bo na msze biegał sam, bez przypominania.
Wiem, wiem, że te msze to taki sztuczny problem. Sama nie chodze to nie mogę wymagać, ale jakaś taka głupia paranoja się mi w mózgu rozwinęła.


czwartek, 14 października 2010
Dzisiaj zaliczyłam zawodową konferencję, na której gwiazdą niekwestionowaną był profesor, którego książki namiętnie cytowałam w swojej pracy. Warto było jechać. Serio. Akademicki autorytet widać od razu, po jednym wykładzie.

A poza tym...

odezwali się wakacyjni znajomi, miła niespodzianka, bo się szczerze mówiąc nie spodziewałam i moje drugie podejrzliwe ja pyta cichutko - czego mogą od nas potrzebować...?

...i jeszcze co by tu..., o czym by tu...?

Żyję,
Grzywkę noszę dumnie,
mało, ale smacznie jem
nie wiem jak naprawdę ale w psychice chudnę z każdą godziną :-)

i mam się dobrze, coraz lepiej
:-)))
 
1 , 2